Brzmienie artykułów 5 i 6 jest conajmniej dziwne.
1/ Jeżeli sojusz militarny zakłada przystąpienie do wojny w przypadku zagrożenia jednej ze stron to OK. Tylko po co wtedy pisać o tych możliwościach, ich braku itd.?
2/ Jeżeli w sojuszu militarnym pisze się o obowiązku udzielania pomocy militarnej to znowu punkt o braku możliwości transportowych jest nieco bez sensu - bo w takim przypadku obowiązek stron jest taki by środki tranportu posiadała.
3/ Co więcej... czy wsparcie w wojnie polega tylko na "transporcie wojsk"? Przecież mówimy o krajach oddzielonych "wielkimi wodami"... Można nie mieć zdolności transportowych, ale np. czynnie wspierać sojusznika za pomocą marynarki wojennej. Można na terenie sojusznika nie mieć ani jednego żołnierza, ale walnie przyczynić się do jego zwycięstwa w wojnie z jakimś przeciwnikiem. Można nie mieć sojusznika w zasięgu swojego lotnictwa, ale w tym zasięgu może znajdować się jego przeciwnik. Jest wiele różnych opcji...
4/ Przy okazji wywalcie też artykuł 10... kompetnie absurdalny jest.
Moja propozycja jest taka:
1/ Pozostawienie tylko zapisu o obowiązku przystąpienia do wojny po stronie sujusznika.
2/ Scedowanie szczegółów na dokumenty odtrębne... już ściśle wojskowe, które powstaną na skutek uzgodnień wojskowych obu stron.
Dlaczego tak, a nie inaczej? Z dwóch powodów:
1/ Dokument traktatu staje się spójny i nie miesza kwestii politycznych z wojskowymi.
2/ Otwiera drogę do dalszych działań... po prostu nie kończy sprawy. Politycy podpisali sojusz, a potem wojskowi przystępują do uzgodnień i takie kształtowania elementów swoich sił zbrojnych by było to możliwe (oczywiście w teorii, bo wojny w rozumieniu walki wirtualnym wojskiem prowadzić się nie da).
Tak więc Panowie Politycy... darujcie sobie w tym traktacie jakiekolwiek detale wojskowe. Uproście go i dodajcie zapis o obowiązku uzgodnień i podpisania porozumienia w kwestiach wojskowych przez dowódców narodowych sił zbrojnych.
Tak naprawdę to jest jedyny sens takiego traktatu. Przecież wojny prowadzić się nie da, a cały sens armii i sojuszy militarnych polega na kwestiach organizacyjnych i planowaniu. Podpiszcie traktat.. a wtedy powstają kolejne tematy gdzie wojskowi opracowują plany, schematy działań, strategię działania w przypadku różnych zagrożeń itd.
PS. Przepraszam za literówki... z telefonu na urlopie.
1/ Jeżeli sojusz militarny zakłada przystąpienie do wojny w przypadku zagrożenia jednej ze stron to OK. Tylko po co wtedy pisać o tych możliwościach, ich braku itd.?
2/ Jeżeli w sojuszu militarnym pisze się o obowiązku udzielania pomocy militarnej to znowu punkt o braku możliwości transportowych jest nieco bez sensu - bo w takim przypadku obowiązek stron jest taki by środki tranportu posiadała.
3/ Co więcej... czy wsparcie w wojnie polega tylko na "transporcie wojsk"? Przecież mówimy o krajach oddzielonych "wielkimi wodami"... Można nie mieć zdolności transportowych, ale np. czynnie wspierać sojusznika za pomocą marynarki wojennej. Można na terenie sojusznika nie mieć ani jednego żołnierza, ale walnie przyczynić się do jego zwycięstwa w wojnie z jakimś przeciwnikiem. Można nie mieć sojusznika w zasięgu swojego lotnictwa, ale w tym zasięgu może znajdować się jego przeciwnik. Jest wiele różnych opcji...
4/ Przy okazji wywalcie też artykuł 10... kompetnie absurdalny jest.
Moja propozycja jest taka:
1/ Pozostawienie tylko zapisu o obowiązku przystąpienia do wojny po stronie sujusznika.
2/ Scedowanie szczegółów na dokumenty odtrębne... już ściśle wojskowe, które powstaną na skutek uzgodnień wojskowych obu stron.
Dlaczego tak, a nie inaczej? Z dwóch powodów:
1/ Dokument traktatu staje się spójny i nie miesza kwestii politycznych z wojskowymi.
2/ Otwiera drogę do dalszych działań... po prostu nie kończy sprawy. Politycy podpisali sojusz, a potem wojskowi przystępują do uzgodnień i takie kształtowania elementów swoich sił zbrojnych by było to możliwe (oczywiście w teorii, bo wojny w rozumieniu walki wirtualnym wojskiem prowadzić się nie da).
Tak więc Panowie Politycy... darujcie sobie w tym traktacie jakiekolwiek detale wojskowe. Uproście go i dodajcie zapis o obowiązku uzgodnień i podpisania porozumienia w kwestiach wojskowych przez dowódców narodowych sił zbrojnych.
Tak naprawdę to jest jedyny sens takiego traktatu. Przecież wojny prowadzić się nie da, a cały sens armii i sojuszy militarnych polega na kwestiach organizacyjnych i planowaniu. Podpiszcie traktat.. a wtedy powstają kolejne tematy gdzie wojskowi opracowują plany, schematy działań, strategię działania w przypadku różnych zagrożeń itd.
PS. Przepraszam za literówki... z telefonu na urlopie.
