Od chorób, od promieniowania,
od mutacji okropnych
I od zatracenia człowieczeństwa
Zbaw nas, dobry Boże!
Modlitwa błagalna znana w każdym jahołdzkim domu po pożodze
Stoję pośrodku tego cmentarza cywilizacji, ze wspaniałego miasta nie zostało już nic, co niegdyś było jego wizytówką. Wyobrażam sobie, jak przed laty żyli tu ludzie. Jak mieszkali w tych gigantycznych budowlach, przemieszczający się samochodami czy rowerami do pracy, kiedy jeszcze na tych pojazdach połyskiwała błyszcząca farba, a inni schodzili w dół do metra, tylko po to, aby przedostać się jak najszybciej z jednego miejsca do drugiego. Niemożliwe...jak w ciągu jednej chwili cały ich świat mógł zniknąć. O czym Ci ludzie wtedy myśleli? A co myśleli chwilę później, kiedy zaczęli się obawiać o swoje życie i stale o nie walczyć, próbując przedłużyć je choćby o jeden dzień?
Przemyślenia jednego z dekontaminatorów.
Witamy w Bałdaraszu, o to miejsce ludzi, których opuściło szczęście. Cóż z nich pozostało? W ich oczach widzę tylko pustkę. Nie widzę w nich już ani krzty wiary, jaką kiedyś do Zielonego Kościoła pałali. Nie dziwi mnie to. Dla nich Bóg już dawno umarł.
Słowa jednego z kapłanów Zielonego Kościoła.
Sukinsyni. Porzucili nas jak psy, metro było naszym kojcem. Lata spędzone w metrze były czymś co się nawet nie śniło wolnogradzkiej elicie kraju. Ci co pozostali do dzisiaj żywi w strefie zamkniętej, już nigdy nie będą normalnymi ludźmi. Każdy z nas sprzedał swoje człowieczeństwo za garść nabojów. Jednak zapowiadam Wam, że to już koniec. Z tuneli wyszliśmy, mamy już dosyć wydarzeń gorszych niż najgorsze horrory. Chcemy opuścić ten przeklęty betonowy schron, i zacząć normalnie żyć, i zbudować prawdziwy dom, a nie żyć na zatęchłej stacji między dwoma filarami zabudowanymi dyktą.
Refleksja jednego z mieszkańców metra.
Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas.
- Friedrich Nietzsche
Wjazd do strefy.
- Włączyć dozymetry już, to rozkaz! Kiedy otworzymy wrota, będziemy zdani już tylko na siebie. Jeden pilnuje drugiego, do tubylców być nieufnym. Cholera wie co po takim czasie pozostało z tych ludzi, o ile będziemy ich jeszcze mogli nazwać ludźmi. Na każdy akt agresji w naszą stronę odpowiadać siłą, nie możemy ryzykować. Dojeżdżamy do pierwszego zamieszkanego miejsca, pacyfikujemy je i zakładamy tam obóz. Rozkładamy sprzęt, komory do dekontaminacji, namiot medyczny i resztę pierdół. Potem próbujemy każdego po dobroci spróbować przebadać oraz odkazić. Jak się nie uda po dobroci to trudno, naszym zadaniem jest doprowadzić to miejsce do tego, aby było zdatne do zamieszkania. Za każdą cenę. Ktoś ma jakieś pytania?
Jeden z uzbrojonych ludzi spojrzał na swojego dowódcę pytającym wzrokiem. - Towarzyszu, ale przecież ja jestem tylko zwykłym lekarzem, nikt nie mówił mi, że będę musiał uzbrojony po zęby robić jakieś czystki na tych biedakach, którzy już od długiego czasu wyczekują naszej pomocy!
Dowódca spojrzał na naszywkę z imieniem i nazwiskiem członka wyprawy, i skwitował:
- Akinori, czy ty zdajesz sobie sprawę, gdzie za chwilę się znajdziesz? Musimy zakładać najgorszy scenariusz, że ludzie, za tymi wrotami, nie będą już mieli nawet znamion człowieczeństwa.
*
Panowie! Za 10 minut znajdziemy się nad centrum Bałdaraszu, w samym środku zony. Wszyscy pamiętają wytyczne? Waszym zadaniem jest wylądować, jak najbliżej wejścia do metra. Jak już będziecie przy wejściu macie odczekać równe 5 minut ze zegarkiem w ręku, jak ktoś nie przyjdzie, to macie zakładać, że już po nim. Żadnego zgrywania bohaterów i spacerów po mieście w celu znalezienia kolegi. Po pięciu minutach schodzicie w dół. Jeśli gdzieś ludzie jeszcze żyją i możemy zakładać, że mają jeszcze jakiekolwiek ludzkie odruchy, to tylko tam na dole. Cholera wie jak zareagują na was, dlatego w razie czego, to wasze bezpieczeństwo jest najważniejsze. Na każdy akt agresji macie odpowiadać siłą! Jednak pamiętajcie, że to są wasi rodacy, o których świat zapomniał, i lecicie tam po to, aby tych ludzi uratować w jakiś sposób. Powodzenia na dole Towarzysze!
Grobową ciszę ulic Bałdaraszu przerwał szum silników samolotu, z którego po chwili wyskoczyło kilkunastu spadochroniarzy. Chan, młody chłopak, który zaciągnął się do oddziału dekontaminatorów wylądował raptem 100 metrów od wejścia do metra. Po odpięciu spadochronu, udał się biegiem pod zejście. Jego oczom ukazała się zardzewiała tablica z napisem Stacja Centralna. - No to witamy w stolicy Jahołdy. - z niepokojem pomyślał Chan.
Cały oddział wraz z dowódcą, składający się z 15 ochotników, po chwili zameldował się pod stacją. - Dobra chłopaki, póki co jest pusto. Promieniowanie jest w normie, tak więc w tym miejscu powiedzmy, że jest bezpiecznie. - Nagle z dołu wejścia zaczęły wybrzmiewać podejrzane dźwięki. - By się moje słowa nie powiem w co obróciły - skwitował dowódca. Cały oddział natychmiastowo wycelował broń w dół schodów, aż po chwili z ciemności wyszedł dość wiekowy, krępy człowiek. W oczach nieznajomego dało się dostrzec strach. - Znowu wy?
- Jacy wy? - zapytał Chan.
- To wy nie faszyści? - dałbym sobie uciąć głowę. - W takim razie coście za cholery? Komuniści? Agrarni? Czy jeszcze inne popaprańce? Może Ci no ze Zakonu Madżlisu, którzy twierdzą, że da się na powierzchni już mieszkać na stałe?
- Starcze, co ty wygadujesz? Jacy faszyści, jacy komuniści, jaki znowu Zakon? - wypytywał dowódca. - Mów mi natychmiast co się dzieje w metrze na dole, co się dzieje tutaj na górze oraz co tu się w ogóle dzieje, bo inaczej to szybko skończę z tobą temat. - warknął.
- Niby nie faszyści, a metody mają jak faszyści. A może wpierw, to się przedstawicie kim jesteście? Wiem, że w dzisiejszych czasach, to ciężko o kulturę, ale proponuję zrobić to szybko, bo w innym przypadku, to będziecie mieć wszyscy odstrzelony łeb w ciągu jednej minuty.
- Jak śmiesz ty bydla… - zagotował Uriel, jeden z członków oddziału.
- Odwróć się synu za siebie. - odpowiedział mu starzec.
Za plecami spadochroniarzy stało około 30 żołnierzy, a kolejnych parunastu dało się dostrzec w oknach budynków otaczających stacje. Dowódca drużyny zbladł i opuścił karabin w dół. - Może zacznijmy naszą znajomość od nowa? - rzekł starzec, który po wyjściu z ciemności, już wcale tak niedołężnie nie wyglądał. - Kim do diabła jesteście i czego chcecie? - jeszcze raz zapytał.
- Jesteśmy jednym z oddziałów, który ma na celu przywrócić normalne życie na terenie strefy. Jesteśmy lekarzami, naukowcami, żołnierzami i przybywamy po to, aby Wam pomóc. Wasz koszmar dobiega końca. - potulnie odpowiedział dowódca.
- Lekarz, który chce leczyć karabinem? Naukowiec, który chce badać granatami? Coś mi się wydaję, że wy chcecie tutaj zaprowadzić ład i porządek metodami, które niekoniecznie nam się spodobają. - skwitował dowódca stacji metra.
*
*
Gabinet Atamana był skromny, aczkolwiek w porównaniu do reszty Stacji Centralnej, można by go uznać za luksusowy apartament. Przed katastrofą w gabinecie znajdowało się biuro ochrony metra, dzisiaj już nic o tym nie przypomina. Na środku pokoju stoi czarne biurko, z którego łuszczy się stara farba olejna, w rogu stoi jakaś sztuczna paprotka, na ścianie wisi portret Kubiłaja Ugedeja. Na suficie tli się jedna żarówka, która i tak ledwo co daje światła.
- No dobra, streszczę wam wasze położenie. Znajdujecie się na terenie Niebieskiej Linii, czyli na terytorium frakcji, która starała się nie wyprać sobie mózgu jakąkolwiek ideą. Nazywam się Manas Aczi-Su, jestem Atamanem. Moja matka pochodziła z Brodrii, ojciec wraz z rodziną od wieków zamieszkiwali Jahołdajewszczyznę. Tak się losy ciekawie moje potoczyły, że musiałem stanąć na czele ocalałych, żeby nie wpadli w sidła jakiś fanatyków. Starałem się stworzyć tutaj pod ziemią ostoję wolnego słowa oraz republikańskich wartości. Wyszło jak wyszło, ale przynajmniej każdy ma tutaj co jeść oraz nie zastrzelą go za krytykę władzy. Szanowny dowódco, mogę poznać twoje imię?
- Nazywam się Amin Al-Szaron. - odpowiedział.
- Bengazijczyk? Ciekawe. Napijesz się czegoś? Może bimbru? - zaproponował Manas.
- Chętnie. - zgodził się Amin.
Aczi-Su nalał do starej menaszki żołnierzowi setkę bimbru. Amin tylko zwilżył usta po czym zaczął się krztusić. - Co to jest do cholery jasnej? - ze łzami w oczach wypowiedział.
- No patrzcie jaki piesek burboński. Nasz bimber mu nie smakuje, no teraz to w samo serce mnie uraziłeś. Chociaż rzeczywiście nie chciałbyś wiedzieć na czym go pędzimy. - roześmiał się Ataman. - No ale dobra, do rzeczy. Opowiedz mi o waszej misji oraz co tak naprawdę tutaj robicie?
- No cóż, najnowsze nasze dane ze strefy powiedziały nam, że promieniowanie na większości tych terenów przestało być zabójcze dla ludzi. Dlatego władze Dżamahiriji Bialeńskiej podjęły decyzję o dekontaminacji zony oraz przysposobienie jej do ponownego przystosowania do życia. Docelowo cała strefa ma być posprzątana, ocaleni mają zostać objęci opieką medyczną, bandyci mają zostać wyeliminowani, i ma wrócić tutaj ład i porządek. - odpowiedział Al-Szaron.
- Jaka znowu Dżamahirija Bialeńska? A co z Republiką? - ze zdziwieniem odrzekł Aczi-Su.
- Ah no tak, bo przecież skąd masz wiedzieć. Po prostu został wprowadzony nowy podział administracyjny kraju i Bialenia została podzielona na dwie części. Cała północ od Gór Orlich, prócz Półwyspu Lisewskiego jest pod jurysdykcją Dżamahiriji Bialeńskiej, a cała reszta państwa tworzy teraz Rzeszę Bialeńską. Długo opowiadać o tym co się działo na tle politycznym w kraju. - uciął. - No ale ciekawi mnie podział polityczny tutaj w zonie? Teraz ty opowiadaj. Wspominałeś u góry o jakiś komunistach, faszystach, agrarnych i innych zakonach. Co tutaj się w ogóle wyprawia? - zapytał.
*
Wrota do zony zostały otwarte. Przed oddziałem ukazały się puste stepy ciągnące się kilometrami, a gdzieś za horyzontem górowały ośnieżone szczyty Gór Orlich. Sam widok budził lęk oraz niepokój, że nikogo na tym terytorium już nie ma, albo że jednak ktoś przetrwał, członkowie wyprawy sami nie wiedzieli, który scenariusz jest bardziej przerażający. Po chwili trzy pojazdy terenowe typu UVL-5 odjechały w głąb strefy zamkniętej.
- Luka, która godzina? - zapytał kapitan.
- Towarzyszu Salia, dochodzi dziewiąta. - odrzekł Luka Eristow.
- Szlag, zaraz zacznie zapadać zmrok. - zmartwił się kapitan. - Nie możemy ryzykować jazdy w nocy. Spróbujemy do dziesiątej znaleźć jakieś dobre miejsce na obóz. Nie uda się, to rozbijemy obóz w szczerym polu.
Po mniej więcej godzinie jazdy, na horyzoncie dało się dostrzec mrygające światła. Trzy opancerzone pojazdy natychmiast się zatrzymały, i wszyscy prócz strzelców na wieżyczkach, opuścili swoje samochody.
- Kapitanie Salia, co robimy? - spytał Akinori. - Jakiś rekonesans może?
- Za dużo filmów się naoglądałeś, ale zbyt dużego wyboru nie mamy. Trzymamy się planu i jedziemy sprawdzić co się tam dzieje. Jak ktoś zobaczy coś podejrzanego, to strzelać bez rozkazu. - Salia odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę swojego UVL.
Konwój składający się z trzech UVL-5A-HMG, ze zamontowanymi na dachu wielkokalibrowymi karabinami maszynowymi 12,7 mm, po pół godziny jazdy zbliżyły się na odległość kilometra do celu. Salia wziął z szyi lornetkę i spojrzał na obiekty znajdujące się przed nimi.
- Dziwne. - powiedział.
- Towarzyszu, co tam widzicie? - zapytał niecierpliwie jeden z żołnierzy, Enver.
- Naprawdę dziwne. Widzę kilka jurt, pali się kilka ognisk, wygląda to na normalną osadę, ale do jasnej cholery na tym terenie nie powinniśmy tutaj spotkać nikogo żywego. - dziwił się kapitan.
- Ale dozymetr w tym miejscu pokazuje takie samo promieniowanie, jak w centrum Wolnogradu. Może po prostu da się tutaj żyć i ludzie zaczęli już normalnie funkcjonować. - zasugerował Mahathir Akinori nadal wlepiając wzrok w osadę przed nimi.
Enver zapalając papierosa zasugerował, aby sformować trójkąt z pojazdów i wjechać do wioski. Jako, że słońce już dobrą chwilę temu zaszło za horyzont, kapitan Salia przytaknął na propozycję i wydał rozkaz, aby wszyscy udali się do wozów.
Po chwili trzy uzbrojone samochody terenowe znalazły się w centrum osady. Była pusta. Oddział natychmiast wyskoczył z pojazdów i wycelował broń przed siebie, nie mierząc dokładnie do żadnego celu. Żołnierze znajdujący się na wieżyczkach UVL nerwowo obracali karabinem wokół własnej osi, starając się dostrzec jakiekolwiek oznaki życia.
- Nie podoba mi się to, coś tu nie gra. - powiedział nerwowo Enver.
- No co ty nie powiesz. - z uśmiechem odrzekł Salia. - Do cholery ktoś te ogniska musiał rozpalić, więc ktoś w pobliżu być musi. Przeszukać osadę! Trzymać się parami i jeden pilnuje drugiego.
- A może na wszelki wypadek wrzucać granaty do jurt? - ktoś zaproponował.
- Zaraz tobie wrzucę granat nie powiem gdzie. Stój dziób Zvezdan, bo za taki pomysł powinienem cię na miejscu rozstrzelać. Nie wiedziałem, że geolodzy w taki sposób pobierają próbki ziemi. - zirytowany odparł Salia.
Mahathir Akinori wraz z Enverem Dukiciem weszli jurty, przy której paliło się ognisko, nad którym znajdował się uchwyt na czajnik. Sam czajnik leżał obok ogniska i był mocno nagrzany, co świadczy o tym, że mieszkańcy obozu, opuścili go chwilę przed przybyciem oddziału. Skórzany namiot w środku był skromnie urządzony. Na podłodzę leżały stare krowie skóry, przy ścianie na wprost wejścia leżał stary materac wraz z brudnymi pierzynami, a przy samych drzwiach stała stara drewniana szafa, w której znajdowały się zatęchłe stare ubrania, aczkolwiek nie pozostawiało złudzeń, że ktoś je miał niedawno na sobie.
- Kapitanie Salia! - krzyknął Enver. Tu nikogo nie ma, ale mam nieodparte wrażenie, że ktoś nas obserwuje.
- Nordaty nie odkryłeś, ale plus taki, że muszą się nas bać. Czyli mamy do czynienia jednak z ludźmi, którzy odczuwają strach oraz są słabo uzbrojeni, bo w innym przypadku już byśmy pewnie byli martwi. No dobra chłopaki, ustawić samochody na trzech końcach tej wioski, śpimy na zmianę. Sześciu na wartę, sześciu idzie spać. A tubylcy może do rana wrócą, a jak nie, to o ósmej wyruszamy dalej. Niech Bóg ma ich w opiece.
*
Manas Aczi-Su spojrzał na Al-Szarona znudzonym wzrokiem i nalał sobie prawie cały kubek samogonu. Aminowi na sam widok zrobiło się niedobrze. Manas wypił duszkiem wszystko, otarł usta i ponownie spojrzał na soldata.
- Przerażające jest, że wy nic nie wiecie, co działo się w metrze przez ostatnie lata. Gdyby to tylko ode mnie zależało, to już dawno bym was wygnał. No ale ludzie patrzą na was jak na anioły, mają nadzieję, że przywrócicie im wolność i ludzką godność. Gdybyście nie chcieli mnie zastrzelić na samym początku, to może inaczej bym was traktował. No ale nie ulega wątpliwością, że wasze przybycie tutaj, jest początkiem nowego rozdziału. Dobra, co chcesz wiedzieć dokładnie Amin? - z uśmiechem zapytał.
- Skąd wzięli się tutaj Faszyści?
- Ehh, to najgorsza swołocz w całym metrze i od jakiegoś czasu na powierzchni. Jak to wszystko się zaczęło, to na stacjach wybuchła panika, zresztą jak wszędzie. - machnął ręką. - Ludzie płakali, krzyczeli, dzwonili do bliskich, chcieli wyjść z metra, aby być razem z rodziną, no ale kiedy emocje opadły i już wszyscy wiedzieli, że świat jaki znali przestał istnieć, ludzie musieli wziąć się w garść. W różnych miejscach metra, ludzie szukali różnych sposobów na przeżycie. Gdzieś narodził się pomysł, że w takich czasach, to tylko komunizm może uratować ludzkość. Że trzeba się wszystkim dzielić po równo, że nie będzie biednych i bogatych, i jakoś doczekamy lepszych czasów. W praktyce jak to często bywa z tym ustrojem, okazało się, że komuniści ze stacji Ludowej, bardzo szybko rozpoczęli ekspansję dalej i podbili prawie całe północne metro. Póki co siedzą cicho, bo jeszcze nie przejedli tego co zrabowali. Potem mamy Agrarnych, naszych ulubieńców. Nie wiem ilu naszych ludzi straciło życie we walce z nimi. Podbili prawie całą środkową nitkę metra. - wskazał ją na mapie. - O to miejsce gdzie teraz się znajdujemy toczyły się szczególnie krwawe boje. W końcu Centralna przecina ich terytorium na pół, co nie jest im na rękę, ale dostali już kilka razy baty, więc chyba się pogodzili. Mamy podpisany z nimi ruch bezwizowy, więc chyba już odpuścili na jakiś czas.
- Skąd wzięli się tutaj Agrarni? - zapytał ze zdziwiniem Amin. - Co oni tutaj uprawiają?
- Z nimi to w ogóle jest ciekawa historia. Na stacji Nabuchodonozora w dniu katastrofy znalazło się na nasze nieszczęście kilku byłych członków Tygrysów Spirkina, problem taki, że byli oni z frakcji agrarnej, należeli do Bialeńskiej Partii Narodowo-Agrarystycznej. Akurat tego dnia wyszli z pierdla, gdzie odsiadywali wyroki za swoje partyzanckie grzechy. I oczywiście los musiał ich tego dnia rzucić blisko wejścia do podziemi. Kiedy usłyszeli syreny zeszli na dół i zainfekowali pół metra. - roześmiał się.
- W jakim sensie? - dociekał.
- Zaraz po pożodze, zaczęli głosić swoje idiotyczne idee. Doszli do wniosku, że celem życia w metrze, jest przeżycie. Oczywiście mają rację w tym, problem taki, że tylko w tym. - nalał sobie drugą porcję bimbru. - Zamienili całe stacje we wielkie farmy pieczarek oraz obory dla trzody. Wszyscy ich obywatele muszą pracować przy tym i nie ma zmiłuj się, każda próba zrobienia sobie wolnego...oznacza śmierć. Próba opuszczenia swojego kołchozu...kula w łeb. Ogólnie mają tam chory podział na kasty, ale nie mam nerwów o tym opowiadać. Starczy, że muszę widzieć ich codziennie na Centralnej. Zresztą widzieć jak widzieć, ale najgorsze, że ich czuć od tych pieczarek. W życiu bym tych ich grzybków do ust nie wziął. - ponownie wypił duszkiem cały samogon. - O matko, za to to mógłbym brać do ust cały czas. - roześmiał się Ataman. - No ale tak, widzę, że najbardziej zaintrygowali cię Faszyści. Ja to dawno już im odebrałem prawa człowieka. To nawet nie są zwierzęta, że też nasza jahołdzka święta ziemia nosi takich bydlaków. Jest sobie na południu stacja Armina, ogólnie przed dniem ostatecznym, to było zadupie Bałdaraszu. Tak więc nic dziwnego, że pomysł wprowadzenia takich rzeczy jak faszyzm, eugenika, czystość rasowa i tak dalej, narodził się właśnie tam. Ogólnie skurwysyni i nie ma co tutaj przebierać w słowach. Twierdzą, że każdy kto posiada znamiona mutacji genetycznej zasługuje na śmierć. Szkoda gadać.
