Adam von Haller:
"Idea samorządności przegrywa." - diagnoza i próba wyciągnięcia wniosków.
Postawiona w temacie teza jest wynikiem chłodnej obserwacji rzeczywistości. Co sprawia, że Bialeńczycy nie mogą się przekonać do działania w samorządach? Obecne regiony świecą pustkami, co do zasady, czynie angażują się w nie, tylko ich "zarządcy". Oczywiście są pewne wyjątki, mimo to nie sposób zanegować to stwierdzenie. Dlaczego tak się dzieje? Co możemy zrobić, by zażegnać ten problem? Zachęcam do dyskusji.
Maciej Kamiński:
Ponieważ Bialeńczycy to naród masoński (he, he, he) i lubują się w działaniach na szczeblu najwyższym. A jako rozwiązanie tego problemu sugeruję robić to co zwykle, czyli nic - jeżeli ktoś będzie chciał, to na tydzień skrzyknie parę osób, napiszą ze sto postów, i niech sobie potem to leży, aż zapał do nich nie wróci.
Marcel Hans:
Nie wiem jak jest w Bialenii, ale wiem jak jest w Trizondalu i sądzę, że występują pewne analogie. Przede wszystkim region jako platforma do uprawiania polityki czy samorealizacji mikronauty jest dużo węższy niż państwo. W regionie także może istnieć polityka, kultura, nawet finanse, jednak zawsze na dużo mniejszą skalę (bo i mniej ludzi oraz kompetencji). Wydaje mi się, że w państwach wirtualnych często są także jednostki, które po prostu nie wiedzą, co mogłyby robić (brak im pomysłu). Dlatego ważne jest, aby region posiadał listę inicjatyw, zadań, funkcji, które można pełnić, tak aby od ręki można było je zaproponować nowej osobie. Warto też, by regiony stawiały na utrwalenie tożsamości regionalnej.
Adam von Haller:
Dlatego ważne jest, aby region posiadał listę inicjatyw, zadań, funkcji, które można pełnić, tak aby od ręki można było je zaproponować nowej osobie.
Myślę, że to dobre rozwiązanie. Moglibyśmy zachęcić, jako Kongres Regionów, przedstawicieli wszystkich bialeńskich samorządów oraz państw stowarzyszonych, by stworzyli takie listy vacansów. Co zaś się tyczy owych wydarzeń kulturalnych, to dobrze by było, gdyby mieszkańcy sami decydowali w jakich konkursach/eventach/happeningach chcą startować. Dobrze by było, gdyby władze regionalne przeprowadziły uprzednio konsultacje na ten temat. Ja bym wyszedł z takim, może przez niektórych uznanym za kontrowersyjny, pomysłem, by umówić się (na zasadzie umowy dżentelmeńskiej), że na poziomie centralnym nie będzie "animatorów kultury", czyli tych ministrów, organizujących wszelakie konkursy. Moglibyśmy scedować całą aktywność kulturalną (tę "rządową") na regiony.
Warto też, by regiony stawiały na utrwalenie tożsamości regionalnej.
W jaki sposób można tego dokonać?
Piotr de Zaym:
Centrala "wysysa" ludzi z regionów, ja to widziałem w Sarmacji. Nie ma się co dziwić. Ministrem jest zostać łatwo, po co więc starać sie o urząd w regionie? Gdyby było nas nie ok. 20-30 aktywnych, a 50-60 albo i 100, sytuacja zmieniłaby sie zasadniczo. No ale na to w najbliższym czasie nie ma co liczyć. Trzeba więc szukać środków zastępczych. Np. wprowadzenie wymogu, że ministrem można zostać po co najmniej 3 miesiącach pracy w regionie czy państwie stowarzyszonym. Podkreślam - pracy, tzn. nie wystarczyłby sam fakt, że się było tytularnym gubernatorem Zegiesy na przykład. Ewentualnie można wprowadzić system punktowania obywateli - do osiągnięcia urzędów centralnych trzeba by zebrać punkty za rozmaite działania, w tym regionalne.
Maciej Kamiński:
Proszę zdefiniować "pracę".
Marcel Hans:
Ja bym wyszedł z takim, może przez niektórych uznanym za kontrowersyjny, pomysłem, by umówić się (na zasadzie umowy dżentelmeńskiej), że na poziomie centralnym nie będzie "animatorów kultury", czyli tych ministrów, organizujących wszelakie konkursy.
Nie wiem jak jest w Bialenii, ale w Trizondalu tak dokładnie jest (i to bez żadnej dżentelmeńskiej umowy), jednak to nie pomaga. Ludzie sami organizują konkursy itp. Po prostu aktywność w tej sferze przestanie być w jakiejkolwiek mierze kontrolowana przez państwo.
Warto też, by regiony stawiały na utrwalenie tożsamości regionalnej.
W jaki sposób można tego dokonać?
To oczywiście dość trudny i długotrwały proces.
Swego czasu przez ponad 3 lata byłem zarządcą jednego z regionów Trizondalu. Zaczynałem z jednym aktywnym obywatelem, dzisiaj jest nas 5-6 (wiem, że na warunki Republiki nie jest to może zbyt wiele, ale chodzi mi o sam proces tworzenia tożsamości regionalnej). Wszystkie obecnie mieszkające w tym regionie osoby (za wyjątkiem mnie) nie pamiętają regionu z okresu wcześniejszego (przed 2011 rokiem). Na samym początku należało stworzyć konkretne, choć pewnie w części kontrowersyjne, ramy narracyjne - mój region budził kontrowersje, przez co wiele inicjatyw spotykało się z szerokimi dyskusjami ze strony mieszkańców innych częśći kraju. Dalej skupiliśmy się na stworzeniu silnego regionu, a więc aktywnej sfery prawnej, zachęt do aktywności (nagrody, pochwały, tytuły honorowe) oraz na określeniu konkretnych celów, a także na skonkretyzowaniu zadań prowadzących do realizacji tychże. Warto dodać, że wszystkie projekty określane na poziomie regionalnym musiały być wdrażane na stopniu lokalnym, a więc konieczna była dyskusja mieszkańców (zarządców miast i wsi), w ten sposób doszło do pewnej integracji.
Zapewne nie brzmi to jakoś niesamowicie pociągające, ale wcale nie musi tak brzmieć. Stoję na stanowisku, że region musi mieć silne struktury, aby mógł być aktywny. Samo zapewnienie miejsca do opisywania własnej miejscowości lub inicjatywy, moim zdaniem, nie prowadzi do stworzenia silnego, aktywnego, a przede wszystkim pełnego ludzi samorządu. Należy stworzyć strukturę regionalnych stanowisk i inicjatyw, tzw. Drabinę Administracyjną, która przewiduje wiele możliwych stanowisk i zadań, ale nie wymaga obsadzenia ich wszystkich równocześnie, natomiast dopuszcza to. Dzięki temu samorząd jest elastyczny, a także konkurencyjny, gdyż może starać się aby zwerbować nowego mieszkańca dzięki inicjatywie, funkcji, którą chce mu powierzyć. Samo "kupczenie" stanowiskami, to jednak za mało. Koniecznym jest także stworzenie wspólnych projektów, akcji, obowiązków oraz ciągłe szukanie nowych powiązań między miejscowościami, inicjatywami w ramach jednego samorządu. Na koniec należy poświęcić sporo miejsca na wynagradzanie ludzi za ich pracę, tak aby czuli, że jest ona potrzebna, zauważona oraz doceniana. Wszystko to ma prowadzić do stworzenia jasnego i czytelnego charakteru danego samorządu, bo mieszkaniec może utożsamić się tylko z tym, co jest dla niego w pełni konkretne.
Eddard Noqtern:
Szanowni Państwo,
Odnosząc się do wypowiedzi Marcela Hansa - uważam, że szanowny Pan przedstawił wszystkie potrzebne szczegóły i wyczerpująco omówił temat. Podsumowując, dobry samorząd powinien zawierać/prowadzić:
- aktywną sferę prawną,,
- system nagradzania za aktywność,
- określanie konkretnych celów oraz planu działania,
- rozbudowaną listę stanowisk możliwych do uzyskania,
- dyskusje na poziomie samorząd - miejscowości oraz samorząd - państwo,
- ciekawy, oryginalny klimat.
Na pewno potrzebny jest także lider, jakaś osoba która to wszystko "pociągnie" i zachęci do działania innych.
Jednakże mimo wieloletniej aktywności Pana Hasna, jak również wielu innych osób w ramach samorządu ważną barierą i przeszkodą działalności samorządu może być brak przypływu nowych ludzi. No i dochodzimy tutaj ponownie do problemu braku promocji, który dotyka całych mikronacji. Czy uważacie, że promocja powinna być prowadzona na poziomie regionalnym, a może tylko państwowym?
Maciej Kamiński:
Jeżeli promocja nawet na poziomie całych mikronacji daje naprawdę mizerne rezultaty, to chyba odpowiedź na pytanie jest oczywista.
Marcel Hans:
Sądzę, że jakby jakiś region się nie starał, to jednak raczej żaden nie jest na tyle duży ani bogaty, aby próbować promocji poza v-światem. Nie znam innego sposobu na zdobywanie nowych osób (oczywiście jeszcze jest "przejmowanie" cudzych obywateli). Zdecydowanie lepiej promować się jako państwo niż region.
Natomiast aktywność regionu można uzyskać otwierając go na inwestycje zagraniczne. Chodzi mi o wspólne projekty kilku państw, w ramach których dochodzi do wzajemnych odwiedzin, a w skutek czego niektóre osoby chociaż nie zmieniają kraju pobytu, mają także "drugi dom" i są aktywne (mniej, ale zawsze coś) w nowym regionie.