05.03.2016, 00:33:39
Pełna wersja opowiadania, dłuższa od tej opublikowanej przez Fryca o nieco ponad 100 słów. No bo, wiecie, regulamin.
Cytat:„Historia kubika Halabeusza”
Moja smutna egzystencja rozpoczęła się, gdy w jednym z okresów godowych moja matka, Gawasura, spotkała po raz pierwszy i ostatni mojego ojca. Wedle opowiadań mej rodzicielki, był to dość lichy kubiłaj, ale przyjęła go, gdyż jako jedyny się nią zainteresował. Nic w tym dziwnego, miała wtedy mniej niż dwa lata. Była to jej pierwsza ruja, a wnioskując po zachowaniu samca, uznawała, że również i dla niego były to pierwsze w życiu gody. Starsze samice w stadzie wyśmiewały się z młodej Gawity, ta jednak jako jedyna w tej rui zaszła w ciążę. Spowodowało to dość sporą agresję wśród bardziej wiekowych klaczy, co zmusiło matkę do opuszczenia swego dotychczasowego terytorium. Galopowała, ile sił w chudych, kubikowych nogach, a leciały za nią kamienie. Żaden z nich nie trafił, gdyż na szczęście nasz gatunek charakteryzuje się brakiem palców, co przekłada się na poważnie ograniczone możliwości celowania przy rzucie (wykonywanym pyskiem).
Potem mą rodzicielkę spotkało jeszcze wiele nieszczęść. Z jakiegoś powodu wszystkie napotkane przez nią drapieżniki celowały w brzuch, i nawet nie starały się jej śmiertelnie zranić, a jedynie uszkodzić dziecię, które nosiła pod swymi pręgami. Tak, świat nienawidził mnie jeszcze zanim się narodziłem. Ostatecznie, okazałem się wcześniakiem. W dwunastym miesiącu ciąży matka nieopatrznie przystanęła na terytorium należącym do ćpunki. Upojona kapimiętką gospodyni wymierzyła jej potężnego kopniaka. I tylko zgadnijcie, w którą część ciała trafiła?
I tak oto przyszedłem na świat, dwa miesiące przed czasem. Gawasurę jednak to ucieszyło, gdyż wreszcie nie była sama. Niestety, przedwczesne narodziny, wywołane brutalnością okrutnej rzeczywistości, musiały odbić się na mojej kondycji. Przez pierwszych kilka dni nie byłem w stanie chodzić, rodzicielka nosiła mnie w pyszczku. Ponadto, mój język nie jest długim, niebieskim jęzorem kubiłaja, lecz krótkim, zielonym, bezużytecznym organem. Po dziś dzień oczy i uszy muszę czyszczone przez matkę, co jest dopełnieniem całej kolekcji powodów, dla których moja egzystencja jest marna.
Po pożywne pąki drzew muszę się wspinać. Wykrzywione siłą uderzenia naćpanej klaczy nogi mego osobnika znajdują tu zastosowanie. Niestety, prowadzi to do nowych problemów. Gigantyczne kuny, z którymi normalnie nasz gatunek nie ma problemów, gdyż się z nimi nie styka, mają mnie na widelcu. Moim jedynym ratunkiem przy spotkaniu z nimi jest zeskoczenie na ziemię, co kończy się zawsze co najmniej zwichnięciem czegoś. Matka zawsze musi mi potem regulować stawy, co łamie jej serce, gdyż żal jej być przyczyną bolesnych jęków tej jej niedorajdy. Chciałaby dla mnie jak najlepiej, ale nie może nic poradzić.
Jest coś, co dobiłoby biedną Gawitę do reszty, gdyby się tego dowiedziała. Chce oddać swojego małego Habcia pod opiekę jakiejś czułej, zaradnej, młodej klaczy. Zakładając nawet, że jakaś zechciałaby taką nędzną podróbkę kubiłaja, jak ja, trzymać przy sobie jak własne dziecko, miast odprawić po porze godowej, jak normalnego, silnego samca, to pogłębiłoby tylko depresję, w której bezustannie się znajduję. Otóż, nie potrafię pokochać kubiłajki. Swoimi uczuciami obdarzyłem bowiem inny byt, a nadzieja na zdobycie jego serca to jedyne, co powstrzymuje mnie od rzucenia się w przepaść.
Jest to jedyny…
Wyjątkowy…
Cudowny…
Wspaniały…
Doskonały…
Pułkownik Iversen. Tak, wiem, to dość dziwne, że kubiłaj zakochał się w człowieku. Ale mnie nie obchodzi, ile chromosomów nas dzieli – kocham duszę, nie ciało. A duszę ma przecież każdy z nas. Widziałem go kilka razy, jak mknął samochodem Marii von Primisz przez górskie łąki Jahołdajewszczyzny, mój dom. Jego mundur, pełen dziur po pociskach wrogów, renegatów i sabotażystów, jego silna ręka, trzymająca torbę z tajnymi depeszami, i jego długie loki, wijące się niczym żmije zygzakowate poszukujące ofiary, to coś magicznego, co już przy pierwszym ujrzeniu omal nie przyprawiło mojego małego, biednego serca o zawał. Od tego momentu wiedziałem, że już nigdy nie będę w stanie myśleć o nikim innym. Pułkownik to mój senpai. Ja zaś mam nadzieję, że kiedyś mnie dostrzeże. Choć z każdym dniem tracę ją coraz bardziej. Teraz, gdy opuścił ojczystą ziemię i przeprowadził się za morza, tylko cud mógłby mnie wybawić od spędzenia życia wyłącznie na cierpieniu z tęsknoty.
Ukończyłem w tym roku dwa lata. Nadszedł czas na moją pierwszą ruję. Myślałem nad tym, żeby z wysokich traw zrobić atrapę kubiłajki. Matka byłaby przeszczęśliwa, obserwując, jak z nią kopuluję. Z powodu swojego słabnącego wzroku (efekt jednej z wielu smutnych historii jej życia) nie dostrzegłaby oszustwa. Po krótkim dumaniu nad tą sprawą doszedłem jednak do wniosku, że na dłuższą metę nie ma szans, żeby to podziałało. W końcu kiedyś poprosi mnie, żebym przyprowadził swoją wybrankę na kolację. Z tak bliska bez wątpienia wykryje podstęp. Zrezygnowany skierowałem się w kierunku łąki, gdzie zbierały się już kubiłaje w każdym wieku. Gdy zbliżyłem się do niej odpowiednio, usłyszałem dzikie ryki i piski. Zapewne to pary, które zdążyły się dobrać, cieszyły się szczęściem. Już miałem rozpłakać się nad swoim nieszczęściem, gdy dotarło do mnie, że w tych odgłosach jest coś niecodziennego, jak na ich spekulowane przeze mnie źródło. Nadstawiłem swoich nieco przykrótkich uszu, by zlokalizować źródło tych dźwięków. Było ono dosyć daleko, na granicy terytorium mojej matki. Nie powinienem się tam zapuszczać, gdyż jest to ścieżka migracji rozrodczej samców, z których naturalną w tym okresie agresją moje siniaki po kunach ze wszelkim prawdopodobieństwem nabrałyby nowych odcieni fioletu, jednak coś mnie tknęło, by zaryzykować i dać się ponieść ciekawości. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że pokierowało mnie serce i moja kubikowa intuicja. Z każdym krokiem coraz jaśniej do mnie docierało, co jest źródłem tych dźwięków, a wraz z tym przekonaniem rosło też moje tempo. Powtarzałem sobie, że to niemożliwe, że moje wadliwe bębenki na pewno robią mnie w bambuko… Az dotarłem na miejsce. To, co ujrzałem, zmroziło mi krew w żyłach.
To był mój pułkownik, atakowany przez dzikie rosomaki. Na swoim potężnym ciele miał wiele ran, a jego wspaniały mundur był w strzępach. Szybko rozważyłem, co muszę zrobić. To prawdopodobnie jedyna szansa, bym wreszcie mógł być szczęśliwy, i za nic w świecie nie mogę jej zmarnować. Muszę ocalić pułkownika, choćbym miał oddać własne życie. Za trzy sekundy blisko niego mogę dać się rozszarpać. Rozszarpać… rozszarpać… rozszarpać…?
W jednej chwili przypomniałem sobie słowa matki o tym, jak bronić się przed tymi dzikimi bestiami, jeśli kiedyś bym na przedstawiciele tego gatunku wpadł. Pięta achillesową rosomaków jest ich największa zaleta – potężny zmysł węchu. Znakomicie sprawdza się w tropieniu, jednak bardzo słabo radzi sobie z wysokimi stężeniami. By odstraszyć rosomaka, wystarczy, że splunę na niego – kubiłajowe feromony w ślinie załatwią resztę.
Tutaj jednak było ich całe stado. Poważnie wątpiłem w możliwość unieszkodliwienia przez jednego, marnego kubika z krzywymi nogami, to jest, mnie, aż tylu naraz. Jeżeli mi się nie uda, to każdy nietrafiony rzuci się na mnie i rozerwie na strzępy. Zaraz jednak zganiłem siebie za takie myślenie. W końcu, tu na strzępy rozrywany jest jedyny powód, dla którego jeszcze się nie zabiłem. Jeśli pozwolę mu tu umrzeć, to bez znaczenia, że mnie zeżrą – w końcu, i tak bym po tym wszystkim targnął się na własne życie.
Zebrałem się w sobie i zacząłem wykonywać gardłem tak dynamiczne ruchy, jak nigdy dotąd. Zebrałem charch tak wielki, że wyciekał mi z pyszczka, i przepchnąłem go całą mocą swego małego, zielonego języka, przez wargi, zalewając rosomaki deszczem, jakiego żaden kubiłaj jeszcze nie wytworzył. Wszystkie uciekły w popłochu. Byłem z siebie dumny. Po raz pierwszy w życiu.
Na ziemię jednak sprowadziły mnie jęki pułkownika. Wszystko go najwyraźniej bolało. Nic dziwnego. Kły i pazury tych potworów wbiły mu się niemal wszędzie. Stracił mnóstwo krwi. Powinienem być subtelniejszy z tym, ale emocje wzięły górę. Bez głębszego namysłu, wykrzyczałem głośno:
- Pułkowniku! Kocham Cię! Kocham Cię całym moim kubiłajowym sercem!
Iversen słysząc to, w swoim potwornym bólu był w stanie zdobyć się na uśmiech. Zaczął szeptać odpowiedź:
- Moje serce… należy do…
- Tak? Tak?! – darłem się.
Iversen słabł z każdą sekundą, przez co pękłem. Choć chciałem dodać mu potrzebnej siły, nie mogłem już dłużej utrzymać łez. Zalałem się nimi niczym mały źrebak. Pułkownik szeptał tak cicho, że nawet moje kubiłajowe uszy nie były w stanie wyłapać jego słodkiego głosu. Starałem się czytać z ruchu warg, ale mokre oczy skutecznie mi to utrudniały. Wyłapywałem jedynie pojedyncze głoski: „i… a… h… e… a…”. Czy to jednak możliwe? Czy on, czy on… O dobry atamanie… On powiedział… Tak, na pewno powiedział…
… że jego serce należy do… kubiłaja Halabeusza.
Ponownie emocje wzięły nade mną górę. Nie mogłem się powstrzymać. Zrobiłem jedyne, co mogłem. Zacząłem go całować. Mój język zetknął się z każdym centymetrem jego wspaniałego ciała. Każda krwawiąca rana została oczyszczona. Mój marny język świetnie manewrował na tych małych powierzchniach. Wreszcie poczułem się jak prawdziwy kubiłaj. A to wszystko dzięki mojemu senapiowi. Mojemu pułkownikowi.
Biedak jednak gasł na moich oczach. Moja miłość mogła go ocalić, na pewno, ale ten sposób jej okazywania nie działał. Wprawdzie zatamowałem krwawienie, ale Iversen utracił już zbyt dużo krwi. Potrzebny był tu cud. Po takim dniu jak ten wiedziałem jednak, że nadzieja nie zostawia tych, którzy ją mają. W jednej chwili wiedziałem już, co muszę zrobić.
Wziąłem na swój grzbiet to boskie ciało. Ile sił w kopytach pogalopowałem do świętych gór Jersuwa. Odnalazłem zarośniętą krzewami jaskinię. Tak, jak w przepowiedniach Tego Guza, to w tym miejscu życia mogą być ocalone przez miłość. Ułożyłem pułkownika wygodnie, i przykryłem jego członki rozrzuconym po okolicy gruzem. Bez munduru może być mu zimno, więc taka kołdra z pewnością się przyda. Złożyłem jego przednie kończyny w święty gest Bajdżulów. To zapewni mu pomyślność bogów.
Od tego dnia wracam codziennie do groty. Wreszcie mam z kim dzielić się swoimi rozterkami i przemyśleniami. Pułkownik zawsze uważnie słucha, niezmiennie ze swoim drobnym uśmiechem, który dodaje mi pewności siebie. Spędzam tu do ośmiu godzin dziennie. Na koniec zawsze uprawiamy czułą miłość. Żałuję jedynie, że Iversen nigdy nie udziela mi odpowiedzi. Przypuszczam jednak, że bogowie jako ofiarę wzięli jego głos. Energia płynąca z tego perlistego, delikatnego brzmienia zapewne dodaje im mocy, by przywracać go do zdrowia. Ja cierpliwie czekam. Kiedyś pułkownik się przebudzi. I wtedy osiągnę pełnię szczęścia.
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
