29.05.2017, 11:23:24
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2017, 11:38:58 przez Maciej Kamiński.)
Wiersz czort wie z kiedy (chyba na jakiś konkurs był, bo nie mogę go znaleźć w żadnym poście - dokument, w którym go trzymałem, powstał 28 lutego 2016).
„Do LMP [Leonarda Marii della Popoliego - przyp. moje]”
Jeżeli miałbyś do wyboru,
Kolano zgiąć,
Na raz, dwa, cztery,
Albo,
Trumnę ojca opluć,
To z jaką prędkością,
Płyn by opadał?
Jeżeli miałbyś do zrobienia,
Pracę dla zbawienia,
Na raz, dwa, cztery,
Albo,
Podatników wściekłego wyklęcia,
To z jaką prędkością,
Dźwięk rozchodziłby się?
Jeżeli miałbyś do wypicia,
Wino trzyletnie,
Na raz, dwa, cztery,
Albo,
Bimber roboty domowej,
To z jaką prędkością,
Anioł stróż Twój by odwrócił oczy?
Ukochaj Benia,
On tak bardzo tęskni.
Pełna i nieco zmodyfikowana wersja opowiadania "Mrok" na konkurs "Bialenia za rok":
Opowiadanie "Wezwanie" na konkurs z lipca 2015:
"Opowiadania" ze święta Policji Krajowej 2015:
Opisy egzekucji (8 listopada 2014, 6 lipca 2015 i 17 sierpnia 2015):
„Do LMP [Leonarda Marii della Popoliego - przyp. moje]”
Jeżeli miałbyś do wyboru,
Kolano zgiąć,
Na raz, dwa, cztery,
Albo,
Trumnę ojca opluć,
To z jaką prędkością,
Płyn by opadał?
Jeżeli miałbyś do zrobienia,
Pracę dla zbawienia,
Na raz, dwa, cztery,
Albo,
Podatników wściekłego wyklęcia,
To z jaką prędkością,
Dźwięk rozchodziłby się?
Jeżeli miałbyś do wypicia,
Wino trzyletnie,
Na raz, dwa, cztery,
Albo,
Bimber roboty domowej,
To z jaką prędkością,
Anioł stróż Twój by odwrócił oczy?
Ukochaj Benia,
On tak bardzo tęskni.
Pełna i nieco zmodyfikowana wersja opowiadania "Mrok" na konkurs "Bialenia za rok":
Cytat:Mrok. Wszędzie mrok. Niebywały, przejmujący mrok. Towarzyszy on tej krainie już od dłuższego czasu, choć niczym sobie na to nie zasłużyła. Ten mrok symbolizował fatum, przekleństwo wiszące ponad tym małym kawałkiem świata.
Poprzez zimną pustynię przemyka postać równie mroczna, co i cała kraina. Od Wernergradu (dawnego Bengazi – obecnie za wymawianie tej nazwy grozi rok więzienia), zmierza w stronę dawnych majątków lennych, dawno już przejętych przez państwo od wywłaszczonych „panisków”. W pewnej chwili zatrzymuje go milicjant Królewskiej Milicji Bialeńskiej:
- Kto idzie?
- Piotr Krupa!
- Idźcie dalej, obywatelu.
Przed bohaterem widać już bramy Lidzbu, w których po raz kolejny zostaje zrewidowany przez funkcjonariuszy. Otrzymuje Kartę Pobytu, uprawniającą do przebywania na terenie miasteczka – dzięki niej nie trafi od razu na tutejszy posterunek. Biegnie czym prędzej do karczmy „Pod Tucznikiem”, gdzie już czekają jego znajomi.
- Cześć cześć, Andrzeju – zaczyna podstarzały człowieczyna z wąsikiem.
- Nie tak głośno, Kaziu - upomina młodzian z szopą włosów na głowie.
- Spokojnie Bartku, szpicle o tej porze już śpią – uspokaja ich przybysz, zdejmując ciemny płaszcz.
- Oni nigdy nie śpią – odpowiada młodzian.
- Co będzie dla panów? – pyta kelnerka, ubrana w mundur, jak wszystkie inne osoby podczas pracy.
- Cztery browary – zamawia wąsacz.
Dziewczyna notuje, dmuchając balony z gumy do żucia, po czym odchodzi w stronę kuchni.
- Cholera, cholera...
- Co się dzieje, Andrzej, stary?
- Widzisz Kaziu, wciąż nie mogę sobie tego wybaczyć...
- Oj przestań już! To nie była Twoja wina. Nikt z nas nie mógł nic na to poradzić.
- Ja mogłem. Powinienem był zauważyć tę zmianę stylu wysławiania się i zachowania u Maćka. Powinienem był zauważyć, że coś tu jest nie tak. W ten sposób dorwalibyśmy jego mordercę jeszcze zanim przejąłby kontrolę nad armią i Bialenia byłaby wciąż wolna...
- A któż z nas to widział, Andrzej, stary? Ten cały Werner perfekcyjnie się podszył pod Maćka. Perfekcyjnie. Przecież nasz przyjaciel miewał takie wzloty. A pamiętaj, atak nastąpił podczas ferii, czyli okresu wolnego – w Święta przecież Maciek zawsze wariował.
- Nie chciałbym Was martwić, koledzy, ale – odezwał się czwarty z siedzących, łysy, muskularny pięćdziesięciolatek – kamecy z Wydziału Prewencji już tu jadą. Radzę się zwijać, jeśli nie chcecie, żeby Kamil musiał nas znowu wyciągać z mamra.
- Ale Krzysiu, ja za browary zapłaciłem!
- Wolisz wypić czy żyć? – zganił wąsacza Bartek.
- No dobra, idziemy – skończył rozmowę Kazimierz.
Bohaterowie wybiegli przez zaplecze na zewnątrz. Przez otwarte drzwi słyszeli kobiece wrzaski.
- Pewnie znowu się te mendy zabawiają – mruknął Kazimierz.
W międzyczasie, daleko na północy, w Numbres, wsi pamiętającej starcia starożytnych Sarmatów i Teutonów, mrok był rozświetlany przez bezustanne wystrzały z karabinów. Ubrani w czarne mundury żołnierze Gwardii Pretorianów Króla Wernera I intensywnie nacierali na prowizoryczne okopy urządzone przez grupkę partyzantów w Jaskini Praojców. W pewnym momencie ich dowódca, hetman polny Alfred Santapierre, znany głównie z tego, że rozstrzeliwał jeńców tak, jak jego idol z nastoletnich lat, Tytus Bomba, nakazał wstrzymać ogień. Uznał, że brak odpowiedzi ze strony ostrzeliwanych oznacza ich pewną śmierć od lawiny ognia, i nakazał wejść do środka i wynieść zwłoki. Wówczas pretorianie usłyszeli gruby męski głos:
- To za Elmuka!
Po czym wybuchnął obok nich granat. Rzucił nim sam przywódca ugrupowania „Wolność, Braterstwo, Swoboda – Prawdziwa Bialenia”, baron Jan de Kaniewski, skazany podczas swej misji dyplomatycznej zaocznie na śmierć przez nowe władze. Jego gest wyrażał zemstę za zabójstwo emerytowanego bialeńskiego polityka, Elmuka Wikardego, dokonane właśnie przez Santapierrego. Jan wisiał przez dłuższy czas na krawędzi barykady, patrząc martwym wzrokiem na reanimowane przez towarzyszy trupy pretorianów. Po kilku minutach jego młody przyjaciel złapał go za nogi i ściągnął siłą na dół.
- Co Ty wyprawiasz, Janku? Chcesz, żeby Cię po prostu załatwili?
- Wtedy wykreowałbyś mnie na bohaterskiego obrońcę naszej demokracji, Łukaszu – spokojnie odparł Kaniewski.
- A kto Twoim zdaniem miałby przejąć dowodzenie? Za Tobą ludzie idą, bo jesteś znany. Reszta sławnych działa po cichu, bez szaleństw – tak, szaleństw, bo czym innym jest walka z administracją, jaka by nie była? Ciesz się lepiej, ze zamiast walnąć w nas nukiem próbują wziąć Cię żywcem dla propagandy.
- Zamilcz – burknął baron – Nic nie jest takie proste, jak Ci się wydaje, młokosie.
- Słuchaj Janek, coś Ci powiem. Może Tobie jest łatwo próbować dokonać niemożliwego z wyrokiem śmierci w swoich aktach, ale tam z tyłu siedzi sześćdziesięciu młodych chłopaków, którzy zostawili swoje rodziny i siedzą tu, bo wierzą w to, że się uda – a prawda jest taka, że nie mamy w tej chwili żadnych szans. I co ja zrobię, jak Ciebie zabraknie. Powiem im „Hej, słuchajcie, idę Was zabrać na pewną śmierć poprzedzoną brutalnymi torturami i zgubić Wasze żony, dzieci i rodziców”? Ogarnij się, bo wszystkich tu zgubisz!
Pretorianie wznowili ostrzał.
- Dokończymy tę rozmowę później, Łukaszu – teraz mamy zadanie do wykonania.
Tymczasem cztery postacie przemknęły przez zimną pustynię do bliskiej Lidzbowi wsi, Tomaszewa. W starym Folwarku św. Izydora, nad wartką Topolówką, znajdowała się siedziba główna powstańców. Andrzej podszedł do drzwi.
- Hasło? – zabrzmiał piskliwy głos.
- Kastor – odparł „Piotr Krupa”.
- Możecie wejść.
- Daruj sobie ten ton, Kamilu – zganił Krzysztof.
Czwórka bohaterów weszła do środka. Sam budynek był pusty. Stał tam tylko Kamil, nazywany tak przez przyjaciół, choć w istocie nazywał się Konstanty Jerzy Michalski. Był niskim, siwym człowiekiem o mrocznym, wręcz wampirycznym wyrazie twarzy i pasującym do utrzymywanego przez jego osobę nastroju głosie, wręcz z piekła rodem. Bartek przeszedł się po wszystkich korytarzach, aby upewnić się, że nikt się im nie przygląda. Gdy okazało się, że jest „czysto”, Kazimierz odsunął jedną z belek i wcisnął się za nią. Pociągnął tam za wajchę, która otworzyła w podłodze zapadnię. Bartłomiej umieścił między klapą a krawędzią otworu stalowy pręt, po czym wszyscy zeszli po drabinie na dół – jako ostatni zszedł wąsacz, zasuwając wcześniej belkę i wyciągając pręt, która to czynność spowodowała zamknięcie zapadni.
Na dole było ciepło i jasno. Słychać było męskie głosy. Bohaterowie podeszli bliżej. Przy ognisku siedziało dwóch młodzieńców. Jeden z nich odwrócił się i zawołał:
- Witamy w domu!
- Witaj, Leonardzie. Jak widzę, wróciłeś już od Janka. Powiedz, jak im się powodzi?
- Nie najlepiej, Andrzeju – odparł Leonard – Pretorianie ich otoczyli, ja ledwo się stamtąd wydostałem. Niestety, nie możemy im pomóc, wysłaliśmy naszych do Rosienia, a wiesz chyba, jaki to kawał drogi?
- Ech... Nic to, niech się realizuje plan B, pomyślimy o reszcie jutro rano. Dziś mamy Noc Wspominków, więc będziemy pracować pamięcią.
- Marzy Ci się powrót do Pałacu Prezydenckiego? – spytał Andrzeja drugi młodzian, o nietypowym imieniu Boruta.
- A żebyś wiedział! Ja, Andrzej Swarzewski, najmłodszy Prezydent Republiki Bialeńskiej w historii, chcę wrócić na szczyty i promować zakazane przez współczesnego okupanta ideały wolności, braterstwa i demokracji. Ale najpierw musimy rozliczyć się z Wernerem, za to co nam zrobił, i za śmierć Maćka, Abdullaha i Elmuka. Za podszywanie się pod naszego Prezesa Policji, za eksterminację elit muzułmańskich, i za zakatowanie starej elity politycznej. Nie można podarować nikomu zabicia ¼ Bialeńczyków tylko ze względu na tę starą skazę w naszej historii, tę rasistowską teutologię, potwora stworzonego przez szaleńczego profesora nauk społecznych tylko dlatego, ze arabski kupiec go oszukał. Trzeba wrócić do korzeni – a nasze korzenie to demokracja! Kto jest ze mną?
- My, tylko podaruj nam wspominki – odparł Boruta.
- Dobrze, niech Wam będzie. Idziemy spać... – chciał zakończyć swoje przemówienie Swarzewski, jednak przerwał mu dźwięk syreny – Albo nie. Nadchodzi wielka szansa, Panowie. Musimy pędzić do Bengazi. Migiem!
I pobiegli. Tak szybko, że zostawili dostęp do bazy otwarty. Nic się już nie liczyło, musieli pędzić. Jak najszybciej.
Godzinę później, Wernergrad/Bengazi, Pałac Królewski. Sekretarz nadworny, Joachim von Hausmal, wchodzi do monarszej sypialni. Wie, że król nie lubi budzenia go w nocy, ale wieści, które ma, wymagają natychmiastowego dostarczenia.
- Co się dzieje? – słyszy od progu.
Autorem tych słów jest dumny grubas, Werner I von Liebenbaum, król Bialenii, tyran i dawny wojskowy, który władzę przejął w wyniku zamachu na życie Macieja Orłosza, Prezesa Policji Krajowej. Podszył się pod niego, a następnie dostał w szeregi wojskowej generalicji, skąd za zdradę stanu został kilka lat wcześniej usunięty. Zawiązany został spisek, w wyniku którego republikę obalono, a władzę przejęła junta na czele ze swoim monarchą – właśnie von Liebenbaumem.
- Panie – odpowiada von Hausmal – mam arcyważne wieści. W Rosieniu wycięliśmy w pień grupę partyzantów z WBS. Jeden z jeńców powiedział nam, że pokonani byli głównymi siłami tych podelców. Ponadto, w Numbres złapaliśmy Kaniewskiego. Egzekucja jutro rano.
- Znakomicie! Zaprowadź mnie szybko do Janka. Muszę koniecznie zaśmiać się mu w twarz przed śmiercią. Ależ ja jestem złowieszczy! No przyznaj.
- Tak, jesteś, Panie. Chodźmy.
Dwaj dygnitarze zeszli do lochów Pałacu. Tam, w prostej celi, pozbawionej całkowicie wyposażenia, na gołej posadzce leżał baron.
- I co, Janek? Nie spodziewałeś się pewnie, że to złe siły mroku wygrają, nie? – zaśmiał się Werner.
- A ty nie przewidziałeś tego, von Liebenbaum – „Jan” zerwał sobie twarz. Obaj możni nowej generacji patrzyli na niego, zaskoczeni całkowicie przebiegiem zdarzeń.
- Jak to? – wydusił z siebie Joachim.
- Łukasz, miło mi. Chyba nie sądziliście, że tak łatwo dorwiecie Janka? Banda frajerów...
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! – wrzasnął Werner – Czemu zawsze ten mały szlachetka musi się nam wymykać?! Czemu, ja się pytam, czemu?! Odpowiadaj, Joachim!
- Widać mamy zbyt niekompetentnych dowódców, miłościwy Panie. Na przyszłość trzeba będzie wysłać kogoś lepszego niż Santapierre. A przy okazji, co mam zrobić z nim?
- Powieście go. Jutro rano, publicznie. Niech ta tłuszcza wie, że z nami się nie zadziera.
- Tak jest.
W tym momencie Łukasz zaczął się głośno śmiać. Po kilku sekundach nastąpiła eksplozja. Młodzian popełnił samobójstwo, zmiatając jednak cały zamek. Zginęła cała elita państwowa, w tym także generalicja. Zachował się jak stereotypowy muzułmanin – dał się złapać z przyczepionym ukrytym ładunkiem wybuchowym. Plan B zadziałał – mało szlachetnie (czyli wbrew ideałom), ale skutecznie działając, powstańcy odnieśli wielki sukces.
Pół godziny później na ruinach Andrzej zatknął zieloną flagę – symbol Republiki Bialeńskiej. Mieszkańcy Bengazi (już nie Wernergradu) świętowali. Wreszcie mogli otwarcie poprzeć swoich bohaterów. Pozostało jedno – rozliczyć się z armią, która wciąż stanowiła pokaźną siłę. Jednak bez swoich dowódców była pozbawiona fundamentu – a więc jej pokonanie było kwestią czasu. Nadchodziły lepsze dni dla tej krainy...
