12-07-2019 22:11
Wybaczcie, drodzy miłośnicy tajemnic, moje opóźnienie w przedstawieniu pierwszego raportu. Nasza ekspedycja okazała się nie być przyjemną wycieczką krajoznawczą, lecz przeprawą przez dzicz. Po dostatnim niegdyś kraju Ramzaniego nie ma śladu. Dopiero dziś, nocując w Kiku (Bantu), mogę zebrać myśli i zapisać kilka słów, dalekich jednak od literatury pięknej.
9 lipca w nocy wylądowaliśmy na przedmieściach Ururu. Miejscowa biedota podeszła do samolotów, zbrojna kilka przestarzałych rewolwerów. Nic nie mówiło im nasze oznakowanie, posądzili nas o bycie Sarmatami. Uspokoili się dopiero, gdy z samolotu wysiadł ajatollah Ali ibn Abi Talib w swych szatach. Ugościli nas wspaniale, z resztą nikt z nas nie przyznał, że Ali jest jedynym muzułmaninem pośród nas. Nie zdradziliśmy swoich personaliów, przedstawiliśmy się jako osobista ochrona ajatollaha, aby uniknąć dalszych problemów.
Dowiedzieliśmy się, że Samban Zachodni oraz Bantu podzielone są na szereg niezależnych państw, wchodzących ze sobą w liczne konflikty. Na czele Ururu stoi sułtan, którego władza obejmuje jedynie niewielkie terytorium wokół dawnej stolicy. Nie ma miesiąca bez krwawych bitew, które na rękę wydają się być jedynie stacjonującym w Samundzie Sarmatom. O sytuacji w tym kraju opowiedzieli nas z resztą mrożące krew w żyłach historie, wzięte jakby z "Jądra ciemności". Wszyscy jednak uczciwie przyznali, że sami nie widzieli Samundy na oczy, więc i mi ciężko jest wysnuwać ostateczne wnioski.
Noc przespaliśmy spokojnie, a następnego ranka ajatollah został zaproszony przez Sułtana. Sprawiał on wrażenie człowieka rozsądnego, więc zdecydowaliśmy się na wyjawienie głównego celu naszej podróży. Wówczas wpadł w szał, nazwał nas zdrajcami wiary i kazał swoim żołnierzom wywieźć nas poza miasto. W ten sposób pozostaliśmy bez samolotów, uzbrojenia oraz zapasów pożywienia.
Za złote zegarki kupiliśmy od Beduina pięć wielbłądów, chcąc wyruszyć w kierunku północno-zachodniego brzegu Sambanafryki, skąd blisko już do Wysp Przyjaźni. Już najbliższa oaza zweryfikowała nasze plany. Tam nie popełniliśmy ponownie tego samego błędu i daliśmy się poznać jako muzułmańscy wędrowcy z Dżamahiriji Bialeńskiej. Los się do nas uśmiechnął, arabski socjalizm okazał się trzymać mocno. Stosunkowo niedaleko siedzibę swoją miał podpułkownik al-Talhi. lokalny przywódca marzący o zjednoczeniu Sambanafryki w duchu Islamu oraz socjalizmu.
11 lipca rano dotarliśmy do jego miasta. Gdy tylko dowiedział się, że jesteśmy przybyszami z Bialenii, od razu nas przyjął. W jego gabinecie wisiały trzy portrety: Osamy bin Ramzaniego, Akrypy Ali ibn Shariati oraz Mahometa. Zaczął snuć plany o zjednoczeniu subkontynentu, wyparciu Sarmatów z Samundy oraz odbudowie Al Rajnu. Milczeliśmy, chcąc zrobić wrażenie niezorientowanych w sprawie mieszkańców Pustyni Bengazijskiego, których do Sambanu przywiało jedynie poszukiwanie przygód. Liczyliśmy jedynie na transport na Wyspy Przyjaźni, odechciało nam się Agharty i kontaktów z Sambanafrykańczykami.
W pewnym momencie al-Talhiego przeszył dreszcz. Rozpoznał mnie. Widział mnie w telewizji razem z Ramzanim na Konferencji Wolnogradzkiej w czasach, gdy ten relikt Al Rajnu docierał jeszcze do tych stron. Nie miałem wyjścia, przedstawiłem mu towarzyszy. Uklęknął przed ajatollahem, a Marszałkowi Dexowi zasalutował. Wydawało się już, że teraz na pewno nam pomoże. Jak więc zamiast na Wyspach Przyjaźni jesteśmy teraz w Kiku, stolicy dawnego Bantu?
Kiku i okolice były jedyną strefą zdemilitaryzowaną, mieścił się w nim swoisty parlament, gdzie spotykali się lokalni liderzy i załatwiali swoje interesy. Jedynym wspólnym interesem było niewpuszczanie Sarmatów zbyt daleko poza dawną granicę z Samundą. Al-Talhi postanowił wykorzystać nas do zjednoczenia plemion. Nad ranem ma odbyć się nasze spotkanie ze Zgromadzeniem. Nawet nie chcę myśleć o tym, co mogą zaproponować te ludy pustyni. Oficjalnie jesteśmy gośćmi honorowymi, ale w przypadku odmowy zapewne szybko staniemy się zakładnikami.
