• 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
O przypadkach dzielnych praszczurów... - epopeja narodowa
#1
KSIĘGA PIERWSZA
ZIEMIE UTRACONE

Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,

Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.

Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.

Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.

Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.

Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.

I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,

Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.

I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,

Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".

Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,

Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".

Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,

W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.

Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:

"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie".

Khmerowie jednak nie chcą do łodzi wsiąść,
Wolą zamiast tego pewną śmierć,
Od piorunów ciskanych z nieba przez Pana.

A jedna szczupła khmerska dama,
Prosi o narodu win wybaczenie,
I pobytu dla siebie zezwolenie.

Melchizedek wejść jej na pokład pozwala,
Lud damę uznaje za Mesjasza wasala,
Po czym łodzie płyną dalej przez morze.

Bowiem na pierwotnym celu źle rośnie zboże,
A i Khmerzy wiedzą i mogliby atakować,
I co jakiś czas nowy świat rujnować.

Więc lud rusza, szukając ziem nowych,
Żyznych, tłustych gleb i pastwisk dla krowy,
Każdego chłopa i jego rodziny własności,

Namnożyło się z chłopów wielu waszmości,
Bowiem każdy tu jest ważny i bogaty,
Nie pamiętając przeszłości taty.

Tak się ukształtowało nowe społeczeństwo,
Melchizedka w tym dzieło, choć to było szaleństwo,
Jak na starych czasów prawidła.

Choć ziemia nowa im nie brzydła,
To wierzyli w dzień wspaniały,
W którym na ziemi ojców ich rządy by nastały.

KONIEC KSIĘGI PIERWSZEJ
#2
KSIĘGA DRUGA
POWRÓT MESJASZA

W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,

Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."

I do niego przyszedł bies z cyrografem, lecz on odmówił,
W zamian straszliwe katusze mu czart podły sprawił,
Uciekał, lecz uciec nie mógł. Nagle spotkał anioła,

W stronę szatana poleciała smoła,
Która przypomniała mu o miejscu zamieszkania,
W kotłach gotowania oraz zasmażania.

Tak się sąsiad roztropny przekonał o tym,
Że pomoc Boża przyjdzie prędzej lub potem,
A ludzka agresja zgubną jest drogą życiową."

A wtedyż to, de iure królową-cesarzową,
co nad Bialenią czuwa i niby patronuje,
jeszcze za Khmerów, jej nie intronizuje,

Acz okrutny Sary, władca faktyczny,
gardzi konkurencją, to sposób taktyczny,
Gdyż i tak Bialeńczyków chce wszystkich zabić.

Spalić na stosie lub na pal nabić.
Roztropni głoszą ucieczkę z kraju,
Do dalekiego, zamorskiego raju.

Lecz cóż, królowa mądra i roztropna,
By nie dać się w szpony haniebnego łotra,
Z kraju Austriackiego do raju odnalezionego wyrusza.

Ernest drogę jej wskazuje, wypływa okrętem "Kusza",
Jednak w Nowej Bialenii nie ma oczekiwanych wiwatów,
Piszczących kobiet, radosnych chłopów, rzucania kwiatów,

Bowiem lud spotkał kataklizm srogi,
Deszcze i powodzie zalały już wszystkie drogi.
Mesjasz modli się tylko i pyta Boga,

"Czy już się skończy wielka woda?"
Woda się kończy i radość się zaczyna,
I trwogi zakrywa się kurtyna.

Wiwatują wszyscy chłopi, oprócz Wojciecha,
Ten znów wszystko stracił, i został kaleką,
Mimo, że od dawna już wierzył w Melchizedeka,

Widział w nim półboga, już nie człowieka.
Lecz mesjasz wielki nie dopuści do utraty wiary,
Przestrzega lud przed nadejściem Bożej kary.

Powiada: "Moje drogie dziatki,
Wspomagajmy się teraz, w czasie matni,
Nie wątpmy w moc Bożą, bo

Bo on to ten naprawdę ostatni,
Który czyni nam dobro, nie zło,
I ciągle przy nas stoi"

Więc gdy przybybyła Katarzyna - królowa ,
Wielka Armia Melchizedkowa,
Pod dowódctwem Ernesta do Bialenii rusza.

Choć Melchizedek do zostania ich zmusza,
Prosi o zostanie w raju bezpiecznym,
Lepsze to niż trwanie w zniewoleniu wiecznym.

