Nr 34
Arona, wrzesień 2004
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: debrolle@poczta.fm

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7  8  9

Głos naczelnego

    Trudna jest rola czytelnika prasy wirtualnej. Osobnik taki zmuszony jest do obcowania z problematyką ze swej definicji boleśnie abstrakcyjną, wymagającą wyposażenia intelektualnego predestynującego do zajęć, zdawać by się mogło, bardziej poważnych niż zabawa w obywatela internetowego bantustanu. Przyjmijmy, że czytelnik taki winien – jeśli tylko pragnie czerpać z lektury choćby minimalną satysfakcję - posiadać pewien zasób elementarnych informacji na temat specyfiki opisywanego zagadnienia. W świecie rzeczywistym jest na szczęście inaczej. Łatwiej. Kowalski, wertując, bo przecież nie czytając, dziennik ogólnopolski, wcale nie musi wiedzieć, któż to naprawdę jest ten minister Nowak, skoro i tak wie, że każdy polityk to złodziej i postkomunista. Kowalski wiedzę powyższą nabył na zasadzie platońskiej anamnezny, przypomnienia tego, co już kiedyś był pojął.

    Czytelnik uniwersalny porusza się najczęściej po najniższej, łatwo dostępnej płaszczyźnie przekazu zawartego w tekście. Szuka zrozumiałego języka. Lingua franca wszelkiego piśmiennictwa to naturalnie dowcip, trochę emocjonalnego bełkotu, jakiś koloid pojęć rudymentarnych. Te dekoracje stanowią, zdaniem czytelnika, istotę przekazu. Cała reszta to jakiś szum niebieskich sfer, przypisy i niezrozumiałe żale. Czytelnik wymagający to odbiorca przytomny i surowy. Jeden z tysiąca. Potrafi docenić również to, czego w tekście nie ma. A mogło, mogło przecież być.

    Pisanie dla prasy wirtualnej to zajęcie prawie beznadziejne. Niniejszy tekst przeczyta najwyżej kilka dziesiątków osób, na odzew autorowi liczyć nie wypada. Chyba, że świadomie kogoś spotwarzy. Przypomina to trochę balansowanie na linie rozpostartej nad lasem. Wtedy tylko cokolwiek usłyszysz, gdy sam runiesz między krzaki.

(Jaques de Brolle)

   Postscriptum

    Choć oddajemy do rąk czytelnika numer wrześniowy, niniejsze wydanie „GW” zostało zdominowane przez wydarzenia miesiąca poprzedniego. Sierpniowy marazm - częsty nasz towarzysz w czasie przydługich tygodni letniej kanikuły - dał o sobie znać i teraz, stając się znakiem rozpoznawczym dreamlandzkiej sceny politycznej oraz niechlubnym bohaterem tego numeru („Ogólnie dni są takie długie, że poszczególne wydarzenia mi się mieszają” – Pavel Svoboda w korespondencji prywatnej). Nie miej tedy do nas żalu, drogi Czytelniku, że nie piszemy o wyborach do Izby Poselskiej, chyba najważniejszym wydarzeniu pierwszego miesiąca jesieni. Bo też prawdą będzie konstatacja, że wszystkie kolejne wybory do obieralnej izby naszego małego parlamentu stanowią darmową rozrywkę dla tych samych, doskonale nam znanych polityków – zazwyczaj byłych lub obecnych ministrów rządu federalnego. Programy wszystkich ścierających się ugrupowań - poza jednym skromnym wyjątkiem - puchną od przykrych frazesów – deklaracji równie starych jak Dreamland, a pewnie nawet starszych, bo jakby żywcem z nadwiślańskiej prasy zapożyczonych. 

W numerze:


Z pańskiego stołu:
- Obraz miesiąca (str. 2)

Z kraju i ze świata:
- Przepraszam, czy mogę zająć
   panu/i chwilkę?
(str. 3),
- Integrator (str. 3),
- Piri Reis w świecie internautów
   (str. 4)
- Minister Smoręda dobra
   na wszystko
(str. 4),

Społeczeństwo:
- Jesień socjaldemokraty (str. 5),
- Pociągi pod specjalnym
   nadzorem
(str. 6),
- Czego oczekuję po państwie
   wirtualnym
(str. 7)

Felieton:
- Coś więcej (str. 7)

Kultura:
- Konkurs Prozatorski "GW"
   (str. 8),
- Przegląd prasy dreamlandzkiej
   (str. 8),
- Rocky 6 (str. 9)