9 lipca w nocy wylądowaliśmy na przedmieściach Ururu. Miejscowa biedota podeszła do samolotów, zbrojna kilka przestarzałych rewolwerów. Nic nie mówiło im nasze oznakowanie, posądzili nas o bycie Sarmatami. Uspokoili się dopiero, gdy z samolotu wysiadł ajatollah Ali ibn Abi Talib w swych szatach. Ugościli nas wspaniale, z resztą nikt z nas nie przyznał, że Ali jest jedynym muzułmaninem pośród nas. Nie zdradziliśmy swoich personaliów, przedstawiliśmy się jako osobista ochrona ajatollaha, aby uniknąć dalszych problemów.
Dowiedzieliśmy się, że Samban Zachodni oraz Bantu podzielone są na szereg niezależnych państw, wchodzących ze sobą w liczne konflikty. Na czele Ururu stoi sułtan, którego władza obejmuje jedynie niewielkie terytorium wokół dawnej stolicy. Nie ma miesiąca bez krwawych bitew, które na rękę wydają się być jedynie stacjonującym w Samundzie Sarmatom. O sytuacji w tym kraju opowiedzieli nas z resztą mrożące krew w żyłach historie, wzięte jakby z "Jądra ciemności". Wszyscy jednak uczciwie przyznali, że sami nie widzieli Samundy na oczy, więc i mi ciężko jest wysnuwać ostateczne wnioski.
Noc przespaliśmy spokojnie, a następnego ranka ajatollah został zaproszony przez Sułtana. Sprawiał on wrażenie człowieka rozsądnego, więc zdecydowaliśmy się na wyjawienie głównego celu naszej podróży. Wówczas wpadł w szał, nazwał nas zdrajcami wiary i kazał swoim żołnierzom wywieźć nas poza miasto. W ten sposób pozostaliśmy bez samolotów, uzbrojenia oraz zapasów pożywienia.
Za złote zegarki kupiliśmy od Beduina pięć wielbłądów, chcąc wyruszyć w kierunku północno-zachodniego brzegu Sambanafryki, skąd blisko już do Wysp Przyjaźni. Już najbliższa oaza zweryfikowała nasze plany. Tam nie popełniliśmy ponownie tego samego błędu i daliśmy się poznać jako muzułmańscy wędrowcy z Dżamahiriji Bialeńskiej. Los się do nas uśmiechnął, arabski socjalizm okazał się trzymać mocno. Stosunkowo niedaleko siedzibę swoją miał podpułkownik al-Talhi. lokalny przywódca marzący o zjednoczeniu Sambanafryki w duchu Islamu oraz socjalizmu.
11 lipca rano dotarliśmy do jego miasta. Gdy tylko dowiedział się, że jesteśmy przybyszami z Bialenii, od razu nas przyjął. W jego gabinecie wisiały trzy portrety: Osamy bin Ramzaniego, Akrypy Ali ibn Shariati oraz Mahometa. Zaczął snuć plany o zjednoczeniu subkontynentu, wyparciu Sarmatów z Samundy oraz odbudowie Al Rajnu. Milczeliśmy, chcąc zrobić wrażenie niezorientowanych w sprawie mieszkańców Pustyni Bengazijskiego, których do Sambanu przywiało jedynie poszukiwanie przygód. Liczyliśmy jedynie na transport na Wyspy Przyjaźni, odechciało nam się Agharty i kontaktów z Sambanafrykańczykami.
W pewnym momencie al-Talhiego przeszył dreszcz. Rozpoznał mnie. Widział mnie w telewizji razem z Ramzanim na Konferencji Wolnogradzkiej w czasach, gdy ten relikt Al Rajnu docierał jeszcze do tych stron. Nie miałem wyjścia, przedstawiłem mu towarzyszy. Uklęknął przed ajatollahem, a Marszałkowi Dexowi zasalutował. Wydawało się już, że teraz na pewno nam pomoże. Jak więc zamiast na Wyspach Przyjaźni jesteśmy teraz w Kiku, stolicy dawnego Bantu?
Kiku i okolice były jedyną strefą zdemilitaryzowaną, mieścił się w nim swoisty parlament, gdzie spotykali się lokalni liderzy i załatwiali swoje interesy. Jedynym wspólnym interesem było niewpuszczanie Sarmatów zbyt daleko poza dawną granicę z Samundą. Al-Talhi postanowił wykorzystać nas do zjednoczenia plemion. Nad ranem ma odbyć się nasze spotkanie ze Zgromadzeniem. Nawet nie chcę myśleć o tym, co mogą zaproponować te ludy pustyni. Oficjalnie jesteśmy gośćmi honorowymi, ale w przypadku odmowy zapewne szybko staniemy się zakładnikami.

