Forum Republiki Bialeńskiej

Kultura i społeczeństwo => Kawiarnia Artystyczna "Kulturalna" => : Maciej Kamiński Thu, 16 Jan 2014, 18:36:53

: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Thu, 16 Jan 2014, 18:36:53
Witam!

Ostatnimi czasy zakończyliśmy Księgę I naszej narodowej epopei, która narodziła się w wyniku intensywnych zapędów twórczych mnie i Andrzeja, których nie zatrzymał fakt ustanowienia rekordu, który miał początkowo osiągnąć ten wątek (najdłuższy wiersz w mikroświecie). Teraz czas zabrać się za pozostałych jedenaście. Tytuł dla tej Księgi proponuję ustalić, tak jak poprzednio, po jej napisaniu.

Naszych dzielnych bohaterów pozostawiliśmy przy następującym stanie wydarzeń: Khmerzy podbili cały kraj, rządzi okrutnie ich wódz Sary, który mści się za śmierć swojego ojca, Alfreda. W rządzeniu pomagają mu: bialeński rabin-zdrajca, morderca bezimiennego szlachcica (zdaje się ów renegat nazywał się Samphan?), generał Natan, dowódca Khmerskiej armii oraz bezimienny arystokrata, który robi to dla swojej ukochanej córki, porwanej przez Khmerów. Bialeńczycy zostali przetrzebieni przez "Khmerski mór" - rodzaj trucizny, która została użyta przeciwko nim jako broń, ale dosięgnęła też i część samych najeźdźców (w tym Alfreda). Przeciwko okupantowi uformowały się ugrupowania partyzanckie: grupa dowodzona przez starego pułkownika Sabina, który podąża za Natanem i chce otwartej walki z najeźdźcą, oraz grupa chłopów pod przewodnictwem cudzoziemca Melchizedka - który to przepędził ludzi Sabina tuż przed bitwą, którą chcieli stoczyć. Ci oto wieśniacy dzięki wstawiennictwu Bożemu zdobyli Khmerski zamek za morzem, skąd wzięli jedną Khmerkę, po czym ruszyli w dalszą morską tułaczkę i dotarli do bogatej ziemi, gdzie utworzyli nowe społeczeństwo, marzące jednak o odzyskaniu władzy w kraju ojców. Pojawiły się też wątki: Wojciecha, który swoją niewiarę w Mesjasza Melchizedka przypłacił utratą rodziny, co spowodowało, że ukorzył się i przyłączył do powstańców, Adam Janowicza, dziedzica Rosienia, biedaka, ale szlachcica walecznego na schwał i kapitana Khmerskiej armii, Arwulfa.

A zatem, kontynuujmy rozwój wydarzeń. Mam nadzieję, że nowy początek sprawi, że ktoś jeszcze przyłączy się do tworzenia wiekopomnego dzieła. Księga druga zaczyna się:

W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Thu, 16 Jan 2014, 20:26:10
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Fri, 17 Jan 2014, 18:23:17
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Fri, 17 Jan 2014, 19:16:12
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Fri, 17 Jan 2014, 19:26:15
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Fri, 17 Jan 2014, 21:22:17
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponur.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sat, 18 Jan 2014, 16:34:49
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sat, 18 Jan 2014, 16:37:05
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sat, 18 Jan 2014, 17:44:43
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sat, 18 Jan 2014, 20:45:15
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 19 Jan 2014, 20:01:27
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

Nota: Apostrof na końcu postawiłem celowo, to "y" ma być przedłużone (efekt załamania głosu z wściekłości).
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sun, 19 Jan 2014, 20:11:18
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Mon, 20 Jan 2014, 10:42:49
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Mon, 20 Jan 2014, 12:45:13
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Tue, 21 Jan 2014, 20:55:05
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Tue, 21 Jan 2014, 22:26:39
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Wed, 22 Jan 2014, 13:44:58
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Wed, 22 Jan 2014, 17:28:36
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Thu, 23 Jan 2014, 14:58:36
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Thu, 23 Jan 2014, 15:01:27
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Thu, 23 Jan 2014, 17:08:16
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Thu, 23 Jan 2014, 20:35:12
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Fri, 24 Jan 2014, 12:03:04
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Fri, 24 Jan 2014, 12:06:11
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Fri, 24 Jan 2014, 12:37:44
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Fri, 24 Jan 2014, 14:23:25
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sat, 25 Jan 2014, 15:37:55
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sat, 25 Jan 2014, 22:13:56
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 26 Jan 2014, 19:17:00
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sun, 26 Jan 2014, 20:02:32
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 26 Jan 2014, 20:13:20
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sun, 26 Jan 2014, 20:26:07
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Mon, 27 Jan 2014, 13:59:53
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Mon, 27 Jan 2014, 14:03:50
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Mon, 27 Jan 2014, 14:44:34
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Mon, 27 Jan 2014, 14:47:06
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Mon, 27 Jan 2014, 16:00:11
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Mon, 27 Jan 2014, 18:17:41
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Wed, 29 Jan 2014, 14:21:33
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Wed, 29 Jan 2014, 15:26:47
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Wed, 29 Jan 2014, 16:16:39
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Wed, 29 Jan 2014, 16:18:18
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Wed, 29 Jan 2014, 16:48:21
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Wed, 29 Jan 2014, 16:50:48
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Wed, 29 Jan 2014, 17:22:17
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Wed, 29 Jan 2014, 17:24:05
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Wed, 29 Jan 2014, 19:01:58
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Wed, 29 Jan 2014, 19:08:34
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Thu, 30 Jan 2014, 20:54:04
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Thu, 30 Jan 2014, 21:49:12
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Fri, 31 Jan 2014, 21:40:56
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Fri, 31 Jan 2014, 21:43:13
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Fri, 31 Jan 2014, 22:06:46
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedka,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Fri, 31 Jan 2014, 22:08:53
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Fri, 31 Jan 2014, 22:15:08
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Fri, 31 Jan 2014, 22:16:22
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Fri, 31 Jan 2014, 22:23:40
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Fri, 31 Jan 2014, 22:30:29
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sat, 01 Feb 2014, 19:37:50
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sat, 01 Feb 2014, 20:45:34
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofie,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sat, 01 Feb 2014, 21:05:23
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sat, 01 Feb 2014, 21:09:52
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 02 Feb 2014, 12:52:39
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sun, 02 Feb 2014, 13:11:38
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 02 Feb 2014, 13:22:57
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sun, 02 Feb 2014, 13:26:07
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 02 Feb 2014, 13:43:47
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sun, 02 Feb 2014, 13:48:31
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 02 Feb 2014, 14:17:15
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sun, 02 Feb 2014, 17:24:34
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,

Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Mon, 03 Feb 2014, 20:26:07
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,

Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."

I do niego przyszedł bies z cyrografem, lecz on odmówił,
W zamian straszliwe katusze mu czart podły sprawił,
Uciekał, lecz uciec nie mógł. Nagle spotkał anioła,
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Mon, 03 Feb 2014, 20:32:49
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,

Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."

I do niego przyszedł bies z cyrografem, lecz on odmówił,
W zamian straszliwe katusze mu czart podły sprawił,
Uciekał, lecz uciec nie mógł. Nagle spotkał anioła,

W stronę szatana poleciała smoła,
Która przypomniała mu o miejscu zamieszkania,
W kotłach gotowania oraz zasmażania.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Mon, 03 Feb 2014, 21:01:05
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,

Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."

I do niego przyszedł bies z cyrografem, lecz on odmówił,
W zamian straszliwe katusze mu czart podły sprawił,
Uciekał, lecz uciec nie mógł. Nagle spotkał anioła,

W stronę szatana poleciała smoła,
Która przypomniała mu o miejscu zamieszkania,
W kotłach gotowania oraz zasmażania.

Tak się sąsiad roztropny przekonał o tym,
Że pomoc Boża przyjdzie prędzej lub potem,
A ludzka agresja zgubną jest drogą życiową."
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Konstanty Jerzy Michalski Tue, 04 Feb 2014, 17:15:36
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,

Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."

I do niego przyszedł bies z cyrografem, lecz on odmówił,
W zamian straszliwe katusze mu czart podły sprawił,
Uciekał, lecz uciec nie mógł. Nagle spotkał anioła,

W stronę szatana poleciała smoła,
Która przypomniała mu o miejscu zamieszkania,
W kotłach gotowania oraz zasmażania.

Tak się sąsiad roztropny przekonał o tym,
Że pomoc Boża przyjdzie prędzej lub potem,
A ludzka agresja zgubną jest drogą życiową."

A wtedyż to de iure królową-cesarzową
co nad Bialenią czuwa i niby patronuje
jeszcze za Khmerów jej nie intronizuje
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Tue, 04 Feb 2014, 18:27:17
Przecinki, Panie Michalski. ;)

W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,

Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."

I do niego przyszedł bies z cyrografem, lecz on odmówił,
W zamian straszliwe katusze mu czart podły sprawił,
Uciekał, lecz uciec nie mógł. Nagle spotkał anioła,

W stronę szatana poleciała smoła,
Która przypomniała mu o miejscu zamieszkania,
W kotłach gotowania oraz zasmażania.

Tak się sąsiad roztropny przekonał o tym,
Że pomoc Boża przyjdzie prędzej lub potem,
A ludzka agresja zgubną jest drogą życiową."

A wtedyż to de iure królową-cesarzową,
co nad Bialenią czuwa i niby patronuje,
jeszcze za Khmerów jej nie intronizuje,

Acz okrutny Sary, władca faktyczny,
gardzi konkurencją, to sposób taktyczny,
Gdyż i tak Bialeńczyków chce wszystkich zabić.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Mon, 03 Mar 2014, 18:51:27
: "AndrzejSwarzewski"
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,

Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."

I do niego przyszedł bies z cyrografem, lecz on odmówił,
W zamian straszliwe katusze mu czart podły sprawił,
Uciekał, lecz uciec nie mógł. Nagle spotkał anioła,

W stronę szatana poleciała smoła,
Która przypomniała mu o miejscu zamieszkania,
W kotłach gotowania oraz zasmażania.

Tak się sąsiad roztropny przekonał o tym,
Że pomoc Boża przyjdzie prędzej lub potem,
A ludzka agresja zgubną jest drogą życiową."

A wtedyż to, de iure królową-cesarzową,
co nad Bialenią czuwa i niby patronuje,
jeszcze za Khmerów, jej nie intronizuje,

Acz okrutny Sary, władca faktyczny,
gardzi konkurencją, to sposób taktyczny,
Gdyż i tak Bialeńczyków chce wszystkich zabić.

Spalić na stosie lub na pal nabić.
Roztropni głoszą ucieczkę z kraju,
Do dalekiego, zamorskiego raju.

Lecz cóż, królowa mądra i roztropna,
By nie dać się w szpony haniebnego łotra,
Z kraju Austriackiego do raju odnalezionego wyrusza.

Ernest drogę jej wskazuje, wypływa okrętem "Kusza",
Jednak w Nowej Bialenii nie ma oczekiwanych wiwatów,
Piszczących kobiet, radosnych chłopów, rzucania kwiatów,

Bowiem lud spotkał kataklizm srogi,
Deszcze i powodzie zalały już wszystkie drogi.
Mesjasz modli się tylko i pyta Boga,

"Czy już się skończy wielka woda?"
Woda się kończy i radość się zaczyna,
I trwogi zakrywa się kurtyna.

Wiwatują wszyscy chłopi, oprócz Wojciecha,
Ten znów wszystko stracił, i został kaleką,
Mimo, że od dawna już wierzył w Melchizedeka,

Widział w nim półboga, już nie człowieka.
Lecz mesjasz wielki nie dopuści do utraty wiary,
Przestrzega lud przed nadejściem Bożej kary.

Powiada: "Moje drogie dziatki,
Wspomagajmy się teraz, w czasie matni,
Nie wątpmy w moc Bożą, bo

Bo on to ten naprawdę ostatni,
Który czyni nam dobro, nie zło,
I ciągle przy nas stoi"

Więc gdy przybybyła Katarzyna - królowa ,
Wielka Armia Melchizedkowa,
Pod dowódctwem Ernesta do Bialenii rusza.

Choć Melchizedek do zostania ich zmusza,
Prosi o zostanie w raju bezpiecznym,
Lepsze to niż trwanie w zniewoleniu wiecznym.

To jednak Prorok z nimi rusza,
Wraz z nim jego dusza
Armia ta liczy dziesiątki z tysięcy.

Wśród nich bohaterowie, lecz i mordercy.
Żołnierze, cywile, więźniowie i studenci,
Prawie wszyscy- do korony pretendenci.

Po tygodniu do brzegów Bialeńskich przybywają,
Królowa i Melchizedek z Janowiczem rozmowę odbywają.
Wszyscy razem rząd w Dorście stanowią.

Lecz czy spośród siebie przywódcę wyłowią?
Każda, choć potężna, armia bez wodza upada,
Silne wojsko Khmerów także na trop wpada.

Na czele Khmerów jak zawsze generał Natan,
Powstańcy wybrali ostatecznie Sabina, lecz ten szatan,
Sary, Bialenii chodząca zguba, wyśmiewa ten wybór,

Melchizedek zabiera diabłu miecz- rycerza przybór,
I choć od polityki wszelakiej stronił całkowicie,
Walka z "betonem" pochłonęła go niepospolicie.

Sabin jednak do niego mówi:
"Cudzoziemcze, tudzież mesjaszu drogi,
Daj wojskowemu wojną się zajmować."

Melchizedek nie wierzy w Sabina bogi,
Nie da swego mózgu złym słowem zamurować,
Bowiem wie kim jest, a jest wysłańcem.

Wie, że hamować wojowników musi, choćby kagańcem,
Bo Bóg zadba o swe owce, nie da ich wilkom pożreć,
Jeśli tylko w zagrodzie pozostaną, jak im kazał.

Czyż jednak Ojciec Niebieski mordować nie zakazał?
Te wątpliwości dręczą Posłańca, syna tej ziemi,
Czy naturę narodu naprawdę on zmieni?

Od myśli tych odrywa go Leksy:
"Mesjaszu, oni skończą jak pumeksy,
Z Twojej przypowieści, którą mi za knopa opowiedziałeś."

"Zaprawdę cieszę się, że mnie wysłuchałeś,
Będziesz mym zastępcą w imperium już bliskim"
Mówi Melchizedek, siedząc na krześle niskim.

I zastanawia się, jak szlachetków zatrzymać,
Bo niepokoi go, że dla nich Jego słowa to kpina,
Myśli Mesjasz: "Jakie słowa do twardych głów przemówią?"

Lecz przerywa swe myślenie, gdy armie służby wymówią,
Swojemu ojcu, twórcy i zbawicielowi Melchizedekowi Wielkiemu,
Wolą służyć starej gwardii ślepców i arystokracie niesławnemu.

Także Nowobialeńczycy do starego kraju przybyli,
Przeciwko swemu Mesjaszowi się zbuntowali,
Jedynie Leksy przy nim został.

Jako skała wiary w morzu głupoty się ostał.
Pobieżeli do wsi niewielkiej nad wodą szeroką,
Za nimi bogactwa Mesjasza się wloką.

Wieś ta Takowem się zwie,
Tu każdy rybę świeżą zje,
Rybacy tu najgościnniejsi w Bialenii.

Nawet Khmer srogi tego nie zmieni.
Wieś uwierzyła objawieniu Pana,
Przeciwko wrogom wystąpi nawet sama.

Mesjasz szkoli tu Apostołów, dwunastu najsłowniejszych,
Którzy pod Leksym pójdą, by odzyskać wiernych.
Jednocześnie arystokrata palec swej córki w paczce dostaje.

Tymczasem we wsi pracować nikt nie przestaje.
Werbują wiernych, pływają po bogactwa nowej wyspy,
I snują odważne polityczne zamysły.

A Dwunastu w wędrówce rozdziela się,
Każdy do innego wielkiego miasta wędruje,
Jednak praca idzie im topornie,

Bialeńczycy przyjmują nauki topornie.
Nie są gotowi na mentalną rewolucję,
Wolą z Khmerami uprawiać moralną prostytucję.
Ze starego forum. Napisaliśmy więcej - plany wydarzeń:

Księga II (reszta):
1. Apostoł Jerzy przybywa do siedziby Sarego.
2. Apostoł Jerzy opowiada Barabaszowi przypowieść o kocie i dzbanie.
3. Apostoł Jerzy rozmawia z Osmanem, obiecuje mu chwałę i władzę (ów koleżka chciał najbardziej na świecie głowy Arwulfa - pamiętam też zwrot "Osmanem/Ponad dwóch tysięcy Bialeńczyków feudalnym Panem").
4. Atalia przemawia do Bialeńczyków, Arabów, Khmerów, mówi o tym, jak to ją wzięli, dowiadujemy się o jej ojcu, Achacym, i chyba jakaś przypowieść tam była.

Księga III (sam początek):
1. Prezydent Rydel siedzi sobie, popija ocet winny.
2. Dostaje List od Leksego - pisze on, że Bialeńczycy się nie słuchają, jest bunt części Nowobialeńczyków, jednak plusem jest przeciągnięcie pewnej ilości Khmerów na swoją stronę.
3. Rozmawia prezydent z królową - podejmują decyzję (pamiętasz może jaką dokładnie?).
4. Czaja staje na czele armii Mesjasza.
5. Scena pod dworkiem arystokraty.

Zachęcam wszystkich do pomocy w odrobieniu strat. Zezwalam na pisanie do 12 wersów (4 zwrotek) naraz.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sun, 30 Mar 2014, 11:26:40
Macieju, mówiłeś coś, że wziąłeś się za odbudowę Księgi II. Jak Ci idzie?
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 30 Mar 2014, 11:31:28
: "AndrzejSwarzewski"
Macieju, mówiłeś coś, że wziąłeś się za odbudowę Księgi II. Jak Ci idzie?
Idzie strasznie topornie, dojechałem dopiero do początku przemówienia Atalii. W dodatku nie mogę wstawić częściowych rezultatów, bo gwizdek od Internetu na komputerze mi siadł i neta mam tylko w laptopie.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 06 Apr 2014, 16:06:53
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,

Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."

Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,

"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,

Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.

Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,

Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.

A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.

Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.

Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,

Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.

Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,

W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.

Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,

Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.

Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."

Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.

Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."

Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."

Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"

Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".

Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,

Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.

Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.

Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.

Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,

Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.

Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,

Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?

Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,

Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.

Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.

Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."

Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.

Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.

Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"

Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.

Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."

I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.

Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.

Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.

Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,

Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,

Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.

Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.

I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,

Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."

I do niego przyszedł bies z cyrografem, lecz on odmówił,
W zamian straszliwe katusze mu czart podły sprawił,
Uciekał, lecz uciec nie mógł. Nagle spotkał anioła,

W stronę szatana poleciała smoła,
Która przypomniała mu o miejscu zamieszkania,
W kotłach gotowania oraz zasmażania.

Tak się sąsiad roztropny przekonał o tym,
Że pomoc Boża przyjdzie prędzej lub potem,
A ludzka agresja zgubną jest drogą życiową."

A wtedyż to, de iure królową-cesarzową,
co nad Bialenią czuwa i niby patronuje,
jeszcze za Khmerów, jej nie intronizuje,

Acz okrutny Sary, władca faktyczny,
gardzi konkurencją, to sposób taktyczny,
Gdyż i tak Bialeńczyków chce wszystkich zabić.

Spalić na stosie lub na pal nabić.
Roztropni głoszą ucieczkę z kraju,
Do dalekiego, zamorskiego raju.

Lecz cóż, królowa mądra i roztropna,
By nie dać się w szpony haniebnego łotra,
Z kraju Austriackiego do raju odnalezionego wyrusza.

Ernest drogę jej wskazuje, wypływa okrętem "Kusza",
Jednak w Nowej Bialenii nie ma oczekiwanych wiwatów,
Piszczących kobiet, radosnych chłopów, rzucania kwiatów,

Bowiem lud spotkał kataklizm srogi,
Deszcze i powodzie zalały już wszystkie drogi.
Mesjasz modli się tylko i pyta Boga,

"Czy już się skończy wielka woda?"
Woda się kończy i radość się zaczyna,
I trwogi zakrywa się kurtyna.

Wiwatują wszyscy chłopi, oprócz Wojciecha,
Ten znów wszystko stracił, i został kaleką,
Mimo, że od dawna już wierzył w Melchizedeka,

Widział w nim półboga, już nie człowieka.
Lecz mesjasz wielki nie dopuści do utraty wiary,
Przestrzega lud przed nadejściem Bożej kary.

Powiada: "Moje drogie dziatki,
Wspomagajmy się teraz, w czasie matni,
Nie wątpmy w moc Bożą, bo

Bo on to ten naprawdę ostatni,
Który czyni nam dobro, nie zło,
I ciągle przy nas stoi"

Więc gdy przybybyła Katarzyna - królowa ,
Wielka Armia Melchizedkowa,
Pod dowódctwem Ernesta do Bialenii rusza.

Choć Melchizedek do zostania ich zmusza,
Prosi o zostanie w raju bezpiecznym,
Lepsze to niż trwanie w zniewoleniu wiecznym.

To jednak Prorok z nimi rusza,
Wraz z nim jego dusza
Armia ta liczy dziesiątki z tysięcy.

