17-01-2022 09:24
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-01-2022 14:19 przez Tymoteusz Dostojewski.)
Nasza epopeja narodowa jeszcze nie jest ukończona, z związku z tym trzeba dokończyć Księgę Czwartą. Nasza epopeja musi mieć dwanaście ksiąg, zachęcam każdego obywatela, do wrzucania swoich wersów, może zacznę :
Budzi się khmerski szatan,
Jednak bez bólu arystokraty katan,
Czuje za to płomienia dokoła,
Lecz wtem lud Bialenów smoła,
pogrążająca kończy się powoli,
i w Carnuntum mszczą się czerwoni.
Taki to miraż martwym Sarego oczom się ukazuje,
Lecz nie na długo, bo innego szatana wywołuje,
Khmerskiego, duszę ojca jego, króla Alfreda.
Tenże szatanowi się podle zaprzeda,
przodkowie jego i potomkowie okrutni,
miast jego, katusze im przyjdą, teraz nie butni.
I ojciec ostrzega synka swojego,
By nastawił się na wiele złego,
Bo kara wielka na niego już czeka.
W kolejny krąg piekła, szóstego wieka,
schodzi, widząc gwałt jahołdzki,
słyszy głos "Khmerów czeka gniew boski!".
Przewija się prorok perstański jeden za drugim,
Tam Alopen, tam Ilia, tam ich jeszcze tuzin,
I każdy czartowi czartów jedno zwiastuje:
"Oto za nasze i wasze grzechy ostateczna kara!"
Wtem zza piekielnej ciemności dwaj aniołowie zstępują,
"A niechaj i Khmerzy tak dalej postępują,
To cały ich ród wam dwóm potowarzyszy,
Gdy bólu i mąk urzędy przejmiecie nuworyszy,
I zstąpi na wszystkie diabły czart większy,
A wrogów przepych piekło wnet upiększy."
W ten czas Melchizedeka strażnik woła,
I nie widząc wielkiej armii dokoła,
Zarządza litościwie zapis prorokowi,
Choć ten nad wolą ostatnią się nie głowi,
Bowiem kolejna nauka już nadciąga,
Która słuch bialeński znowu przyciąga.
"Nie czas na lamenty i pożegnania,
Gdy wielka bitwa wciąż do wygrania."
Wielka jest natomiast Nowobialeńców trwoga,
rzecze ludu przywódca - "Khmerska kara będzie sroga,
wyruszyć trzeba na okręty i za morze, do ojczyzny prawdziwej,
By wyszarpać domowego lwa za białą grzywę,
Pójdźcie z Ernestem, on już w tajnikach tego,
Obeznany jest dobrze, ochroni od złego,
Zabierzcie też księcia-strażnika Dzbana,
Na Rolfstadzie panującego jaśnie Jana,
W jego sercu tkwi walki przyczyna,
Jasna i prosta niczym beczka wina,
Pamiętajcie jednakże, dziatki moje drogie,
Że knowania ludu srogiego czyhają za progiem,
Tako bójcie się - syna ojciec, brat brata,
Ażeby znaleźć przyszłego Bialenii kata!
Nic mi więcej rzec nie staje,
Wyruszajcie zatem na rozstaje,
I niech Was los uchowa od nieszczęścia,
Jakim by była wilcza ingerencja."
I tak oto armia odeszła daleko,
Pozostawiając Opatrzności Melchizedeka,
Na odzew w sercu Sabina licząc,
W sekrecie jednak z żalu kwicząc.
Nad rankiem lud zbiera się na środku placu,
Przygotowano tam już balię pełną kwasu,
W której prorok ma spocząć na wieki,
Wedle wyroku sabinowej bezpieki.
Rozmaite płaczki są już odganiane,
Lecz nadszedł czas wykonania wyroku,
Melchizedek spoczął na wieki,
Niech odpoczywa w pokoju,
Ten wielki prorok.
Na Placu Zielonym ludzie patrzą,
Patrzą na miejsce śmierci swego proroka,
Który był wielkim Mesjaszem.
Budzi się khmerski szatan,
Jednak bez bólu arystokraty katan,
Czuje za to płomienia dokoła,
Lecz wtem lud Bialenów smoła,
pogrążająca kończy się powoli,
i w Carnuntum mszczą się czerwoni.
Taki to miraż martwym Sarego oczom się ukazuje,
Lecz nie na długo, bo innego szatana wywołuje,
Khmerskiego, duszę ojca jego, króla Alfreda.
Tenże szatanowi się podle zaprzeda,
przodkowie jego i potomkowie okrutni,
miast jego, katusze im przyjdą, teraz nie butni.
I ojciec ostrzega synka swojego,
By nastawił się na wiele złego,
Bo kara wielka na niego już czeka.
W kolejny krąg piekła, szóstego wieka,
schodzi, widząc gwałt jahołdzki,
słyszy głos "Khmerów czeka gniew boski!".
Przewija się prorok perstański jeden za drugim,
Tam Alopen, tam Ilia, tam ich jeszcze tuzin,
I każdy czartowi czartów jedno zwiastuje:
"Oto za nasze i wasze grzechy ostateczna kara!"
Wtem zza piekielnej ciemności dwaj aniołowie zstępują,
"A niechaj i Khmerzy tak dalej postępują,
To cały ich ród wam dwóm potowarzyszy,
Gdy bólu i mąk urzędy przejmiecie nuworyszy,
I zstąpi na wszystkie diabły czart większy,
A wrogów przepych piekło wnet upiększy."
W ten czas Melchizedeka strażnik woła,
I nie widząc wielkiej armii dokoła,
Zarządza litościwie zapis prorokowi,
Choć ten nad wolą ostatnią się nie głowi,
Bowiem kolejna nauka już nadciąga,
Która słuch bialeński znowu przyciąga.
"Nie czas na lamenty i pożegnania,
Gdy wielka bitwa wciąż do wygrania."
Wielka jest natomiast Nowobialeńców trwoga,
rzecze ludu przywódca - "Khmerska kara będzie sroga,
wyruszyć trzeba na okręty i za morze, do ojczyzny prawdziwej,
By wyszarpać domowego lwa za białą grzywę,
Pójdźcie z Ernestem, on już w tajnikach tego,
Obeznany jest dobrze, ochroni od złego,
Zabierzcie też księcia-strażnika Dzbana,
Na Rolfstadzie panującego jaśnie Jana,
W jego sercu tkwi walki przyczyna,
Jasna i prosta niczym beczka wina,
Pamiętajcie jednakże, dziatki moje drogie,
Że knowania ludu srogiego czyhają za progiem,
Tako bójcie się - syna ojciec, brat brata,
Ażeby znaleźć przyszłego Bialenii kata!
Nic mi więcej rzec nie staje,
Wyruszajcie zatem na rozstaje,
I niech Was los uchowa od nieszczęścia,
Jakim by była wilcza ingerencja."
I tak oto armia odeszła daleko,
Pozostawiając Opatrzności Melchizedeka,
Na odzew w sercu Sabina licząc,
W sekrecie jednak z żalu kwicząc.
Nad rankiem lud zbiera się na środku placu,
Przygotowano tam już balię pełną kwasu,
W której prorok ma spocząć na wieki,
Wedle wyroku sabinowej bezpieki.
Rozmaite płaczki są już odganiane,
Lecz nadszedł czas wykonania wyroku,
Melchizedek spoczął na wieki,
Niech odpoczywa w pokoju,
Ten wielki prorok.
Na Placu Zielonym ludzie patrzą,
Patrzą na miejsce śmierci swego proroka,
Który był wielkim Mesjaszem.

