Z pamiętnika Stachanowca
#8
Wermikulity, 06.05.2018 r.

Ostatni czas to istny koszmar. Jak się bowiem okazało, szewc faktycznie wykupił całą żywność w Wermikulitach po dość, jak by to powiedzieć, okazyjnej cenie. Dla mnie oznaczało to nie mniej, nie więcej tylko konieczność dostarczania żywności Zjednoczenia. Czułem się przy tym jakbym drwa do lasu nosił. Dodać należy, że mimo codziennych dostaw nie udawało się zaspokoić potrzeb mieszkańców w wystarczającym stopniu. Wybawieniem okazało się dopiero nadejście wiosny. Na szczęście w tym roku mrozy puściły dość szybko. Chłopi zaczęli zbierać z pól ozimą rzepę, pojawiły się pierwsze nowalijki. Słowem - gospodarstwa stały się samowystarczalne chociaż w niewielkim stopniu.

Wiedziałem jednak, że problem powróci i to zaraz z nadejściem zimy. Dlatego w głowie już powoli kreśliłem plany industrializacji Zjednoczenia. Dzisiaj, po obiedzie, siedziałem pijąc kawę przy stole na zewnątrz chałupki, którą zająłem. W blaskach majowego słońca studiowałem mapy geodezyjne terenu próbując oszacować w których miejscach mogę znaleźć jakieś wychodnie. Biorąc kolejny łyk kawy zauważyłem, że drogą zbliża się grupa chłopów. Przeszli przez rozpadającą się furtkę, stanęli przede mną i skinęli głową.

- Słucham, o co chodzi?
- Dzień dobry stachanowcu... - zaczął Ostap. - Wracamy właśnie z Zajnszandu...
- Strasznie wczesny powrót jak na wycieczkę w góry.
- Gdzie tam wycieczka, panie... Co to? Mało się nachodzim w tygodniu? My właśnie w tej sprawie, co by nie chodzić...
- Już czuję, że w dziwnej sprawie tam byliście... Słucham, o co chodzi?

Ostap się zmieszał, wbił wzrok w ziemię i zaczął pod nosem:
- My tam byli... Bo niedziela. A jak niedziela, to... To do kościoła lza iść. Nasz wiejski kościół mości stachanowiec spalić raczył...
Ciśnienie mi się podniosło, przypomniałem sobie od razu słowa byłego proboszcza, że ludzie i tak mu zbudują nowy kościół. Nic to... Nie dam tak łatwo za wygraną!

- I co?! I za złe mi może macie?! Co?! Proboszcz dobry może był?! Wy dzieciom co do gara włożyć nie mieliście, a on tłusty był jak wieprzyk na targ do Temeszgradu! Po co wam taki ktoś?!
Ostap jeszcze bardziej spuścił głowę i jeszcze bardziej zamruczał:
- Dobry... Gdzie tam dobry... Tylko dawaj i dawaj mu... Tera my to już widzim panie... Już my nie takie głupie...
- To po co się za nim wstawiacie?!
- My nie za nim. Dobrze, że pan go pogonił... Bardzo dobrze... I plebanię spalił... No niech będzie, wasza wola... Ale kościół...
Tu Ostap mocno się zaciął i zaczął oglądać na towarzyszy. Pozostali chłopi unikali jego wzroku.
- No, kończ Ostap. Co kościół?
- Kościół był niewinny, panie... To ksiądz tylko taki, a kościół co winny? OOOOO! Po co my tu przyszli zawracać panu głowę! Idziemy, chodźta! - Ostap obrócił się i zaczął poganiać towarzyszy.

Zagryzłem wargę, chwilę pomyślałem i krzyknąłem:
- Czekajcie! Po co tu przyszliście?! Zwymyślać mnie, że kościół spaliłem?!
Ostap niczym rażony piorunem obrócił się ponownie i podbiegł z niesamowitą jak na jego stan zdrowia zręcznością do mnie:
- Panie! Gdzieżby my śmieli! Panie! To nie tak! Pan zrobił jak uważał! Pana wola! My tu niepotrzebnie przyszli! O ja biedny! Tera mnie Pan ukaże, ale to nie ja wymyślił, to tamci, ja tylko mówił, bo najstarszy! OOOO!
- Spokojnie Ostap, nikogo karał nie będę. Nie wiem zresztą jakbym miał karać wolnych chłopów? Jakim prawem? Z czym przyszliście?
- Bo my kościół chcemy odbudować. Od początku. My wszystko sami, tylko pozwoleństwa potrzebujem - wydusił na bezdechu Ostap.
- No to je macie. Zbudujcie w tym samym miejscu kościół i tyle. Jak chcecie te swoje gusła zabobonne czynić, to ja wam na drodze stał nie będę. Tylko ziemi nie zaniedbajcie, bo znowu mi głodować zaczniecie.

Zapadła długa cisza. Chłopi zaczęli się rozglądać jeden na drugiego. Słychać było pszczołę zbierającą nektar z kwiatów.
- Coś jeszcze?
- No bo kościół panie jedno... - odezwał się Martyn. - Ale w kościele nie ma kto posługiwać... Napisaliby my do kurii, ale my niepiśmienni...
- Dobra, dobra... Idźcie już, załatwię to - odparłem z uśmiechem na ustach, ponieważ w duchu sam się śmiałem z siebie, że jako ateista kapłana będę szukał.

Chłopi zaczęli iść w stronę furtki, jeden jeszcze, z uśmiechem na ustach powiedział na odchodne:
- To my się bierzem od jutra do roboty! Zostańcie z Bogiem Panie!

Łypnąłem na niego znad kubka z kawą z wyrazem godnym politowania. Chłop po chwili zrozumiał o co mi chodzi, więc nie przedłużając już sprawy skłonił się nisko i w podskokach pobiegł za resztą.

- Skaranie z nimi - powiedziałem do siebie.
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości