Karol Medycejski napisał(a):We Włoszech wynika to nie tylko z chronicznego braku testów...Oczywiście, że nie tylko - dlatego napisałem "w dużej mierze". Inna sprawa, że w przypadku rozpatrywania kwestii śmiertelności to ta niby "subordynacja" nie ma nic do rzeczy - bo rozpatrujemy to na zasadzie stosunku zarażonych do zejść śmiertelnych. Jakaś "subordynacja" może wpłynąć na liczby bezwzględne, ale nie na na ten stosunek zarażonych do zgonów.
Cały problem polega na tym, że na chwilę obecną nikt nie jest w stanie stwierdzić jaka jest liczba zarażonych - w obliczu dużego procenta przebiegów bezobjawowych i lekkiego przebycia choroby, podobnej niezmiernie do paru innych stanów chorobowych dróg oddechowych. Takich, na które nie zwraca się szczególnie uwagi, po prostu się je przechodzi. Nie wymagają specjalistycznego leczenia i są przecież tak powszechne, że się nimi nawet do lekarzy nie chodzi.
Oczywiście liczba zarażonych np. w Korei Północnej, gdzie stosuje się testy na skalę masową, jest duża bliższa prawdzie niż w takich Włoszech, gdzie liczba testów jest minimalna - ale i tak jest duża liczba zakażeń, o których nikt nie wie, bo nie wywołują w ogóle objawów lub takie podobne do "zwykłego przeziębienia".
Osobiście bardziej obawiam się o wiele bardziej skutków gospodarczych tej "histerii" niż samego wirusa, który wcale (jak się wydaje) nie powoduje większej śmiertelności niż popularna grypa. O ile sobie można bez większej szkody utrzymywać zamknięte szkoły, bo ich personel jest opłacany z budżetu i co najwyżej ich pensje nieco przyhamują (bo budżet też to wszystko odczuje porządnie), to już w wieloma firmami będzie dużo gorzej. Część po prostu nie przetrwa, a część (duża większość) odnotuje (już odnotowuje) tak znaczące spadki dochodów, że przestaną inwestować i się rozwijać. A to wszystko to naczynia połączone, nawet branże kompletnie nie dotknięte ograniczeniami nakazowymi sporo stracą - choćby przez to, że część ich klientów padnie, a dużej części zmniejszą się dochody. Na tym wszystkim, na tej całej histerii stracą wszyscy... i szybko się z tego nie pozbieramy. Szczególnie tam, gdzie gospodarki nie są specjalnie silne (czyli u nas na ten przykład), bo te mocne oczywiście to przetrwają dużo lepiej.
W sumie jak na to patrzę na spokojnie i "rachunkowo" to bardziej się obawiam właśnie tych skutków gospodarczych niż jakiegoś tam prawdopodobieństwa choroby, która w sumie stwarza zagrożenie dużo mniejsze... jak na razie to jedna stwierdzona infekcja na ponad 100 tys. ludzi i nawet jak wzrośnie (a wzrośnie, co oczywiste) dziesięciokrotnie to będzie to jeden na 10 tys., przy wzroście 100-krotnym to będzie jedno na 1000. Biorąc pod uwagę samą śmiertelność na poziomie powiedzmy nawet 1-2 procenta to zagrożenie nie jest porażające. Natomiast zagrożenia wynikające z upadającej gospodarki są realne i dotkną nas o wiele bardziej oraz w dużym procencie. Moim osobistym zdaniem to nie sama choroba nas "załatwi", załatwi ta psychoza strachu.
Jedyna nadzieja w tym, że ludzi nie można zastraszać zbyt długo... strach spowszednieje, bo nawet w czasie okupacji bo pierwszym szoku i strachu ludzie starali się żyć normalnie i oswoili się z zagrożeniami. Tylko, że to był niestety "inny materiał ludzki", ta "lepsza glina"... czyli teraz pewnie pójdzie to wolniej, niestety.
