• 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ciemne strony refleksji?
#1
Ciemne strony refleksji?

Mikrozof - odpowiednik realnego Eremity. W mirkoświecie wielu jest takich, którzy są lub bywają w tym uniwersum wiele lat i wiele też w nim widzieli. Wydaje się im przeto, że dzięki temu posiedli ogromną wiedzę, doświadczenie i mądrość i mogą mówić, czy wręcz nauczać, jak v-żyć i jak należy zorganizować i poustawiać różnorakie mirkonacyjne kwestie. W rzeczywistości jednak, choć nie zdają sobie z tego sprawy, są oni często starymi grzybami i malkontentami, zapatrzonymi mocno w siebie, a także przekonanymi o własnej wyższości i nieomylności formułowanych wywodów. Niestety te ostatnie niekoniecznie przystają do zastanej rzeczywistości. Stają się więc (o ironio!) tymi, których często w swej eremickiej, czy też mikrozoficznej, działalności zajadle krytykują. - Karol Medycejski


***

[Obrazek: d0d1a6cf3a_AND_5287-1024x683.jpg]

***

W czasie dzisiejszego krótkiego spotkania (dajcie znać w komentarzach, czy wolicie mini-wykłady, czy długie ścianoteksty) postaram się rozważyć kwestię zagrożeń mogących wynikać z nadmiernej refleksji teoretycznej nad mikroświatem. Czy można być krytycznym analitykiem i recenzentem mikroświata, a jednocześnie jego aktywnym uczestnikiem? Czy działalność w mikroświecie wymaga odrobiny naiwności, której podstawy podkopuje mikrozofia? Czy Ordyńskie, von Thorny, Scharzengrau'y, Instytuty Mikrozofii odbierają smak mirkowania?

***

Czy wszystko trzeba analizować, czy też czasem lepiej jest po prostu żyć? Tego dzisiaj nie rozstrzygniemy. Odpowiedź zależy od charakteru danej osoby. Są ludzie, którzy każdy dzień podsumowują przed snem, niektórzy nawet piszą pamiętniki, by móc później retrospektywnie patrzeć na swoje życie. Inni uważają, że overthinking to strata czasu i wpędzanie się w zły nastrój. Podobnie jest w relacjach międzyludzkich - niektórzy uważają, że wszystkie potencjalnie problematyczne sprawy należy natychmiast przegadać i przepracować, a inni sądzą, że nie zależy ich drążyć, by nie prowokować nieporozumień. Jedno z tych podejść jest mi bliższe, ale nie zdradzę które...

Mikrozofia (a może tylko konkretni mikrozofowie?) spotkali się z głosami krytycznymi w związku z tendencją do nadmiernego teoretyzowania i wyciągania ze swoich obserwacji zbyt daleko idących wniosków. W tej sytuacji na miejscu byłoby pytanie o metodologię mikrozofii - w tym temacie trzeba szczerze przyznać, że mikrozofia nie ma swojej autonomicznej metodologii i z racji swojej interdyscyplinarności musi czerpać pełnymi garściami z metod nauk takich jak filozofia, historia, politologia, socjologia i innych nauk humanistycznych i społecznych. Jednak nierzadko nauki te również mierzą się z zarzutami ze strony zwolenników "twardej nauki" (science) o niespełnianie standardów przewidzianych dla fizyki, chemii, biologii. Wielokrotnie pojawiały się projekty unaukowienia (na wzór nauk ścisłych lub ścisłego oparcia o logikę) filozofii i historii, jednak nie osiągnęły one zamierzonych rezultatów.

