W ostatnim dniu kampanii wyborczej przed wyborami do Sejmu i na prezydenta przez chwilę Sclavińczycy przeżyli dreszcz niepewności, pod znakiem zapytania stanęła kwestia, czy wybory do parlamentu w ogóle się odbędą. Z kandydowanie zrezygnował bowiem nagle Guedes de Lima. Sytuację uratowało jednak zgłoszenie się Aarona v-hr Rozmana.
Gdyby nie to, na liście kandydatów pozostałyby trzy nazwiska (kandydatów Gertalda, Siduniaka i Dmowskiego), a miejsc w Sejmie po niedawnej reformie jest dokładnie trzy. Zgodnie z naszym prawem kiedy liczba kandydatów równa się liczbie mandatów do zdobycia obejmują oni miejsca w Sejmie bez wyborów, co jest tragednią dla państwa demokratycznego.
Dlatego właśnie po przedziwnym oświadczeniu Guedesa de Limy w Sclavinii podniósł się raban. Wszyscy poważniejsi politycy denerwowali się na decyzję byłego prezydenta, a w "Naszej Rzeczypospolitej" znanej z podejścia do spraw "z dystansem" ukazał się pierwszy od dawna artykuł pisany "Na gorąco"... Na szczęście Rozman się zgłosił oddalając od rzeczypospolitej widmo kolejnego "mianowanego" Sejmu.
Redaktor S.G