Nr 42
Arona, maj 2007
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona 1   2   3   4   5   6  

~ Marcus Estreicher ~
D R A M A T

Pięknie odrestaurowany gmach Teatru Starego w Kanikogradzie (Królestwo Scholandii) przeżył 24 maja prawdziwe oblężenie. Ogłaszana na listach wielu mikronacji premiera nowej sztuki powracającego do v-życia Kaworu Nagisy przyciągnęła do teatru bez mała trzydziestu gości z kilku mikronacji. Na sali widziało się głównie Scholandczyków, ale pojawili się również przedstawiciele Sarmacji, Austro-Węgier i Natanii. Obecna była też skromna reprezentacja egzotycznej Erboki. Przy tym wszystkim uderzała cisza, panująca na widowni przed rozpoczęciem spektaklu: prawie trzydzieści osób obecnych na czacie Starego Teatru i zaledwie kilkanaście wypowiedzi kilku z nich w ciągu dziesięciu minut. Rzut okiem na salę pozwalał stwierdzić, że między uczestnikami nie toczą się również prywatne rozmowy. Cóż, "Regiment Kościotrupa" miał być sztuką ponurą, być może jej aura zaczęła oddziaływać jeszcze zza kurtyny.

Minęła zapowiadana godzina rozpoczęcia spektaklu. Ktoś obwieścił, że zwyczajem zespołu scholandzkiego teatru jest, iż żadna sztuka nie rozpoczyna się o czasie. Co kraj to obyczaj. Zapadłem się głębiej w wygodnym fotelu i przymknąłem oczy w oczekiwaniu na potrójny dzwonek.



Z drzemki wyrwał mnie ostry głos Technicznego_we_fiolkowym_fraku, prowadzącego tego wieczoru konfenansjerkę. Typek jak z filmu Lyncha, aż ciarki po plecach chodzą. Tylko czekałem, aż zakrzyknie: "No hay banda!" (czym poczułbym się osobiście dotknięty), po czym Mia Thermopolis dostanie drgawek. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Techniczny w oryginalnym fraku poprosił obecnych o pobranie dwóch plików muzycznych mających stanowić ilustrację do przedstawienia, przygotowanych przez Kaworu Nagisę specjalnie na tą okazję. O ile tekst sztuki stoi zdecydowanie poniżej poziomu ustanowionego dotychczasową twórczością Nagisy (o czym za moment), o tyle te dwie kompozycje prezentują standard, do którego Nagisa i Musuca przyzwyczaili swoich słuchaczy.

Zapowiedziane przez konferansjera chwilę potem przemówienie Paula Yolka, prefekta prowincji Dolii i Faerie, burmistrza Kanikogradu i reżysera sztuki w jednej osobie, okazało się całkiem niezłe. Przede wszystkim: było krótkie. Paul Yolk powitał zgromadzonych w gmachu teatru, zaanonsował w paru słowach sztukę i poinformował o tym, że Teatr Stary nawiązał stałą współpracę z Kaworu Nagisą i możemy spodziewać się kolejnych spektakli. Tym, co szczególnie zwróciło moją uwagę były słowa, jakimi mówca określił sztukę: jej odbiór miał być wędrówką "w poszukiwaniu błędów przeszłości, skrajnych emocji i refleksji". Podobna fraza dotycząca rozliczenia z błędami przeszłości pojawiała się na plakatch. Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł promowania sztuki hasłem "Scholandia tak - wypaczenia nie!". A może w ogóle trzeba było od razu zatytułować ją "Good bye, Armin!"?

Dalej Herr Yolk zapewniał, że "Droga, którą przebędziemy będzie długa i ciężka, ale wierzę, że pozwoli nam inaczej spojrzeć na pewne sprawy". No cóż, Kaworu Nagisa od dobrych parunastu miesięcy robi niewiele więcej poza poszukiwaniem i uświadamianiem błędów komu popadnie (ostatnio, tuż przed rozwinięciem skrzydełek, nawtykał swoim ziomkom z Erboki), czemu miałby nagle zająć się czymś innym? Jeśli widzowie łudzili się wcześniej, że nowa wunderwaffe scholandzkiego dramatu nawiąże do bardziej rozrywkowych etapów swojego v-życia, w tym momencie nie mieli już wątpliwości, że tym razem faktycznie czeka ich droga "długa i ciężka": Kaworu znów będzie marudził, jednak tym razem swoje smęcenie rozpisał na głosy aktorów. Trudno. Podobno sztuka i cierpienie są ze sobą nierozłącznie związane. Tak to wszystkich przygnębiło, że oklaskami przemówienie prefekta Paula Yolka nagrodziły jedynie dwie osoby z całego tłumu zgromadzonych.