Tym bardziej w przypadku mikrozofii, gdzie ani nie mamy czasu na badania na szeroką skalę, ani w większości nie jesteśmy (ja na pewno nie jestem) na poziomie intelektualnym wielkich naukowców realnych, musimy rozstać się z iluzją ściśle obiektywnej i scjentystycznej nauki o mikroświecie. Podobnie jak realni filozofowie, politologowie i historycy (zwłaszcza zajmujący się bliższym nam czasowo epokami), również mikrozofowie nie ominą subiektywności na poziomie założeń przedwstępnych. Dodatkowy problem polega na tym, że mikrozofowie siłą rzeczy są aktywnymi mikronautami, którzy działają w jakichś konkretnych państwach, znają się z konkretnymi mikronautami i przeważnie sympatyzują z jakimiś nurtami polityczno-społecznymi. Trzeba pogodzić się, że mikrozofia nie stanie się nigdy nauką nomotetyczną - nie spiszemy żelaznych praw mikroświata, chociaż pewnie co jakiś czas komuś będzie wydawało mu się, że w zaciszu swojego gabinetu odnalazł "kamień filozoficzny". Mikrozofia pozostanie prawdopodobnie pewnym specyficznym dyskursem w ramach mikroświata - od bieżących dyskusji i polityki różniącym się większym naciskiem na logiczne argumentowanie swoich tez, próbą spojrzenia na Pollin z lotu ptaka i większym szacunkiem dla dyskutantów - partnerów intelektualnych.

Po wyjaśnieniu mojego obecnego spojrzenia na mikrozofię i kwestię jej naukowości, przejdźmy do ciemnych stron refleksji, które słusznie piętnuje cytowany powyżej Karol Medycejski. Rzeczywiście, gabinety wypełnione zapachem papierosów i kawy sprzyjają snuciu oderwanych od rzeczywistości planów naprawy mikroświata. Utopie snute są od antyku, choć u Platona zapewne bez udziału tytoniu i kofeiny, i pewnie będą z nami do końca gatunku ludzkiego. Jak dowodzi historia, ani inteligencja, ani wiedza nie chronią przed uleganiem własnym iluzjom. Dlaczego akurat mikrozofia miałaby przed nimi chronić? Przyznaję, że i ja w pewnym momencie dałem się ponieść mglistemu mirażowi wspólnej, planowej przebudowy Pollinu - już się wyleczyłem. Ale w obronie utopii, choć niekoniecznie w mojej obronie, muszę powiedzieć, że niekiedy stanowią one impuls do działań rzeczywiście zmieniających świat na lepsze. Czy moje teksty kogoś zachęciły do podjęcia pozytywnych zmian - nie wiem.

Czy mikrozof obserwując mikroświat ze zbyt wysokiego lotu ptaka (lub rakiety wystrzelonej w stronę słońca) może odebrać smak życia sobie i ewentualnie niektórym czytelnikom?  Jak jak sam Medycejski zauważa w innym miejscu czasem człowiek i bez mikrozofii "trzeźwieje i na kacu dochodzi do wniosku, że go jednak ostro poebao, żeby się udzielać w tym kurwidołku". Zarówno rozważania aspirujące do miana nauki, jak i całkiem luźne przemyślenia mogą być optymistyczne i pesymistyczne. Mikrozoficzne rozważania mogą prowadzić zarówno do analizy, że jest to fantastyczny i całkowicie unikalny projekt istniejący nie bez powodu już 27 lat, ale mogą i prowadzić do stwierdzenia, że jest to dziwna zabawa dla autystów. Jak w innym kontekście powiedział prof. Dugin w wywiadzie z Michaelem Milermanem (nie pomnę gdzie), jeśli człowiek odważy się myśleć, to nigdy nie wiadomo dokąd to myślenie doprowadzi - a mimo to, jego zdaniem, warto.

Podsumowując, niewątpliwie mikrozofia może mieć ciemne strony, chociaż w zasadzie są to przede wszystkim efekty wad charakterologicznych konkretnych mikrozofów-mirkonautów. Niewątpliwie mikronacyjni naukowcy (ale i realnym się często zdarza) ocierają się w swojej zarozumiałości o śmieszność - ze swoich szczątkowych badań i analiz wyciągają nieproporcjonalne wnioski, często bardzo dowolne. Jedynym lekiem na takie "wypaczenia" jest chyba poddanie ich krytyce i dyskusji. Tym różni się nauka od religii dogmatycznych, że poszczególne hipotezy i teoria poddawane są weryfikacji. Tym różni się humanistyka od nauk ścisłych, że ciężko o jasną procedurę weryfikacji.

Czy mimo tych licznych słabości mikrozofii i niedoskonałej natury samych mikrozofów warto bawić się w v-naukę? Moim zdaniem tak, o ile nie podchodzi się do tego zbyt na serio. Dyskusje bywają rozwijające intelektualnie i one są główną wartością dodaną mikrozofii.

Dziękuję za uwagę, zapraszam do debaty!
#2
(23-12-2022 14:46)Andrzej Płatonowicz Ordyński napisał(a): Czy mimo tych licznych słabości mikrozofii i niedoskonałej natury samych mikrozofów warto bawić się w v-naukę? Moim zdaniem tak, o ile nie podchodzi się do tego zbyt na serio. Dyskusje bywają rozwijające intelektualnie i one są główną wartością dodaną mikrozofii.

Mi się wydaje się, że tu kluczowe jest słowo "bawić". V-nauka to taka sama zabawa jak całe mikronacje i jeśli ktoś tego nie rozumie to popada, mówiąc dosadnie, w spierdolenie. Na podobnej zasadzie w realowej nauce są ludzie, którzy rozumieją że to przyjemna praca, ale nadal praca jak każda inna i są dziady, którzy myślą, że praca na uczelni to niczym namaszczenie od Jehowy (znam taką dziewczynę w moim wieku, doktorantkę, która nawet słowo "nauka" pisze z wielkiej litery xD).
prof. dr net. mgr gen. bryg.
Ametyst Faradobus

Wiceprezydent i Eksprezydent Republiki Bialeńskiej, Rektor Uniwersytetu Bialeńskiego,

[Obrazek: 85_13_12_22_10_32_48.png]
#3
Przeczytałem ten wykład, czy też może felieton, z dużym zaciekawienim. I nie tylko dlatego, że jego tłem stały się niektóre moje wypowiedzi :)

Nie da się ukryć, że byłem i wciąż jestem mocno sceptyczny względem v-nauki, a w szczególności mikrozofii. Że siedzę w mirkoświecie dosyć długo i jestem dziś mocno zdystansowany, ironiczny i nieraz zblazowany (stąd też nazywam polski mikroświat "mirkoświatem"). Że często mówię co myślę, nierzadko wulgarnie i zdarza mi się działać pochopnie i nieprzemyślanie, nie do końca zważając na innych. Że bywam po prostu wkurwiający :) Pewnie nie ja jeden. 

W każdym razie, niezależnie od moich poglądów i często dość zajadłej krytyki pewnych v-zjawisk i v-aktywności, myślę, że ważne jest, żeby pozwolić innym spędzać w tej przestrzeni czas w taki sposób, w jaki uznają to za stosowne i odpowiednie dla nich, pod tym jedynym warunkiem, że nie jest to wymierzone w innych i ich uzasadnione i racjonalne zamierzenia, poglądy i metody zabawy w mirkonacje. Wydaje mi się, że jest rzeczą ważną, by istniał pluralizm w tym względzie. Nie tylko dlatego, że tak jest ciekawiej, ale także dlatego, że w ten sposób ktoś może w miły sposób spędzić chwilę swojego wolnego czasu. 

I nie, nie oznacza to, że nie wolno nam krytykować v-rzeczywistości. Powinniśmy się jednak zastanowić, czy zawsze warto to robić?



#4
Tworząc na siłę z jakiejś dyscypliny naukę nomotetyczną to nie tylko mikrozof odbiera smak życia, ale wszelcy naukowcy w realu również. Ilekroć ktoś podnosi temat tożsamości nomotetycznej dyscypliny typu historia lub politologia to w Azji umiera panda. Teoretyzowanie mając służyć poszukiwaniu jakichś żelaznych praw pokazuje jedno - takie prawa nie istnieją (w mikrozofii na pewno, w dyscyplinach realowych aą zdania podzielone, lecz skoro trwa dyskusja od kilku dekad nad tożsamością dyscypliny to przychylam się do zdania, że takie żelazne prawa i t nie istnieją, a to zwykłe pobożne życzenia naukowców są).
#5
Historia nie jest od tego, aby poszukiwać uniwersalnych prawd tylko ma na celu analizę źródeł i szukanie przyczyn procesów dziejowych, aby następnie na tej podstawie dało się wyciągać wnioski. Oczywiście może być też elementem sporu politycznego, co widzimy na przykładzie ideologicznej warstwy aktualnego konfliktu na Wschodzie.

Natomiast jako historyk nigdy nie miałem ambicji traktowania mojej dyscypliny jak science i wmawiania innym, że takową jest.
prof. dr net. mgr gen. bryg.
Ametyst Faradobus

Wiceprezydent i Eksprezydent Republiki Bialeńskiej, Rektor Uniwersytetu Bialeńskiego,

[Obrazek: 85_13_12_22_10_32_48.png]
#6
No i to jest dobre podejście. Tymczasem niektórzy historycy zachowują się tak jakby historia była dyscypliną jak jakaś fizyka i jak to się podważy to oczy im krwią zachodzą i żona nie nadąża z podawaniem kolejnej porcji bigosu.

To samo z resztą z politologią. Przez bardzo szeroki zakres tego co składa się na tę dyscyplinę (historia, prawo, socjologia, filozofia, ekonomia i jeszcze coś by się znalazło) trudno ustalić kim ten politolog jest, ale to imo nie jest problem. Jakie są wymogi pracy naukowej każdy wie więc powinno się po prostu "pozwolić robić" i wiadomo, że politolog, dla którego konikiem jest np. ekonomia zajmie się gospodarkami państw czy programami gospodarczymi partii. Tymczasem niektórzy teoretycy z bożej łaski mają takiego fizia na punkcie teorii, że nie wyobrażają sobie pisania jakiejkolwiek pracy bez kategorii teoretycznych pozwalających na E K S P L A N A C J Ę zjawisk. Nie twierdzę, że to złe, ale to robi się często komiczne. Piszą te rozdziały metodologiczne, teoretyczne, a jak weźmie się książkę to w dalszej części pracy trudno związku się doszukać, no ale jest.

Nic tak nie obrzydza dyscypliny i pracy naukowej jak teoretycy. Wyleczyłem się dzięki nim z chęci podejmowania jakiejś pracy naukowej, trzeba mieć chyba po prostu w bani nawalone aby tym się zajmować w przynajmniej mojej dyscyplinie.
#7
(27-12-2022 09:52)Karl von Schwarzengrau napisał(a): Tymczasem niektórzy historycy zachowują się tak jakby historia była dyscypliną jak jakaś fizyka i jak to się podważy to oczy im krwią zachodzą i żona nie nadąża z podawaniem kolejnej porcji bigosu.

No bo to jest kwestia wymierania starej szkoły opartej na wzorcach niemieckich (edycja zabytków piśmiennictwa, dogłębne studia źródłoznawcze) ukształtowanych jakoś za Leopolda von Rankie na rzecz różnych nurtów eksperymentalnych, które w moim przekonaniu są często budowane na absurdalnym kompleksie wobec nauk ścisłych.
prof. dr net. mgr gen. bryg.
Ametyst Faradobus

Wiceprezydent i Eksprezydent Republiki Bialeńskiej, Rektor Uniwersytetu Bialeńskiego,

[Obrazek: 85_13_12_22_10_32_48.png]




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości