RSS
sobota, 05 marca 2005
Odbici!!!
Dziś w nocy specjalna jednostka KLSWiA odbiła załogę "Izabeli Jarugi-Nowackiej" z rąk porywaczy. Jak ustaliła agencja Wand-Tass, porywacze to zdemobilizowani żołnierze pewnego podupadłego cesarstwa pragnący dorobić w przeżywającym prosperity Wandystanie.

Do porwania doszło 26 stycznia, na wodach na południe od wyspy Marks. Dwunastoosobowa grupa napastników korzystając z kutra rybackiego dostała się na pokład "IJ-N" i sterroryzowała załogę. Po przejęciu kontroli nad jednostką ukryli się w niewielkiej zatoczce na wyspie Marks, skąd wysłali swoje żądania: milion engelsów okupu i ustanowienie w Wandystanie monarchii absolutnej. KLSWiA rozpoczęło tajne pertraktacje z porywaczami. Jednocześnie prowadzono działania śledcze które pozwoliły zlokalizować porwanych. Podczas brawurowej operacji odbicia nie oddano ani jednego strzału; porywacze byli tak zdezorientowani że zaczęli bezładnie uciekać w głąb lądu gdzie czekali już na nich wychowawcy z obozu "Engels III" dokąd przestępcy zostali bezzwłocznie przetransportowani.

Załoga "IJ-N" znajduje się aktualnie na pokładzie krążownika "Wandowice". Dowódca wyprawy wygłosił oświadczenie w którym poinformował o bezterminowym zawieszeniu wyprawy.

- Chłopcy potrzebują odpoczynku - powiedział tow. Salwadori słabym, acz dobitnym głosem.

Śledztwo mające ustalić tożsamość mocodawców porwania trwa.

z pokładu OLW "Wandowice"
Mariusz Marks Kolanko
poniedziałek, 24 stycznia 2005
Witam serdecznie!

Dziś po długim okresie nie pisania relacji, udało mi sie nadrobić zaległości i napisać jak mija nasza wyprawa. Ostatnie 2 tygodnie spędziliśmy w Winnicy. Zwiedzaliśmy tutejsze zabytki i inne atrakcje turystyczne. Poznaliśmy to miasto dość dobrze i mamy pewność, że kiedyś stanie się kurortem turystycznym, jednakże obawiamy się, iż taka sytuacja, będzie stanowiła zagrożenie dla ludności tubylczej zamieszkującej wyspę Engels. Postaramy się przeciwdziałać takim zagrożeniom i chronić cenną osadę Sajsajer, do której jak narazie, nie znaleźliśmy podobnej w naszym państwie.
Trzy dni zeszłego tygodnia poświęciliśmy na zbadanie pobliskiej wyspy Marks. Podróż naszą łodzią Izabela Jaruga-Nowacka nie trwała zbyt długo (ok 1h). Gdy dotarliśmy na wyspę zaskoczyła nas jej bogata flora. W lesie rosły różnorakie storczyki, a po powierzchni niewielkiego jeziora pływały grążele, które właśnie zaczynały kwitnąć. Zauroczeni tutejszymi widokami udaliśmy się wgłąb tej niewielkiej wyspy, aby móc ją lepiej poznać. Nie spotkaliśmy tu nic nadzwyczajnego - żyją tu zwierzęta i rośliny charakterystyczne dla klimatu śródziemnomorskiego. Największą uwagę przykuwa dzika odmiana herbaty z gatunku "camelia". Kolejne dwa dni obserwowaliśmy tytejszą faunę.
Po powrocie do Winnicy spędziliśmy kilka dni na spacerach, zwiedzaniu i cieszeniu się urokami tego pięknego miasta.

Paweł Milewski

środa, 12 stycznia 2005
Witam serdecznie!

Dziś, po kilkudniowej wędrówce udało nam się dotrzeć do Winnicy. Wróciliśmy około dwie godziny temu. Teraz, po zjedzeniu obiadu, Mandragor Socjogramu - Tow. Michaś Winnicki, poprosił, abyśmy chociaż na jedną noc zatrzymali się u niego w pałacu. Oczywiście, zmęczeni długą wędrówką, postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia i trochę odpocząć. Kiedy wszyscy rozeszli się do swoich apartamentów postanowiłem, korzystając z chwili spokoju, przekazać relację.
Dzisiejszy poranek, jak większość poranków na tej wyspie, był wspaniały. Kiedy wyszedłem z namiotu ujrzałem piękny wschód słońca. Jego promienie delikatnie drażniły moje oczy, ale była to sama przyjemność. Z racji tego, że obudziłem się pierwszy postanowiłem przejść się trochę po okolicy. Poszedłem na zachód i po około 10 minutach marszu dotarłem do wybrzeża. Ku mojemu zdziwieniu, gdy spojrzałem w prawo, ujrzałem dość niedaleko, statek pływający przy brzegu. Po chwili zobaczyłem, że na żaglu znajdują się litery IJ-N. Ucieszyłem się bardzo, ponieważ wiedziałem, że do Winnicy będzie już niedaleko. Czym prędzej wróciłem do obozu i poinformowałem resztę wyprawy o tym, co zobaczyłem. Oni również nie kryli zarówno zaskoczenia, jak i radości. Zjedliśmy śniadanie i po sprzątnięciu obozu wyruszyliśmy w drogę. Trzy godziny marszu minęły nam bardzo szybko. Idąc wciąż podziwialiśmy piękne krajobrazy wyspy Engels. W tutejszych lasach rośnie mnóstwo różnorakich roślin. Może kilka z nich uda mi się opisać, gdy wrócę z wyprawy i pozałatwiam inne sprawy, takie jak np. kreślenie mapy Wandystanu, co wbrew pozorom nie jest takie łatwe. Dojście do Winnicy zajęło nam jeszcze półtorej godziny. Gdy weszliśmy do miasta byliśmy niezwykle serdecznie witani przez jej mieszkańców. Udaliśmy się do portu i tam spotkaliśmy Towarzysza Mandragora. Dalej historia jest już państwu znana.

Pozdrawiam gorąco!

Paweł Milewski
wtorek, 11 stycznia 2005
Witajcie!

Jak zapewne się domyślacie, piszę, aby przekazać relację z kolejnego dnia I Wandystańskiej Wyprawy Krajoznawczej. Rankiem, gdy tylko zjedliśmy śniadanie i zebraliśmy nasze namioty oraz resztę obozowiska, wyruszyliśmy dalej w kierunku południowym. Po około 30 minutach marszu, jak się wcześniej spodziewaliśmy, ujrzeliśmy wybrzeże, ale to zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania - przed nami rozciągało się niesamowicie piękne lustro lazurowej wody. Gdy podeszliśmy do brzegu, ujrzeliśmy pływające nieopodal, liczne, kolorowe ryby. Na plaży leżały czerwone fragmenty koralowców, co świadczyło o tym, że gdzieś pod wodą znajduje się, niewielka jeszcze rafa koralowa, a niewielka z racji tego, że nie widoczna z brzegu. Postanowiliśmy sfotografować to miejsce i iść dalej, teraz na zachód wracając przez las i wybrzeże do Winnicy. Początkowe godziny marszu nie zapowiadały nic nadzwyczajnego, jednak sytuacja zmieniła się, gdy w środku lasu napotkaliśmy dziwnie wyglądający słup, który miał kształt obelisku. Wyryte na nim były interesujące znaki, przypominające pismo klinowe. Pomyśleliśmy, że w tej okolicy może znajdować się jeszcze coś ciekawego i kontynuowaliśmy wędrówkę. Po około dziesięciu minutach marszu, zza drzew i krzewów dżungli wyłonił się budynek. Z daleka przypominał on... Hmmm nic nie przypominał. Po zbliżeniu zobaczyliśmy, że zbudowany jest z niewielkich bloków skalnych, układanych jeden na drugim, bez żadnego spoiwa :).
Kiedy go okrążyliśmy znaleźliśmy niewielkie wejście. Bez wahania postanowiliśmy dostać się do środka. Ku naszemu zdziwieniu w szczelinie pojawił się mężczyzna i gestem dłoni zaprosił nas do środka. Poszliśmy za nim. W środku panował półmrok, lecz wzrok przykuwał mały blok skalny, na którym stała figurka Buddy(!). Zorientowaliśmy się, że budynek ten był świątynią, istniejącą tu zapewne od czasów starożytnych. Mężczyzna, który zaprosił nas do świątyni był jej opiekunek i kapłanem. Teraz, gdy stanął w jaśniejszym miejscu przypominał ludzi spotkanych wczoraj w wiosce. Być może był jednym z nich, oddelegowanym służbie bogu. Gdy my szeptaliśmy między sobą, on zapalił i ustawił na ołtarzu kadzidła, a następnie zaczął się modlić. Po zakończeniu podziękował nam ukłonem ze złożonymi rękami. Postanowiłem, że przed wyjściem sfotografuję posążek Buddy. Zdjęcia przedstawię po powrocie z wyprawy.
Po oddaleniu od świątyni doszliśmy do wniosku, że dzisiejszy dzień był równie niesamowity jak wczorajszy, a kto wie czy nawet nie bardziej. Dokonaliśmy kilku obliczeń na mapie i wywnioskowaliśmy, że do Winnicy powinniśmy dotrzeć jutro wieczorem, jeśli po drodze nie spotka nas jakaś dziwna przygoda. Na dzisiaj to byłoby na tyle, teraz idę już spać, gdyż dzisiejszy dzień, mimo, iż przyjemny był również męczący.

Paweł Milewski
poniedziałek, 10 stycznia 2005
Witam serdecznie!

Jak wczoraj zapowiadałem, w dniu dzisiejszym wyprawa zaczęła badać południowo-wschodnią część wyspy. Początkowe ustalenia badania części wschodniej zmieniliśmy o poranku, gdyż ze szczytu stożka wulkanicznego ujrzeliśmy koniec lądu i doszliśmy do wniosku, że raczej nie znajdziemy tam nic interesującego. Wracając do tematu. Gdy rozpoczęliśmy kolejny etap wędrówki po niezbyt długim czasie, w którym schodziliśmy ze szczytu, natknęliśmy się niewielkie pole. Rośliną rosnącą tam okazała się być herbata. Zastanawialiśmy się, skąd to pole mogło się tam wziąć. Teren ten był zadbany oraz nawadniany. Dalej znaleźliśmy jeszcze jedno pole na którym uprawiano kakao. Teraz byliśmy już prawie pewni, że w tych okolicach mieszka tubylcza ludność. Kilka minut później wiedzieliśmy, że się nie pomyliliśmy - za niewielkim lasem, w którym rosły ananasy oraz inne egzotyczne rośliny, zobaczyliśmy prymitywną wioskę oraz jej mieszkańców. Mieszkańcy tej wioski należeli do rasy żółtej. Początkowo przestraszyli się nas, ale w niedługim czasie przełamali lęk i przyglądali się nam z zaciekawieniem, a co odważniejsi, nawet do nas podchodzili. Próbowaliśmy wytłumaczyć im, że nie chcemy uczynić nic złego, lecz nie rozumieli nas. Za chwilę ujrzeliśmy, jak podchodzi do nas mężczyzna wyróżniający się spośród innych osób. Domyśliliśmy się, że to on włada tą niewielką wioską. Jeden z mieszkańców mówił coś do niego, ostrzegając go chyba przed naszą grupą. Wódz go odepchnął, podszedł do nas i gestem ręki zaprosił do największego i najlepiej wyglądającego namiotu pokrytego trzciną. Nie zastanawijąc się zbytnio poszliśmy za nim. Z namiotu udzerzał mocny zapach znanej, europejskiej herbaty "Earl Grey" - kto wie, może na tej wyspie rośnie również bergamotka. Wódz zaprosił nas do stołu i podał gliniane naczynie z dziwnym napojem. Podając go powtarzał wciąż słowo "sajsajer". Gdy go spóbowaliśmy stwierdziliśmy, że zawiera alkohol. Zastanawialiśmy się jak mieszkańcy tej wioski go produkują. Ku naszemy zdziwieniu, właśnie w tej chwili, miejscowy przywódca wstał i zaprosił nas wgłąb namiotu. Ujrzeliśmy kilka naczyń oraz świeżo zebrane liście herbaty. Okazało się, że napój nazywany wśród miejscowej ludności sajsajerem produkuje się, poddając fermentacji w wodzie liście herbaty, a potem destylując powstały płyn. W wiosce, nazwanej przez nas Sajsajer, spędziliśmy jeszcze trochę czasu. Potem ruszyliśmy dalej na południe wyspy. Podczas pożegnania wódz tubylców przekazał mi dziwny przedmiot, który zapewne był amuletem. Pomyślałem, że po powrocie umieszczę go w moim gabinecie, w instytucie. Zważywszy na to, że dzień zbliżał się ku końcowi, rozbiliśmy namioty i zjedliśmy kolację, przyrządzoną nad ogniskiem. Jutro dalszy ciąg badań na wyspie Engels.

Paweł Milewski
niedziela, 09 stycznia 2005
Witajcie!

Wreszcie po kilku dniach degustacji wina, a potem kilku kolejnych, odpoczynku po degustacji mogliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Zaczęliśmy wędrować w głąb wyspy i okazało się, że znajduje się tam niewielki krater wulkaniczy w formie kaldery (kaldera - rozległe zagłębienie na szczycie wulkanu, powstające zwykle przy końcu wybuchu wulkanu wskutek rozsadzenia lub zapadnięcia się części wulkanu - przyp. red.). Występowanie wulkanu, jak się później okazało nieczynnego, świadczy o bogatej przeszłości geologicznej tego miejsca. Gdy weszliśmy na szczyt krateru zobaczyliśmy, iż wciąż z otworów w zagłębieniach wydobywają się gazy. Wyprawa nasza postanowiła zbadać ich temperturę oraz skład chemiczny i okazało się, że są to mofety - gazy wulkaniczne o temp. poniżej 100 st C z główną zawartością dwutlenu węgla. Ich występowanie świadczy o tym, że jest to wulkan raczej już wygasły, ale ze względu na brak odpowiedniego sprzętu, który został u mnie w instytucie, nie możemy tego do końca ustalić. Sprzętu niestety nie mamy ze soba, gdyż do wyprawy dołączyłem dopiero w Winnicy, nie planując tego wcześniej. Z racji tego, że już się ściemnia musimy dzisiejszą wyrawę przerwać i kontynuaować ją jutro, odwiedzając wschodnią część wyspy, gdyż ze szytu krateru wygląda bardzo interesująco...

