Nr 42
Arona, maj 2007
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6  

Zawód:  i m p e r a t o r
~ Jacques de Brolle ~

Bez przesadnych wzruszeń upłynął rok od pierwszego w dziejach monarchii dreamlandzkiej udokumentowanego aktu adopcji. W odmaterializowanych warunkach społeczności wirtualnej byłby to fenomen godny odnotowania co najwyżej na łamach prasy bulwarowej: donoszący o osobliwym przedsięwzięciu komunikat trafiłby niechybnie gdzieś pomiędzy doniesienia o narodzinach cyklopiego szczura i ekscesach stepującego karaczana. Stało się inaczej. Nowa idea długo fermentowała pod ciemnymi sklepieniami czaszek internetowych samotników, by wraz z nadejściem nowego roku dać upust swej potencjalnie nieograniczonej energii i chlusnąć wartkim potokiem rewelacji o narodzinach pierwszych w Królestwie rodów i klanów - od razu wielopokoleniowych, często zgoła antycznych, zasłużonych i jak dęb mocnych i rozłożystych. Nie zabrakło również konwencjonalnych związków małżeńskich - heteroseksualnych par chwilowo bez pankosmicznych roszczeń i aspiracji.

1.

Zjawisko internetowych rodów herbowych wymyka się jednoznacznej ocenie. Jest to przedsięwzięcie zakrojone na imponującą w naszych warunkach skalę, ponadgraniczne, wewnętrznie niejednorodne, angażujące poważny odsetek aktywnych obywateli największych mikronacji. Ród Liberi - efekt prywatnej inicjatywy trzech obywateli Sarmacji i Dreamlandu - paradoksalnymi więzami umownego pokrewieństwa połączył postaci zupełnie sobie obce: Piotra Mikołaja Kozaneckiego, Morfeusza Lucjusza Tylera, Rhadmora van Helsinga, Patryka Labackiego, Mugglera Littendroffa, Fabiolę de Willibald, Edwarda Kriega i zapewne pół tuzina trzynastoletnich cesarzy.

Międzynarodowa rodzina lokalnych patriarchów w ciągu zaledwie kilku miesięcy przerodziła się w twór dość gargantuiczny, liczący grubo ponad pół setki istot, wciąż nienażarty, wciąż asymilujący kolejnych zapomnianych królewiczów i potomków e-Adama, jeden po drugim ustawiających się w kolejce po należną mu przepustkę na salony wielkiej mikronacyjnej rodziny. W pierwszych dniach maja powiedzieć o tym nowym Lewiatanie możemy tylko tyle, że przetrawiwszy postaci z pierwszej ligi zaczął z powodzeniem zasysać mikronacyjny plankton.

2.

Fenomen adopcji do herbu znany był już w średniowiecznej Rzeczypospolitej. Mimo braku naturalnych więzów pokrewieństwa arystokrata mógł "adoptować" osobę niższego lub równego mu stanu, co pociągało za sobą włączenie tego ostatniego do rodu herbowego arystokraty, a często również zmianę nazwiska. Tu i ówdzie przywoływane w tym kontekście słowo "przysposobienie" nie oddaje zatem - jako termin z zakresu prawa rodzinnego - istoty zjawiska i wydaje się pewnym nadużyciem.



Na gruncie dreamlandzkim zielone światło dla tej daleko posuniętej fraternizacji dał Edward Krieg, z sobie tylko znanych powodów przygarniający niejaką Jubei von Venlathill ul'Carf, obecnie "żonę" Alchiena de Archien, jednego z restauratorów rzeczonego rodu Liberi. Sam Krieg dał początek nowej rodzinie, która oprócz adoptowanego przezeń Pawła Milewskiego składa się z pary dziarskich dżentelmenów: Martina van Spidera i Pawła von Kopp - Ostrowskiego, formalnie wnuków arcyksięcia Edwarda - choćby tylko po kądzieli.

Gruszek w popiele nie zasypywał również Kobe Amaru Shakur, były namiestnik Surmali i premier królewskiego gabinetu. W ramach nowej mody adoptował hrabia Shakur niejakiego Mateusza von Żukowskiego, ten zaś podobny gest uczynił wobec Marcusa Aqua, dzięki czemu Królestwo wzbogaciło się o kolejnego dwudziestoparoletniego dziadka.

