17.03.2018, 20:27:56
Wermikulity, 17.03.2018 r.
Myślałem, że po usunięciu Atamana i rozdaniu zagrabionych przez niego płodów rolnych oraz wyjeździe księdza proboszcza mieszkańcy Zjednoczenia będą żyli spokojnie i dostatnio. Jakże się myliłem!
Dzisiaj rano przyjeżdżając do Wermikulitów i kierując się w stronę domu w którym obecnie rezyduję, zauważyłem, że stoi pod nim Martyn, jeden z chłopów, którzy chcieli pobić Hryćkę podczas rozdawania żywności.
- Dzień Dobry – powitałem go.
- Dzień dobry wielmożny… – zmierzyłem go wzrokiem. – Znaczy stachanowcu.
- No… Domyślam się, że wyczekujesz na mnie.
- Tak… - Martyn zaczął nerwowo mielić czapkę w rękach. – Bo ja po prośbie…
- Słucham.
- Bo dzieci moje głodne. Ja już sam dwa dni nie jadłem, a im po trzy ziemniaki dziennie gotuje – mówił cicho z wzrokiem wbitym w ziemię. – Klęska, panie…
Otworzyłem szeroko oczy i zapytałem:
- Jak to?! Nie dalej jak trzy tygodnie temu ciągnąłeś od Hryćki taki wóz warzyw, żeś ledwo mógł go ruszyć! Zjedliście już wszystko?! Tam ponad tona żywności była!
Martyn zasępił się, pochylił jeszcze bardziej i mruknął cicho:
- No gdzie zjedli, nie dali by rady tyle zjeść…
- To coście z tym zrobili?!
- Sprzedałem…
Wpadłem w jeszcze większą furię:
- CO?! JAK TO SPRZEDAŁEŚ?! Przepiłeś tyle żarcia zamiast nakarmić dzieci i śmiesz przychodzić do mnie po ratunek?! Rozum postradałeś?!
Martyn podniósł głowę i ze łzami w oczach krzyknął:
- Ja nic nie przepiłem! Nic nie przepiłem! Bóg mi świadkiem, żem od dwóch tygodni nic nie wypił!
- Pięknie! W takim razie udało ci się to w tydzień! Brawo! Zuch chłop!
- Panie, przysięgam! Nie przepiłem! Nawet jak piłem to sam pędziłem w stodole! Nic nie piłem! Moje dzieci głodne, po ratunek przyszłem, jak żebrak jakiś! Jak trzeba – upadł na kolana. – To ja buty pańskie całował będę byleby uratował dzieci moje i nakarmił, bo one wiosny nie doczekają!
Stwierdziłem, że chyba naprawdę nie przepił majątku, więc spokojnie mu powiedziałem:
- Wstań i powoli, od początku powiedz co się stało z żywnością.
- Panie… Bieda u mnie w domu zawsze była. Ale jakoś sobie radziliśmy. Powolutku jakoś tam się przetrzymało tą zimę, a wiosną i latem to wiadomo. Do lasu można iść, owoców nazbierać… A i kurczaki małe kupić, bo się same popasą na podwórzu, wiosną to już lepiej…
- Do rzeczy.
- Wtedy Panu nadano Wermikulity. I pan rozdał nam to wszystko co zawsze ataman zabierał. Jaki ja głupi byłem, żem myślał, że on dobrze zarządza tym co mu oddawałem! Ale ja głupi byłem!
- Do rzeczy, co zrobiłeś z żywnością.
- Do tego panie zmierzam. Zawsze to było tak, że ataman nam robił zakupy w mieście. To jakieś buty, to koce, jakieś kurtki. No słowem zawsze coś tam nam przywiózł. Nigdy nie starczyło tego dla wszystkich dzieci, to te moje dziatki, a sześć ich mam, chodziły w zimie na zmianę w trzech parach butów, dzieliły się kurtkami. Myślałem, że to tak ma być…
- I?
- Jak dostaliśmy tyle żywności to tak się ucieszyłem! Tak się ucieszyłem! Po kilku dniach przyjechał do Nas jakiś człowiek z miasta. Mówi, że butami handluje. Mówię mu, że pieniędzy nie mam, ale on „Nie przejmuj się, możesz zapłacić w naturze, ja to w mieści potem sobie sprzedam, czy sobie wezmę...”
Wzruszyłem się:
- I pokupowałeś wszystkim buty tak?
- No tak… Tylko jak on mi powiedział ile chce za parę to o matko… Za jedną wziął cztery worki buraków, za drugą trzy worki cebuli i dwa marchwi. Myślę, starczy tego… Ale wtedy przyszła do mnie moja najmłodsza, Tamarcia, popatrzyła na mnie tymi swoimi czarnymi oczkami i mówi „Tato, czy ja też dostanę buciki?”. Nie mogłem jej odmówić… No i zabrał szewc do miasta, wszystko prawie com wziął od Atamana. Nam zostało tylko cztery worki ziemniaków… Panie! Ratuj!
Dałem mu garść bialenów, a on stał i wpatrywał się w tą garstkę.
- Dziękuję! Panie! Co za łaska, ale… - zająknął się.
- Ale co?
- Co ja za to kupię w Wermikulitach jak szewc wszytką żywność wywiózł do Temeszgradu?
Dzisiaj rano przyjeżdżając do Wermikulitów i kierując się w stronę domu w którym obecnie rezyduję, zauważyłem, że stoi pod nim Martyn, jeden z chłopów, którzy chcieli pobić Hryćkę podczas rozdawania żywności.
- Dzień Dobry – powitałem go.
- Dzień dobry wielmożny… – zmierzyłem go wzrokiem. – Znaczy stachanowcu.
- No… Domyślam się, że wyczekujesz na mnie.
- Tak… - Martyn zaczął nerwowo mielić czapkę w rękach. – Bo ja po prośbie…
- Słucham.
- Bo dzieci moje głodne. Ja już sam dwa dni nie jadłem, a im po trzy ziemniaki dziennie gotuje – mówił cicho z wzrokiem wbitym w ziemię. – Klęska, panie…
Otworzyłem szeroko oczy i zapytałem:
- Jak to?! Nie dalej jak trzy tygodnie temu ciągnąłeś od Hryćki taki wóz warzyw, żeś ledwo mógł go ruszyć! Zjedliście już wszystko?! Tam ponad tona żywności była!
Martyn zasępił się, pochylił jeszcze bardziej i mruknął cicho:
- No gdzie zjedli, nie dali by rady tyle zjeść…
- To coście z tym zrobili?!
- Sprzedałem…
Wpadłem w jeszcze większą furię:
- CO?! JAK TO SPRZEDAŁEŚ?! Przepiłeś tyle żarcia zamiast nakarmić dzieci i śmiesz przychodzić do mnie po ratunek?! Rozum postradałeś?!
Martyn podniósł głowę i ze łzami w oczach krzyknął:
- Ja nic nie przepiłem! Nic nie przepiłem! Bóg mi świadkiem, żem od dwóch tygodni nic nie wypił!
- Pięknie! W takim razie udało ci się to w tydzień! Brawo! Zuch chłop!
- Panie, przysięgam! Nie przepiłem! Nawet jak piłem to sam pędziłem w stodole! Nic nie piłem! Moje dzieci głodne, po ratunek przyszłem, jak żebrak jakiś! Jak trzeba – upadł na kolana. – To ja buty pańskie całował będę byleby uratował dzieci moje i nakarmił, bo one wiosny nie doczekają!
Stwierdziłem, że chyba naprawdę nie przepił majątku, więc spokojnie mu powiedziałem:
- Wstań i powoli, od początku powiedz co się stało z żywnością.
- Panie… Bieda u mnie w domu zawsze była. Ale jakoś sobie radziliśmy. Powolutku jakoś tam się przetrzymało tą zimę, a wiosną i latem to wiadomo. Do lasu można iść, owoców nazbierać… A i kurczaki małe kupić, bo się same popasą na podwórzu, wiosną to już lepiej…
- Do rzeczy.
- Wtedy Panu nadano Wermikulity. I pan rozdał nam to wszystko co zawsze ataman zabierał. Jaki ja głupi byłem, żem myślał, że on dobrze zarządza tym co mu oddawałem! Ale ja głupi byłem!
- Do rzeczy, co zrobiłeś z żywnością.
- Do tego panie zmierzam. Zawsze to było tak, że ataman nam robił zakupy w mieście. To jakieś buty, to koce, jakieś kurtki. No słowem zawsze coś tam nam przywiózł. Nigdy nie starczyło tego dla wszystkich dzieci, to te moje dziatki, a sześć ich mam, chodziły w zimie na zmianę w trzech parach butów, dzieliły się kurtkami. Myślałem, że to tak ma być…
- I?
- Jak dostaliśmy tyle żywności to tak się ucieszyłem! Tak się ucieszyłem! Po kilku dniach przyjechał do Nas jakiś człowiek z miasta. Mówi, że butami handluje. Mówię mu, że pieniędzy nie mam, ale on „Nie przejmuj się, możesz zapłacić w naturze, ja to w mieści potem sobie sprzedam, czy sobie wezmę...”
Wzruszyłem się:
- I pokupowałeś wszystkim buty tak?
- No tak… Tylko jak on mi powiedział ile chce za parę to o matko… Za jedną wziął cztery worki buraków, za drugą trzy worki cebuli i dwa marchwi. Myślę, starczy tego… Ale wtedy przyszła do mnie moja najmłodsza, Tamarcia, popatrzyła na mnie tymi swoimi czarnymi oczkami i mówi „Tato, czy ja też dostanę buciki?”. Nie mogłem jej odmówić… No i zabrał szewc do miasta, wszystko prawie com wziął od Atamana. Nam zostało tylko cztery worki ziemniaków… Panie! Ratuj!
Dałem mu garść bialenów, a on stał i wpatrywał się w tą garstkę.
- Dziękuję! Panie! Co za łaska, ale… - zająknął się.
- Ale co?
- Co ja za to kupię w Wermikulitach jak szewc wszytką żywność wywiózł do Temeszgradu?
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
