13-11-2019 12:57
ROZDZIAŁ 1
Zima roku 1637 zapowiadała się wyjątkowo mroźnie. Ulice miasta stały opustoszałe, zewsząd sypał śnieg a domostwa przezornie pozamykano na cztery spusty. Na zewnątrz słychać było jedynie wycie wiatru i trzaskające o ściany okiennice. Kto nie miał akurat czegoś do roboty nie wychylał nosa zza drzwi. I tak by to pewnie trwało do rana, gdyby nie spór lokatorski, który zdarzył się w pewnej niewielkiej kamienicy. Z górnej kondygnacji budynku, przy akompaniamencie przekleństw i wrzasków leciała wprost na bruk cała sterta ubrań. Po chwili dołączył do nich ktoś kogo siłą z tamtąd wypchnięto i kazano więcej się nie pokazywać. Tym kimś okazał się zalegający z opłatą za wynajem młody pisarczyk Janko. Wzburzony eksmisją,nieobyczajnie pokazał co myśli o gospodarzach, po czym zebrał co mu pozostało i ruszył w stronę miejscowego przytułku pod wezwaniem Św. Łazarza. Była to skromnych rozmiarów noclegownia dla najuboższych, prowadzona przez miejscowy klasztor Ojców Kapucynów. Po przybyciu Janko z całej siły walił pięścią w bramę, do chwili gdy usłyszał dźwięk przekręcanego klucza. Otworzył je postawny zakonnik, który przedstawił się jako brat Albert. Były to jedyne słowa, które wypowiedział zaś gestem palca przyłożonego do ust przypomniał o obowiązującej tu regule milczenia. Następnie dłonią wskazał miejsce, które służyło za przechowalnie rzeczy. Po złożeniu dobytku w depozycie Janko otrzymał na nie kwit, który starannie ukrył pod koszulą. A kiedy wreszcie z trudnością wyściubił nogi leżąc na sienniku, w izbie przepełnionej zapachem przepoconych ciał, zamknął oczy i zasnął. Obudził go chłód, który nagle poczuł. Zimne powietrze, którym oddychał buchało parą z jego nozdrzy, a on sam trząsł się cały. Nadal znajdował się w tym samym pomieszczeniu z tą różnicą, że poza nim nie było tam już nikogo. Jak to możliwe ? - pomyślał. Czyżby wszyscy rozpłynęli się w powietrzu. I dlaczego jest mi tak cholernie zimno ? Nie znajdując odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie, Janko wstał, po czym z wolna ruszył w stronę wyjścia. Idąc korytarzem, szukał kogoś kto mógłby choć w części wyjaśnić mu zdarzenie, które wypłoszyło nocujących, a które on z niezrozumiałych przyczyn przespał. Gdy znalazł się przed bramą, zobaczył klęczącego przed nią a odwróconego tyłem do niego zakonnika. Bracie Albercie - zawołał, stojąc w odległości nie większej niż kilka kroków. Brak odpowiedzi, brak poruszenia oraz całkowita cisza prowokowały do bezceremonialnego szarpnięcia tamtym w celu uzyskania odpowiedzi. Bał się coraz bardziej dlatego nie miał co liczyć na opanowanie strachu. Przełamał się jednak, podszedł i z całą mocą chwycił za ramię osobę, którą poznał tej nocy. Jakież zdziwienie wymalowało się na jego twarzy, gdy odwrócona głowa nie należała do brata Alberta. Nie należała także do żadnego innego człowieka. Wpatrywało się w niego oblicze samego diabła.
Zima roku 1637 zapowiadała się wyjątkowo mroźnie. Ulice miasta stały opustoszałe, zewsząd sypał śnieg a domostwa przezornie pozamykano na cztery spusty. Na zewnątrz słychać było jedynie wycie wiatru i trzaskające o ściany okiennice. Kto nie miał akurat czegoś do roboty nie wychylał nosa zza drzwi. I tak by to pewnie trwało do rana, gdyby nie spór lokatorski, który zdarzył się w pewnej niewielkiej kamienicy. Z górnej kondygnacji budynku, przy akompaniamencie przekleństw i wrzasków leciała wprost na bruk cała sterta ubrań. Po chwili dołączył do nich ktoś kogo siłą z tamtąd wypchnięto i kazano więcej się nie pokazywać. Tym kimś okazał się zalegający z opłatą za wynajem młody pisarczyk Janko. Wzburzony eksmisją,nieobyczajnie pokazał co myśli o gospodarzach, po czym zebrał co mu pozostało i ruszył w stronę miejscowego przytułku pod wezwaniem Św. Łazarza. Była to skromnych rozmiarów noclegownia dla najuboższych, prowadzona przez miejscowy klasztor Ojców Kapucynów. Po przybyciu Janko z całej siły walił pięścią w bramę, do chwili gdy usłyszał dźwięk przekręcanego klucza. Otworzył je postawny zakonnik, który przedstawił się jako brat Albert. Były to jedyne słowa, które wypowiedział zaś gestem palca przyłożonego do ust przypomniał o obowiązującej tu regule milczenia. Następnie dłonią wskazał miejsce, które służyło za przechowalnie rzeczy. Po złożeniu dobytku w depozycie Janko otrzymał na nie kwit, który starannie ukrył pod koszulą. A kiedy wreszcie z trudnością wyściubił nogi leżąc na sienniku, w izbie przepełnionej zapachem przepoconych ciał, zamknął oczy i zasnął. Obudził go chłód, który nagle poczuł. Zimne powietrze, którym oddychał buchało parą z jego nozdrzy, a on sam trząsł się cały. Nadal znajdował się w tym samym pomieszczeniu z tą różnicą, że poza nim nie było tam już nikogo. Jak to możliwe ? - pomyślał. Czyżby wszyscy rozpłynęli się w powietrzu. I dlaczego jest mi tak cholernie zimno ? Nie znajdując odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie, Janko wstał, po czym z wolna ruszył w stronę wyjścia. Idąc korytarzem, szukał kogoś kto mógłby choć w części wyjaśnić mu zdarzenie, które wypłoszyło nocujących, a które on z niezrozumiałych przyczyn przespał. Gdy znalazł się przed bramą, zobaczył klęczącego przed nią a odwróconego tyłem do niego zakonnika. Bracie Albercie - zawołał, stojąc w odległości nie większej niż kilka kroków. Brak odpowiedzi, brak poruszenia oraz całkowita cisza prowokowały do bezceremonialnego szarpnięcia tamtym w celu uzyskania odpowiedzi. Bał się coraz bardziej dlatego nie miał co liczyć na opanowanie strachu. Przełamał się jednak, podszedł i z całą mocą chwycił za ramię osobę, którą poznał tej nocy. Jakież zdziwienie wymalowało się na jego twarzy, gdy odwrócona głowa nie należała do brata Alberta. Nie należała także do żadnego innego człowieka. Wpatrywało się w niego oblicze samego diabła.

