• 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
[CREEPYPASTA] Wakacje w Anomaliowie
#1
Wypowiedź użytkownika poludniowykhmer71 w bianecie w wątku "Wasze historie z Anomaliowem w tle":

Lata 80., Valhallijska Socjalistyczna Republika Rad, rządy towarzysza Jabłońskiego. Mój ojciec, jako miejski urzędnik w Wandyńsku Valhallijskim, otrzymał przydział na wczasy w nadmorskim "kurorcie" Anomaliowie, wraz z całą rodziną. W telewizji głoszono wszem i wobec poprawę sytuacji gospodarczej w kraju, małą stabilizację, itp., itd. Jej skutkiem miała być poprawa warunków życia zwykłych Valhallijczyków (jak nas wtedy nazywano), w tym także infrastruktura turystyczna. To, co zobaczyliśmy po wyczerpującej podróży do Anomaliowa absolutnie nie spełniało naszych oczekiwań. Co tu dużo mówić, szary hotel, małe pokoje, do jednego z nich wtłoczyli naszą pięcioosobową rodzinę. Nieważne, i tak mieliśmy zamiar spędzać większość czasu na plaży.

Hotel miał "bogatą" ofertę dla gości, kaowiec organizował ćwiczenia sportowe dla wszystkich poniżej 18 r.ż. Z braku ciekawszego zajęcia, i z nadzieją poznania rówieśników, udałem się tam i ja. Poznałem kilka osób z całej Anatolii, wszyscy byli dziećmi drobnych działaczy partyjnych, którzy zasłużyli na taką "nagrodę". 

Nie będę przedłużał, nie kliknęliście w ten wątek, by czytać wspomnienia z wakacji w trzeciorzędnym kurorcie 25 lat temu. Czwartego dnia wraz kilkoma kolegami postanowiliśmy z samego rana wybrać się na wycieczkę po okolicy. W porównaniu do centrum i dzielnicy turystycznej, obrzeża miasta były jeszcze bardziej zaniedbane. Poznaliśmy miejscowych chłopaków, którzy zaproponowali nam wspólny wypad do opuszczonego dworu dawnego bialeńskiego jaśniepana. Nie trzeba było nas długo namawiać. 

Musieliśmy odbyć pólgodzinny marsz, dom ten znajdował się w zasadzie już za miasteczkiem. Gdy tylko weszliśmy za rozwaloną bramę, miejscowych już nie było. Nie uciekli nigdzie, nie schowali się - zniknęli, jakby nigdy ich nie było. Powiało grozą, ale żaden z nas nie zaproponował ucieczki, by nie wyjść na tchórza. Taki wiek. Najstarszy z nas szybko zarządził "wchodzimy, za mną", nikt się nie sprzeciwił. W środku ujrzeliśmy typową melinę, nie było śladu po ewentualnej dawnej świetności. 

Obeszliśmy całą posiadłość kilka razy, nie wydarzyło się nic dziwnego, nie znaleźliśmy żadnego skarbu, ani niczego tajemniczego. Dlaczego więc w ogóle zamieszczam tę opowieść w tym wątku? Gdy wróciliśmy do hotelu, okazało się, że minęła ponad doba i wszyscy z niepokojem nas poszukiwali. Rodzice i milicja nie uwierzyli w nasze tłumaczenia, wcale im się nie dziwię. Do dzisiaj nie potrafię tego wytłumaczyć. Może kogoś spotkało coś podobnego? Co wtedy się stało?




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości