28-01-2023 19:14
O dwóch bliźniaczych złudzeniach
Formuła Mikroświata wyłącznie jako sposobu rozrywki wyczerpała się i nie ma możliwości opierania o jej rozwój planu naprawczego, a przynajmniej nie w większej skali niż jednak pewne istniejące zapotrzebowanie na państwa-happeningi w rodzaju Biednej Republiki Ciprofloksji. Tym samym mikronautyka nie umrze wraz ze zmierzchem swojej atrakcyjności oraz końcem cyklu i przeżytkiem państwa wirtualnego jako produktu rozrywki tylko, jeśli potraktujemy ją jako coś ponad zabawę i zadamy sobie pytanie: po co i dlaczego powstał Mikroświat? czemu w ogóle ma służyć nasza działalność? jaki jest sens jej podejmowania z perspektywy tych, którzy mieliby do nas dołączyć? Musimy zdać sobie sprawę, że na horyzoncie widoczny jest kraniec pewnej epoki i że stoimy w przededniu albo zagłady, albo reorientacji sposobu myślenia, jeśli chcemy przetrwać w nowych warunkach. – Simon McMelkor, „Przeciwko współczesnemu Mikroświatu”, 13 lipca 2011, https://staramonarchia.wordpress.com/201...kroswiatu/
***
Szanowni Państwo,Dzisiejszy wykład rozpoczynam od cytatu z nieśmiertelnego Simona McMelkora, cytatu sprzed prawie dwunastu lat, którego katastroficzny wydźwięk zaniepokoić może czytelnika, skłonnego na jego podstawie sądzić, że i ja wejdę dziś w ten dyskurs wzniosłości i zmierzchu mikroświata. Od razu uspokajam, o kryzysie nie powiem dziś (prawie) nic. Czemu więc służy przytoczenie tej wypowiedzi? McMelkora uważam za największego spośród mikrozofów, choć on sam do ich grona się nie zaliczył – w czasie jego działalności termin ten nie występował; w 2012 r. określił się jednak, z angielska, mianem mikropatrologa. A właśnie o mikrozofach i ich specyficznym spojrzeniu na mikroświat będzie dziś mowa. Ale nie tylko o nich.
Jak w czasie którejś z dyskusji zauważył Maciej II (niestety nie mogę zlokalizować źródła wypowiedzi), mikronauci dzielą się na tych, którzy bezrefleksyjnie bawią się w wirtualny świat i mają z tego frajdę, oraz na tych, którzy szukają dziury w całym i psują tym samym zabawę innym, krytykując ich i wyśmiewając. Ta linia podziału wydaje się być bardzo interesująca. Do grona krytykujących i/lub wyśmiewających zaliczają się obie grupy, o których chcę dzisiaj nieco opowiedzieć. I o ich złudzeniach, ale do tego niebawem dojdziemy.
Jedną z grup nazwijmy mikrozofami, choć nie wszyscy posługują się tym terminem i nie wszyscy próbują realizować się na gruncie v-nauki – niektórzy uprawiają publicystykę, a najmniej ambitni z nich ograniczają się do produkowania umiarkowanie rozbudowanych postów na forum. Mikrozof swoje pojęcie o celach nauk humanistyczno-społecznych zaczerpnął od lewicy heglowskiej – analiza, krytyka i przemiana stanowiąca efekt zrozumienia i przepracowania problemu. Mikrozof jest bardziej lub mniej spostrzegawczy, potrafi dostrzegać analogie pomiędzy sytuacjami i budować mniej lub bardziej uprawnione uogólnienia. Przeważnie na początku wydaje mu się, że zna rozwiązanie najważniejszych problemów mikroświata (tego McMelkorowskiego „krańca pewnej epoki”, wyczerpania się formuły, zmierzchu atrakcyjności, przeżytku) i jego zadanie polega na popularyzacji własnych spostrzeżeń i przekonania do nich innych – a następnie wszyscy razem, drug z drugiem, pzystąpią do reform, wprowadzając Pollin w wiek złoty. Gdy okazuje się, że nie jest to takie proste, pojawia się zgryźliwość, czasem skierowana w kierunku otoczenia, a czasem do wewnątrz. Ale nie zawsze! Bywają myśliciele, którzy z większą i mniejszą intensywnością raczą Mikroświat swoimi mądrościami przez lata. Nie tak dawno zauważyłem w Sarmacji pewnego zombiaka-filozofa, który ani o krok nie odstępuje od swoich wieszczb – co więcej, uważa, że gdyby w odpowiednim czasie go posłuchano, teraz wszystko byłoby dużo lepiej…
Drugą z grup nazwijmy szydercami, choć złośliwi nazywają ich czasem trollami. Szyderca często zaczynał od bycia zwykłym mikronautą – posada ministerialna, stanowisko szefa rządu, czasem korona. Z czasem doszedł do przekonania, że zwykłe mirkowanie jest nudne, a mirkonauci, którzy w kółko powtarzają te same rytuały są w zasadzie nieco zabawni. Szyderca zaczął więc nieśmiało śmieszkować z pewnych zachowań i postaw – drobny komentarz pod artykułem o kolejnym statucie napisanym przez Zayma, żart z rotryjskich forumowych rytuałów w „wieściach z zagranicy”, nieśmiała krytyka powszechnie szanowanych autorytetów. Te niewinne początki często nie wróżyły rozwoju kariery szydercy! Okazało się jednak, że jak w skinheadowskim szlagierze, „Kiedy zrobisz pierwszy krok, który da początek drodze, walką będziesz musiał żyć, wzniecać wokół siebie ogień”. Ksiądz kardynał przyleciał w trybie natychmiastowym, by rzucić klątwę na śmieszka; wielki autorytet obraził się na amen, a jego zausznicy dołączyli do wyrazów potępienia. W tym momencie śmieszek widząc tak nieadekwatną do sytuacji reakcję uznał, że mirkonauci są jeszcze śmieszniejsi (i może nieco żałośni?) niż do niedawna sądził. Późniejsza kariera szydercy rozwija się w różny sposób – czasem trafia na sobie podobnych i razem tworzą kontent niezrozumiały dla zwykło-mirków, czasem jego satyra i krytyka ewoluują w coraz bardziej wyrafinowaną formę. Szyderca może kwestionować wszystko, ale jedno jest dla niego pewne – on widzi i rozumie więcej niż grzybiarze z Agurii i rajdowcy z Edelweissu.
Mikrozofa i szydercę dzieli wiele – stosunek do decorum, język, formy wypowiedzi, zapatrywania polityczne. Łączy ich jedno – owe tytułowe bliźniacze złudzenia. Obaj uważają, że ich doświadczenie, bystrość oraz umiejętność krytycznego spojrzenia na rzeczywistość wyróżniają ich spośród szarej masy ludzi żyjących w krajach sprzed wynalezienia ironii. Nie tylko wyróżnia, ale też daje prawo do metamikronacyjnego oceniania mikroświata, poniekąd wręcz transcendentnego, bo czynionego z pozycji wychylenia poza mikroświat, stania ponad maluczkimi. Ich wspólnym złudzeniem jest przekonanie (artykułowane mniej lub bardziej wprost w przypadku mikrozofów, zaś przemilczane w przypadku szyderców) o możliwości obserwacji i krytyki mikroświata z zewnątrz.
Tymczasem niezbyt wiadomo, czy mikronauta w rzeczywistości w ogóle może reprezentować podejście metamikronacyjne. Jak każdy mikronauta ma on swoje doświadczenia w świecie wirtualnym, swoje sentymenty, znajomości, działa w określonym państwie, za konkretnymi osobami nie przesiada. Nie jest to może duży problem w przypadku szyderców, którzy wszak nie roszczą sobie wprost praw do obiektywności (choć wyśmiewając innych, w rzeczywistości siebie i swoją grupę stawiają na piedestał, jako realizujących formę bardziej wyrafinowanej zabawy). Gorzej jest w przypadku mikrozofów, którzy pretendują do rangi v-naukowców. Obie jednak grupy opierają swoje roszczenia do reprezentacji podejścia metamikronacyjnego opierają na posługiwaniu się swoistymi metajęzykami. W przypadku mikrozofów jest to metajęzyk wzorowany na języku realnych nauk humanistyczno-społecznych, zaś w przypadku szyderców język memów, niekiedy zbliżający się do czan-mowy. Metajęzyki te różnią się od siebie, ale mają podobną funkcję – podniesienia rangi wypowiedzi oraz ekskluzja tych, którzy z rangi wykształcenia (w przypadku języka naukowego), czy wieku (ludzie w wieku średnim i starczym nie rozumieją niektórych memów) nie potrafią się biegle danym językiem posługiwać.
Przedstawiłem dotychczas dość negatywny obraz, zarówno tej grupy do której należę, jak i tej, której przedstawiciele często kierują ostrze szyderstw w moją stronę. Być może krytyka krytyki jest z mojej strony jeszcze wyższym poziomem zarozumiałości i kolejnym złudzeniem – metazłudzeniem, chciałoby się powiedzieć. A może jest odwrotnie, i socjologia wiedzy naukowej (z konieczności zapewne w formie wanna-be, a nie profesjonalnej w znaczeniu realnym) jest jedynym, co może ochronić podejście metamikronacyjne przed dogmatyzmem i zupełnie nieuzasadnionym poczuciem wyższości. Czy i loże szyderców mogą stosować podobny mechanizm. Tak, i stosują, oddajmy głos JKW Aleksandrowi. "Takie samo gawno tyle, że jeszcze nie jesteśmy tego świadomi i pochlebiamy sobie patrząc na Sarmację, że zobaczcie, my jesteśmy lepsi, fajniejsi, oni są prymitywni, a my wysublimowani. Ale wysublimowany autyzm nadal pozostaje autyzmem."
Czy więc, skoro podejście mikrozoficzne i podejście szydercze jest „takim samym gawnem”, co rysowanie samochodów, zbieranie grzybów i wklejanie Ewangelii na każdy dzień, to nie mają żadnej wartości. Jak się domyślacie, sądząc po tym, że właśnie piszę kolejny wykład, nie jestem tego zdania. Uważam, że warto tworzyć własne opowieści (narracje) na temat mikroświata, o ile ma się świadomość, że skoro nasze spojrzenie jest tylko jednym z wielu potencjalnie równoprawnych spojrzeń, to i rozpowszechniania przez nas narracja również jest tylko jedną z wielu, które mogłyby powstać. Mogłyby, ale często nie powstają. Czy tylko dlatego, że osoby, które JKW Aluś nazwał „prymitywnymi” nie lubią tworzyć dłuższych tekstów i dyskutować na tematy wymagające nieco wyższego poziomu refleksji i abstrakcji od meldowania, że zebrało się borowika? Chyba nie, patrząc na to, jak potężne elaboraty potrafią pisać osoby zaatakowane przez szyderców. Być może po prostu niektórzy mikronauci uważają, że nie warto bawić się w teorie i spekulacje – i ja to podejście akceptuję.
Sądzę jednak, że wartość dodaną dla dyskursu w mikronacjach stanowiłyby prelekcje o metafizyce grzybiarstwa, wartości wątków typu „Ewangelia na każdy dzień” i „1000 powodów, by się upić”, uzasadnieniu permanentnej sraczki legislacyjnej w niektórych krajach, a nawet sensie kopiowania artykułów z wikipedii. Jestem przekonany, że każde podejście do naszej zabawy można w sensowny sposób wyjaśnić. Jestem także pewien, że każdy, kto ma 8 klas jest w stanie bez większego problemu napisać drobne wypracowanie. Nie mam też wątpliwości, że tworzenie własnych narracji przez osoby spoza dwóch opisanych dziś grup, sprawiłoby, że 1/ dyskurs mikrozoficzny zostałby wzbogacony przez kolejną perspektywę, 2/ mikrozofowie i szydercy zobaczyliby w osobach preferujących prostą zabawę równoprawnych interlokutorów i partnerów do zabawy.
Dziękuję za uwagę, zapraszam do dyskusji!

