17-07-2019 16:02
Po powrocie Bartłomieja Demiatycza i Jana Sapiehy do obozu skonfrontowaliśmy to, czego dotychczas dowiedzieliśmy się o Agharcie. Sułtan Ururu uważa ją za siedzibę Iblisa*, przywódcy zbuntowanych dżinnów. Kapłan bantuńskiego woodyzmu uważa jest za wspaniałe ukryte królestwo. Przewodnik Janka twierdzi, że to wyspa i nawet na niej był. Wyglądało na to, że kraina ta istnieje w świadomości mieszkańców regionu, ale poszczególne wersje są ze sobą sprzeczne. Ustaliliśmy, że w pierwszej kolejności postaramy się powrócić do kraju, a następną wyprawę przygotujemy lepiej i zadbamy o eskortę wojskową lub chociaż gwardii lennej w większej liczebności.
13 lipca z samego rana spotkaliśmy się ze Zgromadzeniem. Było tu wielu sułtanów, kalifów, wodzów, prezydentów i sekretarzy... Ogrom rozpadu Al Rajnu był porażający. Na początku przedstawiono nam sytuację na subkontynencie. Ogromna bieda, ciągłe wojny domowe, konieczność racjonowania żywności. Jeszcze gorzej miało być w "objętej opieką" Sarmatów Samundzie. Zapewniliśmy o chęci niesienia pomocy humanitarnej. Zgromadzenie było podzielone z grubsza na trzy frakcje: sambanafrykańskich socjalistów, którzy chcieliby zjednoczyć subkontynent i związać go z Bialenią oraz RPM, rajńskich lojalistów, czekających na powrót Ramzaniego na białym wielbłądzie, oraz fundamentalistów religijnych. Taki podział sprawiał, że wszelkie procesy pokojowej integracji były skazane na niepowodzenie.
Padł na nas blady strach, gdy wstał Sułtan Ururu (wcześniej go nie zauważyliśmy) i oskarżył nas o okultyzm. Na szczęście podpułkownik al-Talhi wziął nas w obronę, w innym wypadku moglibyśmy już nigdy nie wrócić do kraju. Obrady nie doprowadziły do niczego konkretnego, poza luźnymi deklaracjami. Ururyjski władyka został zmuszony do oddania nam sprzętu oraz umożliwienie powrotu na Wyspy Przyjaźni.
Jeszcze na dzień zostaliśmy w Kiku, przejrzeliśmy wszystkie ocalałe biblioteki i korzystając z listów żelaznych postanowiliśmy znaleźć ludzi, którzy mogą wiedzieć cokolwiek o podziemnej krainie. Byliśmy zniechęceni i zrezygnowani, dostawaliśmy same sprzeczne informacje, a ponadto zauważyliśmy, że śledzą nas podejrzani czarni ludzie w czerni. 14 lipca wieczorem podkomendni al-Talhiego zabrali nas do Ururu, skąd chcieliśmy dotrzeć własnymi samolotami na Wyspy Przyjaźni. Jeden z żołnierzy poprosił nas, byśmy najpierw polecieli do podpułkownika. Tak też zrobiliśmy. Skoro nie udało nam się odkryć Agharty, to chcieliśmy chociaż nawiązać kontakty dyplomatyczne z przychylną nam frakcją...
Uzyskaliśmy tam jedną kluczową informację, która stawiała całą naszą misję pod olbrzymim znakiem zapytania. Sarmaci wspólnie ze swoim samundyjskim mięsem armatnim zajęli z pozoru bezużyteczny kawałek pustyni i pilnie go strzegą. Położenie tego regionu rzeczywiście przypominało niektóre mapy z naniesionych wejściem do Agharty… Czego neoliberałowie mogą szukać w tak świętym miejscu?
* Od innych sambanafrykańskich muzułmanów usłyszeliśmy, że siedzibą Iblisa jest Księstwo Sarmacji.
13 lipca z samego rana spotkaliśmy się ze Zgromadzeniem. Było tu wielu sułtanów, kalifów, wodzów, prezydentów i sekretarzy... Ogrom rozpadu Al Rajnu był porażający. Na początku przedstawiono nam sytuację na subkontynencie. Ogromna bieda, ciągłe wojny domowe, konieczność racjonowania żywności. Jeszcze gorzej miało być w "objętej opieką" Sarmatów Samundzie. Zapewniliśmy o chęci niesienia pomocy humanitarnej. Zgromadzenie było podzielone z grubsza na trzy frakcje: sambanafrykańskich socjalistów, którzy chcieliby zjednoczyć subkontynent i związać go z Bialenią oraz RPM, rajńskich lojalistów, czekających na powrót Ramzaniego na białym wielbłądzie, oraz fundamentalistów religijnych. Taki podział sprawiał, że wszelkie procesy pokojowej integracji były skazane na niepowodzenie.
Padł na nas blady strach, gdy wstał Sułtan Ururu (wcześniej go nie zauważyliśmy) i oskarżył nas o okultyzm. Na szczęście podpułkownik al-Talhi wziął nas w obronę, w innym wypadku moglibyśmy już nigdy nie wrócić do kraju. Obrady nie doprowadziły do niczego konkretnego, poza luźnymi deklaracjami. Ururyjski władyka został zmuszony do oddania nam sprzętu oraz umożliwienie powrotu na Wyspy Przyjaźni.
Jeszcze na dzień zostaliśmy w Kiku, przejrzeliśmy wszystkie ocalałe biblioteki i korzystając z listów żelaznych postanowiliśmy znaleźć ludzi, którzy mogą wiedzieć cokolwiek o podziemnej krainie. Byliśmy zniechęceni i zrezygnowani, dostawaliśmy same sprzeczne informacje, a ponadto zauważyliśmy, że śledzą nas podejrzani czarni ludzie w czerni. 14 lipca wieczorem podkomendni al-Talhiego zabrali nas do Ururu, skąd chcieliśmy dotrzeć własnymi samolotami na Wyspy Przyjaźni. Jeden z żołnierzy poprosił nas, byśmy najpierw polecieli do podpułkownika. Tak też zrobiliśmy. Skoro nie udało nam się odkryć Agharty, to chcieliśmy chociaż nawiązać kontakty dyplomatyczne z przychylną nam frakcją...
Uzyskaliśmy tam jedną kluczową informację, która stawiała całą naszą misję pod olbrzymim znakiem zapytania. Sarmaci wspólnie ze swoim samundyjskim mięsem armatnim zajęli z pozoru bezużyteczny kawałek pustyni i pilnie go strzegą. Położenie tego regionu rzeczywiście przypominało niektóre mapy z naniesionych wejściem do Agharty… Czego neoliberałowie mogą szukać w tak świętym miejscu?
* Od innych sambanafrykańskich muzułmanów usłyszeliśmy, że siedzibą Iblisa jest Księstwo Sarmacji.

