• 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Chwalebny szlak Irmina
#1
POCZĄTEK

"Wszystko wzięło swój początek od tego że znalazłem się w nieodpowiednim miejscu i czasie."

Jestem Irmin-Ward i oto moja historia. Mieszkam a w zasadzie prowadzę żywot eremity w Górach Orlich.
Wychowywałem się na stepie i odkąd sięgam pamięcią razem z rodziną prowadziliśmy półkoczowniczy tryb życia. Surowe warunki klimatyczne w jakich przyszło nam wtedy żyć sprawiły że szybko musiałem dorosnąć by stać się mężczyzną. A nie było to wcale łatwe zadanie. Obowiązuje stary zwyczaj, który stanowi że do osiągnięcia statusu mężczyzny w naszym klanie, należy przejść pewien rodzaj próby. Polega ona na tym że w porze zimowej każdy chętny na 3 dni musi opuścić gromadę i być zdanym jedynie na siebie i własne umiejętności. Tym którzy powrócą nadaje się przydomek rodowy. Mój pochodzi od jahołdajewskiego słowa ward czyli sokole oko.

cdn.
#2
Jestem ciekawy, jak poszła Ci próba, jakie przygody Cię wówczas spotkały. Czy opowiesz nam o tym w wolnej chwili?
#3
ŁOWY


"Ze zdobytego szczytu najlepiej widać kolejny szczyt"

Zimą jeleń zapuszcza się bardzo daleko. Pokonuje do kilkunastu mil dziennie. Łowca zaś - dręczony mrozem i samotnością - z trudem może utrzymać takie tempo. Jeleń od czasu do czasu wyczuwa obecność łowcy, jego zapach i bliskość. Zazwyczaj właśnie wtedy rozlega się świst strzały wypadającej spomiędzy drzew. Ale jeleń się uczy. Łowca wypuścił już pięć - z posiadanego tuzina - strzał i za każdym razem chybiał o włos. Nie potrafi wyjaśnić swych niepowodzeń. Tak daleko w górach dni są krótkie, a zima będzie trwać jeszcze wiele miesięcy. Łowca przekroczył już punkt, skąd mógł bezpiecznie wrócić. Nadal ściga jelenia i zapuszcza się coraz głębiej w zaśnieżone lasy. Nie licząc ptaków mających gniazda wysoko w koronach drzew, łowca i jeleń to jedyne żywe istoty, które w ciągu ostatniego tygodnia były w tej okolicy. Podążają na północ wzdłuż zamarzniętej rzeki. Dla łowcy to łatwiejsze niż przecieranie szlaku przez gęsty las, a mech rosnący na brzegu stanowi w czasie zimy świetne źródło pożywienia dla zwierzęcia. Fakt, jest przysypany śniegiem, ale co innego pozwoli przetrwać jeleniowi najcięższe miesiące, jeśli nie to co wypatrzy latem i jesienią po drodze i potem zamieni na własny tłuszcz ? Łowca nie może tego robić i dlatego zaczyna chorować. Na kilka dni robi się cieplej. Nadciąga deszcz. Łowca jeszcze nigdy nie był tak mokry, tak zmarznięty, tak chory i tak daleko od domu. Mógłby tu umrzeć i nikt by się o tym nie dowiedział. Jakie znaczenie może mieć jeden człowiek tutaj w Bałdaraszu ? Łowca czuje, że coś mu się wymyka. Jeleń nigdy nie był tak blisko, a zarazem wydawał się nieosiągalny. Gdzieś w głębi serca łowca wie, że nie zabije tego zwierzęcia. Ale teraz to już coś znacznie więcej. Utrata rodziny ? Zdarza się. Utrata życia ? Codzienne ryzyko mieszkańców Jahołdajewszczyzny. Utrata zdobyczy ? Tego by nie zniósł ...
#4
Super, fajnie i ciekawie się to czyta, dlatego kontynuuj tę serię. Może chciałbyś napisać, jakiś cykl opowiadań do Niecodziennika Republikańskiego? Smile
#5
Co komu po łowcy w mieście ? A co ważniejsze, po łowcy, który nie przynosi do domu zdobyczy? Raz odwiedziłem miasto. Było zadymione i brudne, woda w porcie śmierdziała gównem, ludzie zbyt głośno gadali, a śmiali się jeszcze hałaśliwiej. Wszyscy próbowali mi coś sprzedać. Wyczułem tam rozpacz paru tysięcy dusz pragnących zerwać się z uwięzi. Urodziłem się na stepie i podejrzewam, że któregoś dnia tu umrę. Tutaj haruje się za dnia, by móc przeżyć noc. To takie proste. A jeśli dopisze mi szczęście można też zaznać odrobiny bliskości. Mnie wystarczy jeleń.
#6
"Koniec jednego świata jest początkiem drugiego"

Choroba nadeszła wraz z pierwszymi śniegami. Wkrótce potem wszędzie leżały trupy. Mężczyźni, kobiety, dzieci ginęli straszną śmiercią. Krew wyciekała z wrzodów na całym ciele. Nawet powietrze zdawało się ciężkie, wyczuwało się w nim ostry zapach miedzi. Rzeka to nasze życie, ale teraz sprawiała wrażenie gnijącej rany przecinającej ciało kraju. Choroba rozprzestrzeniała się szybko. Na Orlicy często widywano „statki śmierci”. Całe rodziny umierały. Palono zwłoki, bo był październik, ziemia więc za bardzo już stwardniała i nie dało się kopać grobów. Tutejsze zimy są ciężkie pod wieloma względami, ale miałem nadzieję, że podczas długich miesięcy ostrych mrozów pomór minie. Pozostała mi tylko nadzieja, że znalazłem się wystarczająco daleko od wybuchu, który był początkiem końca tych którzy pozostali. Da się przetrwać nawet jeśli we wnyki wpadają same króliki czy kuny. Parę lat temu dopadłem rysia. Samo jego futro okazało się warte mojego trudu. Kiedyś przeżyłem zimę, posilając się wyłącznie ptakami. Ale wolałbym nie powtarzać tego doświadczenia. Rzadko tak bardzo się staram, żeby upolować jedno zwierzę. Prawdę mówiąc, sam nie potrafię wyjaśnić dlaczego ścigam je tak wytrwale. Czy było to błogosławieństwo ? Druga szansa ?

cdn.
#7
nieBezpieczna przystań


"Pokaz naszej siły to wszystko co nam zostało, nawet jeśli czujemy tylko rozpacz"


Nawet najłagodniejsze zimy nad Orlicą nie były łatwe do przeżycia, lecz tę zimę los uczynił wyjątkowo okrutną. Śnieg wciąż padał, robiło się coraz zimniej. Niszczały resztki zapasów jedzenia. Wydzielałem wszystko w skromnych racjach, ale i tak zaczynało brakować pożywienia i opału. Lód zbierał się na drzewach, mocno je obciążając, aż w końcu pod jego naporem pnie pękały niczym patyki. Towarzyszący temu dźwięk roznosił się wokół jak grom. Śmierć napierała ze wszystkich stron. Powodowała poczucie beznadziei, które z kolei rodziło strach. Głównie dlatego postanowiłem przeczekać tę straszną zimę w pierwszej napotkanej osadzie. Niebawem po przybyciu podjąłem pracę w kuźni. Ważną częścią pracy kowala jest wyrabianie węgla drzewnego. Tak naprawdę najważniejszą, bo bez węgla nie osiągnęlibyśmy ognia dość gorącego, aby rozgrzać metal. Pierwsze kilka tygodni nauki sztuki kowalskiej spędzamy na wyrobie węgla drzewnego. Używam drewna białej sosny. Daje gorący płomień i mało dymu. Idealnie. Jest także inny ważny powód, dla którego trzeba przygotowywać węgiel drzewny. Nie chodzi tylko o doglądanie pieca. Ważna jest całość. Przemiana porcji drewna białej sosny w idealny węgiel drzewny wymaga dwóch tygodni nieustającej obserwacji pieca. Sypia się obok ognia i budzi co godzinę, aby regulować dopływ powietrza i doglądać tempo spalania. Produkcja węgla drzewnego to po prostu rozpalenie ogniska i przykrycie go tak, by prawie nie zgasło. W piecu jest bardzo gorąco. Zbyt wiele powietrza i piec wybuchnie. Zamieniłby się w piekło i drewno całkiem by spłonęło. Zostałby tylko bezużyteczny popiół. Trzeba podtrzymywać żar i być skupionym, aby nie tracić z oczu celu. Celu, z którego powstanie surowiec do wyrobu narzędzi, broni i wszystkiego co jest na swój sposób użyteczne.
#8
"Uciekaj przed śmiercią, a jedynie skonasz zmęczony"