Opowiadanie "Wezwanie" na konkurs z lipca 2015:
Cytat:Maciej Kamiński "Wezwanie"
To już piąta ofiara.
Papierosowy dym tworzy w ciasnym, brudnym zaułku istną mgłę. Policjanci krzepią się brandy. Nic się nie zgadza.
Dwa kilometry dalej, w lepszej dzielnicy, stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.
- Słu-cham?
- Czy to Agencja Detektywistyczna Belewskiego?
- Może się zgadza, może się nie zga-dza. Zależy, kto mó-wi.
- Nie powinno Cię interesować prawdziwe nazwisko. Możesz mi mówić "Kojot".
- Dobrze, Ku-jon. Co byś kcia-ał?
- Nie bądź taki śmieszny, synek. Mam dla Ciebie robotę. Szumną i głośną. Słyszałeś o tych ostatnich morderstwach w Królisku?
- Kujon, kapciu je-den. To rejon mojej robo-ty. Jakże mógłbym nic nie wie-dzieć? Za kogo Ty mnie ma-asz?
- Zamilcz.
- Na tej Waszej górze zbyt przywykliście do robotnych wazeliniarzy jako podwładnych, pra-wda?
- Prawda. I tego samego oczekuję teraz. W grę wchodzą wielkie pieniądze.
- Przejdźże do rzeczy, Kujon-ku.
- Twoje zadanie jest proste, pyskaty bachorze. Wyśledź sprawcę. Jednego. Więcej nam nie trzeba. Nie zdradź nikomu tej informacji. Poza mną. A po sprawie spal wszystko, co wypracowałeś i zapomnij o wszystkim. My już będziemy wiedzieli, co z takimi informacjami zrobić. Czy to jasne?
- Ile zer, Kujon-ku?
-Okrągłe sześć.
- Masz to, Kujon-ku. Przyskrzynię nawet Rolfa von Apfelbauma, jeżeli zajdzie potrze-ba. Jakieś wymagania czaso-we?
- Nie. Bombę możemy spuścić z zaczepu w dowolnej chwili.
- No, tośmy się dogada-li. Pio-na.
- ...
- No przybij do słuchaw-ki!
- Do roboty... Dziwaku.
Koniec rozmowy.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać kroki. Wynajmujący to pomieszczenie niski człowiek wstał od biurka, założył kapelusz i dziurawy płaszcz, schował do kieszeni zapasową paczkę swoich sygnaturowych carosów, po czym zabrał klucz. Wyszedł, zamknął drzwi i ruszył do miasta.
Królisko nie jest bezpiecznym miejscem. Dawny Dolnograd też takim nie był. Tą część jego historii "podrzędna metropolia", jak ją w stolicy się określa, odtworza do dziś znakomicie. Nie bez powodu właśnie tu Tygrysy Spirkina przez pewien czas miały swoją bazę. Każde zejście z głównej drogi jest niczym proszenie się o co najmniej guza. Dlatego też króliszczanie są twardzi i niezłomni jak nikt inny.
Kamil Chara Belewski nie był wyjątkiem. Od urodzenia tkwił w tym oceanie przemocy. Do tego z pochodzenia był Khmerem, co oznaczało nienawiść ze strony wszystkich środowisk. Ale on, mimo skromnych warunków fizycznych, był sukcesem natury, czuł się w tym zdegenerowanym środowisku jak ryba w wodzie. Sprytem pokonywał wszystkich. I to z taką przewagą, że spokojnie mógł pozostać przy swojej bucie, pysze i pogardzie wobec wszystkiego i wszystkich.
Dwadzieścia minut później stary samochód parkuje na osiedlu Igańsk. W normalnym mieście policja nakazałaby natychmiast zaprzestać kierowania takim gratem. Tutaj jednak stróżowie prawa (czy też gwarowo: "stróże prawa") sami posiadali niewiele lepsze pojazdy. Na miejscu zbrodni owi stróżowie właśnie kończyli swoją pracę w terenie. Wśród nich był przyjaciel Belewskiego, Rafał Łaka-Łakowicz.
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu!
- Belka? Cio Ti tu robiś? - odrzekł Łaka-Łakowicz swym sambańskim akcentem.
- Badam sprawę tych morderstw, tak jak i Wy-y.
- Mi bardziejj kręcimi się w kółko, anizieli jją badami.
- Co przez to rozu-miesz?
- Nić tu się nie zgadzia. Ofiari, miejjścia, metodi...
- Też to zauważyłem, czytając pra-sę. Najpierw powieszona za nogi na słupie wysokiego napięcia w szczerym polu emerytka, potem zadźgany w elektrowni gimnazjalista, następnie otruty i spalony w swoim domu brodryjski pop, później pobita na śmierć w pracy kelnerka, a te-raz...
- A teraź pośtsieloni w ziaułku Kuć. Naziwał się Cieliestiuś Śparklewśki. Ź ziawodu... meniel, ziebrak i parkowi pijjak i ksikać. Tiu mam źdjjęcia. - co powiedziawszy, wyjął z kieszeni fotografie.
- Hym, hym, hym-mmmm... Tatuaż na tyłku, kolorowe włosy, te cudaczne rękawice-kopy-ta... Nie ma wątpliwości, Kuc-c. Co jeszcze o nim wiado-mo?
- Nia razie tilko tile...
- Poważ-nie? Chyba żartu-jesz...
- W ziasiadzie... Jjeśt jjeście coś, ale to... Nie, ziapomnijj o tim.
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu... Wiesz chyba, jakie mam meto-dy? Wszy...
- Wsiśtkie śladi mogią źmienić bieg śprawi. - dokończył policjant za detektywa. - Dobzie, powiem. Źnaleźliśmi jjednią zieć łońciącią wsiśtkie ofiari.
- I cóż to jest-t?
- Źniaś takią giazietę dla kobiet jak "Wialeńka i zicie"?
- Znam-m.
- Wsistkie ofiari miałi w śwoich horośkopiach na zień śmierci tio siamo źdanie: "Unikiaj niepotsiebnich diśkuśjji".
- A kto tracił czas na sprawdzanie czegoś takie-go?
- Nikt, po prośtu jeśtem wielkim fanem horośkopiów i ziauwaziłem to psipadkiem. Bo wiziś, u niaś w Siambanie...
- Hym, hym, hym-mmmm... Zawsze to jakiś początek. Dzięki.
- Nie ma zia cio. Ziawsie psiecieś Twojja robotia bardzio ułatwia nasią. Tio jjeśt układ wiąziani.
Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie, po czym każdy odjechał w swoją stronę. Kamil skierował swój rozsypujący się wóz w stronę jednej z podrzędnych dzielnicowych spelun, miejsca związanego z czwartą ofiarą. Zaparkowawszy za jednym z wielkich śmietników, celem ukrycia pojazdu przed złodziejami, Belewski otworzył i przekroczył drzwi prowadzące do "Mamuta".
Momentalnie po wejściu uchylił się odruchowo przed wyrzuconym w jego stronę kijem do bilarda. Kilku śmierdzących tandetnymi papierosami przedstawicieli klasy robotniczej najwyraźniej grało na pieniądze. Detektyw usiadł przy barze. Rozglądał się przez chwilę po lokalu, po czym łupnął pięścią w blat i wrzasnął:
- Bar-man!
- Dziewczynki wychodzą dopiero po dziesiątej! - odkrzyknął głos z zaplecza.
- Mnie wystarcza konto pre-mium! Polewaj no-o!
To zdanie wywabiło właściciela-barmana do klienta.
- Frajer. Czym chcesz się nawalić, o rękawiczniku?
- Daj no bran-dy. I powiedz no mi-i... Nie szukasz może nowych pracowników?
- Skąd taki pomysł?
- Bo nie tak dawno temu straciłeś jedną kelner-kę. I nerwy na tłumaczenie się przed są-dem.
- I tak chciałem ją zwolnić. Myliła zamówienia, darła się na klientów, w tym grube ryby, wykręcała się od tańczenia, a o robocie w pokoju w ogóle nie było co przy niej marzyć. Czara goryczy sie przelała, kiedy wyrzuciła za drzwi tą byłą wróżkę. Na szczęście ktoś mnie wtedy wyręczył i ją zatłukł.
- Wróż-kę?
- Tą dawną sławę, wróżkę Regelindę. Odkąd jakaś katolicka dziennikarka podburzyła cały świat przeciwko niej, popadła w ruinę fizyczną i psychiczną... no i pija od tej pory tu, bo daję babom 30% zniżki. Traci całą wypłatę z tego głupiego czasopisma, do którego pisuje horoskopy...
- A po co taka zniż-ka?
- Bo one omijają takie miejsca, wiesz o tym?
- Wie-em. Też żyję w tym mieś-cie.
- A to kobiety w tej dzielnicy mają pieniądze, bo faceci przepuszczają je na wódę i dziewczynki. Więc, jako myślący biznesmen, postanowiłem uderzyć do zamożniejszej klienteli. Wśród tych patusów nietrudno znaleźć osoby, które dadzą się powieść na pokuszenie...
- Rozu-miem.
- To ile tego brandy?
- Rozmyśli-łem się. Narka, businesma-nie.
- A idź ty w...
Kamil udał się w kierunku wyjścia, po drodze znowu odskakując z toru lecącego kija bilardowego. Postanowił teraz prześledzić informację, którą wysępił od barmana.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać stukanie w klawisze. Wynajmujący to biuro detektyw przeszukuje sieć (na Wi-Fi stowarzyszenia studenckiego korzystającego z sąsiedniego pomieszczenia) w poszukiwaniu artykułów o wróżce Regelindzie. Ku swojemu średnio wysokiemu zaskoczeniu, dowiaduje się, że te "hejterskie pamflety", jak określała to część komentujących, pisała pierwsza ofiara, pod sam koniec swojej dziennikarskiej kariery. Po upadku Regelindy przeszła na emeryturę.
Kolejnym krokiem było sprawdzenie trzeciej ofiary, popa. W tym celu Kamil udał się na mszę na osiedlu brodryjskich uchodźców-republikanów, którzy zamieszkali tu po dobrowolnym odjeździe z Brodrii, gdy ta stała się monarchią. Stanął sobie z tyłu i czekał na koniec. Po obrzędzie przepytywał wychodzących wiernych. Ci traktowali go jednak wrogo, zwłaszcza, gdy wspomniał nazwisko ich zmarłego duszpasterza. Jedynie jedna staruszka z nim chwilę porozmawiała.
- ...Więc, czy było coś niecodziennego w zachowaniu księdza ostatnimi cza-sy?
- Nie. Jak zawsze krzyczał na panny młode w ciąży, pijaków, młodzież, dziadujących ofiary, opuszczających różańce... Ganił ich swoją ususzona prawicą... Ale... była jedna dziwna rzecz już po jego śmier-... - urwała w pół zdania.
- Ta-ak?
- Miałam nie rozpowiadać... Ale... Spalone ciało było... dziwne. Nie dało się go niemal zidentyfikować. Ostatecznie zrobiono to po odciskach zębów.
- A badania DN-A?
- Panie, kogo tu na to stać?
- Czy ksiądz miał jakąś rodzi-nę?
- Nigdy nie chciał o tym rozmawiać.
- Rozu-miem. Dzięku-ję.
- I jeszcze coś.
- Ta-ak?
- Czy słyszał Pan o tym, że policja znalazł u niego jakieś gazety?
- Ow-szem.
- A wie Pan może, jakie? Cała parafia o tym plotkuje. Bo wie Pan, ciągle jakieś paczki do niego przychodziły... I kurier się śmiał, że stary pop, kawaler, a takie rzeczy zamawia...
- Niestety, nie wiem-m. Raz jeszcze dziękuję za rozmo-wę. Do widze-nia.
Belewski wracając do domu, sporo rozmyślał. Pierwszy dzień działań był bardzo udany.
Drugiego skierował się na osiedle robotnicze. Na ławce w "parku" siedzieli śmierdzący papierosami mężczyzna i płacząca kobieta. Pod konstrukcją leżała butelka wódki. W pewnym momencie facet wrzasnął:
- Zamknij się wreszcie, babo! To dla wszystkich trudne, a ty tylko wkurzasz pół osiedla! - po czym wziął zamach pięścią. Kobieta zasłonił twarz rękami. Ale nie uderzył, bowiem spostrzegł, że ktoś się zbliża.
- A ty tu czego... O, ohohohoho! Czy to nie sam "koleś z kontem premium"?
- Ta-ak. Pozwoli Pan, że się przedsta-wię. Jestem Kamil Chara Belewski, dete-ktyw. Szukam sprawcy tych tajemniczych zdarzeń w mieście z ostatnich miesięcy i dlatego chciałbym zapytać, czy nie zechce się Pan ze mną podzielić informacja-mi?
- Stąpasz po cienkim lodzie...
- Proszę mi powiedzieć wszystko, co Pan wie o Tomaszu Wróblu. - słysząc to, kobieta ponownie się rozpłakała.
- Jestem jego ojcem... - mężczyzna zacisnął zęby. W jego oku detektyw dostrzegł łzę. - I nic nie wiem. Już tłumaczyłem to pałom. Tomka nie było całe dnie w domu. A jak przychodził, to nawalony i pyskaty. Pas nic do niego nie przemawiał. Zresztą, jakieś dwa miechy przed... - znów z oka faceta poleciała łza - ...zaczął chodzić na siłownię. Pewnie chciał zlać swojego starego, cholernego patusa i kata... Idź sobie. Ale jeżeli czegoś się dowiesz, wróć tu. Inaczej... - po raz trzeci mężczyzna zapłakał jedną łezką, po czym wziął tęgi łyk z butelki leżącej pod ławką.
Kamil wycofał się powoli. W głowie układał już rozwiązanie. Jak zwykle był cztery kroki przed stróżami prawa. Pozostało mu tylko czekać na telefon.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.
- I jak idzie?
- Kujonek, wi-taj! Już skończy-łem.
- Naprawdę? Heh, widać wybrałem właściwego człowieka. Kto jest winien?
- Miłośnik pewnej wróż-ki. Myślę, że skojarzysz nazwis-ko. Zwą go...
W tym momencie otworzyły się drzwi. Stał w nich winowajca, z pistoletem w lewej dłoni. Belewski odwrócił się do niego.
- A więc to ty-y... Wiedzia-łem.
- Tak, to ja. Jesteś cwany, Belewski. Pewnie myślisz, że mnie całkiem rozpracowałeś?
- Zgadza się-ę. Uwielbiasz Regelindę, przyz-naj.
- Uwielbiam? Ha, ja jestem jej największym miłośnikiem! Nie ma słów, które by opisały mój stosunek do jej omniniesamowitej osoby! Ale ten papajski babsztyl ośmielił się podnieść na nią pióro... Musiałem pomścić moją boginię... Ale to nic nie pomogło! Prasa w ogóle nie zwróciła uwagi na Regelinię! Wtedy to...
- ... Zacząłeś realizować jej horoskopy, żeby motłoch znów w nie uwie-rzył?
- Tak. Ludzkim truchłom tabloidy zawsze poświęcą miejsce. Musiałem tylko czekać, aż któryś dziennikarzyna znajdzie powiązanie między ofiarami. Ale oni są strasznie tępi... A teraz ty chcesz mi przeszkodzić w mojej misji! Nie mogę na to pozwolić... A zwłaszcza patrząc po Twoim horoskopie na dziś...
- I uważasz, że tak łatwo mnie dor-wiesz?
- Już cię dorwałem... - rzekł złoczyńca, szeroko się uśmiechając.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, rozlega się wybuch. Jest on niewielki, ale wystarcza do pozbawienia życia detektywa wynajmującego to biuro. Bombka była umieszczona w telefonie.
Następnego dnia policja bada to miejsce. Sprawcy nikt nie widział, gdyż o tej porze nikogo na piętrze nie było. Nie ma też mowy o nagraniach z monitoringu, ponieważ właściciel na niego sępił, i jak się okazuje, wyłączał go codziennie na co najmniej pół dnia, mimo prawnych wymagań. Jak się okazuje, Kamil Belewski spodziewał się, że może nie wyjść ze sprawy cało. W biurku znaleziono jego notatkę. Napisał w niej dwa krótkie zdania: "Twoja kolej, drogi czytelniku. Kimkolwiek jesteś - zanieś światu prawdę. ~Kamil Chara Belewski ".
Kto więc jest winny?
Czekamy na odpowiedź, czytelniku.
"Opowiadania" ze święta Policji Krajowej 2015:
Cytat:Zegar śmierci wybije soją melodię od tyłu.
Soja to świetna roślina.
Już czas.
@Fiodor
Spalić las...
@Maciej
Na miejsce egzekucji, z niemożliwymi do domycia śladami krwi, wniesione zostaje kolejne ciało.
Tym razem jest nietypowo.
Bowiem jego posiadacz jest po drugiej stronie już od 15 miesięcy.
Jednakże, jest to główna atrakcja dzisiejszego wieczoru.
Zwłoki należą do Czosnka von Szczypiora.
Naczelny psychopata Bialenii, Kamiński, jak zwykle w stroju kata, niesie je samotnie.
Tłumy są jak zwykle pokaźne, jednak nie tak wielkie jak zazwyczaj.
Wynika to tak z godziny, jak i z obniżonej atrakcyjności dzisiejszego zajścia.
Ofiara wszak nie żyje i nie będzie krzyczała.
Mimo to, z racji skali czynów, jakich się ów człek dopuścił, wciąż są obecne żywe emocje.
Zaszyte ciało, jeszcze kilka chwil temu badane w pobliskim szpitalu sądowym, zostaje rzucone niedbale na środek Placu Zielonego.
Następnie przez tłum powolutku sunie ciężarówka.
Idący za nią ludzie rozdają wszystkim w tłumie okulary ochronne.
Po kilkunastu minutach pojazd dociera na miejsce kaźni.
Prezes Policji kwituje wypożyczenie zwierzaka.
Kierowca wysiada i otwiera tylne drzwi swojej maszyny.
Momentalnie wyskakuje stamtąd rozwścieczony bazyliszek.
Zwierzę, rzuca po tłumie swoim potwornym wzrokiem.
Po chwili jednak zauważa, że jego magia nie działa.
W związku z tym, rzuca się na stojącego najbliżej Macieja.
Ten jednak błyskawicznie broni się podręcznym paralizatorem.
Ciężarówka z piskiem opon odjeżdża.
Przerażony tłum rozbiega się.
Kamiński przystawia łeb zamroczonego bazyliszka do zwłok.
Zgodnie z treścią zamówienia, zwierzę jest głodne jak wilk.
Wbrew typowym obyczajom swego gatunku więc, zabiera się za pałaszowanie trzeciej świeżości strawy.
@Sukces
miałem nadzieję, że zwłoki zostaną rozjechane ciężarówką :c
@Maciej
To by zepsuło efekt.
Rozpoczyna od ponownego otwarcia rany na gardle.
Nie bacząc na pozostałości po gruźlicy, wgryza się dziobem w mdłe mięso.
Z największą rozkoszą chrupie kości. Szpik aż pryska dookoła.
Głowa zostaje całkiem oddzielona od reszty ciała.
Stwór następnie unosi swoją wielką tylną łapę i staje na niej, robiąc z czerepu krwawą miazgę.
Łapczywie wyjada tkanki miękkie z szaro-brunatnej masy.
Odór rozpościera się po całej okolicy, powodując zmniejszenie się tłumu gapiów.
Następnie bazyliszek zabiera się za resztę ciała.
Z chirurgiczną precyzją przecina skórę na klatce piersiowej i dobiera się do serca.
Jest ono jednak tak zgniłe, mimo dobrego przechowywania, że nie daje rady go przełknąć.
Co więcej, wymiotuje w otwór większość swojej dotychczasowej uczty.
Niezadowolony bazyliszek rusza w kierunku podbrzusza.
%Adas_von_Haller
o kurcze, zapomniałem o obchodach ;(
już się skończyły
?
@Maciej
Wściekle rozpruwa je dziobem, mając nadzieję na lepszej jakości mięso.
Nie, trwa część, o którą prosiłeś.
%Adas_von_Haller
wybornie
@Maciej
I słusznie się kieruje.
Jelita bowiem, jak wynika z badań w szpitalu sądowym, są czyściutkie.
Czosnek najwidoczniej działał na czczo.
Tłum, a przynajmniej ta mniej wrażliwa zapachowo jego część, głośno mu kibicuje.
Stwór w końcu wyciąga łeb z ciała.
Kamiński, po szybkim rzucie oka, stwierdza, iż z jelit von Szczypiora uchował się jedynie kawałek, który Kuceł zabrał na pamiątkę.
Wciąż głodna bestia, szybkim ruchem zrywa całą skórę ze stóp denata.
Następnie zaś staje na jego nogach, wściekle je rozdrapując.
Z pewnym wahaniem, wsuwa łeb jeszcze raz w ranę na klatce piersiowej, wypełnioną efektem regurgitacji.
Odsuwa wymiociny dziobem i uderza na żołądek.
Wyrywa go, po krótkim mocowaniu się, i wywleka na zewnątrz.
Robi w nim dziurę i zaczyna wysysać to, co jeszcze nie odparowało z kwasów żołądkowych.
Substancja jest jednak tak gęsta, że staje bazyliszkowi w gardle.
Bestia wymiotuje raz jeszcze.
Osłabiona, schodzi z ciała i zaczyna kierować się przed siebie, zapewne z zamiarem ataku na tłum.
Kamiński błyskawicznie wytrącą ją jednak z przytomności jednym uderzeniem pałką.
* Adas_von_Haller Adaś wymiotuje z obrzydzenia i zastanawia się, czy Maciej nie jest przypadkiem psychopatą
@Maciej
Następnie wyciąga telefon i dzwoni z powrotem po dostawcę.
Było być od początku, czytałbyś ostrzeżenie.![]()
Tłum pomału się rozchodzi.
Tak oto dobiegło końca krwawe, ohydne widowisko.
%Adas_von_Haller
brawo
@Maciej
Buziaczki dla autora pomysłu na metodę egzekucji, Kuceła.
Teraz dziesięć minut przerwy, bo aplce mnie już bolą, a potem przejdziemy do ostatniej, tajemniczej części uroczystości.
*Palce.
%Adas_von_Haller
Brawo Kucel.
@Sukces
co tu się zastanawiać, Maciej jest psychopatą przecież
Kucelgrzeczny
kupuję tego bazyliszka
daj numer do nich
@Maciej
664 555 986.
Oby to nie był prawdziwy numer...
@Sukces
haha
dźwoń i poproś o bazyliszkaD
Cytat:Dawno, dawno temu…
Żył w Farunie urodziwy młodzieniec imieniem Sasza. Był kalifem – władcą kraju – uwielbianym przez wszystkich. Miał tylko jednego wroga: okrutnego i podłego czarnoksiężnika imieniem Kaszenor, który chciał, by to jego syn Mirza objął tron.
W końcu Kaszenora wygnano z pałacu, a Sasza o nim zapomniał. Kalif lubił zbierać drogocenne przedmioty. Pewnego dnia Mansor, wielki wezyr, przyprowadził doń wędrownego kupca. W rzeczywistości był to przebrany Kaszenor. Czarnoksiężnik otworzył drewnianą szkatułkę i pokazał kalifowi swoje towary. Sasza był zachwycony i kupił od niego wszystko. Potem spytał o maleńką szufladkę, umieszczoną jednej ze ścian szkatułki.
- Sam nie wiem, co w niej jest – odparł chytrze czarnoksiężnik. Otworzył szufladkę i wyjął z niej puzderko zawierające czarny proszek, a później zwitek starego papieru. Pokrywały go dziwne znaki.
- Niech Wasza Wysokość przyjmie to w prezencie – poprosił czarnoksiężnik i bijąc pokłony, wycofał się z sali tronowej.
Sasza zawołał swoich doradców i kazał im odszyfrować pismo. Po kilku dniach odczytali, co następuje:
„Człowiek czytający te słowa zdobędzie moc przemiany w dowolne stworzenie i rozumienia jego mowy. Musi tylko wciągnąć nosem czarny proszek i wypowiedzieć słowo „Ramzanikrul”. Aby znowu przybrać ludzką postać, musi trzykrotnie skłonić się w kierunku Koburgii Centralnej i ponownie wypowiedzieć zaklęcie.”.
Papier ostrzegał też, że dopóki pozostanie się w skórze zwierzęcia, nie wolno się roześmiać, bo wówczas zapomni się zaklęcia.
- Możemy zamienić się w zwierzęta, Mansorze! – zawołał podniecony kalif.
- Jak sobie życzysz, Panie – rzekł z niskim ukłonem, Mansor.
