03.12.2014, 18:15:55
Bitwa między wściekłymi i zdeterminowanymi Arabami a ekipą Nijazowa trwała już piątą godzinę. Jak zapowiedział przywódca tej grupy arabskich koczowników spomiędzy stacji, każdy, kto wróci bez głowy choć jednego z zabójców jego pierworodnego, zostanie spalony żywcem. Mieszkańców bialeńskich pustyń było kilkunastu - jednakże wyraźnie widać było, że to Jahołdzi mieli przewagę pod każdym możliwym względem poza liczebnością. Okopali się za wyłomem w murach w taki sposób, że nie można było trafić żadnego z nich, póki się nie wychylił. Dodatkowo każdy bojownik, który próbował przedrzeć się do tej kryjówki, był natychmiast częstowany kulą przez czujnego Nochala.
- Żałosne... Gdybym to ja nimi dowodził, zabiliby nas wszystkich w dziesięć minut. A tak... mogą sobie walić tymi durnymi deklami w mur ile chcą, i tak przegrają. Żeby nie te cholerne braki w amunicji, to zostałaby już z tych prymitywów krwawa sieczka. - pysznił się Timur.
Szczapa zmienił Nochala na stanowisku strzelca.
- No, to teraz, skoro się nudzimy, to może powspominamy stare dzieje? Dobra, dziś opowiem Wam o tym, jak do naszej ekipy dołączył Szczapa...
Nijazow wrócił wspomnieniami do dawnych czasów, kiedy to zaatakował internat w miezielińskich slumsach. Była to jedna z jego pierwszych samodzielnych, głośnych akcji. Przez kilka dni on i jego ekipa więzili grupę studentów. Wbrew temu, co oficjalnie ogłosili Policji, osoby narodowości bialeńskiej zastrzelili w ciągu pierwszej godziny okupacji. Nie były to bowiem czasy powszechnego użytku kamer, i w związku z tym PK, zresztą przeżywająca ówcześnie kryzys finansowy, nie poprosiła o kontakt z tymi osobami. Wśród wielonarodowej grupki wyraźnie wyróżniał się jeden młody, ale wyjątkowo potężny fizycznie chłopak. Jak przypuszczał Nijazow, byłby on w stanie w chwili mniejszej czujności jego ludzi zbiec na zewnątrz, gdyby ułożył odpowiednio dobry plan. Na szczęście był na tyle przerażony całą sytuacją, że przez większość czasu siedział nieruchomo w kącie. Nazywał się Franciszek Mokroń i był w czwartym pokoleniu potomkiem imigranta z Sambanafryki. Żeby mógł studiować, sześcioro jego starszych braci i sióstr wzięło drugi etat, a ojciec zdecydował się rzucić palenie i do minimum ograniczyć spożycie alkoholu. Jedynie matka była zdecydowanie przeciwna jego pomysłowi na zostanie lekarzem - jak twierdziła, każdy medyk to złodziej, oszust, kłamca i truciciel, i dlatego nieraz przepijała uzbierane przez resztę rodziny pieniądze na edukację Frania. Nie do końca jeszcze wtedy profesjonalny Timur z czasem wdał się w rozmowy z młodzieńcem. Jego silna osobowość wręcz zahipnotyzowała młodego Murzyna. Wówczas to podjął on decyzję o wcieleniu chłopaka do swojego oddziału (poszło tym łatwiej, że Franek był i tak muzułmaninem). Zbiegła się ona w czasie z zakończeniem negocjacji między terrorystami a policjantami. Władze miasta ostatecznie uległy żądaniom porywaczy i wysłały im pieniądze oraz zapewniły drogę ucieczki. W zamian przedstawiciel Nijazowa zagwarantował, że opuszczą oni budynek w ciągu godziny od otrzymania tych środków, pozostawiając na miejscu żywych zakładników. I tak też w istocie zrobili - zamknęli wszystkich studentów w ciasnej kotłowni, gdzie na samym początku oblężenia zastrzelili Bialeńczyków i podłożyli ładunek wybuchowy z wmontowanym zegarem. Nastawili go na piętnaście minut, po czym wraz ze swoim nowym nabytkiem, łupami oraz co istotniejszymi sprzętami opuścili to miejsce. Później długo śmiali się z naiwności Policji - kiedy tylko bowiem służby wkroczył do internatu, ten zawalił się pod wpływem wybuchu, grzebiąc w nim na zawsze całą lokalną komendę.
- Chyba pomału te Arabusy zaczynają się nudzić. - zmienił nagle temat Timur. - Za jakieś trzy godziny będziemy mogli ruszać dalej. Jeżeli nie wpadną na to, żeby wezwać posiłki, powinniśmy następny postój robić już na stacji Wandy.
- Żałosne... Gdybym to ja nimi dowodził, zabiliby nas wszystkich w dziesięć minut. A tak... mogą sobie walić tymi durnymi deklami w mur ile chcą, i tak przegrają. Żeby nie te cholerne braki w amunicji, to zostałaby już z tych prymitywów krwawa sieczka. - pysznił się Timur.
Szczapa zmienił Nochala na stanowisku strzelca.
- No, to teraz, skoro się nudzimy, to może powspominamy stare dzieje? Dobra, dziś opowiem Wam o tym, jak do naszej ekipy dołączył Szczapa...
Nijazow wrócił wspomnieniami do dawnych czasów, kiedy to zaatakował internat w miezielińskich slumsach. Była to jedna z jego pierwszych samodzielnych, głośnych akcji. Przez kilka dni on i jego ekipa więzili grupę studentów. Wbrew temu, co oficjalnie ogłosili Policji, osoby narodowości bialeńskiej zastrzelili w ciągu pierwszej godziny okupacji. Nie były to bowiem czasy powszechnego użytku kamer, i w związku z tym PK, zresztą przeżywająca ówcześnie kryzys finansowy, nie poprosiła o kontakt z tymi osobami. Wśród wielonarodowej grupki wyraźnie wyróżniał się jeden młody, ale wyjątkowo potężny fizycznie chłopak. Jak przypuszczał Nijazow, byłby on w stanie w chwili mniejszej czujności jego ludzi zbiec na zewnątrz, gdyby ułożył odpowiednio dobry plan. Na szczęście był na tyle przerażony całą sytuacją, że przez większość czasu siedział nieruchomo w kącie. Nazywał się Franciszek Mokroń i był w czwartym pokoleniu potomkiem imigranta z Sambanafryki. Żeby mógł studiować, sześcioro jego starszych braci i sióstr wzięło drugi etat, a ojciec zdecydował się rzucić palenie i do minimum ograniczyć spożycie alkoholu. Jedynie matka była zdecydowanie przeciwna jego pomysłowi na zostanie lekarzem - jak twierdziła, każdy medyk to złodziej, oszust, kłamca i truciciel, i dlatego nieraz przepijała uzbierane przez resztę rodziny pieniądze na edukację Frania. Nie do końca jeszcze wtedy profesjonalny Timur z czasem wdał się w rozmowy z młodzieńcem. Jego silna osobowość wręcz zahipnotyzowała młodego Murzyna. Wówczas to podjął on decyzję o wcieleniu chłopaka do swojego oddziału (poszło tym łatwiej, że Franek był i tak muzułmaninem). Zbiegła się ona w czasie z zakończeniem negocjacji między terrorystami a policjantami. Władze miasta ostatecznie uległy żądaniom porywaczy i wysłały im pieniądze oraz zapewniły drogę ucieczki. W zamian przedstawiciel Nijazowa zagwarantował, że opuszczą oni budynek w ciągu godziny od otrzymania tych środków, pozostawiając na miejscu żywych zakładników. I tak też w istocie zrobili - zamknęli wszystkich studentów w ciasnej kotłowni, gdzie na samym początku oblężenia zastrzelili Bialeńczyków i podłożyli ładunek wybuchowy z wmontowanym zegarem. Nastawili go na piętnaście minut, po czym wraz ze swoim nowym nabytkiem, łupami oraz co istotniejszymi sprzętami opuścili to miejsce. Później długo śmiali się z naiwności Policji - kiedy tylko bowiem służby wkroczył do internatu, ten zawalił się pod wpływem wybuchu, grzebiąc w nim na zawsze całą lokalną komendę.
- Chyba pomału te Arabusy zaczynają się nudzić. - zmienił nagle temat Timur. - Za jakieś trzy godziny będziemy mogli ruszać dalej. Jeżeli nie wpadną na to, żeby wezwać posiłki, powinniśmy następny postój robić już na stacji Wandy.
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