Kolejna mowa. Tym razem wystąpił sam autor "Regimentu", który najwyraźniej zdążył się już zaaklimatyzować w Scholandii po przeprowadzce. Spod eleganckiego surduta prawie nie było widać skrzydełek, spod grzywki sterczały już tylko marne szczątki owadzich czułek. Kaworu Nagisa na wstępie uświadomił zgromadzoną publiczność, jak wiele trudu i wysiłku kosztowało go stworzenie "Regimentu Kościotrupa", a następnie wskazał widowni, jak ma dzieło odbierać: jako sztukę metaforyczną, dziwną, choć z realnym, życiowym i bardzo dosłownym przesłaniem. Jako krytykę Scholandii, w której nic nie jest powiedziane wprost. Pogląd, zgodnie z którym sztuka powinna przemawiać do widzów sama, najwyraźniej nie cieszy się wielkim uznaniem Wielkiego Triumwira. Aby zmotywować widzów do zachwycenia się dziełem, w charakterystyczny dla siebie sposób Pierwszy Świetlik Mikronacji zaznaczył:



"Wczorajszej nocy rozpocząłem prace nad kolejną sztuką i ufam, ze po dzisiejszym wieczorze wciąż będę widział sens wystawiania jej właśnie w Scholandii." Przyznam szczerze, że w tym momencie poczułem jednocześnie silne współczucie dla narodu scholandzkiego i jeszcze większą radość, że emigrującemu z Erboki Kaworu - ktoś porównał ten wyjazd do ucieczki kapitana z pokładu tonącego okrętu - nie przyszło do głowy wrócić do Królestwa Dreamlandu. Świadkowie ostatnich podrygów Kaworu w Dreamlandzie wiedzą z pewnością, co mam na myśli. Swoje przemówienie übermensch Nagisa zakończył prośbą o absolutną ciszę - mimo to pięciu złośliwców zdecydowało się zaklaskać.

Nieco ponad kwadrans po dwudziestej Techniczny we fraku z fiolek dał sygnał do podniesienia kurtyny i włączenia pierwszego z pobranych wcześniej utworów muzycznych. Zaczyna Narrator: "Kanikograd. Rynek. Letni, ciemny, ponury dzień. Ogołocone z liści drzewa chórem przyśpiewują mgle wyzierającej spośród ciemności zaułków, spomiędzy rozlicznych szpar cuchnącego rynsztoka." W tak zarysowanych okolicznościach przyrody tajemniczy Wędrowiec cytuje zgromadzonym na rynku wieśniakom Nietzschego, by chwilę potem oddać ducha na zawczasu przygotowanym przez scenografa palu. Grupka metafizycznych obwiesi przygląda się, jak "śmiercionośne drewno przebija mu [Wędrowcowi - przyp.ME] przyrodzenie, przebija skórę i rozrywa pierwsze organy", komentując zajście ze swadą i głębią myśli właściwymi żulerii spod monopolowego. Czego jednak wymagać od kogoś, kto od bliżej nieokreślonego czasu jest martwy? Mamrocząc coś pod nosem nasi obwiesie nazywający siebie Regimentem Kościotrupa, postanawiają, że pora wyruszyć w drogę, czyli, jak ujmuje to narrator: "Grupa pięciu, stojących z boku Rynku postaci zadecydowała o rozpoczęciu swej krucyficznej wyprawy". Mein Gott! Chciałoby się zakrzyknąć: "Kaworu! Rada na przyszłość: jarałeś - nie pisz! A jak już piszesz - to przynajmniej czytaj to później i poprawiaj!". Tak grafomańskiego Nagisy jeszcze nie widziałem. Podobne stężenie pseudoliterackich bredni zmieszczonych pomiędzy dużą literą a kropką nie ma precedensu w skali całej dotychczasowej twórczości sygnowanej przez którekolwiek z wcieleń autora "Regimentu Kościotrupa"!