To jednak Prorok z nimi rusza,
Wraz z nim jego dusza
Armia ta liczy dziesiątki z tysięcy.

Wśród nich bohaterowie, lecz i mordercy.
Żołnierze, cywile, więźniowie i studenci,
Prawie wszyscy- do korony pretendenci.

Po tygodniu do brzegów Bialeńskich przybywają,
Królowa i Melchizedek z Janowiczem rozmowę odbywają.
Wszyscy razem rząd w Dorście stanowią.

Lecz czy spośród siebie przywódcę wyłowią?
Każda, choć potężna, armia bez wodza upada,
Silne wojsko Khmerów także na trop wpada.

Na czele Khmerów jak zawsze generał Natan,
Powstańcy wybrali ostatecznie Sabina, lecz ten szatan,
Sary, Bialenii chodząca zguba, wyśmiewa ten wybór,

Melchizedek zabiera diabłu miecz- rycerza przybór,
I choć od polityki wszelakiej stronił całkowicie,
Walka z "betonem" pochłonęła go niepospolicie.

Sabin jednak do niego mówi:
"Cudzoziemcze, tudzież mesjaszu drogi,
Daj wojskowemu wojną się zajmować."

Melchizedek nie wierzy w Sabina bogi,
Nie da swego mózgu złym słowem zamurować,
Bowiem wie kim jest, a jest wysłańcem.

Wie, że hamować wojowników musi, choćby kagańcem,
Bo Bóg zadba o swe owce, nie da ich wilkom pożreć,
Jeśli tylko w zagrodzie pozostaną, jak im kazał.

Czyż jednak Ojciec Niebieski mordować nie zakazał?
Te wątpliwości dręczą Posłańca, syna tej ziemi,
Czy naturę narodu naprawdę on zmieni?

Od myśli tych odrywa go Leksy:
"Mesjaszu, oni skończą jak pumeksy,
Z Twojej przypowieści, którą mi za knopa opowiedziałeś."

"Zaprawdę cieszę się, że mnie wysłuchałeś,
Będziesz mym zastępcą w imperium już bliskim"
Mówi Melchizedek, siedząc na krześle niskim.

I zastanawia się, jak szlachetków zatrzymać,
Bo niepokoi go, że dla nich Jego słowa to kpina,
Myśli Mesjasz: "Jakie słowa do twardych głów przemówią?"

Lecz przerywa swe myślenie, gdy armie służby wymówią,
Swojemu ojcu, twórcy i zbawicielowi Melchizedekowi Wielkiemu,
Wolą służyć starej gwardii ślepców i arystokracie niesławnemu.

Także Nowobialeńczycy do starego kraju przybyli,
Przeciwko swemu Mesjaszowi się zbuntowali,
Jedynie Leksy przy nim został.

Jako skała wiary w morzu głupoty się ostał.
Pobieżeli do wsi niewielkiej nad wodą szeroką,
Za nimi bogactwa Mesjasza się wloką.

Wieś ta Takowem się zwie,
Tu każdy rybę świeżą zje,
Rybacy tu najgościnniejsi w Bialenii.

Nawet Khmer srogi tego nie zmieni.
Wieś uwierzyła objawieniu Pana,
Przeciwko wrogom wystąpi nawet sama.

Mesjasz szkoli tu Apostołów, dwunastu najsłowniejszych,
Którzy pod Leksym pójdą, by odzyskać wiernych.
Jednocześnie arystokrata palec swej córki w paczce dostaje.

Tymczasem we wsi pracować nikt nie przestaje.
Werbują wiernych, pływają po bogactwa nowej wyspy,
I snują odważne polityczne zamysły.

A Dwunastu w wędrówce rozdziela się,
Każdy do innego wielkiego miasta wędruje,
Jednak praca idzie im topornie,

Bialeńczycy przyjmują nauki topornie.
Nie są gotowi na mentalną rewolucję,
Wolą z Khmerami uprawiać moralną prostytucję.

