Forum Republiki Bialeńskiej
Kultura i społeczeństwo => Kawiarnia Artystyczna "Kulturalna" => : AndrzejSwarzewski Tue, 26 Nov 2013, 15:06:10
-
Drodzy Bialeńczycy!
Przyszła mi na myśl organizacja bicie pewnego rekordu, a konkretnie napisanie najdłuższego wiersza w mikroświecie. Z pewnością jeśli inicjatywa ta wypali, to rozrusza to naszą kulturę oraz wyróżni nas na tle mikroświata, nie tylko ze względu na posiadanie takiego rekordu, ale także ze względu na aktywność i nowatorstwo kultury bialeńskiej.
Proponuję, żeby każdy dokładał po trzy wersy. Nasz wiersz musi się rymować, bez różnicy czy parzyste (sąsiadujące), czy krzyżowe (przeplatane). Trzy wersy po to, żeby każdy nie pisał swoich osobnych wierszy, ale by była to całość. Dokładane wersy muszą mieć związek z napisaną już częścią wiersza.
Proszę, żeby w tym wątku dopisywane były tylko wersy. Na komentarze dotyczące tej inicjatywy, można otworzyć nowy wątek. ;)
Zaczynam:
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy...
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy...
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy...
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
Przecie, jako kupcy to i towary
Ale nie brak o Sabinie przywary"
-
Jesteśmy już na następnej stronie. :)
-
Jesteśmy już na następnej stronie. :)
Ze wam sie to nie znudziło jeszcze to mnie dziwi
-
Nie zauważyłem postów na drugiej stronie, wiersz już gotowy, poczyniłem niewielkie zmiany w mojej zwrotce żeby się rymowało
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
-
Nie widzę zwrotki, którą dodałeś.
Ze wam sie to nie znudziło jeszcze to mnie dziwi
To bardzo ciekawa zabawa, zachęcam do przyłączenia się. :)
-
Nie widzę zwrotki, którą dodałeś.
Trzecia od końca. :wink:
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinny potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
-
Lecz ona tak niewinny potrząsa rzęsą,
Niewinnie?
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
Lecz ona tak niewinny potrząsa rzęsą,
Niewinnie?
Tak, oczywiście, głupia literówka. ;)
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alred; Polityk z Khmerów ojczyzny.
-
Trochę mało poetów w Bialenii...
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alred; Polityk z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alred; Polityk z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alred; Polityk z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
-
Nie można edytować postów, a dopiero teraz zauważyłem, że mamy już ponad 100 wersów, konkretnie 102. Chyba napisaliśmy już najdłuższy wiersz w mikroświecie. :D Piszemy dalej, czy powoli już kończymy? W razie czego, zawsze będzie można wznowić. ;)
-
Proponuję pisać, póki my dwaj mamy zapał. A edytowania postów nie można włączyć?
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się patrz; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
-
Chyba znowu drobna literówka, Andrzeju.
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
-
Baron powstał nad nimi
Sarmatami okropnymi
wobec bezmiaru niesprawiedliwości
i uczucia bezradności
-
Janek: pozwoliłem sobie zmienić Twój post na formę metaforyczną. Poza tym to, że Pana K.J. Michalskiego obecnie nie ma z powodu realiozy, nie oznacza, że mamy deptać jego wizję polityki zagranicznej. Na przyszłość, ustaliliśmy, że piszemy po trzy wersy. Potem, przy ostatecznej wersji, się to ogarnie.
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Baron Kaniewski ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
-
ZNOWU MUSIAŁEM POPRAWIĆ PRAWDZIWE NAZWISKA NA WYSTĘPUJĄCE W TYM WIERSZU!
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
-
Jak tak dalej pójdzie, to dopiszemy na początek inwokację i nazwiemy dotychczasowy dorobek "Księga I", a potem stworzymy całą epopeję narodową. :D
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
-
No i mamy pierwszy temat, w którym pękła setka postów! :D
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie"
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie".
Khmerowie jednak nie chcą do łodzi wsiąść,
Wolą zamiast tego pewną śmierć,
Od piorunów ciskanych z nieba przez Pana.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie".
Khmerowie jednak nie chcą do łodzi wsiąść,
Wolą zamiast tego pewną śmierć,
Od piorunów ciskanych z nieba przez Pana.
A jedna szczupła khmerska dama,
Prosi o narodu win wybaczenie,
I pobytu dla siebie zezwolenie.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie".
Khmerowie jednak nie chcą do łodzi wsiąść,
Wolą zamiast tego pewną śmierć,
Od piorunów ciskanych z nieba przez Pana.
A jedna szczupła khmerska dama,
Prosi o narodu win wybaczenie,
I pobytu dla siebie zezwolenie.
Melchizedek wejść jej na pokład pozwala,
Lud damę uznaje za Mesjasza wasala,
Po czym łodzie płyną dalej przez morze.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie".
Khmerowie jednak nie chcą do łodzi wsiąść,
Wolą zamiast tego pewną śmierć,
Od piorunów ciskanych z nieba przez Pana.
A jedna szczupła khmerska dama,
Prosi o narodu win wybaczenie,
I pobytu dla siebie zezwolenie.
Melchizedek wejść jej na pokład pozwala,
Lud damę uznaje za Mesjasza wasala,
Po czym łodzie płyną dalej przez morze.
Bowiem na pierwotnym celu źle rośnie zboże,
A i Khmerzy wiedzą i mogliby atakować,
I co jakiś czas nowy świat rujnować.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie".
Khmerowie jednak nie chcą do łodzi wsiąść,
Wolą zamiast tego pewną śmierć,
Od piorunów ciskanych z nieba przez Pana.
A jedna szczupła khmerska dama,
Prosi o narodu win wybaczenie,
I pobytu dla siebie zezwolenie.
Melchizedek wejść jej na pokład pozwala,
Lud damę uznaje za Mesjasza wasala,
Po czym łodzie płyną dalej przez morze.
Bowiem na pierwotnym celu źle rośnie zboże,
A i Khmerzy wiedzą i mogliby atakować,
I co jakiś czas nowy świat rujnować.
Więc lud rusza, szukając ziem nowych,
Żyznych, tłustych gleb i pastwisk dla krowy,
Każdego chłopa i jego rodziny własności,
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie".
Khmerowie jednak nie chcą do łodzi wsiąść,
Wolą zamiast tego pewną śmierć,
Od piorunów ciskanych z nieba przez Pana.
A jedna szczupła khmerska dama,
Prosi o narodu win wybaczenie,
I pobytu dla siebie zezwolenie.
Melchizedek wejść jej na pokład pozwala,
Lud damę uznaje za Mesjasza wasala,
Po czym łodzie płyną dalej przez morze.
Bowiem na pierwotnym celu źle rośnie zboże,
A i Khmerzy wiedzą i mogliby atakować,
I co jakiś czas nowy świat rujnować.
Więc lud rusza, szukając ziem nowych,
Żyznych, tłustych gleb i pastwisk dla krowy,
Każdego chłopa i jego rodziny własności,
Namnożyło się z chłopów wielu waszmości,
Bowiem każdy tu jest ważny i bogaty,
Nie pamiętając przeszłości taty.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie".
Khmerowie jednak nie chcą do łodzi wsiąść,
Wolą zamiast tego pewną śmierć,
Od piorunów ciskanych z nieba przez Pana.
A jedna szczupła khmerska dama,
Prosi o narodu win wybaczenie,
I pobytu dla siebie zezwolenie.
Melchizedek wejść jej na pokład pozwala,
Lud damę uznaje za Mesjasza wasala,
Po czym łodzie płyną dalej przez morze.
Bowiem na pierwotnym celu źle rośnie zboże,
A i Khmerzy wiedzą i mogliby atakować,
I co jakiś czas nowy świat rujnować.
Więc lud rusza, szukając ziem nowych,
Żyznych, tłustych gleb i pastwisk dla krowy,
Każdego chłopa i jego rodziny własności,
Namnożyło się z chłopów wielu waszmości,
Bowiem każdy tu jest ważny i bogaty,
Nie pamiętając przeszłości taty.
Tak się ukształtowało nowe społeczeństwo,
Melchizedka w tym dzieło, choć to było szaleństwo,
Jak na starych czasów prawidła.
-
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.
Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.
Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.
Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli
Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.
Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,
Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!
Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?
Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.
I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:
"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"
Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"
Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.
Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,
Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...
Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"
"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.
Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:
"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"
Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,
Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,
Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,
Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
Zniknęły tysiące ludzi, którzy zamiast jęczeć,
Postanowili opuścić kraj przez zło okupowany,
Kolaboranci mówią: "Pojęcia o tym nie mamy".
Kraj pustoszeje, resztki zbóż na polach gniją,
Melchizedkowi powstańcy wciąż jednak żyją,
Mimo, że jedzenie im się już kończy,
Tymczasem na statkach tylko rum się sączy,
Gra muzyka wesoła i piękna są tańce,
Bowiem cel podróży widać; krzyk pada "Wstańcie!".
Oto przed nimi brzeg widać, a na nim warownię,
Że potężna to budowla, widać klarownie,
A na basztach jej Khmerowie przesiadują,
W strachu łodzie się znajdują,
lecz piorun razi Khmerów paru,
Lecz Bóg czuwa, nie ma pożaru.
Khmerowie rozmyślają, cóż to się dzieje,
Czekają w trwodze, czy kogut o kolejnym świcie zapieje.
Łodzie dobijają do brzegu, a od nich krzyk się niesie:
"Niech łódź największa Was przeniesie,
kraju w którym żyć według Boga macie,
Dzięki naszej łasce, życie utrzymacie".
Khmerowie jednak nie chcą do łodzi wsiąść,
Wolą zamiast tego pewną śmierć,
Od piorunów ciskanych z nieba przez Pana.
A jedna szczupła khmerska dama,
Prosi o narodu win wybaczenie,
I pobytu dla siebie zezwolenie.
Melchizedek wejść jej na pokład pozwala,
Lud damę uznaje za Mesjasza wasala,
Po czym łodzie płyną dalej przez morze.
Bowiem na pierwotnym celu źle rośnie zboże,
A i Khmerzy wiedzą i mogliby atakować,
I co jakiś czas nowy świat rujnować.
Więc lud rusza, szukając ziem nowych,
Żyznych, tłustych gleb i pastwisk dla krowy,
Każdego chłopa i jego rodziny własności,
Namnożyło się z chłopów wielu waszmości,
Bowiem każdy tu jest ważny i bogaty,
Nie pamiętając przeszłości taty.
Tak się ukształtowało nowe społeczeństwo,
Melchizedka w tym dzieło, choć to było szaleństwo,
Jak na starych czasów prawidła.
Choć ziemia nowa im nie brzydła,
To wierzyli w dzień wspaniały,
W którym na ziemi ojców ich rządy by nastały.
KONIEC KSIĘGI PIERWSZEJ.
Ten temat czas zamknąć, jeśli jest chęć do dalszej zabawy, to można w osobnym pisać Księgę Drugą. ;)
-
KONIEC KSIĘGI PIERWSZEJ.
Ten temat czas zamknąć, jeśli jest chęć do dalszej zabawy, to można w osobnym pisać Księgę Drugą. ;)
Zanim zamkniemy, jeszcze dwie rzeczy: po pierwsze, trzeba nadać nazwę tej naszej epopei, po drugie, nazwę temu rozdziałowi.
I przydałby się na to osobny dział w Kawiarni.
-
I przydałby się na to osobny dział w Kawiarni.
Kawiarnia poza tym tematem nie jest w dziale głównym zbyt aktywna, także nie widzę potrzeby. ;)
Zanim zamkniemy, jeszcze dwie rzeczy: po pierwsze, trzeba nadać nazwę tej naszej epopei, po drugie, nazwę temu rozdziałowi.
Masz jakąś propozycję? Albo może, czy ktoś inny ma?
-
Proponuję nazwę "O przypadkach dzielnych praszczurów, czyli historia wojny khmerskiej we dwunastu księgach wierszem" dla całej epopei, a dla tej księgi "Początki".
Jak już całą epopeję zrobimy, to trzeba będzie dorobić inwokację.
-
Proponuję nazwę "O przypadkach dzielnych praszczurów, czyli historia wojny khmerskiej we dwunastu księgach wierszem" dla całej epopei, a dla tej księgi "Początki".
Dwanaście ksiąg to znacznie za dużo. Lepiej to zrobić w mniejszej ilości i potem robić coś innego. ;)
Tak więc proponuję "O przypadkach dzielnych praszczurów, czyli historia wojny khmerskiej w pięciu księgach wierszem".
Natomiast dla Księgi Pierwszej proponuję "Ziemie Utracone", albo coś w ten deseń.
-
Ale dwanaście ksiąg to klasyka. :wink:
Natomiast dla Księgi Pierwszej proponuję "Ziemie Utracone", albo coś w ten deseń.
O, fajne toto. Ja nie mam nic przeciwko takiemu tytułowi.
-
No nie wiem jak z tymi dwunastoma księgami, w sumie można, choć wtedy to potrwa kilka lat. :D
Ale tytuł Księgi Pierwszej, jak i tytuł utworu ustalone. :)
-
Akcja utworu jak na epopeję będzie mocno rozciągnięta w czasie.
A że ta rozrywka długo potrwa - to wcale nie jest źle, będzie większa szansa na to, że ktoś się podłączy do radosnej twórczości.
Dobra, co miało być ustalone, zostało ustalone. Zamykamy wątek, można utworzyć nowy dla księgi drugiej.