Dopadła nas zaraza. Dla chorych nie było nadziei, żaden nie przeżył. Nadzieja była tylko dla tych, którzy wciąż żyli. Jeżeli wyeliminujemy możliwości przenoszenia plagi, nie dopuścimy jej do siebie. Osada, która podejmie odpowiednie kroki, powinna pozostać wolna od moru. Bramy trzeba zamknąć, ale wcześniej ci z nas, którzy już zachorowali muszą zostać wypędzeni. Mężczyźni zwarli bramy i zabili je gwoździami. Kapłan pobłogosławił ów akt w trzech językach trzech różnych wiar i odmówił modlitwy za leżących na zewnątrz zmarłych. W nocy spadło dużo śniegu, który zasypał ciała. Ludzie nazywali to dziełem bożym. Jeśli tak, Bóg tylko częściowo okazał nam łaskę, bo ból wciąż ranił nam serca i duszę, choć śnieg skrył zwłoki. Zrobiło się zimniej. Zawsze mieliśmy ciężkie zimy, a porywisty wiatr z nad rzeki świszczał pośród gałęzi brzóz i wyrywał nam z gardeł westchnienia. Każdy dzień był bitwą i cudem. Na rzecze mamy trzy statki handlowe, które ugrzęzły w lodzie. Trzeba by przejść ze sto kroków, ale na statkach może być zaraza. Kto wie, co przewożą ? Jedzenie ? Olej do lamp ? Futra ? Srebro ? Ktoś musi zejść na lód i zamocować liny do statków. Samo drewno jest dla nas warte więcej niż dziesięciu dobrych wojowników. Kładziemy na szali wpuszczenie zarazy do osady. Czy słusznie podejmujemy ryzyko ? Niech Bóg ma nas w swojej opiece.
#9
Coś mi się wydaję, że będzie trzeba na stronie głównej Bialenii zrobić zakładkę z szyldem "Biblioteka", ponieważ ostatnio w naszym kraju powstaje wiele lektur na naprawdę wysokim poziomie. Wink
#10
"Pycha jest obrzękiem duszy wypełnionym ropą,
jeśli dojrzeje, pęknie, sprawi wielki odór.
Błyskawica na niebie zapowiada huk grzmotu,
a obecność próżności zwiastuje pychę.
Na wielką wysokość wznosi się dusza pysznego,
a stamtąd on sam strąca siebie w otchłań"

                                                                                                                   Ewagriusz z Pontu


Bramy pozostaną zamknięte. Jeden z nas musi tylko wbić haki w dzioby statków. Tuzin ludzi zdoła je pociągnąć aż do wałów. Mają one sześć stóp grubości, z obu stron stopa solidnej brzeziny, a między balami cztery stopy zamarzniętego torfu. Po spuszczeniu w dół, owy wybraniec przebył odległość dzielącą go od pierwszego ze statków. Po zamocowaniu liny, dał sygnał po czym już zbierał się by uczynić to samo na kolejnym, gdy nagle ukryta na pokładzie postać wbiła topór w jego czaszkę. To była zasadzka. Chmara plugawych obdartusów wyskoczyła ze statków jak stwory z grobów. Pływających zbiorowych grobów, które plaga zaatakowała w trakcie rejsu. Byli martwi, choć nie wiem czy sami o tym wiedzieli. Zagubione dusze, które świat porzucił, tak jak my porzuciliśmy naszych, wydalając ich z osady. Ów dzień statków śmierci przepełniała groza. Bitwa nie toczyła się według ludzkich zasad. Oszaleli od plagi najeźdźcy zachowywali się jak zwierzęta, wściekłe wilki. Nie dbali o własną skórę. Gdyby zaczekali, aż podciągniemy statki do wałów, to tu prawdopodobnie skończyłaby się moja historia. Łucznicy opowiadali później, że cały wał drżał od kolejnych ciosów toporów. Przez tę cienką osłonę zło próbowało się przebić. Zanim się spostrzegliśmy powstał wyłom. Nikt nie wspomniał o tym, że nasi ludzie broniący wyłomu najpewniej sami zachorują. Zaraz potem należało zapobiec kolejnej fali zarazy. Dlatego w skupieniu czekałem, będąc gotowy. W końcu, dzięki żelaznym nerwom i twardej obronie, tego dnia zwyciężyliśmy. Ale była to kosztowna lekcja i ponure przypomnienie, że jesteśmy zupełnie sami. Poza tymi wałami, poza schronieniem, które sobie wznieśliśmy, rozciągał się kraj porzucony przez Boga, miejsce chore i dzikie. Ale tego dnia przeżyliśmy. Musimy podpalić statki i wyplenić zarazę, aby oczyszczający ogień przesłał wiadomość Bogu i ludziom, że wciąż tu jesteśmy i żyjemy. Widok kreślących łuki płonących strzał, zwłaszcza w mroźną noc po tak krwawym dniu, niósł otuchę. Osada często wydawała nam się więzieniem, lecz wtedy przypomnieliśmy sobie, że jest schronieniem. Strzegła nas wszystkich i tych dobrych i tych złych. W owym drugim miesiącu zimy, w czasach udręki, każdy dzień był bitwą i cudem. Chwała Ci Boże.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości