<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Forum Republiki Bialeńskiej - Wolnogradzki Dom Kultury]]></title>
		<link>https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/</link>
		<description><![CDATA[Forum Republiki Bialeńskiej - https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc]]></description>
		<pubDate>Wed, 03 Jun 2026 14:03:49 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Orientvision 2016 - Promocja utworu Trizondalu]]></title>
			<link>https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-4905.html</link>
			<pubDate>Sat, 09 Apr 2016 20:29:15 +0200</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-4905.html</guid>
			<description><![CDATA[Oto materiały promocyjne z Trizondalu na Orientvision 2016:<br />
<img src="http://vignette4.wikia.nocookie.net/micropedia/images/c/cb/Flaga2.png/revision/latest/scale-to-width-down/176?cb=20110324175211" alt="[Obrazek: 176?cb=20110324175211]" class="mycode_img" /> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: red;" class="mycode_color">Trizondal</span></span> <br />
<span style="color: blue;" class="mycode_color"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jenny Silver - Something in Your Eyes</span> </span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nasza piosenka: </span><br />
Wersja studyjna: <a href="https://www.sendspace.com/file/0d66b7" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.sendspace.com/file/0d66b7</a> (download) oraz <a href="https://www.youtube.com/watch?v=5wEJyukCYpw" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.youtube.com/watch?v=5wEJyukCYpw</a> (youtube) <br />
Wersja zremiksowana: <a href="https://youtu.be/YPp2kgYgadg" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://youtu.be/YPp2kgYgadg</a><br />
Wersja live: <a href="https://www.youtube.com/watch?v=gUi-vZC9jsg" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.youtube.com/watch?v=gUi-vZC9jsg</a> <br />
Wersja karaoke: <a href="https://www.sendspace.com/file/y1qnba" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.sendspace.com/file/y1qnba</a> <br />
Cover piosenki w czeskiej wersji językowej i tytułem "Chci ti sbohem dát" w wykonaniu Lucie Lexovej: <a href="https://youtu.be/3urPd1ir4-8" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://youtu.be/3urPd1ir4-8</a> (wersja studyjna) oraz <a href="https://youtu.be/50PVn_iR0RY" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://youtu.be/50PVn_iR0RY</a> (wersja live) <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">O reprezentantce: </span><br />
Za pseudonimem Jenny Silver kryje się Szwedka Jenny Maria Öhlund urodzona 22 stycznia 1974 roku. Swoją karierę muzyczną rozpoczęła w zespole Candela w którym to występowała od 1991 do 1997 roku. Wydała tam utwory: "Viva! Fernando Garcia" oraz "Hemmets jul". <br />
Kolejnym przystankiem w karierze wokalistki był rockband Holden. Pierwszy solowy album wokalistki (pt. Lyckling ) pojawił się w 1997 roku. Ponadto grała w szwedzkich wersjach musicali "Evita" oraz "Jesus Christ Superstar". W 2004 roku nagrała cover piosenki "God Save the Queen" grupy Sex Pistols który pojawił się na albumie pt. "Rendezvous" zaś w 2007 roku w duecie z Emrikem Karlssonem nagrała piosenkę "Ett äventyr". W tym samym czasie dołączyła też do grupy Debbies Wife wracając też do grania w musicalach. W 2011 roku była gościem specjalnym grupy "Lustans Lakejer" nagrywając wraz Johan'em Kinde utwór "Eld &amp; Vatten" do albumu Elixir. <br />
Jenny kilkukrotnie (ale je jednak bezskutecznie) walczyła o reprezentowanie Szwecji na Eurowizji. Pierwsza jej piosenka "A Place to Stay" w 2010 roku dotarła 6 miejsca w swoim półfinale preselekcji Melodifestivalen. Rok później z konkursową piosenką "Something in Your Eyes" dotarła do półfinału ostatniej szansy przegrywając w tzw. duellu (pojedynku) z grupą Love Generation. W 2013 roku po raz trzeci Jenny próbowała swoich sił w preselekcjach w ramach grupy "Swedish House Wives" z utworem "On Top of The World" powtarzając jednak rezultat z 2010 roku. Jenny wydała 4 albumy studyjne: w 1994, 1997, 2003 i 2007 roku z czego pierwszy był wydany pod jej prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Na swoim koncie ma też kilka albumów gościnnych i szereg swoich singli wydanych pomiędzy 1994 a 2011 rokiem. Jenny uczestniczyła też w kilku telewizyjnych programach.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">O piosence: </span><br />
Utrzymaną w gatunku Europop taneczną piosenkę "Something in Your Eyes" napisali dla Jenny Silver pochodzący ze Szwecji kompozytorzy Thomas G<img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/confused.png" alt="Confused" title="Confused" class="smilie smilie_13" />on, Henrik Sethsson and Erik Bernholm. Piosenka która reprezentować nas będzie w konkursie Orientvision 2016 przez trzy tygodnie utrzymywała się w TOP10 szwedzkiej listy przebojów "Svensktoppen".<br />
<br />
Zapraszam do oceny trizondalskiej propozycji na Orientvision 2016 <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/smile.png" alt="Smile" title="Smile" class="smilie smilie_1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Oto materiały promocyjne z Trizondalu na Orientvision 2016:<br />
<img src="http://vignette4.wikia.nocookie.net/micropedia/images/c/cb/Flaga2.png/revision/latest/scale-to-width-down/176?cb=20110324175211" alt="[Obrazek: 176?cb=20110324175211]" class="mycode_img" /> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: red;" class="mycode_color">Trizondal</span></span> <br />
<span style="color: blue;" class="mycode_color"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jenny Silver - Something in Your Eyes</span> </span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nasza piosenka: </span><br />
Wersja studyjna: <a href="https://www.sendspace.com/file/0d66b7" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.sendspace.com/file/0d66b7</a> (download) oraz <a href="https://www.youtube.com/watch?v=5wEJyukCYpw" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.youtube.com/watch?v=5wEJyukCYpw</a> (youtube) <br />
Wersja zremiksowana: <a href="https://youtu.be/YPp2kgYgadg" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://youtu.be/YPp2kgYgadg</a><br />
Wersja live: <a href="https://www.youtube.com/watch?v=gUi-vZC9jsg" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.youtube.com/watch?v=gUi-vZC9jsg</a> <br />
Wersja karaoke: <a href="https://www.sendspace.com/file/y1qnba" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.sendspace.com/file/y1qnba</a> <br />
Cover piosenki w czeskiej wersji językowej i tytułem "Chci ti sbohem dát" w wykonaniu Lucie Lexovej: <a href="https://youtu.be/3urPd1ir4-8" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://youtu.be/3urPd1ir4-8</a> (wersja studyjna) oraz <a href="https://youtu.be/50PVn_iR0RY" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://youtu.be/50PVn_iR0RY</a> (wersja live) <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">O reprezentantce: </span><br />
Za pseudonimem Jenny Silver kryje się Szwedka Jenny Maria Öhlund urodzona 22 stycznia 1974 roku. Swoją karierę muzyczną rozpoczęła w zespole Candela w którym to występowała od 1991 do 1997 roku. Wydała tam utwory: "Viva! Fernando Garcia" oraz "Hemmets jul". <br />
Kolejnym przystankiem w karierze wokalistki był rockband Holden. Pierwszy solowy album wokalistki (pt. Lyckling ) pojawił się w 1997 roku. Ponadto grała w szwedzkich wersjach musicali "Evita" oraz "Jesus Christ Superstar". W 2004 roku nagrała cover piosenki "God Save the Queen" grupy Sex Pistols który pojawił się na albumie pt. "Rendezvous" zaś w 2007 roku w duecie z Emrikem Karlssonem nagrała piosenkę "Ett äventyr". W tym samym czasie dołączyła też do grupy Debbies Wife wracając też do grania w musicalach. W 2011 roku była gościem specjalnym grupy "Lustans Lakejer" nagrywając wraz Johan'em Kinde utwór "Eld &amp; Vatten" do albumu Elixir. <br />
Jenny kilkukrotnie (ale je jednak bezskutecznie) walczyła o reprezentowanie Szwecji na Eurowizji. Pierwsza jej piosenka "A Place to Stay" w 2010 roku dotarła 6 miejsca w swoim półfinale preselekcji Melodifestivalen. Rok później z konkursową piosenką "Something in Your Eyes" dotarła do półfinału ostatniej szansy przegrywając w tzw. duellu (pojedynku) z grupą Love Generation. W 2013 roku po raz trzeci Jenny próbowała swoich sił w preselekcjach w ramach grupy "Swedish House Wives" z utworem "On Top of The World" powtarzając jednak rezultat z 2010 roku. Jenny wydała 4 albumy studyjne: w 1994, 1997, 2003 i 2007 roku z czego pierwszy był wydany pod jej prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Na swoim koncie ma też kilka albumów gościnnych i szereg swoich singli wydanych pomiędzy 1994 a 2011 rokiem. Jenny uczestniczyła też w kilku telewizyjnych programach.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">O piosence: </span><br />
Utrzymaną w gatunku Europop taneczną piosenkę "Something in Your Eyes" napisali dla Jenny Silver pochodzący ze Szwecji kompozytorzy Thomas G<img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/confused.png" alt="Confused" title="Confused" class="smilie smilie_13" />on, Henrik Sethsson and Erik Bernholm. Piosenka która reprezentować nas będzie w konkursie Orientvision 2016 przez trzy tygodnie utrzymywała się w TOP10 szwedzkiej listy przebojów "Svensktoppen".<br />
<br />
Zapraszam do oceny trizondalskiej propozycji na Orientvision 2016 <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/smile.png" alt="Smile" title="Smile" class="smilie smilie_1" />]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Fiodrę - Droga do imperium]]></title>
			<link>https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-4574.html</link>
			<pubDate>Sun, 20 Mar 2016 12:26:31 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-4574.html</guid>
			<description><![CDATA[Tutaj będę zamieszczał moje zmagania z Supremacy1914 gdzie gram Włochami, potem jak coś się zmieni to wybiorę coś innego.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jan Paweł II zobaczył przez okno tłum poddanych. 233 jednostki planują kilka ataków i obron. Włochy prawie już zniszczyły Austro-Węgry i szykują się do odparcia ataku Turków. Chcą także zająć portugalskie kolonie i zdobyć Maroko, aby spadła bieda w kraju.</span><br />
<img src="http://i.imgur.com/JsZA2WG.png" width="700" height="365" alt="[Obrazek: JsZA2WG.png]" class="mycode_img" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Tutaj będę zamieszczał moje zmagania z Supremacy1914 gdzie gram Włochami, potem jak coś się zmieni to wybiorę coś innego.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jan Paweł II zobaczył przez okno tłum poddanych. 233 jednostki planują kilka ataków i obron. Włochy prawie już zniszczyły Austro-Węgry i szykują się do odparcia ataku Turków. Chcą także zająć portugalskie kolonie i zdobyć Maroko, aby spadła bieda w kraju.</span><br />
<img src="http://i.imgur.com/JsZA2WG.png" width="700" height="365" alt="[Obrazek: JsZA2WG.png]" class="mycode_img" />]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Zwycięskie opowiadanie Macieja Kamińskiego - "Najlepszego Pisarza Bialenii"]]></title>
			<link>https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-4196.html</link>
			<pubDate>Fri, 26 Feb 2016 19:02:32 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-4196.html</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-size: 14pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Opowiadanie "Historia kubika Halabeusza" autorstwa Macieja Kamińskiego, "Najlepszego Pisarza Bialenii" (2 edycja)</span></span><br />
<br />
<br />
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Moja smutna egzystencja rozpoczęła się, gdy w jednym z okresów godowych moja matka, Gawasura, spotkała po raz pierwszy i ostatni mojego ojca. Wedle opowiadań mej rodzicielki, był to dość lichy kubiłaj, ale przyjęła go, gdyż jako jedyny się nią zainteresował. Nic w tym dziwnego, miała wtedy mniej niż dwa lata. Była to jej pierwsza ruja, a wnioskując po zachowaniu samca, uznawała, że również i dla niego były to pierwsze w życiu gody. Starsze samice w stadzie wyśmiewały się z młodej Gawity, ta jednak jako jedyna w tej rui zaszła w ciążę. Spowodowało to dość sporą agresję wśród bardziej wiekowych klaczy, co zmusiło matkę do opuszczenia swego dotychczasowego terytorium. Galopowała, ile sił w chudych, kubikowych nogach, a leciały za nią kamienie. Żaden z nich nie trafił, gdyż na szczęście nasz gatunek charakteryzuje się brakiem palców, co przekłada się na poważnie ograniczone możliwości celowania przy rzucie (wykonywanym pyskiem).<br />
<br />
Potem mą rodzicielkę spotkało jeszcze wiele nieszczęść. Z jakiegoś powodu wszystkie napotkane przez nią drapieżniki celowały w brzuch, i nawet nie starały się jej śmiertelnie zranić, a jedynie uszkodzić dziecię, które nosiła pod swymi pręgami. Tak, świat nienawidził mnie jeszcze zanim się narodziłem. Ostatecznie, okazałem się wcześniakiem. W dwunastym miesiącu ciąży matka nieopatrznie przystanęła na terytorium należącym do ćpunki. Upojona kapimiętką gospodyni wymierzyła jej potężnego kopniaka. I tylko zgadnijcie, w którą część ciała trafiła?<br />
<br />
I tak oto przyszedłem na świat, dwa miesiące przed czasem. Gawasurę jednak to ucieszyło, gdyż wreszcie nie była sama. Niestety, przedwczesne narodziny, wywołane brutalnością okrutnej rzeczywistości, musiały odbić się na mojej kondycji. Przez pierwszych kilka dni nie byłem w stanie chodzić, rodzicielka nosiła mnie w pyszczku. Ponadto, mój język nie jest długim, niebieskim jęzorem kubiłaja, lecz krótkim, zielonym, bezużytecznym organem. Po dziś dzień oczy i uszy muszę czyszczone przez matkę, co jest dopełnieniem całej kolekcji powodów, dla których moja egzystencja jest marna.<br />
<br />
Po pożywne pąki drzew muszę się wspinać. Wykrzywione siłą uderzenia naćpanej klaczy nogi mego osobnika znajdują tu zastosowanie. Niestety, prowadzi to do nowych problemów. Gigantyczne kuny, z którymi normalnie nasz gatunek nie ma problemów, gdyż się z nimi nie styka, mają mnie na widelcu. Moim jedynym ratunkiem przy spotkaniu z nimi jest zeskoczenie na ziemię, co kończy się zawsze co najmniej zwichnięciem czegoś. Matka zawsze musi mi potem regulować stawy, co łamie jej serce, gdyż żal jej być przyczyną bolesnych jęków tej jej niedorajdy. Chciałaby dla mnie jak najlepiej, ale nie może nic poradzić.<br />
<br />
Jest coś, co dobiłoby biedną Gawitę do reszty, gdyby się tego dowiedziała. Chce oddać swojego małego Habcia pod opiekę jakiejś czułej, zaradnej, młodej klaczy. Zakładając nawet, że jakaś zechciałaby taką nędzną podróbkę kubiłaja, jak ja, trzymać przy sobie jak własne dziecko, miast odprawić po porze godowej, jak normalnego, silnego samca, to pogłębiłoby tylko depresję, w której bezustannie się znajduję. Otóż, nie potrafię pokochać kubiłajki. Swoimi uczuciami obdarzyłem bowiem inny byt, a nadzieja na zdobycie jego serca to jedyne, co powstrzymuje mnie od rzucenia się w przepaść.<br />
Jest to jedyny…<br />
<br />
Wyjątkowy…<br />
<br />
Cudowny…<br />
<br />
Wspaniały…<br />
<br />
Doskonały…<br />
<br />
Pułkownik Iversen. Tak, wiem, to dość dziwne, że kubiłaj zakochał się w człowieku. Ale mnie nie obchodzi, ile chromosomów nas dzieli – kocham duszę, nie ciało. A duszę ma przecież każdy z nas. Widziałem go kilka razy, jak mknął samochodem Marii von Primisz przez górskie łąki Jahołdajewszczyzny, mój dom. Jego mundur, pełen dziur po pociskach wrogów, renegatów i sabotażystów, jego silna ręka, trzymająca torbę z tajnymi depeszami, i jego długie loki, wijące się niczym żmije zygzakowate poszukujące ofiary, to coś magicznego, co już przy pierwszym ujrzeniu omal nie przyprawiło mojego małego, biednego serca o zawał. Od tego momentu wiedziałem, że już nigdy nie będę w stanie myśleć o nikim innym. Pułkownik to mój senpai. Ja zaś mam nadzieję, że kiedyś mnie dostrzeże. Choć z każdym dniem tracę ją coraz bardziej. Teraz, gdy opuścił ojczystą ziemię i przeprowadził się za morza, tylko cud mógłby mnie wybawić od spędzenia życia wyłącznie na cierpieniu z tęsknoty.<br />
<br />
Ukończyłem w tym roku dwa lata. Nadszedł czas na moją pierwszą ruję. Myślałem nad tym, żeby z wysokich traw zrobić atrapę kubiłajki. Matka byłaby przeszczęśliwa, obserwując, jak z nią kopuluję. Z powodu swojego słabnącego wzroku (efekt jednej z wielu smutnych historii jej życia) nie dostrzegłaby oszustwa. Po krótkim dumaniu nad tą sprawą doszedłem jednak do wniosku, że na dłuższą metę nie ma szans, żeby to podziałało. W końcu kiedyś poprosi mnie, żebym przyprowadził swoją wybrankę na kolację. Z tak bliska bez wątpienia wykryje podstęp. Zrezygnowany skierowałem się w kierunku łąki, gdzie zbierały się już kubiłaje w każdym wieku. Gdy zbliżyłem się do niej odpowiednio, usłyszałem dzikie ryki i piski. Zapewne to pary, które zdążyły się dobrać, cieszyły się szczęściem. Już miałem rozpłakać się nad swoim nieszczęściem, gdy dotarło do mnie, że w tych odgłosach jest coś niecodziennego, jak na ich spekulowane przeze mnie źródło. Nadstawiłem swoich nieco przykrótkich uszu, by zlokalizować źródło tych dźwięków. Było ono dosyć daleko, na granicy terytorium mojej matki. Nie powinienem się tam zapuszczać, gdyż jest to ścieżka migracji rozrodczej samców, jednak coś mnie tknęło, by zaryzykować i dać się ponieść ciekawości. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że pokierowała mnie moja intuicja. Z każdym krokiem coraz jaśniej do mnie docierało, co jest źródłem tych dźwięków, a wraz z tym przekonaniem rosło też moje tempo. Powtarzałem sobie, że to niemożliwe, że moje wadliwe bębenki na pewno robią mnie w bambuko… Az dotarłem na miejsce. To, co ujrzałem, zmroziło mi krew w żyłach.<br />
<br />
To był mój pułkownik, atakowany przez dzikie rosomaki. Na swoim potężnym ciele miał wiele ran, a jego wspaniały mundur był w strzępach. Szybko rozważyłem, co muszę zrobić. To prawdopodobnie jedyna szansa, bym wreszcie mógł być szczęśliwy, i nie mogę jej zmarnować. Muszę ocalić pułkownika, choćbym miał oddać własne życie. Za trzy sekundy blisko niego mogę dać się rozszarpać. Rozszarpać… rozszarpać… rozszarpać…?<br />
<br />
W jednej chwili przypomniałem sobie słowa matki o tym, jak bronić się przed tymi bestiami. Pięta achillesową rosomaków jest ich największa zaleta – potężny zmysł węchu. Znakomicie sprawdza się w tropieniu, jednak bardzo słabo radzi sobie z wysokimi stężeniami. By odstraszyć rosomaka, wystarczy, że splunę na niego – kubiłajowe feromony w ślinie załatwią resztę.<br />
<br />
Tutaj jednak było ich całe stado. Poważnie wątpiłem w możliwość unieszkodliwienia przez jednego, marnego kubika z krzywymi nogami, to jest, mnie, aż tylu naraz. Jeżeli mi się nie uda, to każdy nietrafiony rzuci się na mnie i rozerwie na strzępy. Zaraz jednak zganiłem siebie za takie myślenie. W końcu, tu na strzępy rozrywany jest jedyny powód, dla którego jeszcze się nie zabiłem. Jeśli pozwolę mu tu umrzeć, to bez znaczenia, że mnie zeżrą – w końcu, i tak bym po tym wszystkim targnął się na własne życie.<br />
<br />
Zebrałem się w sobie i zacząłem wykonywać gardłem tak dynamiczne ruchy, jak nigdy dotąd. Zebrałem charch i przepchnąłem go całą mocą swego języka przez wargi, zalewając rosomaki deszczem, jakiego żaden kubiłaj jeszcze nie wytworzył. Wszystkie uciekły w popłochu. Byłem z siebie dumny. Po raz pierwszy w życiu.<br />
<br />
Na ziemię jednak sprowadziły mnie jęki pułkownika. Wszystko go najwyraźniej bolało. Nic dziwnego. Kły i pazury tych potworów wbiły mu się niemal wszędzie. Stracił mnóstwo krwi. Powinienem być subtelniejszy z tym, ale emocje wzięły górę. Bez głębszego namysłu, wykrzyczałem głośno:<br />
<br />
- Pułkowniku! Kocham Cię! Kocham Cię całym moim kubiłajowym sercem!<br />
<br />
Iversen słysząc to, w swoim potwornym bólu był w stanie zdobyć się na uśmiech. Zaczął szeptać odpowiedź:<br />
<br />
- Moje serce… należy do…<br />
<br />
- Tak? Tak?! – darłem się.<br />
<br />
Iversen słabł z każdą sekundą, przez co pękłem. Choć chciałem dodać mu potrzebnej siły, nie mogłem już dłużej utrzymać łez. Zalałem się nimi niczym mały źrebak. Pułkownik szeptał tak cicho, że nawet moje kubiłajowe uszy nie były w stanie wyłapać jego słodkiego głosu. Starałem się czytać z ruchu warg, ale mokre oczy skutecznie mi to utrudniały. Wyłapywałem jedynie pojedyncze głoski: „i… a… h… e… a…”. Czy to możliwe? Czy on… On powiedział…<br />
<br />
… że jego serce należy do… kubiłaja Halabeusza.<br />
<br />
Ponownie emocje wzięły nade mną górę. Nie mogłem się powstrzymać. Zrobiłem jedyne, co mogłem. Zacząłem go całować. Mój język zetknął się z każdym centymetrem jego wspaniałego ciała.  Każda krwawiąca rana została oczyszczona. Mój marny język świetnie manewrował na tych małych powierzchniach. Wreszcie poczułem się jak prawdziwy kubiłaj. A to wszystko dzięki mojemu senapiowi. Mojemu pułkownikowi.<br />
<br />
Biedak jednak gasł na moich oczach. Wziąłem na swój grzbiet to boskie ciało. Ile sił pogalopowałem do świętych gór Jersuwa. Odnalazłem zarośniętą krzewami jaskinię. Tak, jak w przepowiedniach Tego Guza, to w tym miejscu życia mogą być ocalone przez miłość. Ułożyłem pułkownika wygodnie, i przykryłem jego członki rozrzuconym po okolicy gruzem. Bez munduru może być mu zimno, więc taka kołdra z pewnością się przyda.<br />
<br />
Od tego dnia wracam codziennie do groty. Wreszcie mam z kim dzielić się swoimi rozterkami i przemyśleniami. Pułkownik zawsze uważnie słucha, niezmiennie ze swoim drobnym uśmiechem, który dodaje mi pewności siebie. Spędzam tu do ośmiu godzin dziennie. Na koniec zawsze uprawiamy czułą miłość. Żałuję jedynie, że Iversen nigdy nie udziela mi odpowiedzi. Przypuszczam jednak, że bogowie jako ofiarę wzięli jego głos. Energia płynąca z tego perlistego, delikatnego brzmienia zapewne dodaje im mocy, by przywracać go do zdrowia. Ja czekam. Kiedyś pułkownik się przebudzi. I wtedy osiągnę pełnię szczęścia.</blockquote>
<br />
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-size: 14pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Opowiadanie "Historia kubika Halabeusza" autorstwa Macieja Kamińskiego, "Najlepszego Pisarza Bialenii" (2 edycja)</span></span><br />
<br />
<br />
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Moja smutna egzystencja rozpoczęła się, gdy w jednym z okresów godowych moja matka, Gawasura, spotkała po raz pierwszy i ostatni mojego ojca. Wedle opowiadań mej rodzicielki, był to dość lichy kubiłaj, ale przyjęła go, gdyż jako jedyny się nią zainteresował. Nic w tym dziwnego, miała wtedy mniej niż dwa lata. Była to jej pierwsza ruja, a wnioskując po zachowaniu samca, uznawała, że również i dla niego były to pierwsze w życiu gody. Starsze samice w stadzie wyśmiewały się z młodej Gawity, ta jednak jako jedyna w tej rui zaszła w ciążę. Spowodowało to dość sporą agresję wśród bardziej wiekowych klaczy, co zmusiło matkę do opuszczenia swego dotychczasowego terytorium. Galopowała, ile sił w chudych, kubikowych nogach, a leciały za nią kamienie. Żaden z nich nie trafił, gdyż na szczęście nasz gatunek charakteryzuje się brakiem palców, co przekłada się na poważnie ograniczone możliwości celowania przy rzucie (wykonywanym pyskiem).<br />
<br />
Potem mą rodzicielkę spotkało jeszcze wiele nieszczęść. Z jakiegoś powodu wszystkie napotkane przez nią drapieżniki celowały w brzuch, i nawet nie starały się jej śmiertelnie zranić, a jedynie uszkodzić dziecię, które nosiła pod swymi pręgami. Tak, świat nienawidził mnie jeszcze zanim się narodziłem. Ostatecznie, okazałem się wcześniakiem. W dwunastym miesiącu ciąży matka nieopatrznie przystanęła na terytorium należącym do ćpunki. Upojona kapimiętką gospodyni wymierzyła jej potężnego kopniaka. I tylko zgadnijcie, w którą część ciała trafiła?<br />
<br />
I tak oto przyszedłem na świat, dwa miesiące przed czasem. Gawasurę jednak to ucieszyło, gdyż wreszcie nie była sama. Niestety, przedwczesne narodziny, wywołane brutalnością okrutnej rzeczywistości, musiały odbić się na mojej kondycji. Przez pierwszych kilka dni nie byłem w stanie chodzić, rodzicielka nosiła mnie w pyszczku. Ponadto, mój język nie jest długim, niebieskim jęzorem kubiłaja, lecz krótkim, zielonym, bezużytecznym organem. Po dziś dzień oczy i uszy muszę czyszczone przez matkę, co jest dopełnieniem całej kolekcji powodów, dla których moja egzystencja jest marna.<br />
<br />
Po pożywne pąki drzew muszę się wspinać. Wykrzywione siłą uderzenia naćpanej klaczy nogi mego osobnika znajdują tu zastosowanie. Niestety, prowadzi to do nowych problemów. Gigantyczne kuny, z którymi normalnie nasz gatunek nie ma problemów, gdyż się z nimi nie styka, mają mnie na widelcu. Moim jedynym ratunkiem przy spotkaniu z nimi jest zeskoczenie na ziemię, co kończy się zawsze co najmniej zwichnięciem czegoś. Matka zawsze musi mi potem regulować stawy, co łamie jej serce, gdyż żal jej być przyczyną bolesnych jęków tej jej niedorajdy. Chciałaby dla mnie jak najlepiej, ale nie może nic poradzić.<br />
<br />
Jest coś, co dobiłoby biedną Gawitę do reszty, gdyby się tego dowiedziała. Chce oddać swojego małego Habcia pod opiekę jakiejś czułej, zaradnej, młodej klaczy. Zakładając nawet, że jakaś zechciałaby taką nędzną podróbkę kubiłaja, jak ja, trzymać przy sobie jak własne dziecko, miast odprawić po porze godowej, jak normalnego, silnego samca, to pogłębiłoby tylko depresję, w której bezustannie się znajduję. Otóż, nie potrafię pokochać kubiłajki. Swoimi uczuciami obdarzyłem bowiem inny byt, a nadzieja na zdobycie jego serca to jedyne, co powstrzymuje mnie od rzucenia się w przepaść.<br />
Jest to jedyny…<br />
<br />
Wyjątkowy…<br />
<br />
Cudowny…<br />
<br />
Wspaniały…<br />
<br />
Doskonały…<br />
<br />
Pułkownik Iversen. Tak, wiem, to dość dziwne, że kubiłaj zakochał się w człowieku. Ale mnie nie obchodzi, ile chromosomów nas dzieli – kocham duszę, nie ciało. A duszę ma przecież każdy z nas. Widziałem go kilka razy, jak mknął samochodem Marii von Primisz przez górskie łąki Jahołdajewszczyzny, mój dom. Jego mundur, pełen dziur po pociskach wrogów, renegatów i sabotażystów, jego silna ręka, trzymająca torbę z tajnymi depeszami, i jego długie loki, wijące się niczym żmije zygzakowate poszukujące ofiary, to coś magicznego, co już przy pierwszym ujrzeniu omal nie przyprawiło mojego małego, biednego serca o zawał. Od tego momentu wiedziałem, że już nigdy nie będę w stanie myśleć o nikim innym. Pułkownik to mój senpai. Ja zaś mam nadzieję, że kiedyś mnie dostrzeże. Choć z każdym dniem tracę ją coraz bardziej. Teraz, gdy opuścił ojczystą ziemię i przeprowadził się za morza, tylko cud mógłby mnie wybawić od spędzenia życia wyłącznie na cierpieniu z tęsknoty.<br />
<br />
Ukończyłem w tym roku dwa lata. Nadszedł czas na moją pierwszą ruję. Myślałem nad tym, żeby z wysokich traw zrobić atrapę kubiłajki. Matka byłaby przeszczęśliwa, obserwując, jak z nią kopuluję. Z powodu swojego słabnącego wzroku (efekt jednej z wielu smutnych historii jej życia) nie dostrzegłaby oszustwa. Po krótkim dumaniu nad tą sprawą doszedłem jednak do wniosku, że na dłuższą metę nie ma szans, żeby to podziałało. W końcu kiedyś poprosi mnie, żebym przyprowadził swoją wybrankę na kolację. Z tak bliska bez wątpienia wykryje podstęp. Zrezygnowany skierowałem się w kierunku łąki, gdzie zbierały się już kubiłaje w każdym wieku. Gdy zbliżyłem się do niej odpowiednio, usłyszałem dzikie ryki i piski. Zapewne to pary, które zdążyły się dobrać, cieszyły się szczęściem. Już miałem rozpłakać się nad swoim nieszczęściem, gdy dotarło do mnie, że w tych odgłosach jest coś niecodziennego, jak na ich spekulowane przeze mnie źródło. Nadstawiłem swoich nieco przykrótkich uszu, by zlokalizować źródło tych dźwięków. Było ono dosyć daleko, na granicy terytorium mojej matki. Nie powinienem się tam zapuszczać, gdyż jest to ścieżka migracji rozrodczej samców, jednak coś mnie tknęło, by zaryzykować i dać się ponieść ciekawości. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że pokierowała mnie moja intuicja. Z każdym krokiem coraz jaśniej do mnie docierało, co jest źródłem tych dźwięków, a wraz z tym przekonaniem rosło też moje tempo. Powtarzałem sobie, że to niemożliwe, że moje wadliwe bębenki na pewno robią mnie w bambuko… Az dotarłem na miejsce. To, co ujrzałem, zmroziło mi krew w żyłach.<br />
<br />
To był mój pułkownik, atakowany przez dzikie rosomaki. Na swoim potężnym ciele miał wiele ran, a jego wspaniały mundur był w strzępach. Szybko rozważyłem, co muszę zrobić. To prawdopodobnie jedyna szansa, bym wreszcie mógł być szczęśliwy, i nie mogę jej zmarnować. Muszę ocalić pułkownika, choćbym miał oddać własne życie. Za trzy sekundy blisko niego mogę dać się rozszarpać. Rozszarpać… rozszarpać… rozszarpać…?<br />
<br />
W jednej chwili przypomniałem sobie słowa matki o tym, jak bronić się przed tymi bestiami. Pięta achillesową rosomaków jest ich największa zaleta – potężny zmysł węchu. Znakomicie sprawdza się w tropieniu, jednak bardzo słabo radzi sobie z wysokimi stężeniami. By odstraszyć rosomaka, wystarczy, że splunę na niego – kubiłajowe feromony w ślinie załatwią resztę.<br />
<br />
Tutaj jednak było ich całe stado. Poważnie wątpiłem w możliwość unieszkodliwienia przez jednego, marnego kubika z krzywymi nogami, to jest, mnie, aż tylu naraz. Jeżeli mi się nie uda, to każdy nietrafiony rzuci się na mnie i rozerwie na strzępy. Zaraz jednak zganiłem siebie za takie myślenie. W końcu, tu na strzępy rozrywany jest jedyny powód, dla którego jeszcze się nie zabiłem. Jeśli pozwolę mu tu umrzeć, to bez znaczenia, że mnie zeżrą – w końcu, i tak bym po tym wszystkim targnął się na własne życie.<br />
<br />
Zebrałem się w sobie i zacząłem wykonywać gardłem tak dynamiczne ruchy, jak nigdy dotąd. Zebrałem charch i przepchnąłem go całą mocą swego języka przez wargi, zalewając rosomaki deszczem, jakiego żaden kubiłaj jeszcze nie wytworzył. Wszystkie uciekły w popłochu. Byłem z siebie dumny. Po raz pierwszy w życiu.<br />
<br />
Na ziemię jednak sprowadziły mnie jęki pułkownika. Wszystko go najwyraźniej bolało. Nic dziwnego. Kły i pazury tych potworów wbiły mu się niemal wszędzie. Stracił mnóstwo krwi. Powinienem być subtelniejszy z tym, ale emocje wzięły górę. Bez głębszego namysłu, wykrzyczałem głośno:<br />
<br />
- Pułkowniku! Kocham Cię! Kocham Cię całym moim kubiłajowym sercem!<br />
<br />
Iversen słysząc to, w swoim potwornym bólu był w stanie zdobyć się na uśmiech. Zaczął szeptać odpowiedź:<br />
<br />
- Moje serce… należy do…<br />
<br />
- Tak? Tak?! – darłem się.<br />
<br />
Iversen słabł z każdą sekundą, przez co pękłem. Choć chciałem dodać mu potrzebnej siły, nie mogłem już dłużej utrzymać łez. Zalałem się nimi niczym mały źrebak. Pułkownik szeptał tak cicho, że nawet moje kubiłajowe uszy nie były w stanie wyłapać jego słodkiego głosu. Starałem się czytać z ruchu warg, ale mokre oczy skutecznie mi to utrudniały. Wyłapywałem jedynie pojedyncze głoski: „i… a… h… e… a…”. Czy to możliwe? Czy on… On powiedział…<br />
<br />
… że jego serce należy do… kubiłaja Halabeusza.<br />
<br />
Ponownie emocje wzięły nade mną górę. Nie mogłem się powstrzymać. Zrobiłem jedyne, co mogłem. Zacząłem go całować. Mój język zetknął się z każdym centymetrem jego wspaniałego ciała.  Każda krwawiąca rana została oczyszczona. Mój marny język świetnie manewrował na tych małych powierzchniach. Wreszcie poczułem się jak prawdziwy kubiłaj. A to wszystko dzięki mojemu senapiowi. Mojemu pułkownikowi.<br />
<br />
Biedak jednak gasł na moich oczach. Wziąłem na swój grzbiet to boskie ciało. Ile sił pogalopowałem do świętych gór Jersuwa. Odnalazłem zarośniętą krzewami jaskinię. Tak, jak w przepowiedniach Tego Guza, to w tym miejscu życia mogą być ocalone przez miłość. Ułożyłem pułkownika wygodnie, i przykryłem jego członki rozrzuconym po okolicy gruzem. Bez munduru może być mu zimno, więc taka kołdra z pewnością się przyda.<br />
<br />
Od tego dnia wracam codziennie do groty. Wreszcie mam z kim dzielić się swoimi rozterkami i przemyśleniami. Pułkownik zawsze uważnie słucha, niezmiennie ze swoim drobnym uśmiechem, który dodaje mi pewności siebie. Spędzam tu do ośmiu godzin dziennie. Na koniec zawsze uprawiamy czułą miłość. Żałuję jedynie, że Iversen nigdy nie udziela mi odpowiedzi. Przypuszczam jednak, że bogowie jako ofiarę wzięli jego głos. Energia płynąca z tego perlistego, delikatnego brzmienia zapewne dodaje im mocy, by przywracać go do zdrowia. Ja czekam. Kiedyś pułkownik się przebudzi. I wtedy osiągnę pełnię szczęścia.</blockquote>
<br />
]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Pomysł na grę strategiczną]]></title>
			<link>https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-4142.html</link>
			<pubDate>Sat, 20 Feb 2016 18:07:23 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-4142.html</guid>
			<description><![CDATA[Chciałem zrealizować tą koncepcję w Abachazji, ale mało osób to widziało. Koncept polega na grze strategicznej z naszym udziałem podczas wymyślonej wojny domowej. Każda z armii na początku liczyłaby 300 tysięcy żołnierzy, miałaby własne stopnie wojskowe, ustalała żołd i miała własne legitymacje. Tak by wyglądały przykładowe legitymacje:<br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/SMUGcdD.png" width="300" height="600" alt="[Obrazek: SMUGcdD.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/B3pNIfP.png" width="300" height="600" alt="[Obrazek: B3pNIfP.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/zg24VED.png" width="300" height="600" alt="[Obrazek: zg24VED.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/vUX7vPz.png" width="300" height="600" alt="[Obrazek: vUX7vPz.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
Potrzebna jest mapa wpływów w Bialenii, Brodrii i Hasselandzie. <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/biggrin.png" alt="Big Grin" title="Big Grin" class="smilie smilie_4" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Chciałem zrealizować tą koncepcję w Abachazji, ale mało osób to widziało. Koncept polega na grze strategicznej z naszym udziałem podczas wymyślonej wojny domowej. Każda z armii na początku liczyłaby 300 tysięcy żołnierzy, miałaby własne stopnie wojskowe, ustalała żołd i miała własne legitymacje. Tak by wyglądały przykładowe legitymacje:<br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/SMUGcdD.png" width="300" height="600" alt="[Obrazek: SMUGcdD.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/B3pNIfP.png" width="300" height="600" alt="[Obrazek: B3pNIfP.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/zg24VED.png" width="300" height="600" alt="[Obrazek: zg24VED.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/vUX7vPz.png" width="300" height="600" alt="[Obrazek: vUX7vPz.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
Potrzebna jest mapa wpływów w Bialenii, Brodrii i Hasselandzie. <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/biggrin.png" alt="Big Grin" title="Big Grin" class="smilie smilie_4" />]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Prace ze starego forum]]></title>
			<link>https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-3922.html</link>
			<pubDate>Tue, 02 Feb 2016 23:13:38 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-3922.html</guid>
			<description><![CDATA[<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Maciej Kamiński "Wezwanie"<br />
<br />
To już piąta ofiara.<br />
Papierosowy dym tworzy w ciasnym, brudnym zaułku istną mgłę. Policjanci krzepią się brandy. Nic się nie zgadza.<br />
Dwa kilometry dalej, w lepszej dzielnicy, stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.<br />
- Słu-cham?<br />
- Czy to Agencja Detektywistyczna Belewskiego?<br />
- Może się zgadza, może się nie zga-dza. Zależy, kto mó-wi.<br />
- Nie powinno Cię interesować prawdziwe nazwisko. Możesz mi mówić "Kojot".<br />
- Dobrze, Ku-jon. Co byś kcia-ał?<br />
- Nie bądź taki śmieszny, synek. Mam dla Ciebie robotę. Szumną i głośną. Słyszałeś o tych ostatnich morderstwach w Królisku?<br />
- Kujon, kapciu je-den. To rejon mojej robo-ty. Jakże mógłbym nic nie wie-dzieć? Za kogo Ty mnie ma-asz?<br />
- Zamilcz.<br />
- Na tej Waszej górze zbyt przywykliście do robotnych wazeliniarzy jako podwładnych, pra-wda?<br />
- Prawda. I tego samego oczekuję teraz. W grę wchodzą wielkie pieniądze.<br />
- Przejdźże do rzeczy, Kujon-ku.<br />
- Twoje zadanie jest proste, pyskaty bachorze. Wyśledź sprawcę. Jednego. Więcej nam nie trzeba. Nie zdradź nikomu tej informacji. Poza mną. A po sprawie spal wszystko, co wypracowałeś i zapomnij o wszystkim. My już będziemy wiedzieli, co z takimi informacjami zrobić. Czy to jasne?<br />
- Ile zer, Kujon-ku?<br />
-Okrągłe sześć.<br />
- Masz to, Kujon-ku. Przyskrzynię nawet Rolfa von Apfelbauma, jeżeli zajdzie potrze-ba. Jakieś wymagania czaso-we?<br />
- Nie. Bombę możemy spuścić z zaczepu w dowolnej chwili.<br />
- No, tośmy się dogada-li. Pio-na.<br />
- ...<br />
- No przybij do słuchaw-ki!<br />
- Do roboty... Dziwaku.<br />
Koniec rozmowy.<br />
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać kroki. Wynajmujący to pomieszczenie niski człowiek wstał od biurka, założył kapelusz i dziurawy płaszcz, schował do kieszeni zapasową paczkę swoich sygnaturowych carosów, po czym zabrał klucz. Wyszedł, zamknął drzwi i ruszył do miasta.<br />
Królisko nie jest bezpiecznym miejscem. Dawny Dolnograd też takim nie był. Tą część jego historii "podrzędna metropolia", jak ją w stolicy się określa, odtworza do dziś znakomicie. Nie bez powodu właśnie tu Tygrysy Spirkina przez pewien czas miały swoją bazę. Każde zejście z głównej drogi jest niczym proszenie się o co najmniej guza. Dlatego też króliszczanie są twardzi i niezłomni jak nikt inny.<br />
Kamil Chara Belewski nie był wyjątkiem. Od urodzenia tkwił w tym oceanie przemocy. Do tego z pochodzenia był Khmerem, co oznaczało nienawiść ze strony wszystkich środowisk. Ale on, mimo skromnych warunków fizycznych, był sukcesem natury, czuł się w tym zdegenerowanym środowisku jak ryba w wodzie. Sprytem pokonywał wszystkich. I to z taką przewagą, że spokojnie mógł pozostać przy swojej bucie, pysze i pogardzie wobec wszystkiego i wszystkich.<br />
Dwadzieścia minut później stary samochód parkuje na osiedlu Igańsk. W normalnym mieście policja nakazałaby natychmiast zaprzestać kierowania takim gratem. Tutaj jednak stróżowie prawa (czy też gwarowo: "stróże prawa") sami posiadali niewiele lepsze pojazdy. Na miejscu zbrodni owi stróżowie właśnie kończyli swoją pracę w terenie. Wśród nich był przyjaciel Belewskiego, Rafał Łaka-Łakowicz.<br />
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu!<br />
- Belka? Cio Ti tu robiś? - odrzekł Łaka-Łakowicz swym sambańskim akcentem.<br />
- Badam sprawę tych morderstw, tak jak i Wy-y.<br />
- Mi bardziejj kręcimi się w kółko, anizieli jją badami.<br />
- Co przez to rozu-miesz?<br />
- Nić tu się nie zgadzia. Ofiari, miejjścia, metodi...<br />