Jeśli przywołamy w tym miejscu postać Rhadmora van Helsinga, władcy świeżo



inkorporowanego do Sarmacji "królestwa Tuolelenkki, księcia Neumorlandu, Lorda Imperatora Wszechrhadmoru, barona Westkuurlandu, Obrońcy Wiary", wyczyny wyżej wymienionych dżentelmenów uznać wypadnie nam co najwyżej za anemiczne podrygi gasnących emerytów. Kosmopolita van Helsing zdążył przygarnąć ponad dwadzieścioro (trzydzieścioro?) spragnionych podobnych wrażeń obywateli i obywatelek, zwykle nieznacznie od niego młodszych. Wśród adoptowanych przez sarmackiego Zeusa dziatek znajdują się m. in. Pavel von Gratz, Gabriel Grandin, Martin de Joustin, Fabiola de Willibald i Mugler Littendorff, odtąd już z pięcioczłonowymi nazwiskami i tytułami arcyksiążęcymi, które wspaniałomyślny van Helsing rozdaje gestem hurtownika. Patriarcha rodu potrafi zadbać o swoje interesy: drzewo genealogiczne pęczniejącej familii aktualizowane jest przynajmniej raz w tygodniu, zaś końcowe efekty benedyktyńskiej roboty praojca Rhadmora oklaskiwać możemy na stronie internetowej. Nawiasem mówiąc - przy okazji jednej z ostatnich aktualizacji większość tytułów arcyksiążęcych poleciała oczko w dół i zmieniła się w książęce, co tłumaczyć można albo lękiem przed postępującą deprecjacją idących w dziesiątki wyróżnień, albo przygotowywaniem gruntu pod jakąś symboliczną gradację licznego a niejednakowo rokującego potomstwa. Nie znam jednak dostatecznie wiarygodnej teorii psychologicznej zdolnej wytłumaczyć, w jaki sposób nastoletni internauta o zaledwie kilkunastomiesięcznym stażu obywatelskim staje się jednoosobowym urzędem stanu cywilnego i celem pielgrzymek dziesiątek rozentuzjazmowanych obywateli.

Rhadmor van Helsing, mieszkaniec Dreamlandu, Wandystanu, Sarmacji, Baridasu, Marchewki i Tuolelenkki, by wymienić tylko te, w których spędził więcej niż miesiąc, to - jak czytamy na łamach Micropedii - "postać barwna" i w jakiś sposób archetypiczna w kontekście całego zjawiska. Gromadząc informacje do dossier van Helsinga, znużony późną porą, głodny, wbity w mokrą koszulę, notując w kajecie rozproszone wypowiedzi "Lorda Imperatora Wszechrhadmoru" dopuściłem do siebie myśl, że mam może do czynienia z postacią, która nad całym tym grzęzawiskiem faktów góruje frapującą osobowością, jaka taka zaś - wymyka się krzywdząco jednoznacznej ocenie.

Typowy członek wirtualnego rodu herbowego to kolekcjoner apetycznie brzmiących tytułów, funkcji, odznaczeń - wszystkiego, co można umieścić w sygnaturze. Herb szlachecki to absolutne minimum, do którego wraz z upływem kolejnych tygodni dołożyć wypada tekę ministra, fotel burmistrza jednego z miliona miast-wydmuszek względnie wygodny stolec któregoś z setki sezonowych cesarstw-dziupli, wielosylabowych gnomich imperiów zakładanych z braku lepszego pomysłu i rozwiązywanych z braku jakiegokolwiek.

Uprzedzając ewentualne zarzuty wypada odnotować, że członek rodu herbowego to obywatel zazwyczaj wyróżniający się aktywnością znacznie odbiegającą od przeciętnej, co samo w sobie jest faktem pozytywnym, często zgoła zbawiennym. Na ogólną liczbę dziesięciu członków poprzedniego Rządu Królewskiego aż sześciu mogło pochwalić się przynależnością do rodów Kriega, Shakura bądź van Helsinga. Takoż i dwóch z pięciu zarządców prowincji. Czy jest się więc o co turbować?

3.