Później jest, na szczęście, nieco lepiej - pojawia się kilka ciekawie skonstruowanych metafor i nieco trywialna, ale mimo wszystko atrakcyjna symbolika. Poziomem banału razi szczególnie scena wytrząsania się Regimentu nad zniszczonymi książkami. Na przeciwnym biegunie znajduje się najzgrabniejszy i najciekawiej moim zdaniem skonstruowany motyw opisujący oddalanie się "domu władcy od ludu". Dyskusja członków Regimentu u płotu rezydencji przestaje na moment być bełkotem (którym niestety jest przez większą część sztuki), a stosunek wypowiedzi zawierających trafne i ciekawe obserwacje do wypowiedzi tworzących jedynie groteskowo-oniryczny klimat wyraźnie się poprawia. Gdzieś pomiędzy tymi dwiema scenami (tak chronologicznie, jak i jakościowo) mieści się przygoda Regimentu na Cmentarzysku Kości Snów - ciekawy motyw, choć zdecydowanie przegadany i nieco pretensjonalny, na co wskazuje już sama terminologia; w czwartorzędnych powieściach fantasy pojawiają się mniej wydumane nazwy własne. Środkowe sceny dramatu, opisujące różne etapy wędrówki Regimentu natykającego się co i rusz na kolejne symbole upadku Scholandii, są całkiem niezłe. Nagisa zbliża się tu do swojej zwykłej formy: czasem pokusi się o trafne porównanie, czasem ukuje ciekawą frazę, skonfrontuje pseudofilozoficzny wywód z tekstem o macicy. Wszystko to w specyficznym, nieco może zbyt egzaltowanym, ale generalnie ciekawym klimacie.

Niestety, jakby chcąc spiąć całą wędrówkę grafomańską klamrą banału - na sam koniec dramatu autor funduje odbiorcom konfrontację Regimentu z bOgiem. Nie wiem, czy fakt, że w usta bOga sądzącego członków Regimentu Kościotrupa Kaworu włożył kwestie żywcem wyjęte ze swoich wypowiedzi na rozmaitych listach i grupach dyskusyjnych, bardziej śmieszy, czy oburza. W świetle poziomu całej dyskusji, jaką odbywają uczestnicy tej sceny, jednak chyba śmieszy, albo przynajmniej wywołuje uśmiech - politowania. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że w usta członków Regimentu włożono w tym miejscu kwestie jeszcze durniejsze i bardziej bezsensowne niż w pozostałych



częściach tekstu - co nie mogło być łatwe - a to tylko po to, aby kwestie bOga mogły na ich tle wypaść przyzwoicie. Jeśli to miał być żart (w co raczej wątpię, obserwując postawę autora) - nie załapałem. Jeśli scena ta miała być poważną kulminacją, dramatycznym podsumowaniem idei przemycanych przez sztukę, jeśli miała przekonać widza do promowanych treści - to jest po prostu żenująca.

Formuła, w jakiej "Regiment Kościotrupa" został zaprezentowany, rozczarowała bardziej od samej sztuki. Zacznę jednak od pochwał: przede wszystkim docenić należy wysiłek włożony w promocję i oprawę premiery. Bardzo ładne i ciekawe plakaty, ogłoszenia, a później aranżacja całej uroczystości (może skromna, ale elegancka) - to wszystko umieścić należy po stronie plusów. Wielkim plusem dla Scholandczyków jest też fakt, że w ogóle udało im się zebrać w jednym miejscu i czasie kilku ludzi chcących wystawić przedstawienie, nauczyć się swoich ról (albo chociaż nabrać orientacji, kiedy mają wkleić w okienko czata odpowiedni tekst) i poświęcić tą godzinę na odegranie "Regimentu Kościotrupa". U nas coś takiego nie przeszło, mimo poważnych wysiłków Gabriela Grandina. Na tym kończą się plusy.

Zdecydowanie rozczarowała "gra" aktorów. Czat nie daje wielkich możliwości ekspresji, ale nawet to minimum nie zostało zagospodarowane: wszystkie postacie przemawiały jednym kolorem i formatem czcionki, co utrudniało orientację w podziale kwestii. Tymczasem sam Rhadmor w trakcie dziesięciu minut obecności na czacie potrafi przecież zaprezentować kilkanaście sposobów urozmaicenia graficznego własnych wypowiedzi, czasem trwale uszkadzając wzrok pozostałych uczestników czata. Niewykorzystana została również możliwość "grania" opisami (komenda /me). Gdy kwestia któregoś z aktorów nie mieściła się w limicie znaków dla jednej wypowiedzi - przerywano ją w pół słowa, kończono trzema kropkami i w kolejnym komunikacie rozpoczynano często od środka wyrazu, co również nie ułatwiało śledzenia dialogów. Na dodatek kolejne partie wypowiedzi momentami wklejane były ze zdumiewającą prędkością - na długo zanim widzowie zdążyli przeczytać poprzednie. To wszystko razem powodowało straszny chaos. Widz próbował po prostu nie zgubić się pośród wypluwanych jak z automatu poszatkowanych kwestii, zamiast spokojnie kontemplować prezentowane mu treści. Taki kształt przedstawienia wynikał z faktu, że wcześniej nie przeprowadzono ani jednej próby - co przyznał sam reżyser. Być może kolejne inscenizacje "Regimentu Kościotrupa" będą dużo lepsze, należy bowiem założyć, że aktorzy i reżyser wyciągną jakieś wnioski z premierowego doświadczenia.



Podsumowując: mimo pewnych braków premiera "Regimentu Kościotrupa" z pewnością jest sukcesem scholandzkiej kultury, scholandzkiego dramatu i teatru. Braki w warstwie wykonawczej przedstawienia da się łatwo usunąć i kolejne występy aktorów Starego Teatru mogą być tylko lepsze. Sam zaś tekst sztuki może zostać uznany za udany o tyle, o ile zdaje się dobrze odzwierciedlać filozofię i poglądy jej autora. Nie każdy potrafi ubrać swoje myśli w zwykłe słowa i zakomunikować je w sposób zrozumiały i atrakcyjny - tym bardziej nie każdy potrafi wyrazić swoje przemyślenia w formie dramatu. Byłoby niesprawiedliwością nie docenić pod tym względem kolejnego dzieła Kaworu Nagisy. Co więcej: sztuka zawiera kilka naprawdę ciekawych i nieprzeciętnych scen, wypowiedzi, metafor, dla których warto przedstawienie obejrzeć, a dzięki którym czas spędzony na widowni nie będzie czasem zupełnie zmarnowanym. Niestety - te smaczne kąski zostały utopione w gęstym sosie banału, grafomanii i nieprzyjemnych zgrzytów, które pojawiły się w momentach, w których Kaworu-kpiarz postanowił z kamienną, choć skrytą pod maską bOga twarzą poczęstować widzów natchnionym i nachalnym moralizatorstwem.

Wielki Triumwir Nagisa wyraźnie zbyt mocno przejął się rolą sumienia narodu scholandzkiego (albo, kto wie: może nawet narodów v-świata w ogóle?), zresztą nigdy nie krył swoich pretensji do takiej roli. Niestety - wypada w niej blado i nieprzekonująco. Podobnie, jak nieprzekonująco, czy wręcz: śmiesznie, wypada jego najnowsze dzieło jako "długa i ciężka droga, którą należy przebyć, by inaczej spojrzeć na pewne sprawy". Droga była średniej długości, wyboista raczej i bardziej zaśmiecona niż ciężka, a widoki dookoła: dobrze znane każdemu, kto zetknął się kiedykolwiek z poglądami prezentowanymi przez Kaworu Nagisę w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Nic nowego pod słońcem, zwyczajnie. Danke schön!



Kaworu Nagisa: "Regiment Kościotrupa", premiera: 24 maj 2007, Teatr Stary w Kanikogradzie; reżyseria: Paul Yolk; muzyka: Kaworu Nagisa; obsada: Paul Yolk, Monika Izdebska, Paweł Kot-Kreskowy, Mateusz Walczak, Kamil Magnus.