- Też to zauważyłem, czytając pra-sę. Najpierw powieszona za nogi na słupie wysokiego napięcia w szczerym polu emerytka, potem zadźgany w elektrowni gimnazjalista, następnie otruty i spalony w swoim domu brodryjski pop, później pobita na śmierć w pracy kelnerka, a te-raz...<br />
- A teraź pośtsieloni w ziaułku Kuć. Naziwał się Cieliestiuś Śparklewśki. Ź ziawodu... meniel, ziebrak i parkowi pijjak i ksikać. Tiu mam źdjjęcia. - co powiedziawszy, wyjął z kieszeni fotografie.<br />
- Hym, hym, hym-mmmm... Tatuaż na tyłku, kolorowe włosy, te cudaczne rękawice-kopy-ta... Nie ma wątpliwości, Kuc-c. Co jeszcze o nim wiado-mo?<br />
- Nia razie tilko tile...<br />
- Poważ-nie? Chyba żartu-jesz...<br />
- W ziasiadzie... Jjeśt jjeście coś, ale to... Nie, ziapomnijj o tim.<br />
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu... Wiesz chyba, jakie mam meto-dy? Wszy...<br />
- Wsiśtkie śladi mogią źmienić bieg śprawi. - dokończył policjant za detektywa. - Dobzie, powiem. Źnaleźliśmi jjednią zieć łońciącią wsiśtkie ofiari.<br />
- I cóż to jest-t?<br />
- Źniaś takią giazietę dla kobiet jak "Wialeńka i zicie"?<br />
- Znam-m.<br />
- Wsistkie ofiari miałi w śwoich horośkopiach na zień śmierci tio siamo źdanie: "Unikiaj niepotsiebnich diśkuśjji".<br />
- A kto tracił czas na sprawdzanie czegoś takie-go?<br />
- Nikt, po prośtu jeśtem wielkim fanem horośkopiów i ziauwaziłem to psipadkiem. Bo wiziś, u niaś w Siambanie...<br />
- Hym, hym, hym-mmmm... Zawsze to jakiś początek. Dzięki.<br />
- Nie ma zia cio. Ziawsie psiecieś Twojja robotia bardzio ułatwia nasią. Tio jjeśt układ  wiąziani.<br />
Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie, po czym każdy odjechał w swoją stronę. Kamil skierował swój rozsypujący się wóz w stronę jednej z podrzędnych dzielnicowych spelun, miejsca związanego z czwartą ofiarą. Zaparkowawszy za jednym z wielkich śmietników, celem ukrycia pojazdu przed złodziejami, Belewski otworzył i przekroczył drzwi prowadzące do "Mamuta".<br />
Momentalnie po wejściu uchylił się odruchowo przed wyrzuconym w jego stronę kijem do bilarda. Kilku śmierdzących tandetnymi papierosami przedstawicieli klasy robotniczej najwyraźniej grało na pieniądze. Detektyw usiadł przy barze. Rozglądał się przez chwilę po lokalu, po czym łupnął pięścią w blat i wrzasnął:<br />
- Bar-man!<br />
- Dziewczynki wychodzą dopiero po dziesiątej! - odkrzyknął głos z zaplecza.<br />
- Mnie wystarcza konto pre-mium! Polewaj no-o!<br />
To zdanie wywabiło właściciela-barmana do klienta.<br />
- Frajer. Czym chcesz  się nawalić, o rękawiczniku?<br />
- Daj no bran-dy. I powiedz no mi-i... Nie szukasz może nowych pracowników?<br />
- Skąd taki pomysł?<br />
- Bo nie tak dawno temu straciłeś jedną kelner-kę. I nerwy na tłumaczenie się przed są-dem.<br />
- I tak chciałem ją zwolnić. Myliła zamówienia, darła się na klientów, w tym grube ryby, wykręcała się od tańczenia, a o robocie w pokoju w ogóle nie było co przy niej marzyć. Czara goryczy sie przelała, kiedy wyrzuciła za drzwi tą byłą wróżkę. Na szczęście ktoś mnie wtedy wyręczył i ją zatłukł.<br />
- Wróż-kę?<br />
- Tą dawną sławę, wróżkę Regelindę. Odkąd jakaś katolicka dziennikarka podburzyła cały świat przeciwko niej, popadła w ruinę fizyczną i psychiczną... no i pija od tej pory tu, bo daję babom 30% zniżki. Traci całą wypłatę z tego głupiego czasopisma, do którego pisuje horoskopy...<br />
- A po co taka zniż-ka?<br />
- Bo one omijają takie miejsca, wiesz o tym?<br />
- Wie-em. Też żyję w tym mieś-cie.<br />
- A to kobiety w tej dzielnicy mają pieniądze, bo faceci przepuszczają je na wódę i dziewczynki. Więc, jako myślący biznesmen, postanowiłem uderzyć do zamożniejszej klienteli. Wśród tych patusów nietrudno znaleźć osoby, które dadzą się powieść na pokuszenie...<br />
- Rozu-miem.<br />
- To ile tego brandy?<br />
- Rozmyśli-łem się. Narka, businesma-nie.<br />
- A idź ty w...<br />
Kamil udał się w kierunku wyjścia, po drodze znowu odskakując z toru lecącego kija bilardowego. Postanowił teraz prześledzić informację, którą wysępił od barmana.<br />
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać stukanie w klawisze. Wynajmujący to biuro detektyw przeszukuje sieć (na Wi-Fi stowarzyszenia studenckiego korzystającego z sąsiedniego pomieszczenia) w poszukiwaniu artykułów o wróżce Regelindzie. Ku swojemu średnio wysokiemu zaskoczeniu, dowiaduje się, że te "hejterskie pamflety", jak określała to część komentujących, pisała pierwsza ofiara, pod sam koniec swojej dziennikarskiej kariery. Po upadku Regelindy przeszła na emeryturę.<br />
Kolejnym krokiem było sprawdzenie trzeciej ofiary, popa. W tym celu Kamil udał się na mszę na osiedlu brodryjskich uchodźców-republikanów, którzy zamieszkali tu po dobrowolnym odjeździe z Brodrii, gdy ta stała się monarchią. Stanął sobie z tyłu i czekał na koniec. Po obrzędzie przepytywał wychodzących wiernych. Ci traktowali go jednak wrogo, zwłaszcza, gdy wspomniał nazwisko ich zmarłego duszpasterza. Jedynie jedna staruszka z nim chwilę porozmawiała.<br />
- ...Więc, czy było coś niecodziennego w zachowaniu księdza ostatnimi cza-sy?<br />
- Nie. Jak zawsze krzyczał na panny młode w ciąży, pijaków, młodzież, dziadujących ofiary, opuszczających różańce... Ganił ich swoją ususzona prawicą... Ale... była jedna dziwna rzecz już po jego śmier-... - urwała w pół zdania.<br />
- Ta-ak?<br />
- Miałam nie rozpowiadać... Ale... Spalone ciało było... dziwne. Nie dało się go niemal zidentyfikować. Ostatecznie zrobiono to po odciskach zębów.<br />
- A badania DN-A?<br />
- Panie, kogo tu na to stać?<br />
- Czy ksiądz miał jakąś rodzi-nę?<br />
- Nigdy nie chciał o tym rozmawiać.<br />
- Rozu-miem. Dzięku-ję.<br />
- I jeszcze coś.<br />
- Ta-ak?<br />
- Czy słyszał Pan o tym, że policja znalazł u niego jakieś gazety?<br />
- Ow-szem.<br />
- A wie Pan może, jakie? Cała parafia o tym plotkuje. Bo wie Pan, ciągle jakieś paczki do niego przychodziły... I kurier się śmiał, że stary pop, kawaler, a takie rzeczy zamawia...<br />
- Niestety, nie wiem-m. Raz jeszcze dziękuję za rozmo-wę. Do widze-nia. <br />
Belewski wracając do domu, sporo rozmyślał. Pierwszy dzień działań był bardzo udany.<br />
Drugiego skierował się na osiedle robotnicze. Na ławce w "parku" siedzieli śmierdzący papierosami mężczyzna i płacząca kobieta. Pod konstrukcją leżała butelka wódki. W pewnym momencie facet wrzasnął:<br />
- Zamknij się wreszcie, babo! To dla wszystkich trudne, a ty tylko wkurzasz pół osiedla! - po czym wziął zamach pięścią. Kobieta zasłonił twarz rękami. Ale nie uderzył, bowiem spostrzegł, że ktoś się zbliża.<br />
- A ty tu czego... O, ohohohoho! Czy to nie sam "koleś z kontem premium"?<br />
- Ta-ak. Pozwoli Pan, że się przedsta-wię. Jestem Kamil Chara Belewski, dete-ktyw. Szukam sprawcy tych tajemniczych zdarzeń w mieście z ostatnich miesięcy i dlatego chciałbym zapytać, czy nie zechce się Pan ze mną podzielić informacja-mi?<br />
- Stąpasz po cienkim lodzie...<br />
- Proszę mi powiedzieć wszystko, co Pan wie o Tomaszu Wróblu. - słysząc to, kobieta ponownie się rozpłakała.<br />
- Jestem jego ojcem... - mężczyzna zacisnął zęby. W jego oku detektyw dostrzegł łzę. - I nic nie wiem. Już tłumaczyłem to pałom. Tomka nie było całe dnie w domu. A jak przychodził, to nawalony i pyskaty. Pas nic do niego nie przemawiał. Zresztą, jakieś dwa miechy przed... - znów z oka faceta poleciała łza - ...zaczął chodzić na siłownię. Pewnie chciał zlać swojego starego, cholernego patusa i kata... Idź sobie. Ale jeżeli czegoś się dowiesz, wróć tu. Inaczej... - po raz trzeci mężczyzna zapłakał jedną łezką, po czym wziął tęgi łyk z butelki leżącej pod ławką.<br />
Kamil wycofał się powoli. W głowie układał już rozwiązanie. Jak zwykle był cztery kroki przed stróżami prawa. Pozostało mu tylko czekać na telefon.<br />
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.<br />
- I jak idzie?<br />
- Kujonek, wi-taj! Już skończy-łem.<br />
- Naprawdę? Heh, widać wybrałem właściwego człowieka. Kto jest winien?<br />
- Miłośnik pewnej wróż-ki. Myślę, że skojarzysz nazwis-ko. Zwą go...<br />
W tym momencie otworzyły się drzwi. Stał w nich winowajca, z pistoletem w lewej dłoni. Belewski odwrócił się do niego.<br />
- A więc to ty-y... Wiedzia-łem.<br />
- Tak, to ja. Jesteś cwany, Belewski. Pewnie myślisz, że mnie całkiem rozpracowałeś?<br />
- Zgadza się-ę. Uwielbiasz Regelindę, przyz-naj.<br />
- Uwielbiam? Ha, ja jestem jej największym miłośnikiem! Nie ma słów, które by opisały mój stosunek do jej omniniesamowitej osoby! Ale ten papajski babsztyl ośmielił się podnieść na nią pióro... Musiałem pomścić moją boginię... Ale to nic nie pomogło! Prasa w ogóle nie zwróciła uwagi na Regelinię! Wtedy to...<br />
- ... Zacząłeś realizować jej horoskopy, żeby motłoch znów w nie uwie-rzył?<br />
- Tak. Ludzkim truchłom tabloidy zawsze poświęcą miejsce. Musiałem tylko czekać, aż któryś dziennikarzyna znajdzie powiązanie między ofiarami. Ale oni są strasznie tępi... A teraz ty chcesz mi przeszkodzić w mojej misji! Nie mogę na to pozwolić... A zwłaszcza patrząc po Twoim horoskopie na dziś...<br />
- I uważasz, że tak łatwo mnie dor-wiesz?<br />
- Już cię dorwałem... - rzekł złoczyńca, szeroko się uśmiechając.<br />
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, rozlega się wybuch. Jest on niewielki, ale wystarcza do pozbawienia życia detektywa wynajmującego to biuro. Bombka była umieszczona w telefonie.<br />
Następnego dnia policja bada to miejsce. Sprawcy nikt nie widział, gdyż o tej porze nikogo na piętrze nie było. Nie ma też mowy o nagraniach z monitoringu, ponieważ właściciel na niego sępił, i jak się okazuje, wyłączał go codziennie na co najmniej pół dnia, mimo prawnych wymagań. Jak się okazuje, Kamil Belewski spodziewał się, że może nie wyjść ze sprawy cało. W biurku znaleziono jego notatkę. Napisał w niej dwa krótkie zdania: "Twoja kolej, drogi czytelniku. Kimkolwiek jesteś - zanieś światu prawdę. ~Kamil Chara Belewski ".<br />
Kto więc jest winny?<br />
Czekamy na odpowiedź, czytelniku.</blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Konstanty Jerzy Michalski "Reportaż - Jahołdajewszczyzna"<br />
<br />
<a href="https://docs.google.com/document/d/1W9uCjDmpn_tpw_g4KonWSH7ORlKcERvHvzPXzYDMs-E/edit" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://docs.google.com/document/d/1W9uC...DMs-E/edit</a></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Aleksandra Dostojewska Swarzewska - twórczość własna<br />
<br />
1.Romantykom z Pieczar Nordaty.<br />
<br />
Posłuchaj Kochany dzwonów żałobnych,<br />
dla kogóż bije ten śmierci jęk?<br />
Dla kogóż katafalk jest przeznaczony,<br />
i czemuż już widzę grobowy cień?<br />
<br />
O nie mów, nie mów miły Apollo,<br />
że to już nasz nastąpił zmierzch, <br />
wszak póki serce me w piersi bije,<br />
narodu mego siły bacz i mierz!<br />
<br />
Złota chcieliście, my złoto dalim,<br />
damy i run srebrzystych wam moc,<br />
ale swego ducha nigdy nie spalim,<br />
w ogień wpierw pójdzie niech nasza krew!<br />
<br />
<br />
<br />
2.Kraju znad Newy.<br />
<br />
Do Ciebie wzdycham w tułaczce i pielgrzymce mej,<br />
raczże przytulić to serce i otrzeć me łzy dzisiaj chciej!<br />
<br />
Mijają godziny i chwile grozy, <br />
ja sama nie wiem, kto wróg, kto brat?<br />
Kto mi pomoże, rzuci kotwicę,<br />
a kto nóż w pierś mą wbije<br />
i zaleje mą krwią, kraj mych dziecinnych lat?<br />
<br />
Ja Tobie swe życie oddałam, <br />
za nurty Newy walczyłam,<br />
gdy przeklęty ów gród z Gremlem wyzwalałam,<br />
a teraz cóż od Ciebie otrzymałam?<br />
<br />
Wybije jednak godzina prawdy,<br />
i runie gmach więziennych cel,<br />
wszak z nami On – Mistrz Prawdy,<br />
dziś wskaże Ludowi drogi Cel.<br />
<br />
Potępień niech sączą się krople obfite,<br />
za kłamstwa i ofiary niewinnej śmierć!<br />
Śmiech pusty brzmieć będzie całe me życie,<br />
aż wróg odda należną nam cześć!<br />
<br />
Do Ciebie wzdycham, i wiem, że znowu ujrzę Greml, <br />
mój sen, <br />
Twa moc wskaże nam dzień, gdy minie noc.</blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Maciej Kamiński "Opowiadania ze Święta Policji Krajowej"<br />
<br />
Cześć, moje pysie.<br />
Program uroczystości jest następujący:<br />
1.	Obowiązkowy punkt każdej uroczystości, czyli mdłe przemówienie. Przemawiam ja, a jeżeli ktoś inny chce, może dołączyć.<br />
2.	Na prośbę Adasia, w psychodelicznej manierze przebadamy zwłoki Czosnka von Szczypiora, odstrzelonego przeze mnie 29 września 2014. Dlaczego? Bo Policja jest nienormalna, wszyscy to przecież wiedzą.<br />
3.	Na koniec, zrobimy coś niespodziewanego i dżamahirijskiego.<br />
<br />
Podkład muzyczny: <a href="https://www.youtube.com/watch?v=cATPLk559XY" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.youtube.com/watch?v=cATPLk559XY</a><br />
Moi kochani rodacy!<br />
Dokładnie dwa lata temu Parlament I kadencji za pomocą uchwały powołał pierwszego Prezesa Policji Krajowej. Jak się okazało, to stanowisko jest wyjątkowo trwałe. Albo zabetonowane, jak kto woli. Moja osoba nadal bowiem je obsadza. Z biegiem czasu, ze zwykłego organu porządkowego gestapo ortograficzne, jak potocznie ten organ dziś zwiemy, urosło do roli wentyla bezpieczeństwa Republiki Bialeńskiej, poprzez systematyczne zwiększanie uprawnień. Wielka w tym rola Markusa Wettina, autora „poprawki odstrzałowej” do Kodeksu Wykroczeń. I dziś, jako Bialeńczycy zbieramy się tutaj, by poświętować, że sobie dwóch stróżów prawa mamy. Maćka i Akrypę. Trochę psychodelicznie brzmi, prawda? Ale to wszystko składa się na nasz specyficzny klimat. Podobnie jak na przykład stosowanie mowy potocznej, jak ja to robię w tym przemówieniu. W końcu, gdzie jeszcze tak często widać organ porządkowy? Kojarzę tylko jedno aktualnie funkcjonujące państwo.<br />
W tym roku obywamy się bez obecności konduktora, zatem odznaczeń i folwarków tym razem nie będzie. Nic zresztą w tym dziwnego – w końcu były nadawane ledwie dziewięć dni temu. Zakończmy więc najmniej ciekawy punkt programu okrzykiem: Niech nam żyje silna Bialenia! I kropki przed emotikonami stawiajmy!<br />
<br />
Drugą częścią zabawy będą oględziny ciała np. von Szczypiora. Znany był on ze spamowania w jednym z sygnaturowych wątków naszego forum, czyli „Putin – wprowadź wojsko?”, za co zdarzyło mu się posiedzieć za kratami. Jednakże, powodem jego skazania na natychmiastową śmierć bez rozprawy było nękanie kilku z naszych rodaków za pośrednictwem prywatnych wiadomości. Ciało zachowało się do teraz w całkiem niezłym stanie, więc zapraszam do dosyć nieortodoksyjnej zabawy – możemy zabawić się w małego chirurga i trochę pobadać. Każdy chętny może wskazać, czemu mamy się w tych zwłokach przyjrzeć bliżej. Kiedy wszystkim się znudzi (albo od razu, jeżeli większość uzna to za zbyt obrzydliwy sposób na spędzanie czasu), pozbędziemy się ciała na manierę dotychczas przeprowadzanych publicznych egzekucji. Metoda zostanie wybrana na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy:”, tj. ogłoszę, że wybieramy metodę, i improwizowana „egzekucja” zostanie przeprowadzana na podstawie tego, co zostanie wskazane jako pierwsze.<br />
No dobrze. Osoby wrażliwe na treści drastyczne mogą sobie zrobić przerwę, a my przechodzimy do „gry”.<br />
<br />
Na koniec, przeczytamy bajeczkę, którą usłyszałem w Metrze od jednego z arabskich jeńców Timura. Nie dociekałem, jak ów się nazywał. Bajka nosi tytuł „Sasza, Mansor i bociany” i klimatycznie bardzo wpasowuje się w atmosferę dzisiejszego święta. Możecie na bieżąco komentować.</blockquote>
<br />
Improwizowany opis "egzekucji" (transkrypt, zachowane komentarze, ale tylko te na temat):<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Zegar śmierci wybije soją melodię od tyłu. <br />
Soja to świetna roślina. <br />
Już czas. <br />
@Fiodor<br />
Spalić las... <br />
@Maciej<br />
Na miejsce egzekucji, z niemożliwymi do domycia śladami krwi, wniesione zostaje kolejne ciało. <br />
Tym razem jest nietypowo. <br />
Bowiem jego posiadacz jest po drugiej stronie już od 15 miesięcy. <br />
Jednakże, jest to główna atrakcja dzisiejszego wieczoru. <br />
Zwłoki należą do Czosnka von Szczypiora. <br />
Naczelny psychopata Bialenii, Kamiński, jak zwykle w stroju kata, niesie je samotnie. <br />
Tłumy są jak zwykle pokaźne, jednak nie tak wielkie jak zazwyczaj. <br />
Wynika to tak z godziny, jak i z obniżonej atrakcyjności dzisiejszego zajścia. <br />
Ofiara wszak nie żyje i nie będzie krzyczała. <br />
Mimo to, z racji skali czynów, jakich się ów człek dopuścił, wciąż są obecne żywe emocje. <br />
Zaszyte ciało, jeszcze kilka chwil temu badane w pobliskim szpitalu sądowym, zostaje rzucone niedbale na środek Placu Zielonego. <br />
Następnie przez tłum powolutku sunie ciężarówka. <br />
Idący za nią ludzie rozdają wszystkim w tłumie okulary ochronne. <br />
Po kilkunastu minutach pojazd dociera na miejsce kaźni. <br />
Prezes Policji kwituje wypożyczenie zwierzaka. <br />
Kierowca wysiada i otwiera tylne drzwi swojej maszyny. <br />
Momentalnie wyskakuje stamtąd rozwścieczony bazyliszek. <br />
Zwierzę, rzuca po tłumie swoim potwornym wzrokiem. <br />
Po chwili jednak zauważa, że jego magia nie działa.<br />
W związku z tym, rzuca się na stojącego najbliżej Macieja. <br />
Ten jednak błyskawicznie broni się podręcznym paralizatorem. <br />
Ciężarówka z piskiem opon odjeżdża. <br />
Przerażony tłum rozbiega się. <br />
Kamiński przystawia łeb zamroczonego bazyliszka do zwłok. <br />
Zgodnie z treścią zamówienia, zwierzę jest głodne jak wilk. <br />
Wbrew typowym obyczajom swego gatunku więc, zabiera się za pałaszowanie trzeciej świeżości strawy. <br />
@Sukces<br />
miałem nadzieję, że zwłoki zostaną rozjechane ciężarówką :c <br />
@Maciej<br />
To by zepsuło efekt. <br />
Rozpoczyna od ponownego otwarcia rany na gardle. <br />
Nie bacząc na pozostałości po gruźlicy, wgryza się dziobem w mdłe mięso. <br />
Z największą rozkoszą chrupie kości. Szpik aż pryska dookoła. <br />
Głowa zostaje całkiem oddzielona od reszty ciała. <br />
Stwór następnie unosi swoją wielką tylną łapę i staje na niej, robiąc z czerepu krwawą miazgę. <br />
Łapczywie wyjada tkanki miękkie z szaro-brunatnej masy. <br />
Odór rozpościera się po całej okolicy, powodując zmniejszenie się tłumu gapiów. <br />
Następnie bazyliszek zabiera się za resztę ciała. <br />
Z chirurgiczną precyzją przecina skórę na klatce piersiowej i dobiera się do serca. <br />
Jest ono jednak tak zgniłe, mimo dobrego przechowywania, że nie daje rady go przełknąć. <br />
Co więcej, wymiotuje w otwór większość swojej dotychczasowej uczty. <br />
Niezadowolony bazyliszek rusza w kierunku podbrzusza. <br />
%Adas_von_Haller<br />
o kurcze, zapomniałem o obchodach ;( <br />
już się skończyły <br />
? <br />
@Maciej<br />
Wściekle rozpruwa je dziobem, mając nadzieję na lepszej jakości mięso. <br />
Nie, trwa część, o którą prosiłeś. <br />
%Adas_von_Haller<br />
wybornie <br />
@Maciej<br />
I słusznie się kieruje. <br />
Jelita bowiem, jak wynika z badań w szpitalu sądowym, są czyściutkie. <br />
Czosnek najwidoczniej działał na czczo. <br />
Tłum, a przynajmniej ta mniej wrażliwa zapachowo jego część, głośno mu kibicuje. <br />
Stwór w końcu wyciąga łeb z ciała. <br />
Kamiński, po szybkim rzucie oka, stwierdza, iż z jelit von Szczypiora uchował się jedynie kawałek, który Kuceł zabrał na pamiątkę. <br />
Wciąż głodna bestia, szybkim ruchem zrywa całą skórę ze stóp denata. <br />
Następnie zaś staje na jego nogach, wściekle je rozdrapując. <br />
Z pewnym wahaniem, wsuwa łeb jeszcze raz w ranę na klatce piersiowej, wypełnioną efektem regurgitacji. <br />
Odsuwa wymiociny dziobem i uderza na żołądek. <br />
Wyrywa go, po krótkim mocowaniu się, i wywleka na zewnątrz. <br />
Robi w nim dziurę i zaczyna wysysać to, co jeszcze nie odparowało z kwasów żołądkowych. <br />
Substancja jest jednak tak gęsta, że staje bazyliszkowi w gardle. <br />
Bestia wymiotuje raz jeszcze. <br />
Osłabiona, schodzi z ciała i zaczyna kierować się przed siebie, zapewne z zamiarem ataku na tłum. <br />
Kamiński błyskawicznie wytrącą ją jednak z przytomności jednym uderzeniem pałką. <br />
* Adas_von_Haller Adaś wymiotuje z obrzydzenia i zastanawia się, czy Maciej nie jest przypadkiem psychopatą <br />
@Maciej<br />
Następnie wyciąga telefon i dzwoni z powrotem po dostawcę. <br />
Było być od początku, czytałbyś ostrzeżenie. <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/wink.png" alt="Wink" title="Wink" class="smilie smilie_2" /> <br />
Tłum pomału się rozchodzi. <br />
Tak oto dobiegło końca krwawe, ohydne widowisko. <br />
%Adas_von_Haller<br />
brawo <br />
@Maciej<br />
Buziaczki dla autora pomysłu na metodę egzekucji, Kuceła. <br />
Teraz dziesięć minut przerwy, bo aplce mnie już bolą, a potem przejdziemy do ostatniej, tajemniczej części uroczystości. <br />
*Palce. <br />
%Adas_von_Haller<br />
Brawo Kucel. <br />
@Sukces<br />
co tu się zastanawiać, Maciej jest psychopatą przecież <br />
Kucelgrzeczny<br />
kupuję tego bazyliszka <br />
daj numer do nich <br />
@Maciej<br />
664 555 986. <br />
Oby to nie był prawdziwy numer... <br />
@Sukces<br />
haha <br />
dźwoń i poproś o bazyliszka <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/biggrin.png" alt="Big Grin" title="Big Grin" class="smilie smilie_4" />D</blockquote>
<br />
Bajka opowiedziana na koniec:<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Dawno, dawno temu…<br />
Żył w Farunie urodziwy młodzieniec imieniem Sasza. Był kalifem – władcą kraju – uwielbianym przez wszystkich. Miał tylko jednego wroga: okrutnego i podłego czarnoksiężnika imieniem Kaszenor, który chciał, by to jego syn Mirza objął tron.<br />
W końcu Kaszenora wygnano z pałacu, a Sasza o nim zapomniał. Kalif lubił zbierać drogocenne przedmioty. Pewnego dnia Mansor, wielki wezyr, przyprowadził doń wędrownego kupca. W rzeczywistości był to przebrany Kaszenor. Czarnoksiężnik otworzył drewnianą szkatułkę i pokazał kalifowi swoje towary. Sasza był zachwycony i kupił od niego wszystko. Potem spytał o maleńką szufladkę, umieszczoną  jednej ze ścian szkatułki.<br />
- Sam nie wiem, co w niej jest – odparł chytrze czarnoksiężnik. Otworzył szufladkę i wyjął z niej puzderko zawierające czarny proszek, a później zwitek starego papieru. Pokrywały go dziwne znaki.<br />
- Niech Wasza Wysokość przyjmie to w prezencie – poprosił czarnoksiężnik i bijąc pokłony, wycofał się z sali tronowej.<br />
Sasza zawołał swoich doradców i kazał im odszyfrować pismo. Po kilku dniach odczytali, co następuje:<br />
„Człowiek czytający te słowa zdobędzie moc przemiany w dowolne stworzenie i rozumienia jego mowy. Musi tylko wciągnąć nosem czarny proszek  i wypowiedzieć słowo „Ramzanikrul”. Aby znowu przybrać ludzką postać, musi trzykrotnie skłonić się w kierunku Koburgii Centralnej i ponownie wypowiedzieć zaklęcie.”.<br />
Papier ostrzegał też, że dopóki pozostanie się w skórze zwierzęcia, nie wolno się roześmiać, bo wówczas zapomni się zaklęcia.<br />
- Możemy zamienić się w zwierzęta, Mansorze! – zawołał podniecony kalif.<br />
- Jak sobie życzysz, Panie – rzekł z niskim ukłonem, Mansor.<br />
Następnego dnia o świcie kalif i wezyr wybrali się nad jezioro. Sasza wyjął z kieszeni puzderko. Zastanawiali się nad tym, jakie zwierzę wybrać, gdy niespodziewanie usłyszeli majestatyczny okrzyk.<br />
- Kubiłaje! – krzyknęli. – Zmieńmy się w kubiłaje!<br />
Wciągnęli proszek, wypowiedzieli: „Ramzanikrul”. Ich nogi i ręce wydłużyły się, paznokcie rozrosły do kopyt, a szaty zamieniły się w biało-czarne futerka z kikutami skrzydeł na łopatkach. Wkrótce po dwóch mężczyznach nie było śladu.<br />
Dwa kubiki patrzyły na siebie w zdumieniu. Potem rozpędziły się.<br />
- Jakże inaczej wygląda ziemia w tempie galopu! Chodź, wrzućmy piaty bieg i odnajdźmy inne kubiłaje – zaproponował Sasza.<br />
Skierowali się więc w stronę ujścia rzeki. Iluż nowych, kubikowych rzeczy nauczyli się po drodze.<br />
W pewnej chwili usłyszeli jakiegoś kubiłaja, opowiadającego o tym, jak za Daniela Łukasza było dobrze, i że niepełnosprawni nie powinni być pokazywani w telewizji. Zapomnieli o przestrodze i wybuchnę li śmiechem. Wkrótce mieli za to gorzko zapłacić… Pod wieczór postanowili wracać do pałacu.<br />
Puścili się wolnym kłusem przez miasto. Działo się coś dziwnego. Wszędzie stały tłumy gapiów. W złotym powozie kalifa siedział ktoś obcy.<br />
- Kim jest ten oszust?! – zaparskał Sasza.<br />
- To Mirza, syn wypędzonego czarnoksiężnika. – odparł przerażony Mansor.<br />
Mówiąc to, zadrżał z trwogi, bo uświadomił sobie, że nie pamięta zaklęcia. Oba kubiłaje odbiegły w dal, szykując się do ponownej przemiany. Sasza wyjąkał jedynie:<br />
- Nie pamiętam, nie pamiętam…<br />
- Nigdy już nie będziemy ludźmi! – rzekł smutnie Mansor.<br />
- Pędźmy do Broskwy i pomódlmy się przy grobie Chruszczenki, by przywrócił nam pamięć.<br />
Ale do Broskwy było daleko, a słońce już zachodziło. Oba kubiłaje, rozglądając się za jadłem, dobiegły do oazy. W krzakach usłyszały rżenie.<br />
- Co to było?<br />
- Chodźmy i sprawdźmy – odważnie rzucił Sasza.<br />
W ciemnym kącie za palmą, dostrzegli klacz. Na ich widok parsknęła radośnie.<br />
- Nareszcie! Po tylu latach urok pryśnie!<br />
Sasza i Mansor spojrzeli niepewnie po sobie.<br />
- Jestem Nadża, córka króla Hagalu. – powiedziała klacz. – Czarnoksiężnik Kaszenor chciał, bym poślubiła jego syna i oddała mu królestwo mego ojca. Zjawił się w przebraniu i dolał mi eliksiru do wina. Wtedy zmieniłam się w klacz. Kaszenor powiedział, że zostanę nią, póki ktoś nie pojmie mnie za żonę.<br />
- Znów Kaszenor! – zarżał Sasza i opowiedział Nadży ich historię.<br />
- I co teraz zrobimy? – zakończył dramatycznie.<br />
- Nie traćmy nadziei. Kaszenor co jakiś czas przyjeżdża do świątyni nieopodal, gdzie wyprawia biesiady dla kolegów czarnoksiężników. Podczas nich chwalą się ostatnimi osiągnięciami. Jeżeli wypowie związane z Wami zaklęcie, to jesteście ocaleni.<br />
- Na pewno tak będzie! – wyparskały kubiłaje. – Chodźmy więc tam natychmiast.<br />
Ale klacz nie ruszyła się z miejsca.<br />
- Zanim pokażę Wam drogę, jeden z Was musi obiecać, że mnie poślubi. Inaczej na zawsze pozostanę koniem.<br />
- Zgoda! Pojmę Cię za żonę, gdy tylko wrócimy do normalnego stanu! – zawołał kalif.<br />
Klacz zaprowadziła kubiłaje wąskim przejściem podziemnym do przedsionka ruin.<br />
- To miejsce ich spotkań. Możemy słuchać przez otwór w ścianie – oświadczyła.<br />
Trójka czuwała na zmianę. Po kilku dniach rozpoczęło się wreszcie przyjęcie.<br />
- Zgadnijcie, jak umieściłem syna na tronie? – zabrzmiał głos głównego antagonisty.<br />
Po chwili rozmowy z ust jednego z gości padło głośno słowo: „Ramzanikrul”.<br />
- Dobra nasza! – zarżały radośnie kubiłaje, po czym skłoniły się po trzykroć ku Koburgii Centralnej i wypowiedziały zaklęcie. W mgnieniu oka odzyskały dawną postać.<br />
Kalif i wezyr uściskali się z radości. Potem zwrócili się do klaczy – ale na jej miejscu ujrzeli królewnę w jedwabnej sukni ze sztucznego niedźwiedzia. Sasza był nią oczarowany.<br />
- Masz moje słowo co do ślubu – zapewnił królewnę. – Odbędzie się on, gdy tylko odzyskam tron.<br />
Wszyscy troje podkradli się do Syren 103 pozostawionych przez czarnoksiężników i cichcem wsiedli do jednej.<br />
Nad ranem dotarli do bram miasta. Ludzie cieszyli się, że ich Pan powrócił cały i zdrowy, w towarzystwie pięknej królewny. Tłoczył się wokół auta, wznosząc okrzyki radości.<br />
Dalej wypadki potoczyły się szybko. Kaszenor został aresztowany, zanim jeszcze jego przyjęcie się zakończyło, i po dostarczeniu przed oblicze Saszy, skazany na natychmiastową śmierć przez ścięcie. Jego syn na wieść o tym próbował uciekać, ale został schwytany. Zmuszono go do przemiany w Michała Bryenniosa, zamknięto w klatce, a następnie tak długo szczuto Familiadą, aż w końcu się roześmiał i zapomniał zaklęcia.<br />
Nazajutrz odbył się bajkowy ślub Saszy i Nadży. Okazała się ona być wymarzoną żoną dla kalifa. Cała trójka, razem z Mansorem, żyła długo i szczęśliwie.</blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Herman Kolineusz-Michalski "Abstrakcja"<br />
<br />
<img src="http://i67.tinypic.com/rswr2h.png" width="800" height="401" alt="[Obrazek: rswr2h.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Eddard Noqtern "[...]"<br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/0HKw4fP.png" width="800" height="499" alt="[Obrazek: 0HKw4fP.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Adaś von Haller "Personifikacja parekselans społeczeństwa bialeńskiego"<br />
<br />
<img src="http://s5.ifotos.pl/img/Beztytulu_srswqrn.png" width="579" height="381" alt="[Obrazek: Beztytulu_srswqrn.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Markus Wettin "[...]"<br />
<br />
<img src="http://i67.tinypic.com/1zyh98k.png" width="799" height="999" alt="[Obrazek: 1zyh98k.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Fiodor Hristov "Bialeńska Scena Polityczna"<br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/WQZewnS.png" width="800" height="388" alt="[Obrazek: WQZewnS.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Fiodor Hristov "Smutne ZSEE"<br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/9yHxPDM.png" width="800" height="388" alt="[Obrazek: 9yHxPDM.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Tomasz Bagrat '' Co to jest Brodria ? ''<br />
<br />
Co to jest Brodria ?<br />
- zapyta ktos , gdzies,<br />
Brodria to lasy , miasta i wies,<br />
i szosa po ktorej auta pedza,<br />
i ptaki ktore na galezi sobie gawedza,<br />
i samolot co wysoko nad toba lata,<br />
Brodria to twoj kawalek mikroswiata,<br />
Brodria to jeziora, strumienie i rzeka,<br />
oraz gory ktore widac z daleka,<br />
a nawet chmury gdy nad nami mkna,<br />
Brodria to jest takze nasz wspolny Dom.</blockquote>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Maciej Kamiński "Wezwanie"<br />
<br />
To już piąta ofiara.<br />
Papierosowy dym tworzy w ciasnym, brudnym zaułku istną mgłę. Policjanci krzepią się brandy. Nic się nie zgadza.<br />
Dwa kilometry dalej, w lepszej dzielnicy, stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.<br />
- Słu-cham?<br />
- Czy to Agencja Detektywistyczna Belewskiego?<br />
- Może się zgadza, może się nie zga-dza. Zależy, kto mó-wi.<br />
- Nie powinno Cię interesować prawdziwe nazwisko. Możesz mi mówić "Kojot".<br />
- Dobrze, Ku-jon. Co byś kcia-ał?<br />
- Nie bądź taki śmieszny, synek. Mam dla Ciebie robotę. Szumną i głośną. Słyszałeś o tych ostatnich morderstwach w Królisku?<br />
- Kujon, kapciu je-den. To rejon mojej robo-ty. Jakże mógłbym nic nie wie-dzieć? Za kogo Ty mnie ma-asz?<br />
- Zamilcz.<br />
- Na tej Waszej górze zbyt przywykliście do robotnych wazeliniarzy jako podwładnych, pra-wda?<br />
- Prawda. I tego samego oczekuję teraz. W grę wchodzą wielkie pieniądze.<br />
- Przejdźże do rzeczy, Kujon-ku.<br />
- Twoje zadanie jest proste, pyskaty bachorze. Wyśledź sprawcę. Jednego. Więcej nam nie trzeba. Nie zdradź nikomu tej informacji. Poza mną. A po sprawie spal wszystko, co wypracowałeś i zapomnij o wszystkim. My już będziemy wiedzieli, co z takimi informacjami zrobić. Czy to jasne?<br />
- Ile zer, Kujon-ku?<br />
-Okrągłe sześć.<br />
- Masz to, Kujon-ku. Przyskrzynię nawet Rolfa von Apfelbauma, jeżeli zajdzie potrze-ba. Jakieś wymagania czaso-we?<br />
- Nie. Bombę możemy spuścić z zaczepu w dowolnej chwili.<br />
- No, tośmy się dogada-li. Pio-na.<br />
- ...<br />
- No przybij do słuchaw-ki!<br />
- Do roboty... Dziwaku.<br />
Koniec rozmowy.<br />
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać kroki. Wynajmujący to pomieszczenie niski człowiek wstał od biurka, założył kapelusz i dziurawy płaszcz, schował do kieszeni zapasową paczkę swoich sygnaturowych carosów, po czym zabrał klucz. Wyszedł, zamknął drzwi i ruszył do miasta.<br />
Królisko nie jest bezpiecznym miejscem. Dawny Dolnograd też takim nie był. Tą część jego historii "podrzędna metropolia", jak ją w stolicy się określa, odtworza do dziś znakomicie. Nie bez powodu właśnie tu Tygrysy Spirkina przez pewien czas miały swoją bazę. Każde zejście z głównej drogi jest niczym proszenie się o co najmniej guza. Dlatego też króliszczanie są twardzi i niezłomni jak nikt inny.<br />
Kamil Chara Belewski nie był wyjątkiem. Od urodzenia tkwił w tym oceanie przemocy. Do tego z pochodzenia był Khmerem, co oznaczało nienawiść ze strony wszystkich środowisk. Ale on, mimo skromnych warunków fizycznych, był sukcesem natury, czuł się w tym zdegenerowanym środowisku jak ryba w wodzie. Sprytem pokonywał wszystkich. I to z taką przewagą, że spokojnie mógł pozostać przy swojej bucie, pysze i pogardzie wobec wszystkiego i wszystkich.<br />
Dwadzieścia minut później stary samochód parkuje na osiedlu Igańsk. W normalnym mieście policja nakazałaby natychmiast zaprzestać kierowania takim gratem. Tutaj jednak stróżowie prawa (czy też gwarowo: "stróże prawa") sami posiadali niewiele lepsze pojazdy. Na miejscu zbrodni owi stróżowie właśnie kończyli swoją pracę w terenie. Wśród nich był przyjaciel Belewskiego, Rafał Łaka-Łakowicz.<br />
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu!<br />
- Belka? Cio Ti tu robiś? - odrzekł Łaka-Łakowicz swym sambańskim akcentem.<br />
- Badam sprawę tych morderstw, tak jak i Wy-y.<br />
- Mi bardziejj kręcimi się w kółko, anizieli jją badami.<br />
- Co przez to rozu-miesz?<br />
- Nić tu się nie zgadzia. Ofiari, miejjścia, metodi...<br />
- Też to zauważyłem, czytając pra-sę. Najpierw powieszona za nogi na słupie wysokiego napięcia w szczerym polu emerytka, potem zadźgany w elektrowni gimnazjalista, następnie otruty i spalony w swoim domu brodryjski pop, później pobita na śmierć w pracy kelnerka, a te-raz...<br />
- A teraź pośtsieloni w ziaułku Kuć. Naziwał się Cieliestiuś Śparklewśki. Ź ziawodu... meniel, ziebrak i parkowi pijjak i ksikać. Tiu mam źdjjęcia. - co powiedziawszy, wyjął z kieszeni fotografie.<br />
- Hym, hym, hym-mmmm... Tatuaż na tyłku, kolorowe włosy, te cudaczne rękawice-kopy-ta... Nie ma wątpliwości, Kuc-c. Co jeszcze o nim wiado-mo?<br />
- Nia razie tilko tile...<br />
- Poważ-nie? Chyba żartu-jesz...<br />
- W ziasiadzie... Jjeśt jjeście coś, ale to... Nie, ziapomnijj o tim.<br />
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu... Wiesz chyba, jakie mam meto-dy? Wszy...<br />
- Wsiśtkie śladi mogią źmienić bieg śprawi. - dokończył policjant za detektywa. - Dobzie, powiem. Źnaleźliśmi jjednią zieć łońciącią wsiśtkie ofiari.<br />
- I cóż to jest-t?<br />
- Źniaś takią giazietę dla kobiet jak "Wialeńka i zicie"?<br />
- Znam-m.<br />
- Wsistkie ofiari miałi w śwoich horośkopiach na zień śmierci tio siamo źdanie: "Unikiaj niepotsiebnich diśkuśjji".<br />
- A kto tracił czas na sprawdzanie czegoś takie-go?<br />
- Nikt, po prośtu jeśtem wielkim fanem horośkopiów i ziauwaziłem to psipadkiem. Bo wiziś, u niaś w Siambanie...<br />
- Hym, hym, hym-mmmm... Zawsze to jakiś początek. Dzięki.<br />
- Nie ma zia cio. Ziawsie psiecieś Twojja robotia bardzio ułatwia nasią. Tio jjeśt układ  wiąziani.<br />
Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie, po czym każdy odjechał w swoją stronę. Kamil skierował swój rozsypujący się wóz w stronę jednej z podrzędnych dzielnicowych spelun, miejsca związanego z czwartą ofiarą. Zaparkowawszy za jednym z wielkich śmietników, celem ukrycia pojazdu przed złodziejami, Belewski otworzył i przekroczył drzwi prowadzące do "Mamuta".<br />
Momentalnie po wejściu uchylił się odruchowo przed wyrzuconym w jego stronę kijem do bilarda. Kilku śmierdzących tandetnymi papierosami przedstawicieli klasy robotniczej najwyraźniej grało na pieniądze. Detektyw usiadł przy barze. Rozglądał się przez chwilę po lokalu, po czym łupnął pięścią w blat i wrzasnął:<br />
- Bar-man!<br />
- Dziewczynki wychodzą dopiero po dziesiątej! - odkrzyknął głos z zaplecza.<br />
- Mnie wystarcza konto pre-mium! Polewaj no-o!<br />
To zdanie wywabiło właściciela-barmana do klienta.<br />
- Frajer. Czym chcesz  się nawalić, o rękawiczniku?<br />
- Daj no bran-dy. I powiedz no mi-i... Nie szukasz może nowych pracowników?<br />
- Skąd taki pomysł?<br />
- Bo nie tak dawno temu straciłeś jedną kelner-kę. I nerwy na tłumaczenie się przed są-dem.<br />
- I tak chciałem ją zwolnić. Myliła zamówienia, darła się na klientów, w tym grube ryby, wykręcała się od tańczenia, a o robocie w pokoju w ogóle nie było co przy niej marzyć. Czara goryczy sie przelała, kiedy wyrzuciła za drzwi tą byłą wróżkę. Na szczęście ktoś mnie wtedy wyręczył i ją zatłukł.<br />
- Wróż-kę?<br />
- Tą dawną sławę, wróżkę Regelindę. Odkąd jakaś katolicka dziennikarka podburzyła cały świat przeciwko niej, popadła w ruinę fizyczną i psychiczną... no i pija od tej pory tu, bo daję babom 30% zniżki. Traci całą wypłatę z tego głupiego czasopisma, do którego pisuje horoskopy...<br />
- A po co taka zniż-ka?<br />
- Bo one omijają takie miejsca, wiesz o tym?<br />
- Wie-em. Też żyję w tym mieś-cie.<br />
- A to kobiety w tej dzielnicy mają pieniądze, bo faceci przepuszczają je na wódę i dziewczynki. Więc, jako myślący biznesmen, postanowiłem uderzyć do zamożniejszej klienteli. Wśród tych patusów nietrudno znaleźć osoby, które dadzą się powieść na pokuszenie...<br />
- Rozu-miem.<br />
- To ile tego brandy?<br />
- Rozmyśli-łem się. Narka, businesma-nie.<br />
- A idź ty w...<br />
Kamil udał się w kierunku wyjścia, po drodze znowu odskakując z toru lecącego kija bilardowego. Postanowił teraz prześledzić informację, którą wysępił od barmana.<br />
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać stukanie w klawisze. Wynajmujący to biuro detektyw przeszukuje sieć (na Wi-Fi stowarzyszenia studenckiego korzystającego z sąsiedniego pomieszczenia) w poszukiwaniu artykułów o wróżce Regelindzie. Ku swojemu średnio wysokiemu zaskoczeniu, dowiaduje się, że te "hejterskie pamflety", jak określała to część komentujących, pisała pierwsza ofiara, pod sam koniec swojej dziennikarskiej kariery. Po upadku Regelindy przeszła na emeryturę.<br />
Kolejnym krokiem było sprawdzenie trzeciej ofiary, popa. W tym celu Kamil udał się na mszę na osiedlu brodryjskich uchodźców-republikanów, którzy zamieszkali tu po dobrowolnym odjeździe z Brodrii, gdy ta stała się monarchią. Stanął sobie z tyłu i czekał na koniec. Po obrzędzie przepytywał wychodzących wiernych. Ci traktowali go jednak wrogo, zwłaszcza, gdy wspomniał nazwisko ich zmarłego duszpasterza. Jedynie jedna staruszka z nim chwilę porozmawiała.<br />
- ...Więc, czy było coś niecodziennego w zachowaniu księdza ostatnimi cza-sy?<br />
- Nie. Jak zawsze krzyczał na panny młode w ciąży, pijaków, młodzież, dziadujących ofiary, opuszczających różańce... Ganił ich swoją ususzona prawicą... Ale... była jedna dziwna rzecz już po jego śmier-... - urwała w pół zdania.<br />
- Ta-ak?<br />
- Miałam nie rozpowiadać... Ale... Spalone ciało było... dziwne. Nie dało się go niemal zidentyfikować. Ostatecznie zrobiono to po odciskach zębów.<br />
- A badania DN-A?<br />
- Panie, kogo tu na to stać?<br />
- Czy ksiądz miał jakąś rodzi-nę?<br />
- Nigdy nie chciał o tym rozmawiać.<br />
- Rozu-miem. Dzięku-ję.<br />