Następnego dnia o świcie kalif i wezyr wybrali się nad jezioro. Sasza wyjął z kieszeni puzderko. Zastanawiali się nad tym, jakie zwierzę wybrać, gdy niespodziewanie usłyszeli majestatyczny okrzyk.
- Kubiłaje! – krzyknęli. – Zmieńmy się w kubiłaje!
Wciągnęli proszek, wypowiedzieli: „Ramzanikrul”. Ich nogi i ręce wydłużyły się, paznokcie rozrosły do kopyt, a szaty zamieniły się w biało-czarne futerka z kikutami skrzydeł na łopatkach. Wkrótce po dwóch mężczyznach nie było śladu.
Dwa kubiki patrzyły na siebie w zdumieniu. Potem rozpędziły się.
- Jakże inaczej wygląda ziemia w tempie galopu! Chodź, wrzućmy piaty bieg i odnajdźmy inne kubiłaje – zaproponował Sasza.
Skierowali się więc w stronę ujścia rzeki. Iluż nowych, kubikowych rzeczy nauczyli się po drodze.
W pewnej chwili usłyszeli jakiegoś kubiłaja, opowiadającego o tym, jak za Daniela Łukasza było dobrze, i że niepełnosprawni nie powinni być pokazywani w telewizji. Zapomnieli o przestrodze i wybuchnę li śmiechem. Wkrótce mieli za to gorzko zapłacić… Pod wieczór postanowili wracać do pałacu.
Puścili się wolnym kłusem przez miasto. Działo się coś dziwnego. Wszędzie stały tłumy gapiów. W złotym powozie kalifa siedział ktoś obcy.
- Kim jest ten oszust?! – zaparskał Sasza.
- To Mirza, syn wypędzonego czarnoksiężnika. – odparł przerażony Mansor.
Mówiąc to, zadrżał z trwogi, bo uświadomił sobie, że nie pamięta zaklęcia. Oba kubiłaje odbiegły w dal, szykując się do ponownej przemiany. Sasza wyjąkał jedynie:
- Nie pamiętam, nie pamiętam…
- Nigdy już nie będziemy ludźmi! – rzekł smutnie Mansor.
- Pędźmy do Broskwy i pomódlmy się przy grobie Chruszczenki, by przywrócił nam pamięć.
Ale do Broskwy było daleko, a słońce już zachodziło. Oba kubiłaje, rozglądając się za jadłem, dobiegły do oazy. W krzakach usłyszały rżenie.
- Co to było?
- Chodźmy i sprawdźmy – odważnie rzucił Sasza.
W ciemnym kącie za palmą, dostrzegli klacz. Na ich widok parsknęła radośnie.
- Nareszcie! Po tylu latach urok pryśnie!
Sasza i Mansor spojrzeli niepewnie po sobie.
- Jestem Nadża, córka króla Hagalu. – powiedziała klacz. – Czarnoksiężnik Kaszenor chciał, bym poślubiła jego syna i oddała mu królestwo mego ojca. Zjawił się w przebraniu i dolał mi eliksiru do wina. Wtedy zmieniłam się w klacz. Kaszenor powiedział, że zostanę nią, póki ktoś nie pojmie mnie za żonę.
- Znów Kaszenor! – zarżał Sasza i opowiedział Nadży ich historię.
- I co teraz zrobimy? – zakończył dramatycznie.
- Nie traćmy nadziei. Kaszenor co jakiś czas przyjeżdża do świątyni nieopodal, gdzie wyprawia biesiady dla kolegów czarnoksiężników. Podczas nich chwalą się ostatnimi osiągnięciami. Jeżeli wypowie związane z Wami zaklęcie, to jesteście ocaleni.
- Na pewno tak będzie! – wyparskały kubiłaje. – Chodźmy więc tam natychmiast.
Ale klacz nie ruszyła się z miejsca.
- Zanim pokażę Wam drogę, jeden z Was musi obiecać, że mnie poślubi. Inaczej na zawsze pozostanę koniem.
- Zgoda! Pojmę Cię za żonę, gdy tylko wrócimy do normalnego stanu! – zawołał kalif.
Klacz zaprowadziła kubiłaje wąskim przejściem podziemnym do przedsionka ruin.
- To miejsce ich spotkań. Możemy słuchać przez otwór w ścianie – oświadczyła.
Trójka czuwała na zmianę. Po kilku dniach rozpoczęło się wreszcie przyjęcie.
- Zgadnijcie, jak umieściłem syna na tronie? – zabrzmiał głos głównego antagonisty.
Po chwili rozmowy z ust jednego z gości padło głośno słowo: „Ramzanikrul”.
- Dobra nasza! – zarżały radośnie kubiłaje, po czym skłoniły się po trzykroć ku Koburgii Centralnej i wypowiedziały zaklęcie. W mgnieniu oka odzyskały dawną postać.
Kalif i wezyr uściskali się z radości. Potem zwrócili się do klaczy – ale na jej miejscu ujrzeli królewnę w jedwabnej sukni ze sztucznego niedźwiedzia. Sasza był nią oczarowany.
- Masz moje słowo co do ślubu – zapewnił królewnę. – Odbędzie się on, gdy tylko odzyskam tron.
Wszyscy troje podkradli się do Syren 103 pozostawionych przez czarnoksiężników i cichcem wsiedli do jednej.
Nad ranem dotarli do bram miasta. Ludzie cieszyli się, że ich Pan powrócił cały i zdrowy, w towarzystwie pięknej królewny. Tłoczył się wokół auta, wznosząc okrzyki radości.
Dalej wypadki potoczyły się szybko. Kaszenor został aresztowany, zanim jeszcze jego przyjęcie się zakończyło, i po dostarczeniu przed oblicze Saszy, skazany na natychmiastową śmierć przez ścięcie. Jego syn na wieść o tym próbował uciekać, ale został schwytany. Zmuszono go do przemiany w Michała Bryenniosa, zamknięto w klatce, a następnie tak długo szczuto Familiadą, aż w końcu się roześmiał i zapomniał zaklęcia.
Nazajutrz odbył się bajkowy ślub Saszy i Nadży. Okazała się ona być wymarzoną żoną dla kalifa. Cała trójka, razem z Mansorem, żyła długo i szczęśliwie.
Opisy egzekucji (8 listopada 2014, 6 lipca 2015 i 17 sierpnia 2015):
Cytat:…
Zegar śmierci wybija.
Już czas.
Republika Bialeńska, Starobialenia, Wolnograd, Plac Zielony, godzina 14:25
Miejsce to wypełnione jest przez gigantyczny tłum. Wedle szacunków, zebrały się tu ponad dwa miliony ludzi. Wszyscy chcą zobaczyć pierwszą od lat publiczną egzekucję.
Na ustawioną na środku tego historycznego miejsca szubienicę wchodzi kilka osób. Pierwszą z nich jest kat, Prezes Policji. Jako miłośnik historii ubrał się w strój przyszykowany specjalnie na tę okazję – trzewiki, skórzane spodnie, czarna, płócienna koszula i wielka czerwona czapa, odsłaniająca jedynie oczy to jego strój. Jako drugi wchodzi ksiądz Kościoła rotriokatolickiego, ściągnięty specjalnie na tę okazję zza mórz. Nie będzie dobrze wspominał wizyty w Bialenii, ponieważ jako osoba ściągnięta na ostatnie życzenie oskarżonego (do którego prawo, mimo nacisku opinii publicznej, ostatecznie mu przyznano) został drobiazgowo zlustrowany i przebadany przez służby Republiki. Spogląda w niebo, w myślach zastanawiając się, do czego to doszło. Zresztą, Rotria, stwierdzając potocznie, nie przyznała się do tego kapłana. Następny idzie sędzia Kristian Iversen. Stawił się, by osobiście odczytać wyrok raz jeszcze, w ostatnich chwilach życia człowieka, który tyle zaszkodził całej północy v-świata. Kolejny jest lekarz sądowy, który ma stwierdzić zgon. Na końcu drepcze winowajca, w kajdanach, ze spuszczoną głową, eskortowany przez policjanta Tomasza Rabotowicza.
W głowie winnego kłębią się myśli w rodzaju: „Panie Boże, co ja narobiłem?”. A narobił sporo, łamiąc wielokrotnie prawo Republiki Bialeńskiej, a także Federacji Brodryjskiej. Kary ze strony tego drugiego państwa nawet nie zdążył doczekać, jedynie pozbawiono go tam obywatelstwa. Do teraz jednak trwa śledztwo w tej sprawie. „Wiktor Chruszczenko”, jak się przedstawił, nie zechciał powiedzieć nic w swojej sprawie. Wszystko, co wiadomo, to ustalenia Policji. Przeszukano dokładnie obszar w promieniu 100 kilometrów od miejsca, gdzie zatrzymano „Wiktora”. Jednakże, poza starą leśną chatką, gdzie znajdowała się jego „baza”, nie znaleziono kompletnie nic. Natomiast ów drewniany domek krył w sobie bardzo wiele.
Znaleziono tam aparaturę komunikacyjną o rozmiarach stacji kontroli lotów, z kontaktami do kilkudziesięciu agentów państwo obcych (sprawa ściśle tajna), masę materiałów, a przede wszystkim – maski, przedstawiające twarze znanych osób. „Wiktor” na co dzień paradował w masce nieprzedstawiającej jednak nikogo – nazwano ją „maską Chruszczenki”. Inna maska obrazowała twarz głośnego niegdyś Karola Wilhelma Grenaldiego – i jak ustalono, ta osoba nigdy nie istniała, a jedynie była grana przez „Wiktora”. Najobrzydliwszym znaleziskiem była natomiast przechowywana w zamrażalniku ludzka dłoń – badanie DNA stwierdziły, że należała do Władimira Grutina.
Historia z Grutinem jest osobna – potwierdziło się wreszcie, że wersja bialeńskich śledczych co do jego śmierci była prawdziwa – i zginął on od eksplozji granatu. Ekshumacja grobu i badania DNA jasno wykluczyły zbieżność pomiędzy ciałem spoczywającym w grobie Władimira Grutina w Sankt Mikhailovie, a prawdziwym Grutinem. Nie wiadomo jednak, czy aby na pewno było to samobójstwo, zwłaszcza patrząc po karierze „Wiktora” w Brodrii.
Wyrok zostaje odczytany. Trzy razy kara śmierci. Kat zrywa „Chruszczence” kaptur z głowy. Po chwili milczenia na Placu zapanowuje nieopisany harmider. Każde z ponad dwóch milionów gardeł krzyczy z oburzenia. Nawet obecny na miejscu rząd brodryjski na uchodźstwie nie może się powstrzymać. Oczom zebranych ukazała się bowiem prawdziwa twarz tego człowieka – i była to twarz Władimira Grutina. Kamiński w milczeniu uruchamia stojący na szubienicy projektor. Na wielką płachtę materiału, przyczepioną do podstawionego specjalnie na tę okazję sterowca, kilkaset metrów ponad głowami wszystkich, wyświetla się statyczny obraz. Wielki napis u góry głosi: „Wyniki badań genetycznych Wiktora Chruszczenki”. Wszyscy milkną i czytają ten odtajniony ledwie godzinę wcześniej dokument. Wynika z niego jasno – „Wiktor Chruszczenko” i Władimir Grutin są identyczni. Jak to możliwe, w obliczu znaleziska zamrożonej dłoni, nie wiadomo – w każdym razie „Chruszczenko” ma dwie zdrowe dłonie, a badania lekarskie potwierdziły brak jakichkolwiek przeszczepów.
Ściągnięty kapłan odbywa z „Wiktorem” ostatnią rozmowę, po czym zaczyna się modlić. ”Wiktor” zajmuje miejsce na środku. Kat wiąże mu linę wokół szyi, a następnie upewnia się co do odpowiedniej regulacji. „Chruszczenko” spogląda w niebo po raz ostatni, roniąc przy tym łzę. Wypowiada ostatnie słowa: „Jestem gotowy”.
Zapadnia zostaje zwolniona. Pętla zaciska się. Wbrew temu, co myślał winowajca, jego kark nie zostaje złamany. Na pociechę tłumu, Prezes Policji zdecydował, że śmierć nastąpi przez uduszenie. Oczy „Chruszczenki” zachodzą krwią. Nagle jednak niewyobrażalny ból w okolicach szyi zostaje przez niego na chwilę zapomniany. Nagle z niewiadomego kierunku nadlatuje nóż myśliwski z gigantyczną prędkością. Wystrzał (zapewne z procy) został perfekcyjnie wycyrklowany – bowiem udaje mu się rozpruć brzuch „Wiktora” w możliwie najbardziej bolesny sposób. Jelita wylatują na drewnianą podłogę szubienicy. Krew tryska na najbliżej ustawionych widzów. Hałas ze strony tłumu przekracza już poziom startu rakiety kosmicznej. Lekarz chce interweniować, ale Kamiński go powstrzymuje. „Chruszczenko” wielkim wysiłkiem wydaje z siebie jęk potwornego bólu. Po kilku sekundach przestaje i zamyka oczy. Zapada cisza.
- Stwierdzam zgon. – ogłasza minutę później, po zbadaniu ciała lekarz. Piątka ludzi schodzi z miejsca kaźni „Chruszczenki”. Teraz tłum może się do woli napatrzeć. Kamińskiego czeka zaś bardzo długa pokuta za to, że uległ presji publiczności. Szukając wewnętrznie usprawiedliwienia, myśli, że przecież „przynajmniej pochowają go jak człowieka, nie rozerwą na strzępy”. Zaraz jednak jego myśli wędrują w innym kierunku. Sprawa „Chruszczenki” wciąż jest bardzo daleko od rozwiązania. Jest jeszcze bardziej zawiła i tajemnicza niż do tej pory się ciągnąca sprawa Tygrysów Spirkina. Być może reszty życia mu nie starczy, by znaleźć wszystkie odpowiedzi…
Cytat:Wątek pojawił się ze względu na opinię publiczną. By nie spowodować powrotu flejmów, jest od samego początku zamknięty.
...
Zegar śmierci wybija.
Już czas.
Republika Bialeńska, Wyspa Bialenia, Wolnograd, Plac Zielony, godzina 15:20
Miejsce to ponownie wypełnione jest przez tłum, tym razem znacznie większy niż przy ostatniej publicznej egzekucji. Nie da się między ludzi wbić nawet szpili. Wydawało się, że od stracenia Grutina vel Chruszczenki nie trafi się już głośniejszy skazaniec. A jednak!
Tym razem miejscem kaźni będzie nie pojedyncza szubienica pośrodku, a cała trzykilometrowa ścieżka, specjalnie na tę okazję wylana asfaltem. Pod słupkami, z rozwieszoną pomiędzy nimi płachtą pomalowaną w szachownicę, z napisem: "START" na środku, zmierza kilka osób. Pierwszą jest Prezes Policji, ponownie przybrany w strój kata. Osoby obdarzone wzrokiem ponad średnią mogą dostrzec, że wciąż na tym ubraniu czerwienią się małe plamki krwi, jakie pozostawił Chruszczenko 8 listopada poprzedniego roku. Następny jest pop z brodryjskiego, zamarłego już patriarchatu. Jest tu tylko ze względów psychologicznych, jako że część duchownych poparła niedawne rozruchy. Trzecia osoba to sędzia w sprawie, z odmalowanym na twarzy głębokim rozczarowaniem. Wynika ono z mowy, jaką oskarżona wygłosiła, komentując wydany przez Panią von Vincis-Primisz wyrok. Czwartą osobą jest lekarz sądowy, inny niż w listopadzie - z uwagi na fakt, iż poprzednik leczy się obecnie psychiatrycznie. Na końcu idzie Caryca-matka. W przeciwieństwie do swojego powieszonego w tym miejscu przyjaciela, zmierza ku śmierci z dumnie uniesioną głową. Eskortujący ją Tomasz Rabotowicz nie ma zbyt wiele do roboty.
Nikt nie wie, co takiego dzieje się w umyśle dumnej dynastki. Jej twarz nie zdradza żadnych emocji. Jest po prostu zimna. Nie widać wcale, że ta kobieta została uznana za winną pięciu zarzutów, i to bardzo poważnych. Odrzuciła również możliwość uzyskania łaski. Cały czas jest najwyraźniej przekonana o swojej racji.
W tej sprawie nie ma wątpliwości. Nie ma żadnych "leśnych baz" czy "dodatkowych rąk". Są tylko zbrodnia i kara.
Na miejscu stoją dwa rącze konie. Wyrok zostaje odczytany. Kat mocuje zwierzętom sznury z dratwy, którymi następnie krępuje skazaną. Pyta się jej o ostatnie słowa. Aleksandra otwiera usta, ale powiedzenie czegokolwiek uniemożliwia głośne wycie i gwizdy "rewolucjonistów lipcowych", którzy zgromadzili się tu niemal wszyscy. Po 15 minutach bezustannego hałasu zniecierpliwiony Kamiński popycha Dostojewską, która pada na ziemię. Tłum, zdziwiony takim zachowaniem, cichnie.
Dwaj jeźdźcy zasiadają na wierzchowcach. Prezes Policji odlicza na palcach. Czynność tę kończy wystrzałem w górę z pistoletu. Konie ruszają. Dostojewska zaciska zęby z bólu, szybko odgryzając sobie w ten sposób język. Z jej ust płynie struga krwi. Jeden z gapiów przedziera się przez ustawionych za ogrodzeniem wokół trasy kaźni policjantów i chwyta utracony organ Carycy-matki. Konie docierają do jednej czwartej trasy. W końcu Aleksandra nie wytrzymuje i zaczyna wrzeszczeć z bólu. Rumaki, przerażone, przyspieszają. Czerwony ślad na asfalcie jest coraz bardziej wyraźny. W połowie trasy rozlega się (ledwo słyszalne przez agonalne krzyki) szorowanie, świadczące o tym, iż czarna droga zdarła skórę skazanej aż do kości. Na czerwonym pasie widać też smugi, zostawiane przez żebra. W dwóch trzecich pokazu pośrodku trasy pojawia się kreska jaśniejszej barwy - pochodząca ze ścierającego się kręgosłupa. Krzyk Aleksandry cichnie. Konie wracają na start. Na końcu trasy czerwonych śladów jest już niewiele.
Kamiński ściąga swoją maskę. Na jego twarzy rysuje się uśmiech. Powoduje to reakcję tłumu, który zaczyna krzyczeć: "Okrutnik! Potwór!" i tym podobne. Ciało zostaje szybko zabrane i przewiezione na lotnisko. Stąd błyskawicznie odlatuje rządowym samolotem w kierunku Brodrii, gdzie zostanie przekazane rodzinie.
O 19:20 ukazuje się w Internecie artykuł, w którym pewien dziennikarz stawia tezę, iż Dostojewska-Swarzewska była odurzona narkotykami zaburzającymi przytomność, które zmultiplikowały cierpienia. Pół godziny później ma wypadek samochodowy, po którym w ciężkim stanie trafia do szpitala...
Cytat:...
Zegar śmierci wybija.
Już czas.
Republika Bialeńska, Wyspa Bialenia, Wolnograd, Plac Zielony, godzina 18:00
Po raz kolejny następuje to kontrowersyjne wydarzenie. Raz jeszcze twarda ręka prawa ukaże swą siłę i bezwzględność. Na śmierć idzie kolejny przestępca.
Tłum nie jest tak wielki jak ostatnio, mimo gigantycznych kontrowersji co do tożsamości skazańca. Do tego że, jak zapowiedziano, wyjaśniona została wreszcie zagadka "zapasowej ręki" Grutina. Mimo tego, Plac Zielony i tak wypełniony jest po brzegi. Na środku postawiona została wykorzystana już raz w listopadzie szubienica, z czerwieniącą się krwią z brzucha Władimira G. Ponieważ Policja Krajowa zakupiła już nową, ta musi zostać usunięta. Zaplanowano zrobić to widowiskowo i symbolicznie, i okazja do tego szybko się nadarzyła.
Na szubienicy ułożono wielki, drewniany stos. W jego kierunku zmierza identyczny konwój, jak ostatnio: Maciej Kamiński w stroju kata (idzie ze spuszczoną głową, jako że ta egzekucja nie da mu takiej satysfakcji jak poprzednie), duchowny z brodryjskiego patriarchatu, sędzia (tym razem Adam von Haller), lekarz sądowy oraz skazaniec i eskortujący go funkcjonariusz (dziś nie jest to Akrypa, ponieważ aktualnie jest na urlopie). Wszyscy pomału zmierzają w kierunku miejsca przeznaczenia.
Po dotarciu wszyscy stają na platformie. Odczytany zostaje wyrok. Nastepnie głos zabiera Kamiński, prezentując obiecana wyjaśnienie zagadki ręki Grutina. Otóż, jak się okazuje, Szojgu ma protezę ręki, pokrytą sztuczną skórą. Znaleziona w leśnej bazie Grutina kończyna należy do niego. Jednak wciąz jest pewna niecodzienna rzecz - otóż Konstatnin Władimirowicz ma DNA identyczne, kropka w kropkę, jak Władimir Grutin. W związku z tym jedyne logiczne wyjaśnienie, jak na ten moment może podać PK, to... kloning. Szojgu to genetyczny klon Grutina. Albo na odwrót.
Podczas przemówienia następuje coś niespodziewanego. Szojgu wyrywa się nieuważnemu policjantowi i zeskakuje, z racji zakucia w kajdanki lądując na brzuchu. Próbując wstać, szoruje brzuchem po ziemi. PPK zeskakuje i łapie go, po czym zwraca pod opiekę swojego podwładnego. Skazaniec zaczyna krzyczeć:
- Ja nie chciałem wcale uciec! Ja chciałem tylko rozedrzeć koszulę i pokazać...
W tym momencie urywa się ludzka mowa, kosztem rozpoczęcia serii jęków wydawanych z bólu. Dzieje się tak, ponieważ policjant, na sygnał przełożonego, wymierzył Władimirowiczowi potężnego kopniaka. Szojgu osunął się na ziemię. Kamiński westchnął głęboko, po czym podniósł go i przeniósł do słupa pośrodku stosu, do którego natychmiast skazańca przywiązał.
Nagle ktoś z tłumu wrzucił na platformę kartonowe pudło oklejone szczelnie taśmą. Jak się okazało, zawierało rzeźnickie noże. PPK podszedł i spojrzał na nie, po czym kopnął opakowanie z powrotem w tłum, domagający się głośno powtórki z listopada.
Funkcjonariusz eskortujący skazanego wyciąga zabezpieczenie. Sprytnie ułożony stos drewna zawala się w taki sposób, że Szojgu zostaje obłożony z czterech stron materiałem do spalenia, jednakże z przodu przygniecione ma jedyne nogi. Kat zakłada mu następnie aparat tlenowy, a potem rozpina koszulę i nakleja na klatkę piersiową dwie elektrody (oba sprzęty rzecz jasna ognioodporne) - ma to zapobiec śmierci przez uduszenie czadem oraz przez zawał serca. Choć nie jest to konieczne działanie, to wszyscy na widowni przyklaskują. Wszyscy, poza jedną osobą, stojącą o kulach - tym samym dziennikarzem, który po egzekucji carycy miał wypadek. I taki efekt miał zostać wywołany - Kamiński początkowo odrzucał taką możliwość, ale ostatecznie dał się przekonać niższym stopniem policjantom, że tłuszcza właśnie tego będzie oczekiwać.
Następnie Konstantin zostaje po szyję obłożony chrustem i gazetami nasączonymi benzyną. Rezygnuje z prawa do ostatnich słów. Stos zostaje podpalony.
Po raz kolejny następuje niespodziewane wydarzenie. Po spaleniu się jego koszuli, Szojgu zaczyna głośno wyć z bólu. Przyczynę tego jest fakt, że zaczął płonąć nie tylko na zewnątrz, ale też i wewnątrz ciała. Rozłożenie ran idealnie odpowiada temu, które zaobserwowali lekarze badający zwłoki Grutina bezpośrednio po jego egzekucji. Kamiński zwraca się do lekarza sądowego, ten jednak jest nie mnie zdziwiony od niego. Podczas porannego badania Władimirowicz zwyczajnie nie miał tych ran.
Po krótkim czasie krzyki cichną, wskutek oparzeń dróg oddechowych skazańca. Stos płonie jednak jeszcze dwie godziny.
Gdy cały tłum znika, Kamiński nakazuje zabrać zwęglone zwłoki do laboratorium. Nie zostaną one wydane rodzinie, dopóki świat nie pozna ostatecznego i pełnego rozwiązania zagadki kryjącej się za "zapasową ręką".
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.

D