09-05-2019 11:47
A kiedy nic już nie miałem w mieście do roboty postanowiłem, że wybiorę się w odwiedziny do mojego serdecznego kolegi Irmina. Mieszka on w swojej eremii w Górach Orlich. Jako że sam pomieszkuje w Wolnogradzie, dotarcie do niego zajęło mi to trochę czasu. Irmin zbudował okazałą chatę z drewnianych beli, stojącą samotnie na szczycie wzgórza Janowicza. Na jego wykarczowanym od wschodniej strony zboczu, pasły się kozy. W dole rzeczka Melchizedeka, przecięta zasiekami jahoładjewskiej brony, wiła się między górami, a wszędzie dookoła przyroda okrywała się wiosenną zielenią. Mężczyzna siedział na pniaczku przed swoim domem i moczył nogi w korytku z wodą. Odziany tylko w zgrzebną koszulę i słomkowy kapelusz naciągnięty głęboko na czoło, wydawał się drzemać, choć w rzeczywistości uważnie oglądał moje próby wspinania się po zboczu. Gdy wreszcie dotarłem na skraj eremii, pozdrowiłem go słowami:
- Pochwalony Jezu Kryst y jego święta rodzica.
- Chwalmy, chwalmy. Azali spiekota dzisiaj.
- Ano praży.
- Nie potrwa to długo. Deszcze idą. - to rzekłszy, dodał - Długa droga za wami. Spocznijcie y kulasy se ze mną pomoczcie.
Gospodarz wskazał pobliski pniaczek i zagarnął powietrze ku sobie, dając znać, abym przyturlał sobie siedzisko.
- Język w drodze od pyłu drętwieje abo to strefa skażona. Tam jest dzban z piwem. - Irmin machnął za siebie. - Ano nalejcie sobie kubeczek.
Zawahałem się bo w planie miałem jeszcze wielogodzinną podróż powrotną samochodem lecz nie odmówiłem. Poszedłem pod chatę, obsłużyłem się i mało obyczajnie wypiłem piwo na hejnał. Potem wróciłem do gospodarza i ośmielony trunkiem, a może tylko chłodem, który orzeźwił me usta, oznajmiłem podniosłym tonem:
- Z pustymi rękawami nie przychodzę.
Eremita zmierzył mnie wzrokiem i tak oto powiada:
- Dobry to zwyczaj z darami iść w gości.
Sięgając do do lewego rękawa marynarki, wyjąłem niewielkie zawiniątko i położyłem je na wyciągniętej dłoni gospodarza. Eremita odwinął materiał i ujrzał trzy ludzkie zęby.
- Czyje to ?
- Pewnego świętobliwego kanonika. Ponoć w tych okolicach żyją wiedzący ,którzy potrafią zrobić z nich pożytek.
- My tu porządne krześcijany, nie to co te pogańce ze Świstunki. Na nic mi te gusła. - Irmin fuknął obrażony, ale nie oddał zawiniątka, tylko ostrożnie położył je obok pniaczka.
- Drugi mój dar lepiej więc się wam spodoba. - Kolejne zawiniątko z rękawa wylądowało na dłoni gospodarza. - To drzazgi z wolnogradzkich kościołów. Świętego Marka, Krzysztofa, Andrzeja y Maryji Panny.
- Wielka moc tych świętych y dobrze trzymać ich przy sobie. Coś jeszcze ?
- Najlepsze rzem ostawił na koniec. Poczyniłem starania by zapewnić tobie godne i poczciwe życie. Tajnymi kanałami nawiązałem kontakt z Tygrysami Spirkina. Może być że cie zechcą wziąć do siebie na próbę.
- Godnie żeś postąpił Janie z Sapiehowa. Gdy przyjdzie właściwy czas wiedz że będę gotów.
- Bywaj w zdrowiu Przyjacielu i cierpliwie czekaj na posłanie. - pożegnałem druha.
- Pochwalony Jezu Kryst y jego święta rodzica.
- Chwalmy, chwalmy. Azali spiekota dzisiaj.
- Ano praży.
- Nie potrwa to długo. Deszcze idą. - to rzekłszy, dodał - Długa droga za wami. Spocznijcie y kulasy se ze mną pomoczcie.
Gospodarz wskazał pobliski pniaczek i zagarnął powietrze ku sobie, dając znać, abym przyturlał sobie siedzisko.
- Język w drodze od pyłu drętwieje abo to strefa skażona. Tam jest dzban z piwem. - Irmin machnął za siebie. - Ano nalejcie sobie kubeczek.
Zawahałem się bo w planie miałem jeszcze wielogodzinną podróż powrotną samochodem lecz nie odmówiłem. Poszedłem pod chatę, obsłużyłem się i mało obyczajnie wypiłem piwo na hejnał. Potem wróciłem do gospodarza i ośmielony trunkiem, a może tylko chłodem, który orzeźwił me usta, oznajmiłem podniosłym tonem:
- Z pustymi rękawami nie przychodzę.
Eremita zmierzył mnie wzrokiem i tak oto powiada:
- Dobry to zwyczaj z darami iść w gości.
Sięgając do do lewego rękawa marynarki, wyjąłem niewielkie zawiniątko i położyłem je na wyciągniętej dłoni gospodarza. Eremita odwinął materiał i ujrzał trzy ludzkie zęby.
- Czyje to ?
- Pewnego świętobliwego kanonika. Ponoć w tych okolicach żyją wiedzący ,którzy potrafią zrobić z nich pożytek.
- My tu porządne krześcijany, nie to co te pogańce ze Świstunki. Na nic mi te gusła. - Irmin fuknął obrażony, ale nie oddał zawiniątka, tylko ostrożnie położył je obok pniaczka.
- Drugi mój dar lepiej więc się wam spodoba. - Kolejne zawiniątko z rękawa wylądowało na dłoni gospodarza. - To drzazgi z wolnogradzkich kościołów. Świętego Marka, Krzysztofa, Andrzeja y Maryji Panny.
- Wielka moc tych świętych y dobrze trzymać ich przy sobie. Coś jeszcze ?
- Najlepsze rzem ostawił na koniec. Poczyniłem starania by zapewnić tobie godne i poczciwe życie. Tajnymi kanałami nawiązałem kontakt z Tygrysami Spirkina. Może być że cie zechcą wziąć do siebie na próbę.
- Godnie żeś postąpił Janie z Sapiehowa. Gdy przyjdzie właściwy czas wiedz że będę gotów.
- Bywaj w zdrowiu Przyjacielu i cierpliwie czekaj na posłanie. - pożegnałem druha.