Wśród nich bohaterowie, lecz i mordercy.
Żołnierze, cywile, więźniowie i studenci,
Prawie wszyscy- do korony pretendenci.

Po tygodniu do brzegów Bialeńskich przybywają,
Królowa i Melchizedek z Janowiczem rozmowę odbywają.
Wszyscy razem rząd w Dorście stanowią.

Lecz czy spośród siebie przywódcę wyłowią?
Każda, choć potężna, armia bez wodza upada,
Silne wojsko Khmerów także na trop wpada.

Na czele Khmerów jak zawsze generał Natan,
Powstańcy wybrali ostatecznie Sabina, lecz ten szatan,
Sary, Bialenii chodząca zguba, wyśmiewa ten wybór,

Melchizedek zabiera diabłu miecz- rycerza przybór,
I choć od polityki wszelakiej stronił całkowicie,
Walka z "betonem" pochłonęła go niepospolicie.

Sabin jednak do niego mówi:
"Cudzoziemcze, tudzież mesjaszu drogi,
Daj wojskowemu wojną się zajmować."

Melchizedek nie wierzy w Sabina bogi,
Nie da swego mózgu złym słowem zamurować,
Bowiem wie kim jest, a jest wysłańcem.

Wie, że hamować wojowników musi, choćby kagańcem,
Bo Bóg zadba o swe owce, nie da ich wilkom pożreć,
Jeśli tylko w zagrodzie pozostaną, jak im kazał.

Czyż jednak Ojciec Niebieski mordować nie zakazał?
Te wątpliwości dręczą Posłańca, syna tej ziemi,
Czy naturę narodu naprawdę on zmieni?

Od myśli tych odrywa go Leksy:
"Mesjaszu, oni skończą jak pumeksy,
Z Twojej przypowieści, którą mi za knopa opowiedziałeś."

"Zaprawdę cieszę się, że mnie wysłuchałeś,
Będziesz mym zastępcą w imperium już bliskim"
Mówi Melchizedek, siedząc na krześle niskim.

I zastanawia się, jak szlachetków zatrzymać,
Bo niepokoi go, że dla nich Jego słowa to kpina,
Myśli Mesjasz: "Jakie słowa do twardych głów przemówią?"

Lecz przerywa swe myślenie, gdy armie służby wymówią,
Swojemu ojcu, twórcy i zbawicielowi Melchizedekowi Wielkiemu,
Wolą służyć starej gwardii ślepców i arystokracie niesławnemu.

Także Nowobialeńczycy do starego kraju przybyli,
Przeciwko swemu Mesjaszowi się zbuntowali,
Jedynie Leksy przy nim został.

Jako skała wiary w morzu głupoty się ostał.
Pobieżeli do wsi niewielkiej nad wodą szeroką,
Za nimi bogactwa Mesjasza się wloką.

Wieś ta Takowem się zwie,
Tu każdy rybę świeżą zje,
Rybacy tu najgościnniejsi w Bialenii.

Nawet Khmer srogi tego nie zmieni.
Wieś uwierzyła objawieniu Pana,
Przeciwko wrogom wystąpi nawet sama.

Mesjasz szkoli tu Apostołów, dwunastu najsłowniejszych,
Którzy pod Leksym pójdą, by odzyskać wiernych.
Jednocześnie arystokrata palec swej córki w paczce dostaje.

Tymczasem we wsi pracować nikt nie przestaje.
Werbują wiernych, pływają po bogactwa nowej wyspy,
I snują odważne polityczne zamysły.

A Dwunastu w wędrówce rozdziela się,
Każdy do innego wielkiego miasta wędruje,
Jednak praca idzie im topornie,

Bialeńczycy przyjmują nauki topornie.
Nie są gotowi na mentalną rewolucję,
Wolą z Khmerami uprawiać moralną prostytucję.

Jerzy, najdzielniejszy z Apostołów,
W swej pracy pełnej mozołu,
Dociera na dwór samego szatana, Sarego,

By namawiać Khmerów do dobrego.
Pierwszym nawróconym zostaje Barabasz,
Możny dostojnik, niegdyś królewski tragarz,

Który w Bialenii dorobił się znacznie.
Jerzy opowiada mu przypowieść o dzbanie:
"Był sobie raz pewien możny pan,

Który posiadał kota i złoty dzban.
Kot któregoś dnia porysował dzban,
I wyrzucił go z domu wściekł pan,

Lecz wkrótce szlachetkę tego obrabowano,
A potem z zemsty jego dworek podpalono,
Kot zaś trafił do wiejskiego masarza,

Który żywieniem kota biedę obrażał.
I tak szlachetka umarł przez stawianie
Przedmiotu nad żywym stworzeniem."

Następnego dnia Jerzy rozmawiał z Osmanem,
Ponad dwóch tysiecy Bialeńczyków feudalnym panem,
I zaciekłym i zapalczywym rywalem Arwulfa.

Obiecał mu chwalebne zwycięstwa,
Na czele Mesjasza armii potężnej,
I Osman zapragnął tej chwały mosiężnej.

Tydzień później w Tambowie stoi armia wszechczasów,
Pięć tysięcy Bialeńczyków, Khmerów, Arabów,
Pod samym Mesjaszem Melchizedekiem.

Stoi oto przed nimi Jego uczennica, półkrokiem.
Nazywa się Atalia, jest córką księcia Achacego,
Poczciwiny za sprawiedliwe postępowanie zabitego.

To ją właśnie z zamku wzięli powstańcy Melchizedkowi,
Prorok wychował ją wedle zasad wspaniałych swoich,
I teraz ona do tłumu zgromadzonego przemawia:

"Wojownicy najdzielniejsi! Usłyszcie me słowa,
Wypowiadam je jako panienka khmerowa,
Ale także wierna uczennica Mesjasza.

Wspanialszego niż pierwszy Khmer, Sasza.
Posłuchajcie mej opowieści, o życiu mym,
Na przemian, w zawirowaniu wesołym i smutnym,

Razem z ojcem jako niemowlę do Bialenii przybyłam,
I tu, na dworze tyrana Sarego się wychowywałam,
Ale gdy Achacy, mój rodziciel, torturom się sprzeciwił,

Sary, szatan w ludzkiej skórze, życia go pozbawił,
A mnie umieścił w zamku odległym, u ujścia Orlicy,
Gdzie szykany mnie spotykały, z dala od stolicy,

Wybawił mnie Melchizedek i jego powstańcy,
Zamek zdobyli dzięki swej pasji ułańskiej,
I powieźli na słodką ziemię Nowej Bialenii.

Tam, w zaciszu Mesjasza schornu, Alenii,
Pilnie słuchałam tej wielkiej mądrości,
Która na ziemi pod postacią Mesjasz gości.

I dziś stoję tutaj przed Wami,
Bialeńczykami, Arabami, Khmerami,
Byście jak ja poszli za Prorokiem.

Zatem, idziecie, czy gnijecie odłogiem?"
"Pójdziemy, niech nas Mesjasz prowadzi!
I żaden z nas go nigdy nie zdradzi!"

I wiwaty tłum rozpoczął, słyszało go całe Tambowo,
Wreszcie w duaszach ziemi ojczystej jest zdrowo,
Misja Melchizedeka dalej się spełnia,

Mądrość chłoną Bialeńczycy jak wodę wełna,
Szykują się lepsze czasy dla tego kraju,
Nadarza się okazja na przyjście tu raju.

KONIEC KSIĘGI DRUGIEJ

Gotowe. Teraz pozostaje nadać tytuł i biorę się za odbudowę początku księgi trzeciej. Mam nadzieję, że to ożywi na powrót kulturę, która przecież jest dumą Bialenii. Zarówno epopeja, jak i Lista Przebojów od przenosin tutaj leżą odłogiem.

Dobrze, pamiętam, że tytuł miał coś wspólnego z powrotem - proponuję więc nazwać Księgę II "Powrót Mesjasza".
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: AndrzejSwarzewski Sun, 06 Apr 2014, 16:13:09
Super! :)
Popieram taką nazwę księgi.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Sun, 06 Apr 2014, 17:07:22
Jeśli do jutra nikt nie zaproponuje jakiejś innej, to temat zamknę.
: Re: "O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
: Maciej Kamiński Mon, 07 Apr 2014, 19:59:00
No to zamykamy. Dla Księgi II przyjęta została nazwa "Powrót Mesjasza". Zabieram się teraz za odbudowę początku Księgi III. Po przerwie trwającej półtora miesiąca na pewno sporo chęci do kontynuowania wielkiego dzieła będzie.