- Nie rozumiem czegoś. - Al-Szaron założył ręcę na głowę. - Przeżyła was raptem garstka i jak mogło dojść do tego, że ludzie tutaj w metrze podzielili się na jakieś frakcje uwarunkowane poglądami politycznymi. To jest chore! - uderzył pięścią w biurko.
- Uspokój się, nie tobie oceniać ludzi, którzy po prostu chcieli przeżyć. - zmarszczył czoło Manas. - Po prostu taka jest natura ludzkości i nikt nigdy tego nie zmieni. Ludzie za cenę przeżycia, bądź szerzenia swojego sposobu na życie, są gotowi nawet zabić drugą osobą. Zresztą mam to gdzieś. - machnął ręką. - Jesteś ostatnią osobą, która może nas oceniać.
- Może i masz rację Manas. - zamyślił się. - Masz jeszcze jakieś ciekawostki o metrze?
- Życia by nam brakło, ale jeśli pytasz o kolejne ugrupowania, to jest jeszcze sekta. Nazywają siebie Zielonym Kościołem Metrokatolickim, czy coś takiego. Są trochę dziwni, ale chociaż mają jakiś swój system wartości i starają się nie krzywdzić nikogo. Na stacji Katedralnej nieopodal dawnego rotryjskiego kościoła, gdzie po katastrofie schronili się tamtejsi księża, tak śmiesznie się złożyło, że akurat przejazdem stację dalej znajdowali się kapłani Zielonego Kościoła. Na początku podżegali ludzi do wojny religijnej i raz nawet się zdarzył incydent, że w tunelu między tymi dwoma stacjami doszło do dość krwawej bijatyki...kamienie poszły w ruch. - roześmiał się Ataman wraz z Aminem. - No ale potem na szczęście się pogodzili i zawarli przymierze w obawie przed komunistami i faszystami. Niby te tunele, którymi wojska tych obydwóch tworów mogłyby przejść, są zamknięte i nikt normalny o zdrowych zmysłach nie odważyłby się tamtędy przejść, ale kto ich tam wie. W każdym razie zawarli przymierze, potem wymienili się poglądami i stworzyli wspólną doktrynę kościoła.
- Dlaczego te wspomniane przez ciebie dwa tunele są zamknięte? - dociekał Al-Szaran.
- Metro nie jest bezpieczne, w niektórych tunelach i na niektórych stacjach dzieją się dziwne rzeczy. Zmutowane zwierzęta, anomalie, a także niektórzy mówią o ludziach, którzy przyjęli tak dużą dawkę promieniowania, że zamienili się w jakieś ghule czy inne stwory. Akurat to ostatnie mam za bajki, które służą do straszenia dzieci przed tunelami, ale kto wie. - ziewając odpowiedział na pytanie.
- Dobra, nie chcę cię już dłużej męczyć, ale opowiedz jeszcze o tym Zakonie?
- Od jakiegoś czasu dochodzą mnie słuchy, że w starym budynku Madżlisu zamieszkali ludzie. Podobno nazwali się Zakonem Madżlisu i twierdzą, że powierzchnia jest już zdatna do zamieszkania. Najwyraźniej mają trochę racji, skoro przybyliście i wy tutaj. - ataman spojrzał na kieszeń swojego rozmówcy. - Palisz? Poczęstowałbyś na dobry początek znajomości. Nawet nie wiesz od ilu lat nie czułem w ustach smaku normalnego tytoniu.
Amin bez zwłoki wyjął z kieszeni paczkę papierosów i podał całą Manasowi. - Weź całą, ja na tę misję wziąłem duży zapas.
- Odpowiedni ekwipunek żołnierza to podstawa. - ze śmiechem skwitował Manas Aczi-Su
|