Jerzy, najdzielniejszy z Apostołów,
W swej pracy pełnej mozołu,
Dociera na dwór samego szatana, Sarego,

By namawiać Khmerów do dobrego.
Pierwszym nawróconym zostaje Barabasz,
Możny dostojnik, niegdyś królewski tragarz,

Który w Bialenii dorobił się znacznie.
Jerzy opowiada mu przypowieść o dzbanie:
"Był sobie raz pewien możny pan,

Który posiadał kota i złoty dzban.
Kot któregoś dnia porysował dzban,
I wyrzucił go z domu wściekł pan,

Lecz wkrótce szlachetkę tego obrabowano,
A potem z zemsty jego dworek podpalono,
Kot zaś trafił do wiejskiego masarza,

Który żywieniem kota biedę obrażał.
I tak szlachetka umarł przez stawianie
Przedmiotu nad żywym stworzeniem."

Następnego dnia Jerzy rozmawiał z Osmanem,
Ponad dwóch tysiecy Bialeńczyków feudalnym panem,
I zaciekłym i zapalczywym rywalem Arwulfa.

Obiecał mu chwalebne zwycięstwa,
Na czele Mesjasza armii potężnej,
I Osman zapragnął tej chwały mosiężnej.

Tydzień później w Tambowie stoi armia wszechczasów,
Pięć tysięcy Bialeńczyków, Khmerów, Arabów,
Pod samym Mesjaszem Melchizedekiem.

Stoi oto przed nimi Jego uczennica, półkrokiem.
Nazywa się Atalia, jest córką księcia Achacego,
Poczciwiny za sprawiedliwe postępowanie zabitego.

To ją właśnie z zamku wzięli powstańcy Melchizedkowi,
Prorok wychował ją wedle zasad wspaniałych swoich,
I teraz ona do tłumu zgromadzonego przemawia:

"Wojownicy najdzielniejsi! Usłyszcie me słowa,
Wypowiadam je jako panienka khmerowa,
Ale także wierna uczennica Mesjasza.

Wspanialszego niż pierwszy Khmer, Sasza.
Posłuchajcie mej opowieści, o życiu mym,
Na przemian, w zawirowaniu wesołym i smutnym,

Razem z ojcem jako niemowlę do Bialenii przybyłam,
I tu, na dworze tyrana Sarego się wychowywałam,
Ale gdy Achacy, mój rodziciel, torturom się sprzeciwił,

Sary, szatan w ludzkiej skórze, życia go pozbawił,
A mnie umieścił w zamku odległym, u ujścia Orlicy,
Gdzie szykany mnie spotykały, z dala od stolicy,

Wybawił mnie Melchizedek i jego powstańcy,
Zamek zdobyli dzięki swej pasji ułańskiej,
I powieźli na słodką ziemię Nowej Bialenii.

Tam, w zaciszu Mesjasza schornu, Alenii,
Pilnie słuchałam tej wielkiej mądrości,
Która na ziemi pod postacią Mesjasz gości.

I dziś stoję tutaj przed Wami,
Bialeńczykami, Arabami, Khmerami,
Byście jak ja poszli za Prorokiem.

Zatem, idziecie, czy gnijecie odłogiem?"
"Pójdziemy, niech nas Mesjasz prowadzi!
I żaden z nas go nigdy nie zdradzi!"

I wiwaty tłum rozpoczął, słyszało go całe Tambowo,
Wreszcie w duaszach ziemi ojczystej jest zdrowo,
Misja Melchizedeka dalej się spełnia,

Mądrość chłoną Bialeńczycy jak wodę wełna,
Szykują się lepsze czasy dla tego kraju,
Nadarza się okazja na przyjście tu raju.

KONIEC KSIĘGI DRUGIEJ
#3
KSIĘGA TRZECIA
DZIWY I ROKOSZE

W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.

Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.

Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,

Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.

Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,

By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.

W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,

Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,

Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,

Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.

W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.

Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.

Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.

Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,

"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.

W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,

Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.

Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"

Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.

Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,

Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.

Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,

Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.

Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,

Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.

Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.

"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."

W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.

Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.

On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,

Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.

Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.

Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.

Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.

Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,

Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.

Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.

Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"

Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".

Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!

Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"

Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.

Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,

Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.

Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,

Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.

Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.

I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,

Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,

Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.

Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.

Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.

Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.

Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,

Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,

Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,

Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą

Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,

Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:

"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"

Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."

W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,

Swoista nagonka, do więzienia
tego Ochojskiego durenia,
wciąga Karol z pierwszy, król nowy

Na wieść o koronie padają żądania jego głowy,
Na wschodzie Równogrodu lud pokrzykuje:
"Republika! Precz, szatanów troje!"

Ugodzeni wszelacy posłowie,
ludów wszelakich
ma wybierać monarchę i prezydentów jakich

I anarchia zapanowała w raju,
Tymczasem Melchizedek jest w takowskim gaju,
Gdy Leksy przybiega do niego z wieścią złą:

- Jeno w Dreamlandzie chorobą zaszłą,
umarł król Ludwik, mąż potężny,
władzę przejmują regenty - arcyksiężny.

A na to prorok: "Janie, uczniu umiłowany,
Rzeknij mi Ty, czy złoty posąg odlany
Poza warsztatem należy do majstra?"

Leksy rzekł: "Khmerska tam biega hałastra,
ale jeśli tak rzeczesz, Melchizedeku to pójdę."
Tym czasem w Dolnogradzie, ścięto rokoszową niedorajdę.

Prorok na to przemówić chce na Placu Zielonym,
Jednak Sabin nie dopuszcza go do tej ambony,
I do więzienia wtrąca, mesjasz ma być jutro utopiony.

KONIEC KSIĘGI TRZECIEJ
#4
KSIĘGA CZWARTA

Budzi się khmerski szatan,
Jednak bez bólu arystokraty katan,
Czuje za to płomienia dokoła,

Lecz wtem lud Bialenów smoła,
pogrążająca kończy się powoli,
i w Carnuntum mszczą się czerwoni.

Taki to miraż martwym Sarego oczom się ukazuje,
Lecz nie na długo, bo innego szatana wywołuje,
Khmerskiego, duszę ojca jego, króla Alfreda.

Tenże szatanowi się podle zaprzeda,
przodkowie jego i potomkowie okrutni,
miast jego, katusze im przyjdą, teraz nie butni.

I ojciec ostrzega synka swojego,
By nastawił się na wiele złego,
Bo kara wielka na niego już czeka.

W kolejny krąg piekła, szóstego wieka,
schodzi, widząc gwałt jahołdzki,
słyszy głos "Khmerów czeka gniew boski!".

Przewija się prorok perstański jeden za drugim,
Tam Alopen, tam Ilia, tam ich jeszcze tuzin,
I każdy czartowi czartów jedno zwiastuje:

"Oto za nasze i wasze grzechy ostateczna kara!"
Wtem zza piekielnej ciemności dwaj aniołowie zstępują,
"A niechaj i Khmerzy tak dalej postępują,

To cały ich ród wam dwóm potowarzyszy,
Gdy bólu i mąk urzędy przejmiecie nuworyszy,
I zstąpi na wszystkie diabły czart większy,

A wrogów przepych piekło wnet upiększy."
W ten czas Melchizedeka strażnik woła,
I nie widząc wielkiej armii dokoła,

Zarządza litościwie zapis prorokowi,
Choć ten nad wolą ostatnią się nie głowi,
Bowiem kolejna nauka już nadciąga,

Która słuch bialeński znowu przyciąga.
"Nie czas na lamenty i pożegnania,
Gdy wielka bitwa wciąż do wygrania."

Wielka jest natomiast Nowobialeńców trwoga,
rzecze ludu przywódca - "Khmerska kara będzie sroga,
wyruszyć trzeba na okręty i za morze, do ojczyzny prawdziwej,

By wyszarpać domowego lwa za białą grzywę,
Pójdźcie z Ernestem, on już w tajnikach tego,
Obeznany jest dobrze, ochroni od złego,

Zabierzcie też księcia-strażnika Dzbana,
Na Rolfstadzie panującego jaśnie Jana,
W jego sercu tkwi walki przyczyna,

Jasna i prosta niczym beczka wina,
Pamiętajcie jednakże, dziatki moje drogie,
Że knowania ludu srogiego czyhają za progiem,

Tako bójcie się - syna ojciec, brat brata,
Ażeby znaleźć przyszłego Bialenii kata!
Nic mi więcej rzec nie staje,

Wyruszajcie zatem na rozstaje,
I niech Was los uchowa od nieszczęścia,
Jakim by była wilcza ingerencja."

I tak oto armia odeszła daleko,
Pozostawiając Opatrzności Melchizedeka,
Na odzew w sercu Sabina licząc,

W sekrecie jednak z żalu kwicząc.
Nad rankiem lud zbiera się na środku placu,
Przygotowano tam już balię pełną kwasu,

W której prorok ma spocząć na wieki,
Wedle wyroku sabinowej bezpieki.
Rozmaite płaczki są już odganiane,

OCZEKUJE NA DOKOŃCZENIE




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości