05.06.2017, 23:02:40
"Wnętrze Symeona" (3 sierpnia 2015 - ja i Immanuel):
"Gałka muszkatołowa" (18 grudnia 2016 - ja):
Ach, limit znaków...
Cytat:Akt I
Scena I
Wieś na południe od Nilfgaardu. Symeon idzie drogą wraz ze swoim przyjacielem - Mariusem.
Symeon: Kolejny dzień bez armii, Mariusie! Było postawić pod sąd tego parszywego chłopa, jak mu tam…?
Marius: Ernest, Panie.
Podnosi głos.
Symeon: Tak samo, jak ten nieudacznik, który poległ w trakcie walk o cieśninę. Cholernik zniszczył całą wyprawę, mnie, i szanse na tron królewski!
Marius: Nie krzycz, Panie, jestem pewien, że Racjan wydał list gończy na nas. Tylko wszystkich rozbudzimy i zostaniemy złapani.
Symeon: Dobrze, już się uspokoiłem. To całe zmierzanie donikąd mnie denerwuje. Ile jeszcze zostało nam drogi do Klume?
Marius: Pięćdziesiąt stajań żeśmy odbierzeli od obozu, tydzień drogi jeszcze pozostał.
Symeon: Patrz! Gościniec na drodze!
Marius: A masz talenty?
Symeon: Ja z pustą sakiewką zająłem Carnuntum, pamiętaj. Podamy się za żołdaków Lahazyda - przecież mamy zbroje i miecze, i to oficerskie, to nam wikt i opierunek wystawią.
Marius: No więc dobrze, ale postaraj się, żeby nas nie złapali, bo znając naszą dolę, tam będzie cała kohorta, a oni obcego z pewnością poznają.
Scena II
Gospoda “Pod Obitym Buntownikiem”. Symeon i Marius wchodzą i podchodzą do karczmarza.
Symeon: Dzień dobry.
Karczmarz: Witajcie, wojaku! Co sprowadza w moje skromne progi Ciebie i twego towarzysza?
Symeon: Wracaliśmy do stolicy, po odwołaniu do tej nowo tworzonej kohorty rozkazem Jego Wysokości, ale zbłądziliśmy.
Karczmarz: Toście dobrze trafili. Czegoś wam nalać?
Marius: Wina, jeśli macie.
Symeon: Piwa, byle mocnego.
Karczmarz: Dobrze, poczekajcie chwilę, Mości Panowie.
Odwraca się i wychodzi do sąsiedniego pomieszczenia.
Symeon (szepcze do Mariusa): Na szczęście żołdaków nie ma. Póki co, nie ma się czego bać.
Marius (szepcze do Symeona): Jestem cały czas czujny. Dzień się jeszcze nie skończył.
Karczmarz wraca z napitkami.
Karczmarz: Oto i macie. Oficerom Jego Mości rachunek wysyłam do domu, hehehe. Żartuję, nie umiem pisać. Krajowi służycie, to kraj się odpłaci. Jakbyście mogli, polećcie mnie lokalnemu szlachetce. W karty grywa, mógłby to robić tu.
Symeon: Dobrze, drogi waszmościu. Jak będzie okazja - polecimy. Macie gdzieś tu miejsce do odpoczynku?
Karczmarz: Ano mamy. Wskażę Wam, pójdziecie za mną Waszmościowie do góry.
Scena III
Następnego dnia, poranek. Pokój wskazany przez karczmarza.
Symeon: Mariusie, pora wychodzić.
Marius: Z wielką chęcią byłbym już w Kommonii. Dobrze, wychodźmy.
Symeon i Marius schodzą na dół.
Symeon (szepcze do Mariusa): Patrz na tego zakapturzonego człowieka. Kto to może być?
Marius (szepcze do Symeona): Sam nie wiem… Na pewno nie żołdak, ale coś mi się w nim nie podoba.
Zakapturzony podchodzi do Symeona i uważnie mu się przygląda. Po chwili wychodzi, nic nie mówiąc.
Symeon (do karczmarza): Dziękujemy, drogi waszmościu, za gościnę, polecimy Cię owemu lokalnemu Mości Panu.
Karczmarz patrzy na nich, nic nie mówiąc.
Symeon i Marius wychodzą. Ruszają w głąb wsi.
Marius: Czy to nie jest niebezpieczne?
Symeon: Niebezpiecznie to będzie, dla tego Lahazyda.
Marius: Czekaj, nie mówisz… o tym?
Symeon: Owszem, o tym.
Marius: Przecież mówiłem, żebyś to wyrzucił. To jest szaleństwo!
Symeon: Nie. To jest strategia. Trzeba patrzeć z wielu kierunków naraz na sprawę.
Marius: To mi się bardzo nie podoba. Ale, skoro Ty tu dowodzisz - prowadź. (szepcze) I tak Cię potem złapią, mój drogi przyjacielu.
Symeon: Stul dziób.
Zatrzymują się na środku wsi. Stoi tam kilku młodzieńców.
Symeon (do jednego z nich): Dzień dobry, młody człowieku. Chciałbyś zarobić parę groszy?
Łebek: Tak, Mości Panie. Co miałbym zrobić?
Symeon: Wiesz, gdzie w Nilfgaardzie jest rynek?
Łebek: Tak, Mości Panie. Czasami jeżdżę tam z matką, sprzedawać.
Symeon: Dobrze. Weź ten list, stan na środku rynku, odwróć się w kierunku pałacu, i czytaj go głośno, aż ludzie nie zaczną się burzyć.
Łebek: Ale nie umiem czytać, Mości Panie.
Symeon: To wykrzykuj tylko, że Symeon wyzywa Racjana na pojedynek. I daj ten list ludziom króla, jeżeli dasz radę.
Łebek: Ale czy to nie będzie tak kłamstwo, jak i obraza majestatu?
Symeon: Nie. Jestem przyjacielem ich obu, to tylko niewinny psikus. Czy Ty takich nie wycinasz przyjaciołom?
Łebek (po chwili namysłu): Wycinam, Mości Panie. Dobrze, pójdę.
Symeon: A tu zapłata.
Wręcza trzy złote monety młodzieńcowi.
Łebek (z maślanymi oczami): Dziękuję, bardzo dziękuję, Mości Panie!
Biegnie w kierunku Nilfgaardu.
Symeon: ...Kretyn.
Marius: Mówiłeś, że masz pustą sakiewkę.
Symeon: To fałszywki, przyjacielu. Ruszajmy dalej, za bardzo zwróciliśmy na siebie ich uwagę.
Scena IV
Godzinę później, w lesie między wioską a Nilfgaardem. Symeon siedzi sam.
Symeon (do siebie): Marius coś długo nabiera tej wody. Za chwilę chyba pójdę go poszukać.
Od tyłu skrada się do niego zakapturzony z pałką. Bierze zamach. Symeon odruchowo odskakuje.
Symeon: Co to ma znaczyć?
Wyciąga miecz.
Zakapturzony: Ja tylko jestem dobrym poddanym.
Zaczyna śpiewać.
Symeon: Oszalałeś?!
Inny zakapturzony zza krzaków uderza Symeona pałką.
Zakapturzony: Zagłuszanie było takie proste. No i go mamy. Wreszcie wyjdziemy z tej nędzy.
Scena V
Wieczór. Symeon budzi się związany, w śmierdzącym wozie.
Symeon (myśli): Trzeba jakoś wykiwać tych chłopków. To nie powinno być trudne.
Symeon (do zakapturzonego): Dobry człowieku, czy wiesz może, co to genealogia?
Zakapturzony: Cicho bądź.
Symeon: Nie bądźcie że tacy, dobry człowieku. Na rozmowie szybciej upłynie czas. Przedstawcie się chociaż.
Zakapturzony: Dobra, niech stracę. Jestem Ilków, a to mój brat, Ikat. Co to ta ginilogia?
Symeon: To jest coś takiego jak bliższa i dalsza rodzina razem. Taka historia rodziny.
Ilków: No i co z tego? Ja imię własnej zmarłej matki czasem zapominam i jakoś żyję.
Symeon: Ilków... żeśmy się już spotkali! To też zapomniałeś?
Ilków: A kiedy niby?
Symeon: Siedem lat temu, na weselu. To ja, Ziemek. Wujka drugiej linii Kaszka syn, z pierwszej żony.
Ilków: Na tamtym weselu?
Symeon: No dokładnie! Mów mi wuju!
Ilków: Ikat, pamiętasz coś z tego?
Ikat kręci głową.
Ilków: Ja też nie. Upiłem się jak świnia.
Odwraca się do Ikata.
Ilków: Aż mi teraz głupio…
Ikat patrzy na niego ze zdziwieniem.
Ilków: Nie za chlanie, niemocie jeden! Za zapomnienie o krewnym. Czekaj... Co my wyprawiamy?
Ikat łapie się za głowę.
Ilków: Przecież wuja nie sprzedamy, w nocy nam dom podpalą, jak się we wsi dowiedzą!
Odwraca się do Symeona.
Ilków: Może za te krzywdy, co dla wuja zrobiliśmy, możemy coś dla wuja zrobić?
Symeon: Każdy popełnia błędy, mój drogi. Przyjmę przeprosiny i będę milczał o tym zajściu, jeżeli mnie puścicie… I oddacie te pełne kufle, które tam leżą. No, samą zawartość tych kufli.
Ilków: Oczywiście, drogi wujaszku. Co tylko sobie życzysz.
Rozwiązuje Symeona i podaje mu kufle.
Symeon: Będę już leciał. Miło było Was znowu spotkać, oby następnym razem okoliczności były szczęśliwsze!
Ilków: Bywaj zdrów, wuju!
Symeon biegnie w las. Ikat szturcha brata.
Ilków: Co znów chcesz?
Ikat na migi pokazuje, o czym myślał.
Ilków: Faktycznie, siedem lat temu nie było wesela… Ale było pod koniec grudnia, osiem lat temu. Musiał się wuj trochę pomylić.
Kawałek dalej. Symeon biegnie.
Symeon (w myślach): Spektakularne spóźnienie. Ale przynajmniej uciekłem.
Zaczyna padać i grzmieć.
Symeon (w myślach): No cóż… Przynajmniej nie może być już gorzej.
Akt II
Scena I
Około pięć lat później. Pałac Gości w Nilfgaardzie. Przez okna z witrażami i kratami wpada światło świtu. Na wygodnym łożu przeciąga się Symeon.
Symeon: Kolejny dzień w złotej klatce. Który to już?
Wchodzi sługa.
Sługa: Dzień dobry, Mości Panie. Czego życzyłby sobie Mości Pan na poranny posiłek?
Symeon: To już tysiąc sześćset osiemnaście księżyców tego marnego położenia.
Odwraca się.
Symeon (do sługi): Podaj mi dziś tylko kubek tego wstrętnego naparu z mlekiem.
Sługa: Dobrze, Mości Panie. Za dziesięć minut kawa będzie gotowa, gdyż rozpaliłem w piecu godzinę temu.
Symeon: Dobrze.
Odwraca się.
Symeon: Niestety, muszę tu tkwić. I jeszcze wiecznie się uśmiechać. Wszystko to dla moich chłopaków.
Wstaje z łóżka. Spogląda na portret na ścianie.
Symeon: Ach, dziadku, Ty byś oddał wszystko za takie warunki, prawda? Byłeś w końcu tylko właścicielem paru wsi. Ale ja byłem kimś więcej. Ja byłem władcą. Wielkim i szanowanym. A nie doczekam się nawet własnej legendy, bo zamiast bohatersko umrzeć, muszę tu gnić, jak jakaś lalka dla dziewczynek.
Odwraca się.
Symeon: Nie ma tu wielu strażników. Nie ma tu mądrych strażników. Nie ma tu nawet pułapek. Ta lahazydzka cholera wiedziała, jak mnie uziemić.
Wchodzi sługa.
Sługa: Mości Panie! Kawa gotowa!
Symeon: Dobrze. Czas na kolejną porcję tego wstrętnego naparu z mlekiem, który Racjan rozdaje biedakom. Cóż lepszego mogło mnie spotkać?
Oboje wychodzą.
Scena II
Symeon wychodzi na szczelnie zakratowany taras, z pięknymi, tropikalnymi roślinami w doniczkach. Towarzyszą mu dwaj strażnicy.
Symeon (do strażnika): Przypomnij mi proszę, jakie plany przewidziałem na dzisiejszy dzień.
Strażnik: Ciężary, odwiedziny Ribusa, tego poety, polowanie w Zagajniku Żalu, odwiedziny Apety oraz uroczystą kolację z burmistrzem Rybaków.
Symeon: Znowu ona? Przecież ma narzeczonego.
Strażnik: Jej narzeczony ma siedemdziesiąt dwa lata, Mości Panie.
Symeon: Ale za to jest wolny jak ptak, i znacznie bogatszy.
Strażnik: Dlatego też ojciec Apety wybrał go na jej męża, Mości Panie.
Symeon: Czuję się jak przedmiot w jej rękach. A jak już mówimy o rękach - przynieś mi mąki. Czas zacząć ten wysiłek fizyczny.
Strażnik wychodzi. Symeon odwraca się i zrzuca szatę, odsłaniając swój tors.
Symeon: Oto, co mi pozostało. Kawałek żelastwa do wymachiwania, kawałek konia do latania między drzewami, i kawałek cierpliwości do wytrzymywania z tymi głupcami. Ale muszę pozostać.
Patrzy na horyzont.
Symeon: Dla Was, przyjaciele. Ponad swobody stawiać trzeba lojalności wrzody.
Strażnik przynosi mąkę. Symeon naciera się nią i zaczyna ćwiczyć.
Scena III
Wieczór. Symeon kończy kolację z burmistrzem.
Burmistrz: Wyborne mięsiwo, mój przyjacielu, wyborne!!!
Symeon: Cieszę się, że Waszmości smakowało.
Burmistrz: Więc już się zbieram, mój przyjacielu, już się zbieram!!!
Burmistrz wychodzi.
Symeon: Co za palant. Drze się tak, że zmarłych zapewne obudził, a do tego pluje przy mówieniu. Gdzie się podziały standardy?
Wchodzi sługa.
Sługa: Czy będzie Mości Pan jeszcze jadł?
Symeon: Nie, zabierz to. I spal. Niech po szanownym burmistrzu nie zostanie tu żaden ślad. I to samo zrób z moją pościelą.
Sługa zgarnia wszystko do worka i wychodzi.
Symeon (głośno): Jeżeli Apeta znowu zechce przyjść, to powiedz jej, że zapadłem na tyfus!
Symeon: I tak niewola wciąż trwa.
Spogląda za okno, w niebo.
Symeon: Ojcze, jesteś ze mnie dumny, prawda? Chociaż mógłbym uciec, jak uciekłem tamtemu chłopu, to wciąż tu jestem, by moi przyjaciele i zwolennicy mogli cieszyć się bezpiecznym życiem. Są na łasce Racjana, której ja jestem gwarantem. Moje wnętrze jest proste, czyste i lojalne. Jestem dobrym człowiekiem. Jedynie utraciłem moją wielkość.
Scena IV
Symeon śpi.
Symeon (przez sen): Biały koń, biały koń... Przeklęty biały koń... Straszny ból...
Przewraca się na drugi bok.
Symeon (przez sen): Kaja... Dlaczego Ty...? Dlaczego... Mika... Nie wzywaj Krzciciela...
Znowu się przewraca na drugi bok.
Symeon (przez sen): Nie... Zostawcie ich... Wy na wyspie... I wy w górach... I wy nad zatoką...
Spada z łoża.
Symeon (przez sen): E... il... Krust... Ra... Nie... Nie... ini... Nie wyjeżdżaj... Jeszcze... tyle... słońca września...
Otwiera oczy.
Symeon: Nikt nie uwierzy... Muszę o tym zapomnieć.
Kurtyna.
"Gałka muszkatołowa" (18 grudnia 2016 - ja):
Cytat:Akt I
Ostatni rok wieku XIX. Pałac rodu hrabiowskiego Muszkatów, Anomaliów. Ciemna, grudniowa noc. Senior rodu, Jan Muszkata. siedzi przy kominku, paląc fajkę.
Jan Muszkata: Kontrakt w pełni zrealizowany. Zarobiłem dla rodu ponad dwieście tysięcy starych koron, kosztem zaledwie trzystu głów.
Zaciąga się dymem z fajki.
Jan Muszkata: Jestem znakomity w inwestowaniu, czyż nie tak, moja miła?
Spogląda na stojącą na kominku urnę.
Jan Muszkata: Jestem pewien, że z niecierpliwością czekasz na to, bym i ja mógł posłuchać sprawozdań od Ciebie. W końcu, mając lat siedemdziesiąt jeden, nie mogę już tak się męczyć, jak kiedyś. Nawet musiałem wtajemniczyć brudną tłuszczę.
Zaciąga się dymem z fajki.
Jan Muszkata: A mówiąc o tychże. Jakub!
W komnacie stawia się służący w podartych ubraniach.
Jakub: Tak, Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio?
Jan Muszkata: Czy zakopałeś już resztki ostatnich kosztów uzyskania przychodu?
Jakub: Tak, Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio.
Jan Muszkata: Wystarczająco głęboko, żeby nic nie było czuć?
Jakub: Jak najbardziej, Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio.
Jan: Znakomicie. Jutro przyjeżdża tu Policja Krajowa, przez głupotę naszego pośrednika… Naszego byłego pośrednika. A myślałem, że po tym skandalu cztery lata temu odpędziłem od tych katowników na dobre.
Zaciąga się dymem z fajki.
Jan: Ileż to głów wtedy poleciało. Tamten pyskaty miastowy podludź w życiu by nie oczekiwał, że to on odpowiada za cały ten komunistyczny burdel na wschodnim wybrzeżu. Zresztą, to i tak nie przebija miny, jaką ten handlarz mebli miał, kiedy trafiłem go kulą przeznaczoną dla Kamienia.
Zaciąga się dymem z fajki.
Jan: Możesz odejść, kmiotku.
Jakub: Dziękuję, Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio.
Akt II
Wybija północ. Okna zaczynają trzaskać, pomimo braku wiatru. Na niebie widać błyskawice, pomimo braku chmur.
Jakub trzęsie się ze strachu, siedząc w swoim lichym pokoju.
Z oddali słychać wołanie.
Jakub zrywa się i biegnie w kierunku, z którego nadchodzi głos.
Jakub: Któryś za nas cierpiał rany…
Dociera do piwnic.
Jan już tam czeka, dalej paląc fajkę.
Jakub: Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio, co tu się dzieje?
Jan: Ach, więc, teraz również ty to widzisz, brudny wieśniaku. Po raz pierwszy od śmierci Gryzeldy nie jestem z tym sam. Ale tego należało oczekiwać.
Jakub: Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio, co tu się…
Jan: Usłyszałem to za pierwszym razem, w plwocinach kundli kąpany nędzarzu!
Zaciąga się dymem z fajki.
Wymierza Jakubowi kopniaka.
Jakub przewraca się na podłogę.
Jan: Otóż, raz na dekadę ludy zza Styksu dopominają się ode mnie równowartości tego, co od nich uzyskałem na rzecz mojego przedsiębiorstwa. Naturalnie, nie składałem nigdzie podpisu, więc nie mają żadnych podstaw ku temu, ale…
Zaciąga się dymem z fajki.
Jan:...kto by próbował temu bezmózgiemu motłochowi tłumaczyć zawiłości prawa? Te świnie, solą w oku będące prawdziwym istotom ludzkim, takim jak ja, i owoc pokoleń gromadzenia i interpretowania ludzkiej wiedzy? Ha! Gdzie tam.
Jakub powoli wstaje z podłogi.
Jakub: Nie rozumiem, Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio…
Jan: Ależ oczywiście, że nie, ty wszak przynależysz do niższego gatunku. Ale lepiej przyzwyczajaj się, jesteś młodszy ode mnie, jeszcze kilka takich sesji biznesowych przejdziesz.
Pomieszczenie zaczyna wypełniać się zielonym światłem.
Jakub: Któryś za nas cierpiał rany…
Jan: Zamilcz. Zaczyna się przyjmowanie interesantów.
Po pomieszczeniu zaczynają krążyć półprzezroczyste zjawy. Przypominają mocno uszkodzone trupy ludzkie. Każdemu z nich, bez wyjątku, pozbawiona zębów, skruszona żuchwa zwisa na fragmentach skóry na wysokości klatki piersiowej. Wiele spośród mar jest bezgłowych, a z ich czaszki pozostała li właśnie owa żuchwa.
Jakub wykonuje znak krzyża.
W reakcji na to, widma przeraźliwie syczą.
Jakub: Jak to… Przecież belzebuby powinny płonąć od znaku krzyża!
Jan: Jeżeli jeszcze nie zrozumiałeś… To my jesteśmy belzebubami, zaściankowy prostaku!
Jakub milknie.
Jan: Boża sprawiedliwość się o mnie dopomina. Ale ten Bóg nie jest tak wszechmogący, jak jego syn próbował obu gatunkom ludzi wmówić! Nie ma on żadnych szans… z moją sprawiedliwością!
Wszystkie dusze rzucają się kolejno na Jana, przeraźliwie wyjąc.
Jakub w panice skula się na podłodze.
Jan kwituje wszystko złowieszczym śmiechem.
Jakub wstaje, i widzi, że jego pan jest nietknięty.
Jakub: Ale… jak?
Jan: Nie cała wiedza, którą pawłowi chcą przed nami ukryć, pozostaje tajemna. To są, moja obdarta wszo, podstawy egzoezoteryki. Dopóki wszystkie te kmioty uwięzione są w postaci półmaterialnej, to są zdolne wyzwolić jedynie cząstkę swojej mocy. Nie potrafią w naszym świecie utrzymać niczego więcej, jak głowy. Gdyby miały zęby, to by użarły. Ale jestem przezorny.
Zaciąga się dymem z fajki.
Jakub: Jak to… cząstkę mocy?
Jan: Słyszałeś o pożarze miasta czterdzieści lat temu?
Jakub: Tak, Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio…
Jan: Wtedy było ich trzech. A ja byłem jeszcze młody i niedoświadczony. Ilu ich spłonęło… Dobrze, że udało mi się w to wrobić lokalną piekarnię.
Zaciąga się dymem z fajki.
Jan: Od tamtej pory zawsze polewam miejsce pochówku krwią. To daje świadomość, a świadomość to istnienie. Ich jedyny problem to brak ciał. Cóż, wszystkich oprócz jednego rocznie… Dawcy krwi. Ale na to też mam sposób. Zaraz zresztą zobaczysz.
Powoli, w snopach niebieskiego światła, w pomieszczeniu materializuje się niska, czworonożna istota.
Jan: To jest jedyny większy problem. Ale, na dawcę zawsze wyznaczam niemowlę. Ono nic mi nie może zrobić. Mam twardsze gałki oczne, niż ono paznokcie, a o zębach nie ma mowy.
Jan zaczyna się śmiać, ale szybko przestaje.
Ze snopu światła zaczyna kroczyć w jego kierunku pies.
Jan: Jakub… Coś ty na łaskawość prawodawcy zrobił?!
Jakub: Wybacz, Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio, ale nie mogłem. Oddałem dziecko rodzinie, a zabiłem ich psa.
Jan: Ty głupcze! Zabiję…
Pies rzuca się do gardła Jana. Hrabia po jednym ugryzieniu pada na ziemię. Jego ciało w szybkim tempie rozpuszcza się. Po trzech minutach pozostaje z niego tylko fajka.
Jakub podnosi ją i długo ogląda przedmiot dookoła.
Kurtyna.
Ach, limit znaków...
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