Do ugruntowania wszechobecnej tytułomanii przyczyniła się kilkuletnia tradycja odgórnego wyróżniania obywateli w taki czy inny sposób zasłużonych dla rozwoju państwa. Moment ogłoszenia listy szczęśliwców nagrodzonych tytułem honorowym jest zawsze wielkim wydarzeniem, które głośnym echem odbija się na listach dyskusyjnych w postaci litanii obligatoryjnych ślubowań, a często również produkcją krajowych statystyk, wyliczeń i zestawień porównawczych. Nawet ci, którzy nie mają nic do powiedzenia - przynajmniej cmokną z zachwytu. W latach 2004 - 2007 Pałac Królewski siedmiokrotnie ogłaszał rzeczone listy, przyznając każdorazowo od dziesięciu do trzydziestu nowych tytułów.

Pierwsza prawidłowość - w ciągu kilkunastu miesięcy od przyznania tytułu od 20 do 40% wyróżnionych popada w rodzaj osobliwego odrętwienia względnie definitywnie daje sobie spokój. Z osiemnastu przyznanych w marcu 2004 r. tytułów arystokratycznych aż jedenaście powędrowało do obywateli już martwych. Spośród dwudziestu sześciu nobilitowanych w lutym 2005 r. do dziś wyparowało dwunastu. Druga prawidłowość: jeśli obywatel zdoła sięgnąć po tytuł markiza jest to widomym znakiem, że mamy do czynienia z jednostką godną wszystkich wcześniejszych wyróżnień. Na ogólną liczbę czterdziestu dziewięciu obywateli figurujących w Centralnym Rejestrze Mieszkańców zaledwie ośmiu nie posiada choćby najniższego tytułu szlacheckiego. Z owej ósemki dziwaków status co najmniej jednej osoby zapewne nie ulegnie zmianie w dającej się określić przyszłości. Luke Woody, o którym mowa, nadrabia towarzyskie upośledzenie fikuśnym tytułem Wielkiego Triumwira Erboki, co w warunkach psychologicznej kompensacji uznać wypada za coś pośredniego między cesarzem a papieżem. Elkore salutas!



4.

W pierwszych dniach maja na sarmackiej liście dyskusyjnej pojawiła się krótka informacja o włączeniu niejakiej Anny Fryziak do jednego z popularnych w okolicy rodów. Po upływie doby subskrybenci listy mogli przeczytać, że adopcja panny Fryziak została unieważniona "ze względu na różnicę poglądów", jaka zniechęcić miała kapryśnego ojca do nieszczęsnej niewiasty. Lub na odwrót. Werdykt brzmiał krótko: "Usunę z drzewka przy najbliższej okazji". Usunął, co się będzie obcyndalał? Mateusz von Żukowski takich problemów nie ma: do tego stopnia zaskarbił sobie przychylność Patryka Labackiego i Kobe Amaru Shakura, że w krótkim czasie został adoptowany przez obu. Poza biologicznym ojcem przez pewien czas posiadał pan Mateusz trójkę prawnych opiekunów płci męskiej, co świadczy zapewne o szczerym podziwie dla antycznej Sparty. Dreamland nie jest jednak anomalią. W czasie chłodnych lutowych dni pewien młody obywatel Sarmacji chwalił się, że otrzymał stosowne propozycje od trzech potencjalnych ojców. Uczciwie zaznaczył, że każdy z "petentów" jest mu bliski, zaś wybór szalenie trudny, co przecież każdy życzliwy człek rozumie. Zasępił się tedy nasz Salomon srodze i po chwilce wypalił: "Mogę też oczywiście mieć to wszystko w dupie!". Ależ oczywiście. Można mieć to wszystko w dupie, nil desperandum, młodzi przyjaciele.

Rody Liberi, Ebruz, Wołyńczyk i Arped, księżniczki krwi i królowie bez ziemi, obrońcy wiary i bezimienne Nieznane Matki, "Ojcowie Marchewni", "Świetliki Kontynentu" i stadhouderzy, "Organizatorzy Sylwestra" i "myśliciele umysłowi" (wszystkie cytaty z Micropedii), starzy i młodzi, zakochani i apatyczni - wszystko kotłuje się beztrosko w bezdennym bębnie list dyskusyjnych. Dziwne to wszystko, dziwniutkie, dziwniuteńkie. Jak żółte zęby u Kena, jak występ stepującego karaczana.