Paweł Milewski
poniedziałek, 03 stycznia 2005
Dobre, bo wandystańskie!!!
Podczas naszej podróży po wyspie Engels trafiliśmy do niewielkie winnicy należącej do apelacji Oleksy. Miejscowy znawca wina i słynny sommelier polecił nam pewien znakomity produkt - wino Lenin Merlot, rocznik 1989. Uczestnicy wyprawy tak się rozsmakowali w tym trunku, że może nastąpić pewne opóźnienie w nadawaniu relacji z ekspedycji. Ep!


niedziela, 02 stycznia 2005
Winnica
"Izabela Jaruga - Nowacka" w rekordowym czasie pokonała trasę Precelkhanda - Winnica. Piętnaście minut temu załoga postawiła pierwsze kroki na wyspie Engels.

Powitano nas znanym w całym v-świecie Engelseau Nouveau - fantastycznym młodym winem, a zaraz po tym błyskawicznie wrzucono do podstawionych samochodów którymi wyruszyliśmy w głąb wyspy. Będziemy tu zwiedzać słynne engelskie winnice skupione  w cztery apelacje: Trocki, Guevara, Mao i Oleksy. Do naszej gospodarskiej wizyty ma dołączyć wkrótce tow. Mandragor Winnicki, aktualnie nie jest niestety znane miejsce jego pobytu.

Dalsze relacje z wizyty na wyspie Engels - już wkrótce.
sobota, 01 stycznia 2005
Precelkhanda
Maraton imprezowy spowodowany dwiema wielkimi uroczystościami - urodzinami dowódcy i burżuazyjnym sylwestrem doprowadził do tego, że jacht "IJ-N" zagubił się gdzieś w Cieśninie Wandejskiej.

Po licznych perturbacjach osiągneliśmy jednak wybrzeże kontynentu i w godzinach południowych szczęśliwie dotarliśmy do Precelkhandy.

Władze miejskie powitały dzielnych odkrywców chlebem i solą, a  precelkhandzki Dom Robotnika zabrzmiał proletariackimi pieśniami.  Po południu załoga spotkała się z włodarzami Precelkhandy (niestety, nieobecny był Mandragor Jutrzenki - wyjechał na kilka dni szerzyć idee rewolucji gdzieś na leblandzkich rubieżach v-świata ;)). Zaprezentowano świeżo przygotowany zaczątek systemu gospodarczego - przełomowy system gruntów. Odbyła się również prezentacja projektów architektonicznych (a i dowódca Salwadori machnął szybko kilka projektów osiedli dla klasy robotniczej :)). Na wieczór zaplanowana jest ideo-uczta połączona z okolicznościową akademią, a wczesnym rankiem załoga rusza w morze. Do Winnicy, gdzie podejmiemy na pokład samego Mandragora Socjogramu!
wtorek, 28 grudnia 2004
Płyniemy!
"Iza" defnitywnie opuściła port w G-W-S około godziny 12 i skierowała się na zachód. Całe popołudnie załoga podziwiała piękne wybrzeże Wandei. Okoliczna ludność ochoczo pozdrawiała przepływającą jednostkę.

Do znamiennego wydarzenia doszło w okolicach Zatoki Jutrzenki. Grupa miejscowych aktywistów i przodowników pracy usiłowała na niewielkiej żaglówce klasy Orion dostać się na pokład "IJ-N" aby złożyć załodze gratulacje i przekazać beczułkę miejscowego wina (wybornego!). Niestety, niewielka łódka nie wytrzymała masy i zapału wesołej kompanii i wywróciła się do góry dnem.

Dzielna załoga "Izabeli..." w tej trudnej chwili nie dała jednak du..., znaczy, oznaki słabości i błyskotliwym manewrem otoczyła rozbitków i wydobyła ich na pokład. Po wymianie wzajemnych uprzejmości niespodziewni goście zostali przejęci przez wezwaną jednostkę ratowniczą - OLW "Edward Gierek".

Aktualnie wyprawa straciła z oczu wyspę Wandeę i kieruje się w stronę kontynentalnej części Mandragoratu.
 
1 , 2