- I jeszcze coś.<br />
- Ta-ak?<br />
- Czy słyszał Pan o tym, że policja znalazł u niego jakieś gazety?<br />
- Ow-szem.<br />
- A wie Pan może, jakie? Cała parafia o tym plotkuje. Bo wie Pan, ciągle jakieś paczki do niego przychodziły... I kurier się śmiał, że stary pop, kawaler, a takie rzeczy zamawia...<br />
- Niestety, nie wiem-m. Raz jeszcze dziękuję za rozmo-wę. Do widze-nia. <br />
Belewski wracając do domu, sporo rozmyślał. Pierwszy dzień działań był bardzo udany.<br />
Drugiego skierował się na osiedle robotnicze. Na ławce w "parku" siedzieli śmierdzący papierosami mężczyzna i płacząca kobieta. Pod konstrukcją leżała butelka wódki. W pewnym momencie facet wrzasnął:<br />
- Zamknij się wreszcie, babo! To dla wszystkich trudne, a ty tylko wkurzasz pół osiedla! - po czym wziął zamach pięścią. Kobieta zasłonił twarz rękami. Ale nie uderzył, bowiem spostrzegł, że ktoś się zbliża.<br />
- A ty tu czego... O, ohohohoho! Czy to nie sam "koleś z kontem premium"?<br />
- Ta-ak. Pozwoli Pan, że się przedsta-wię. Jestem Kamil Chara Belewski, dete-ktyw. Szukam sprawcy tych tajemniczych zdarzeń w mieście z ostatnich miesięcy i dlatego chciałbym zapytać, czy nie zechce się Pan ze mną podzielić informacja-mi?<br />
- Stąpasz po cienkim lodzie...<br />
- Proszę mi powiedzieć wszystko, co Pan wie o Tomaszu Wróblu. - słysząc to, kobieta ponownie się rozpłakała.<br />
- Jestem jego ojcem... - mężczyzna zacisnął zęby. W jego oku detektyw dostrzegł łzę. - I nic nie wiem. Już tłumaczyłem to pałom. Tomka nie było całe dnie w domu. A jak przychodził, to nawalony i pyskaty. Pas nic do niego nie przemawiał. Zresztą, jakieś dwa miechy przed... - znów z oka faceta poleciała łza - ...zaczął chodzić na siłownię. Pewnie chciał zlać swojego starego, cholernego patusa i kata... Idź sobie. Ale jeżeli czegoś się dowiesz, wróć tu. Inaczej... - po raz trzeci mężczyzna zapłakał jedną łezką, po czym wziął tęgi łyk z butelki leżącej pod ławką.<br />
Kamil wycofał się powoli. W głowie układał już rozwiązanie. Jak zwykle był cztery kroki przed stróżami prawa. Pozostało mu tylko czekać na telefon.<br />
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.<br />
- I jak idzie?<br />
- Kujonek, wi-taj! Już skończy-łem.<br />
- Naprawdę? Heh, widać wybrałem właściwego człowieka. Kto jest winien?<br />
- Miłośnik pewnej wróż-ki. Myślę, że skojarzysz nazwis-ko. Zwą go...<br />
W tym momencie otworzyły się drzwi. Stał w nich winowajca, z pistoletem w lewej dłoni. Belewski odwrócił się do niego.<br />
- A więc to ty-y... Wiedzia-łem.<br />
- Tak, to ja. Jesteś cwany, Belewski. Pewnie myślisz, że mnie całkiem rozpracowałeś?<br />
- Zgadza się-ę. Uwielbiasz Regelindę, przyz-naj.<br />
- Uwielbiam? Ha, ja jestem jej największym miłośnikiem! Nie ma słów, które by opisały mój stosunek do jej omniniesamowitej osoby! Ale ten papajski babsztyl ośmielił się podnieść na nią pióro... Musiałem pomścić moją boginię... Ale to nic nie pomogło! Prasa w ogóle nie zwróciła uwagi na Regelinię! Wtedy to...<br />
- ... Zacząłeś realizować jej horoskopy, żeby motłoch znów w nie uwie-rzył?<br />
- Tak. Ludzkim truchłom tabloidy zawsze poświęcą miejsce. Musiałem tylko czekać, aż któryś dziennikarzyna znajdzie powiązanie między ofiarami. Ale oni są strasznie tępi... A teraz ty chcesz mi przeszkodzić w mojej misji! Nie mogę na to pozwolić... A zwłaszcza patrząc po Twoim horoskopie na dziś...<br />
- I uważasz, że tak łatwo mnie dor-wiesz?<br />
- Już cię dorwałem... - rzekł złoczyńca, szeroko się uśmiechając.<br />
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, rozlega się wybuch. Jest on niewielki, ale wystarcza do pozbawienia życia detektywa wynajmującego to biuro. Bombka była umieszczona w telefonie.<br />
Następnego dnia policja bada to miejsce. Sprawcy nikt nie widział, gdyż o tej porze nikogo na piętrze nie było. Nie ma też mowy o nagraniach z monitoringu, ponieważ właściciel na niego sępił, i jak się okazuje, wyłączał go codziennie na co najmniej pół dnia, mimo prawnych wymagań. Jak się okazuje, Kamil Belewski spodziewał się, że może nie wyjść ze sprawy cało. W biurku znaleziono jego notatkę. Napisał w niej dwa krótkie zdania: "Twoja kolej, drogi czytelniku. Kimkolwiek jesteś - zanieś światu prawdę. ~Kamil Chara Belewski ".<br />
Kto więc jest winny?<br />
Czekamy na odpowiedź, czytelniku.</blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Konstanty Jerzy Michalski "Reportaż - Jahołdajewszczyzna"<br />
<br />
<a href="https://docs.google.com/document/d/1W9uCjDmpn_tpw_g4KonWSH7ORlKcERvHvzPXzYDMs-E/edit" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://docs.google.com/document/d/1W9uC...DMs-E/edit</a></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Aleksandra Dostojewska Swarzewska - twórczość własna<br />
<br />
1.Romantykom z Pieczar Nordaty.<br />
<br />
Posłuchaj Kochany dzwonów żałobnych,<br />
dla kogóż bije ten śmierci jęk?<br />
Dla kogóż katafalk jest przeznaczony,<br />
i czemuż już widzę grobowy cień?<br />
<br />
O nie mów, nie mów miły Apollo,<br />
że to już nasz nastąpił zmierzch, <br />
wszak póki serce me w piersi bije,<br />
narodu mego siły bacz i mierz!<br />
<br />
Złota chcieliście, my złoto dalim,<br />
damy i run srebrzystych wam moc,<br />
ale swego ducha nigdy nie spalim,<br />
w ogień wpierw pójdzie niech nasza krew!<br />
<br />
<br />
<br />
2.Kraju znad Newy.<br />
<br />
Do Ciebie wzdycham w tułaczce i pielgrzymce mej,<br />
raczże przytulić to serce i otrzeć me łzy dzisiaj chciej!<br />
<br />
Mijają godziny i chwile grozy, <br />
ja sama nie wiem, kto wróg, kto brat?<br />
Kto mi pomoże, rzuci kotwicę,<br />
a kto nóż w pierś mą wbije<br />
i zaleje mą krwią, kraj mych dziecinnych lat?<br />
<br />
Ja Tobie swe życie oddałam, <br />
za nurty Newy walczyłam,<br />
gdy przeklęty ów gród z Gremlem wyzwalałam,<br />
a teraz cóż od Ciebie otrzymałam?<br />
<br />
Wybije jednak godzina prawdy,<br />
i runie gmach więziennych cel,<br />
wszak z nami On – Mistrz Prawdy,<br />
dziś wskaże Ludowi drogi Cel.<br />
<br />
Potępień niech sączą się krople obfite,<br />
za kłamstwa i ofiary niewinnej śmierć!<br />
Śmiech pusty brzmieć będzie całe me życie,<br />
aż wróg odda należną nam cześć!<br />
<br />
Do Ciebie wzdycham, i wiem, że znowu ujrzę Greml, <br />
mój sen, <br />
Twa moc wskaże nam dzień, gdy minie noc.</blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Maciej Kamiński "Opowiadania ze Święta Policji Krajowej"<br />
<br />
Cześć, moje pysie.<br />
Program uroczystości jest następujący:<br />
1.	Obowiązkowy punkt każdej uroczystości, czyli mdłe przemówienie. Przemawiam ja, a jeżeli ktoś inny chce, może dołączyć.<br />
2.	Na prośbę Adasia, w psychodelicznej manierze przebadamy zwłoki Czosnka von Szczypiora, odstrzelonego przeze mnie 29 września 2014. Dlaczego? Bo Policja jest nienormalna, wszyscy to przecież wiedzą.<br />
3.	Na koniec, zrobimy coś niespodziewanego i dżamahirijskiego.<br />
<br />
Podkład muzyczny: <a href="https://www.youtube.com/watch?v=cATPLk559XY" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">https://www.youtube.com/watch?v=cATPLk559XY</a><br />
Moi kochani rodacy!<br />
Dokładnie dwa lata temu Parlament I kadencji za pomocą uchwały powołał pierwszego Prezesa Policji Krajowej. Jak się okazało, to stanowisko jest wyjątkowo trwałe. Albo zabetonowane, jak kto woli. Moja osoba nadal bowiem je obsadza. Z biegiem czasu, ze zwykłego organu porządkowego gestapo ortograficzne, jak potocznie ten organ dziś zwiemy, urosło do roli wentyla bezpieczeństwa Republiki Bialeńskiej, poprzez systematyczne zwiększanie uprawnień. Wielka w tym rola Markusa Wettina, autora „poprawki odstrzałowej” do Kodeksu Wykroczeń. I dziś, jako Bialeńczycy zbieramy się tutaj, by poświętować, że sobie dwóch stróżów prawa mamy. Maćka i Akrypę. Trochę psychodelicznie brzmi, prawda? Ale to wszystko składa się na nasz specyficzny klimat. Podobnie jak na przykład stosowanie mowy potocznej, jak ja to robię w tym przemówieniu. W końcu, gdzie jeszcze tak często widać organ porządkowy? Kojarzę tylko jedno aktualnie funkcjonujące państwo.<br />
W tym roku obywamy się bez obecności konduktora, zatem odznaczeń i folwarków tym razem nie będzie. Nic zresztą w tym dziwnego – w końcu były nadawane ledwie dziewięć dni temu. Zakończmy więc najmniej ciekawy punkt programu okrzykiem: Niech nam żyje silna Bialenia! I kropki przed emotikonami stawiajmy!<br />
<br />
Drugą częścią zabawy będą oględziny ciała np. von Szczypiora. Znany był on ze spamowania w jednym z sygnaturowych wątków naszego forum, czyli „Putin – wprowadź wojsko?”, za co zdarzyło mu się posiedzieć za kratami. Jednakże, powodem jego skazania na natychmiastową śmierć bez rozprawy było nękanie kilku z naszych rodaków za pośrednictwem prywatnych wiadomości. Ciało zachowało się do teraz w całkiem niezłym stanie, więc zapraszam do dosyć nieortodoksyjnej zabawy – możemy zabawić się w małego chirurga i trochę pobadać. Każdy chętny może wskazać, czemu mamy się w tych zwłokach przyjrzeć bliżej. Kiedy wszystkim się znudzi (albo od razu, jeżeli większość uzna to za zbyt obrzydliwy sposób na spędzanie czasu), pozbędziemy się ciała na manierę dotychczas przeprowadzanych publicznych egzekucji. Metoda zostanie wybrana na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy:”, tj. ogłoszę, że wybieramy metodę, i improwizowana „egzekucja” zostanie przeprowadzana na podstawie tego, co zostanie wskazane jako pierwsze.<br />
No dobrze. Osoby wrażliwe na treści drastyczne mogą sobie zrobić przerwę, a my przechodzimy do „gry”.<br />
<br />
Na koniec, przeczytamy bajeczkę, którą usłyszałem w Metrze od jednego z arabskich jeńców Timura. Nie dociekałem, jak ów się nazywał. Bajka nosi tytuł „Sasza, Mansor i bociany” i klimatycznie bardzo wpasowuje się w atmosferę dzisiejszego święta. Możecie na bieżąco komentować.</blockquote>
<br />
Improwizowany opis "egzekucji" (transkrypt, zachowane komentarze, ale tylko te na temat):<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Zegar śmierci wybije soją melodię od tyłu. <br />
Soja to świetna roślina. <br />
Już czas. <br />
@Fiodor<br />
Spalić las... <br />
@Maciej<br />
Na miejsce egzekucji, z niemożliwymi do domycia śladami krwi, wniesione zostaje kolejne ciało. <br />
Tym razem jest nietypowo. <br />
Bowiem jego posiadacz jest po drugiej stronie już od 15 miesięcy. <br />
Jednakże, jest to główna atrakcja dzisiejszego wieczoru. <br />
Zwłoki należą do Czosnka von Szczypiora. <br />
Naczelny psychopata Bialenii, Kamiński, jak zwykle w stroju kata, niesie je samotnie. <br />
Tłumy są jak zwykle pokaźne, jednak nie tak wielkie jak zazwyczaj. <br />
Wynika to tak z godziny, jak i z obniżonej atrakcyjności dzisiejszego zajścia. <br />
Ofiara wszak nie żyje i nie będzie krzyczała. <br />
Mimo to, z racji skali czynów, jakich się ów człek dopuścił, wciąż są obecne żywe emocje. <br />
Zaszyte ciało, jeszcze kilka chwil temu badane w pobliskim szpitalu sądowym, zostaje rzucone niedbale na środek Placu Zielonego. <br />
Następnie przez tłum powolutku sunie ciężarówka. <br />
Idący za nią ludzie rozdają wszystkim w tłumie okulary ochronne. <br />
Po kilkunastu minutach pojazd dociera na miejsce kaźni. <br />
Prezes Policji kwituje wypożyczenie zwierzaka. <br />
Kierowca wysiada i otwiera tylne drzwi swojej maszyny. <br />
Momentalnie wyskakuje stamtąd rozwścieczony bazyliszek. <br />
Zwierzę, rzuca po tłumie swoim potwornym wzrokiem. <br />
Po chwili jednak zauważa, że jego magia nie działa.<br />
W związku z tym, rzuca się na stojącego najbliżej Macieja. <br />
Ten jednak błyskawicznie broni się podręcznym paralizatorem. <br />
Ciężarówka z piskiem opon odjeżdża. <br />
Przerażony tłum rozbiega się. <br />
Kamiński przystawia łeb zamroczonego bazyliszka do zwłok. <br />
Zgodnie z treścią zamówienia, zwierzę jest głodne jak wilk. <br />
Wbrew typowym obyczajom swego gatunku więc, zabiera się za pałaszowanie trzeciej świeżości strawy. <br />
@Sukces<br />
miałem nadzieję, że zwłoki zostaną rozjechane ciężarówką :c <br />
@Maciej<br />
To by zepsuło efekt. <br />
Rozpoczyna od ponownego otwarcia rany na gardle. <br />
Nie bacząc na pozostałości po gruźlicy, wgryza się dziobem w mdłe mięso. <br />
Z największą rozkoszą chrupie kości. Szpik aż pryska dookoła. <br />
Głowa zostaje całkiem oddzielona od reszty ciała. <br />
Stwór następnie unosi swoją wielką tylną łapę i staje na niej, robiąc z czerepu krwawą miazgę. <br />
Łapczywie wyjada tkanki miękkie z szaro-brunatnej masy. <br />
Odór rozpościera się po całej okolicy, powodując zmniejszenie się tłumu gapiów. <br />
Następnie bazyliszek zabiera się za resztę ciała. <br />
Z chirurgiczną precyzją przecina skórę na klatce piersiowej i dobiera się do serca. <br />
Jest ono jednak tak zgniłe, mimo dobrego przechowywania, że nie daje rady go przełknąć. <br />
Co więcej, wymiotuje w otwór większość swojej dotychczasowej uczty. <br />
Niezadowolony bazyliszek rusza w kierunku podbrzusza. <br />
%Adas_von_Haller<br />
o kurcze, zapomniałem o obchodach ;( <br />
już się skończyły <br />
? <br />
@Maciej<br />
Wściekle rozpruwa je dziobem, mając nadzieję na lepszej jakości mięso. <br />
Nie, trwa część, o którą prosiłeś. <br />
%Adas_von_Haller<br />
wybornie <br />
@Maciej<br />
I słusznie się kieruje. <br />
Jelita bowiem, jak wynika z badań w szpitalu sądowym, są czyściutkie. <br />
Czosnek najwidoczniej działał na czczo. <br />
Tłum, a przynajmniej ta mniej wrażliwa zapachowo jego część, głośno mu kibicuje. <br />
Stwór w końcu wyciąga łeb z ciała. <br />
Kamiński, po szybkim rzucie oka, stwierdza, iż z jelit von Szczypiora uchował się jedynie kawałek, który Kuceł zabrał na pamiątkę. <br />
Wciąż głodna bestia, szybkim ruchem zrywa całą skórę ze stóp denata. <br />
Następnie zaś staje na jego nogach, wściekle je rozdrapując. <br />
Z pewnym wahaniem, wsuwa łeb jeszcze raz w ranę na klatce piersiowej, wypełnioną efektem regurgitacji. <br />
Odsuwa wymiociny dziobem i uderza na żołądek. <br />
Wyrywa go, po krótkim mocowaniu się, i wywleka na zewnątrz. <br />
Robi w nim dziurę i zaczyna wysysać to, co jeszcze nie odparowało z kwasów żołądkowych. <br />
Substancja jest jednak tak gęsta, że staje bazyliszkowi w gardle. <br />
Bestia wymiotuje raz jeszcze. <br />
Osłabiona, schodzi z ciała i zaczyna kierować się przed siebie, zapewne z zamiarem ataku na tłum. <br />
Kamiński błyskawicznie wytrącą ją jednak z przytomności jednym uderzeniem pałką. <br />
* Adas_von_Haller Adaś wymiotuje z obrzydzenia i zastanawia się, czy Maciej nie jest przypadkiem psychopatą <br />
@Maciej<br />
Następnie wyciąga telefon i dzwoni z powrotem po dostawcę. <br />
Było być od początku, czytałbyś ostrzeżenie. <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/wink.png" alt="Wink" title="Wink" class="smilie smilie_2" /> <br />
Tłum pomału się rozchodzi. <br />
Tak oto dobiegło końca krwawe, ohydne widowisko. <br />
%Adas_von_Haller<br />
brawo <br />
@Maciej<br />
Buziaczki dla autora pomysłu na metodę egzekucji, Kuceła. <br />
Teraz dziesięć minut przerwy, bo aplce mnie już bolą, a potem przejdziemy do ostatniej, tajemniczej części uroczystości. <br />
*Palce. <br />
%Adas_von_Haller<br />
Brawo Kucel. <br />
@Sukces<br />
co tu się zastanawiać, Maciej jest psychopatą przecież <br />
Kucelgrzeczny<br />
kupuję tego bazyliszka <br />
daj numer do nich <br />
@Maciej<br />
664 555 986. <br />
Oby to nie był prawdziwy numer... <br />
@Sukces<br />
haha <br />
dźwoń i poproś o bazyliszka <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/biggrin.png" alt="Big Grin" title="Big Grin" class="smilie smilie_4" />D</blockquote>
<br />
Bajka opowiedziana na koniec:<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Dawno, dawno temu…<br />
Żył w Farunie urodziwy młodzieniec imieniem Sasza. Był kalifem – władcą kraju – uwielbianym przez wszystkich. Miał tylko jednego wroga: okrutnego i podłego czarnoksiężnika imieniem Kaszenor, który chciał, by to jego syn Mirza objął tron.<br />
W końcu Kaszenora wygnano z pałacu, a Sasza o nim zapomniał. Kalif lubił zbierać drogocenne przedmioty. Pewnego dnia Mansor, wielki wezyr, przyprowadził doń wędrownego kupca. W rzeczywistości był to przebrany Kaszenor. Czarnoksiężnik otworzył drewnianą szkatułkę i pokazał kalifowi swoje towary. Sasza był zachwycony i kupił od niego wszystko. Potem spytał o maleńką szufladkę, umieszczoną  jednej ze ścian szkatułki.<br />
- Sam nie wiem, co w niej jest – odparł chytrze czarnoksiężnik. Otworzył szufladkę i wyjął z niej puzderko zawierające czarny proszek, a później zwitek starego papieru. Pokrywały go dziwne znaki.<br />
- Niech Wasza Wysokość przyjmie to w prezencie – poprosił czarnoksiężnik i bijąc pokłony, wycofał się z sali tronowej.<br />
Sasza zawołał swoich doradców i kazał im odszyfrować pismo. Po kilku dniach odczytali, co następuje:<br />
„Człowiek czytający te słowa zdobędzie moc przemiany w dowolne stworzenie i rozumienia jego mowy. Musi tylko wciągnąć nosem czarny proszek  i wypowiedzieć słowo „Ramzanikrul”. Aby znowu przybrać ludzką postać, musi trzykrotnie skłonić się w kierunku Koburgii Centralnej i ponownie wypowiedzieć zaklęcie.”.<br />
Papier ostrzegał też, że dopóki pozostanie się w skórze zwierzęcia, nie wolno się roześmiać, bo wówczas zapomni się zaklęcia.<br />
- Możemy zamienić się w zwierzęta, Mansorze! – zawołał podniecony kalif.<br />
- Jak sobie życzysz, Panie – rzekł z niskim ukłonem, Mansor.<br />
Następnego dnia o świcie kalif i wezyr wybrali się nad jezioro. Sasza wyjął z kieszeni puzderko. Zastanawiali się nad tym, jakie zwierzę wybrać, gdy niespodziewanie usłyszeli majestatyczny okrzyk.<br />
- Kubiłaje! – krzyknęli. – Zmieńmy się w kubiłaje!<br />
Wciągnęli proszek, wypowiedzieli: „Ramzanikrul”. Ich nogi i ręce wydłużyły się, paznokcie rozrosły do kopyt, a szaty zamieniły się w biało-czarne futerka z kikutami skrzydeł na łopatkach. Wkrótce po dwóch mężczyznach nie było śladu.<br />
Dwa kubiki patrzyły na siebie w zdumieniu. Potem rozpędziły się.<br />
- Jakże inaczej wygląda ziemia w tempie galopu! Chodź, wrzućmy piaty bieg i odnajdźmy inne kubiłaje – zaproponował Sasza.<br />
Skierowali się więc w stronę ujścia rzeki. Iluż nowych, kubikowych rzeczy nauczyli się po drodze.<br />
W pewnej chwili usłyszeli jakiegoś kubiłaja, opowiadającego o tym, jak za Daniela Łukasza było dobrze, i że niepełnosprawni nie powinni być pokazywani w telewizji. Zapomnieli o przestrodze i wybuchnę li śmiechem. Wkrótce mieli za to gorzko zapłacić… Pod wieczór postanowili wracać do pałacu.<br />
Puścili się wolnym kłusem przez miasto. Działo się coś dziwnego. Wszędzie stały tłumy gapiów. W złotym powozie kalifa siedział ktoś obcy.<br />
- Kim jest ten oszust?! – zaparskał Sasza.<br />
- To Mirza, syn wypędzonego czarnoksiężnika. – odparł przerażony Mansor.<br />
Mówiąc to, zadrżał z trwogi, bo uświadomił sobie, że nie pamięta zaklęcia. Oba kubiłaje odbiegły w dal, szykując się do ponownej przemiany. Sasza wyjąkał jedynie:<br />
- Nie pamiętam, nie pamiętam…<br />
- Nigdy już nie będziemy ludźmi! – rzekł smutnie Mansor.<br />
- Pędźmy do Broskwy i pomódlmy się przy grobie Chruszczenki, by przywrócił nam pamięć.<br />
Ale do Broskwy było daleko, a słońce już zachodziło. Oba kubiłaje, rozglądając się za jadłem, dobiegły do oazy. W krzakach usłyszały rżenie.<br />
- Co to było?<br />
- Chodźmy i sprawdźmy – odważnie rzucił Sasza.<br />
W ciemnym kącie za palmą, dostrzegli klacz. Na ich widok parsknęła radośnie.<br />
- Nareszcie! Po tylu latach urok pryśnie!<br />
Sasza i Mansor spojrzeli niepewnie po sobie.<br />
- Jestem Nadża, córka króla Hagalu. – powiedziała klacz. – Czarnoksiężnik Kaszenor chciał, bym poślubiła jego syna i oddała mu królestwo mego ojca. Zjawił się w przebraniu i dolał mi eliksiru do wina. Wtedy zmieniłam się w klacz. Kaszenor powiedział, że zostanę nią, póki ktoś nie pojmie mnie za żonę.<br />
- Znów Kaszenor! – zarżał Sasza i opowiedział Nadży ich historię.<br />
- I co teraz zrobimy? – zakończył dramatycznie.<br />
- Nie traćmy nadziei. Kaszenor co jakiś czas przyjeżdża do świątyni nieopodal, gdzie wyprawia biesiady dla kolegów czarnoksiężników. Podczas nich chwalą się ostatnimi osiągnięciami. Jeżeli wypowie związane z Wami zaklęcie, to jesteście ocaleni.<br />
- Na pewno tak będzie! – wyparskały kubiłaje. – Chodźmy więc tam natychmiast.<br />
Ale klacz nie ruszyła się z miejsca.<br />
- Zanim pokażę Wam drogę, jeden z Was musi obiecać, że mnie poślubi. Inaczej na zawsze pozostanę koniem.<br />
- Zgoda! Pojmę Cię za żonę, gdy tylko wrócimy do normalnego stanu! – zawołał kalif.<br />
Klacz zaprowadziła kubiłaje wąskim przejściem podziemnym do przedsionka ruin.<br />
- To miejsce ich spotkań. Możemy słuchać przez otwór w ścianie – oświadczyła.<br />
Trójka czuwała na zmianę. Po kilku dniach rozpoczęło się wreszcie przyjęcie.<br />
- Zgadnijcie, jak umieściłem syna na tronie? – zabrzmiał głos głównego antagonisty.<br />
Po chwili rozmowy z ust jednego z gości padło głośno słowo: „Ramzanikrul”.<br />
- Dobra nasza! – zarżały radośnie kubiłaje, po czym skłoniły się po trzykroć ku Koburgii Centralnej i wypowiedziały zaklęcie. W mgnieniu oka odzyskały dawną postać.<br />
Kalif i wezyr uściskali się z radości. Potem zwrócili się do klaczy – ale na jej miejscu ujrzeli królewnę w jedwabnej sukni ze sztucznego niedźwiedzia. Sasza był nią oczarowany.<br />
- Masz moje słowo co do ślubu – zapewnił królewnę. – Odbędzie się on, gdy tylko odzyskam tron.<br />
Wszyscy troje podkradli się do Syren 103 pozostawionych przez czarnoksiężników i cichcem wsiedli do jednej.<br />
Nad ranem dotarli do bram miasta. Ludzie cieszyli się, że ich Pan powrócił cały i zdrowy, w towarzystwie pięknej królewny. Tłoczył się wokół auta, wznosząc okrzyki radości.<br />
Dalej wypadki potoczyły się szybko. Kaszenor został aresztowany, zanim jeszcze jego przyjęcie się zakończyło, i po dostarczeniu przed oblicze Saszy, skazany na natychmiastową śmierć przez ścięcie. Jego syn na wieść o tym próbował uciekać, ale został schwytany. Zmuszono go do przemiany w Michała Bryenniosa, zamknięto w klatce, a następnie tak długo szczuto Familiadą, aż w końcu się roześmiał i zapomniał zaklęcia.<br />
Nazajutrz odbył się bajkowy ślub Saszy i Nadży. Okazała się ona być wymarzoną żoną dla kalifa. Cała trójka, razem z Mansorem, żyła długo i szczęśliwie.</blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Herman Kolineusz-Michalski "Abstrakcja"<br />
<br />
<img src="http://i67.tinypic.com/rswr2h.png" width="800" height="401" alt="[Obrazek: rswr2h.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Eddard Noqtern "[...]"<br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/0HKw4fP.png" width="800" height="499" alt="[Obrazek: 0HKw4fP.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Adaś von Haller "Personifikacja parekselans społeczeństwa bialeńskiego"<br />
<br />
<img src="http://s5.ifotos.pl/img/Beztytulu_srswqrn.png" width="579" height="381" alt="[Obrazek: Beztytulu_srswqrn.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Markus Wettin "[...]"<br />
<br />
<img src="http://i67.tinypic.com/1zyh98k.png" width="799" height="999" alt="[Obrazek: 1zyh98k.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Fiodor Hristov "Bialeńska Scena Polityczna"<br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/WQZewnS.png" width="800" height="388" alt="[Obrazek: WQZewnS.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Fiodor Hristov "Smutne ZSEE"<br />
<br />
<img src="http://i.imgur.com/9yHxPDM.png" width="800" height="388" alt="[Obrazek: 9yHxPDM.png]" class="mycode_img" /></blockquote>
<br />
<blockquote class="mycode_quote"><cite>Cytat:</cite>Tomasz Bagrat '' Co to jest Brodria ? ''<br />
<br />
Co to jest Brodria ?<br />
- zapyta ktos , gdzies,<br />
Brodria to lasy , miasta i wies,<br />
i szosa po ktorej auta pedza,<br />
i ptaki ktore na galezi sobie gawedza,<br />
i samolot co wysoko nad toba lata,<br />
Brodria to twoj kawalek mikroswiata,<br />
Brodria to jeziora, strumienie i rzeka,<br />
oraz gory ktore widac z daleka,<br />
a nawet chmury gdy nad nami mkna,<br />
Brodria to jest takze nasz wspolny Dom.</blockquote>
]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Witajcie w Wolnogradzkim Domu Kultury]]></title>
			<link>https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-3397.html</link>
			<pubDate>Sat, 04 Jul 2015 18:43:36 +0200</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/thread-3397.html</guid>
			<description><![CDATA[Witajcie w Wolnogradzkim Domu Kultury! Jest to miejsce w którym publikować można szeroko pojętą twórczość - własne wiersze, prozę, obrazy i inne Wasze dzieła. Nagradzane są tu również prace konkursowe z konkursów organizowanych przez Ministra (Komisarza) Kultury i Sportu.<br />
<br />
Pamiętaj, by w swej twórczości nie obrażać innych. Oczywiście, można mówić o kimś z odrobiną humoru, ale trzeba znać granice - w końcu jesteś w Domu Kultury. <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/wink.png" alt="Wink" title="Wink" class="smilie smilie_2" /><br />
Szanuj także prawa autorskie.<br />
<br />
Nadzór nad Wolnogradzkim Domem Kultury sprawuje aktualny Minister Kultury.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witajcie w Wolnogradzkim Domu Kultury! Jest to miejsce w którym publikować można szeroko pojętą twórczość - własne wiersze, prozę, obrazy i inne Wasze dzieła. Nagradzane są tu również prace konkursowe z konkursów organizowanych przez Ministra (Komisarza) Kultury i Sportu.<br />
<br />
Pamiętaj, by w swej twórczości nie obrażać innych. Oczywiście, można mówić o kimś z odrobiną humoru, ale trzeba znać granice - w końcu jesteś w Domu Kultury. <img src="https://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/bialenia/spolecznosc/images/smilies/wink.png" alt="Wink" title="Wink" class="smilie smilie_2" /><br />
Szanuj także prawa autorskie.<br />
<br />
Nadzór nad Wolnogradzkim Domem Kultury sprawuje aktualny Minister Kultury.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>