Nr 42
Arona, maj 2007
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona   1   2   3   4   5   6  

~Jacques de Brolle~
Gdy król się spóźnia

Dreamlandzki monarcha skorzystał z przysługującego mu na podstawie ustawy zasadniczej prawa i odmówił zatwierdzenia projektu pewnej ustawy. Dokument okazać się miał na swój sposób wadliwy - porażony ludzką niedoskonałością urodził się martwy. Król spełnił swą przykrą powinność. Po kilku kwadransach uważnej lektury ogłosił decyzję. Nie ma, nie ma nowej ustawy, szlachetni panowie posłowie, szlachetni senatorzy imperium. Miał rację lokator Pałacu Królewskiego, gdy w jednym ze swych publicznych wystąpień zauważył, że wskutek jego późnonocnej aktywności "nie zakwitł 600-letni kwiat". Harmonia sfer pozostała niezakłócona, milczące galaktyki szybują niewzruszone. Nie stało się nic.

Czemu nie zakwitłeś, prastary kwiecie? - pytamy z troską. Czemu w ogóle wstał nowy dzień? W czasie dusznych majowych nocy dziwny niepokój drąży ludzkie serca. Aksamitne arterie Jego Wysokości w złowróżbnej ciszy miarowo toczą błękitną krew.

W wyniku późniejszych wydarzeń król tłumaczył narodowi istotę swej decyzji. "Gdybym minutę po północy machnął ręką [...] i ogłosił ustawę ..." - czytamy w liście z Pałacu i z góry znamy odpowiedź. Gdyby minutę po północy monarcha machnął ręką, nieco zmieniłaby się gęstość powietrza w królewskiej komnacie. Gdyby minutę po północy monarcha machnął ręką, 600-letni kwiat pozostałby jednakowo obojętny. To wszystko wiemy, rozumiemy, aprobujemy. Kochamy Cię, Ojcze Narodu, czy ręką machasz, czy nie.

Gdybyś minutę po północy machnął ręką, miałbyś dziś jednak święty spokój, Pawle, królu nasz przedziwny. Nie musiałbyś się gęsto tłumaczyć, balansując na granicy sensowności, nawet dla siebie samego.



Król spóźnił się ze swoją decyzję o sześćdziesiąt pięć minut. Wszystko przepadło, wszystko stracone. List do szlachetnych panów posłów, odezwa do szlachetnych senatorów imperium darmo opuściły otchłanną szufladę Jego Wspaniałości. Sześćdziesiąt pięć minut spóźnienia to cała wieczność. Stało się. Gra skończona, w kieszeni brak nowych żetonów.

Nie ma znaczenia, kto jest autorem feralnego projektu i co owym projekcie zechciał pomieścić. Można krzyczeć, że dokument jest trefny, można krzyczeć, że jest niezgodny z konstytucją. Można nawet wietrzyć spisek, doszukując się wokół najpodlejszych intencji, destrukcyjnych impulsów, zgoła demonicznych sił i infernalnych powiewów. Nam tego słuchać nie wolno, nam tego słuchać nie trzeba. Tych majtek już nie wypierzemy. W tych majtkach będziemy chodzić.

Można naturalnie wspomnieć o terminach prekluzyjnych, warunkach skuteczności aktu prawnego, konieczności poszanowania prawa już obowiązującego. Można, ale gołym okiem przecież widać, że spór ma charakter ambicjonalny, nie prawny. Tymczasem Marcus Estreicher, przeszedłszy najwyraźniej na ciemną stronę mocy, odsyła nas do Romana Ingardena, do "wielopoziomowości tekstu", do jego "poziomej interpretacji". Marcus Estreicher jest adwokatem diabła, kusi, namawia do złego. Stracone to zachody miłości. Krucjata przegrana.

Bombs away! Mamy ustawę.

~ Medgar de Rama & Jacques de Brolle~
D u r s z l a k

Po scedzeniu wszystkich zgromadzonych materiałów i wyselekcjonowaniu tych naprawdę godnych uwagi pozostaje zwykle problem tak zwanej całej reszty - pozornie bezwartościowej, wadzącej, pokracznej materii. Wodniste drobiny muły, maź kleista a kłopotliwa. Za liche jako samodzielna podstawa traktatu, pewne fakty po prostu domagają się odrębnego potraktowania. Poniżej pierwsza odsłona galerii małych form, najświeższych ofiar naszego redakcyjnego cedzaka.


*

Baczność! Sierżant sztabowy Józef wicehrabia Kalicki, Książę Surmali, robi porządki na poligonie. Po oktrojowaniu zwięzłej konstytucji, nie wiedzieć czemu mianowanej Kodeksem Peamine, uchylił wszystkie wiążące akty prawne wydane przed 1 stycznia 2007. Pamiętający pterodaktyle JKM Paweł wyraził wątpliwość co do skutków takiej musztry względem ustalonego rozstrzelanymi dekretami nazewnictwa miast. Winno ono zostać zdegradowane według niego do stanu sprzed realizacji Planu Barbarossa. Sierżant sztabowy sflankował monarchę i powołał się na skutki podobnego nalotu napalmowego z 2004 roku, który bynajmniej nie zmienił zawartości mapników, chociaż, jak wskazują okoliczności, powinien. Po czym odmaszerował do kantyny wychylić dobrze zaprawionego spirytusem drina. Konsekwencja Księcia budzi szacunek: poligon pozostał poligonem. Spocznij! Można palić!
(de Rama)

*

Dariusz Drążkiewicz, wzięty publicysta scholandzki, brutalnie obnaża mikronacyjną rzeczywistość i w swych późnonocnych wynurzeniach na stronach lokalnej agencji informacyjnej demaskuje towarzyskie wpadki swoich kolegów - współobywateli. Zapewne tylko wyraźnym inklinacjom humanistycznym pana Dariusza zawdzięczamy słuszne skądinąd spostrzeżenie, iż: "Prawda jest smutna - stojąc w miejscu cofamy się do tyłu". Ażeby wgryźć się w sam rdzeń mentalnych konstrukcji scholandzkiego dziennikarza musimy zapewne przenieść się w domenę czterech, pięciu a może i sześciu wymiarów przestrzennych. Na użytek swego frapującego cyklu pan Dariusz bawi się w socjologa i szatkuje społeczeństwo mikronacji na gwardie: starą, młodą i młodszą. Są jeszcze tzw. nowi. Topik co prawda nie pierwszej świeżości, ale ujęcie ciekawe i na swój sposób odświeżające. Ale - po kolei. Na temat starej gwardii wiemy tyle, że są to ludzie "bardzo zasłużeni", zgoła "bogowie". O młodszej gwardii redaktor Drążkiewicz pisze enigmatycznie: "jeszcze im się chce w to bawić". Wnioskujemy, że bogowie, ujmując rzecz dobitnie, ceremonialnie kładą na wszystkim lachę. Przedstawiciele trzeciej z kolei kasty - tzw. młodej gwardii - są "bardzo podobni do obywateli młodszej gwardii". Domyślamy się zatem, że "nowi", grupa czwarta, podobni są do wymienionych przed chwilą młodych gwardzistów, z tym istotnym zastrzeżeniem, że są jeszcze młodsi. Góra metr dwadzieścia. Piętnaście sekund na setkę. Całość rozważań okraszona została szeregiem dość plastycznych przykładów. Ktoś na ten przykład uciął focha i chciał na dobre odejść. Szczęśliwym trafem król przyznał mu tytuł arystokratyczny. Rzutem na taśmę, czytamy między wierszami. Drążkiewicz komunikuje: "ten kolega został". Wątpliwości jednak pozostały. "Co by było, gdyby Król nie ogłosił nobilitacji?" - pyta w środku nocy pan Dariusz. Czort wie.
(de Brolle)

*

Muzyczny projekt Marcusa Estreichera i Pawła von Kopp-Ostrowskiego zaatakował z lądu i powietrza. The Dreamland Band preferuje krzepką stylistykę przesterowanej gitary i zawodzącej solówki. Strunę należy podciągnać tak mocno, aby z palców trysnęła jucha. Krótko mówiąc: mamy do czynienia z pograniczem bluesa i rocka. Jako ojczyzna work songów, pierwocin muzyki bluesowej, wskazywane są okolice Kakut, jako ich pierwsi wykonawcy - chłopi zbierający bawełnę w latyfundiach Erwina de Kakucia. Zespół ogłosił ostatnio, iż z chęcią powita osobnika zainteresowanego "darciem ryja". Z dobrze poinformownych źródeł wiadomo nam, iż swoje CV zamierza przedłożyć były premier, Albon.
(de Rama)

*

"Gdyby dziś mielibyśmy porównać Sarmację do państw realnych, to politycznie i militarnie jesteśmy USA, gospodarczo Japonią, a powierzchniowo Rosją". Tak lapidarnie ujmuje istotę rzeczy redaktor "Wieści Teutońskich". W innym miejscu, ale nadal na łamach "Wieści", sarmacki dziennikarz bez ceregieli stwierdza, że "w żadnym v-kraju nie ma tak doskonale rozwiniętego rynku prasowego". Jakby zaskoczony tym faktem stwierdza po prostu: "zadziwiające". Zaiste. Pięcioletnia Sarmacja zdystansowała niemal dwukrotnie starsze Królestwo Dreamlandu i najwyraźniej nie wstydzi się tego przyznać. Dla świętego spokoju przyjmijmy, że to prawda. W podobnym tonie od lat wypowiadają się administratorzy stron Cesarstwa Leblandii, nie tylko przecież "największego", ale i "najdynamiczniej rozwijającego się państwa internetowego". W Surinamie też się podobno rozwijają, ale dział promocji mają mniej agresywny. W ogóle dobrze jest ogłosić, że jest się w czymś liderem. Nic się nie ryzykuje, a diabli wiedzą, kto to przeczyta. Sposobów na autoreklamę jest bez liku. Redaktorzy pisma "Natania Times" zapewniają nas solennie: "My nie kłamiemy, nie zmiękczamy!". Skoro nie zmiękczają, to pewnie są tacy, co utwardzają. Owszem - Scholandczycy. W dziale FAQ ktoś, kto zadałby pytanie o podobieństwo mikronacji do popularnej gry Sims, dowiedziałby się, że różnicy wielkiej nie ma, z tym jednak zastrzeżeniem, że w Scholandii mamy do czynienia z "interface opartym na skryptach php, otwieranych wyłącznie za pomocą przeglądarki WWW". Grunt to pięknie się różnić.
(de Brolle)

*

Lingwiści i poligloci zastanawiają się nad znaczeniem słowa "peamine". Nieco światła na zagadnienie rzucił emerytowany farmaceuta z Elsynor. Jak się okazało, peamine to staroweblandzka nazwa znanego od wieków średnich smarowidła na odparzenia stóp i ranki powstałe podczas usuwania owłosienia z okolic twarzy, w Natanii wykorzystywanego wraz z plackami kukurydzianymi jako suplement diety. Producenci medykamentów wyrazili chęć wypuszczenia na rynek specyfiku o składzie zbliżonym do znanego najstarszym babom zielarom. Codex Peamine trafi w poręcznych saszetkach do kiosków i na stacje benzynowe pod koniec miesiąca. Przed użyciem należy zapoznać się z ulotką.
(de Rama)