Forum Republiki Bialeńskiej
Kultura i społeczeństwo => Kawiarnia Artystyczna "Kulturalna" => : Maciej Kamiński Thu, 17 Apr 2014, 19:03:31
-
Ciof!
Przepraszam, że na odtworzenie początku tej księgi epopei trzeba było tyle czekać, ale znowu dopadł mnie artystyczny przymuł. Ponieważ rozwój naszego dzieła stoi już bardzo długo, dołączam na początek nie tylko zwyczajowe streszczenie (całości epopei, dla ułatwienia), ale też listę co ważniejszych postaci.
Na Bialenię w roku 1107 napadli Khmerzy [tak naprawdę były to ludy ałtajskie - przyp. moje], pod przywództwem Alfreda. Zaatakowali oni stolicę, przebrani za kupców, korzystając m.in. z gazów bojowych, którymi sami częściowo się otruli. W miejsce zmarłego Alfreda przywódcą został jego syn, Sary. Natychmiast powstała szlachecka partyzantka, a nieco później w stolicy pojawił się cudzoziemiec, Melchizedek. Przekonał on do siebie chłopów (którzy obwołali go Mejszaszem), z których sformował własny oddział partyzancki. Potępiał jednak rozstrzyganie wojny okrutnie, dlatego też zabrał swych ludzi w podróż przez morze. Po drodze przejęli pokojowo jeden khmerski zamek, z którego zabrali ze sobą jedną dziewczynę. Daleko za morzami [w obecnej Białogórze - przyp. moje] stworzyli Nową Bialenię, społeczeństwo równości i bogactwa. Tymczasem w kraju po latach szlachecka partyzantka się zdegenerowała, spora część rebeliantów zmieniła się w zwykłych rozbójników czy piratów. Jeden z nich, Ernest Czaja dopłynął na Nową Bialenię, gdzie nawrócił się na stronę Mesjasza. Po powrocie próbował przekonać do Niego rodaków, ale bezskutecznie. Ostatecznie na Nową Bialenię zabiera tylko Katarzynę, bialeńską zdetronizowaną królową. Dzięki jej osobie udaje się sformować w Nowej Bialenii tzw. Wielką Armię Melchizedeka, która to wraz z Prorokiem rusza do starego kraju. Tam nie udaje im się dogadać ze szlachecką partyzantką, a znaczna część nowoprzybyłych buntuje się przeciw swemu Mesjaszowi. Natomiast Jego stronę bierze wieś Takowo (zwana również Tambowo), skąd misję prowadzi dwunastu Apostołów Melchizedeka. Najodważniejszy z nich, Jerzy, przeciąga na stronę Proroka część Khmerów.
Bohaterowie:
* Melchizedek Wielki - Mesjasz Bialenii, twórca Nowej Bialenii i jej społeczeństwa, potępia wygrywanie przez okrucieństwo. Cudzoziemiec. Aktualnie przebywa w Takowie/Tambowie.
* bezimienny arystokrata - jeden z najpotężniejszych ludzi w Bialenii. Służy Khmerom, ale tylko dlatego, że porwali oni jego ukochaną córkę.
* bezimienny szlachcic - pierwsza ofiara wojny.
* Samphan - rabin. Zdrajca, morderca szlachcica, czerpie wiele korzyści z khmerskich rządów.
* Pułkownik Sabin - stary wojskowy, przywódca szlacheckiej partyzantki. Niechętny Melchizedkowi.
* Adam Janowicz - dziedzic Rosienia. Prosty, ale bardzo szanowany i dzielny szlachcic.
* Ernest Czaja - Teuton, niegdyś pirat. Aktualnie jeden z Apostołów Melchizedeka, jako pierwszy ze szlacheckich partyzantów dotarł na Nową Bialenię.
* Katarzyna - królowa Bialenii, obalona przez Khmerów.
* Wojciech - sceptyczny wobec Melchizedeka chłop, nawrócił się po utracie wszystkiego.
* Jan Leksy - najwierniejszy uczeń Proroka, pochodzenia chłopskiego. Przywódca Dwunastu Apostołów.
* Jerzy - najdzielniejszy z Apostołów, działał na dworze Sarego.
* Alfred - przywódca Khmerów, umarł zatruwając się własnymi gazami bojowymi.
* Sary - syn Alfreda, rządzi Bialenią okrutnie i krwawo, mszcząc się za śmierć ojca.
* Generał Natan - przywódca khmerskiej armii. Wyjątkowo okrutny, poluje na niego Sabin.
* Achacy - książę, ojciec Atalii, sprawiedliwy pośród Khmerów. Zabity przez Sarego.
* Atalia - uczennica Mesjasza, uwieziona do Nowej Bialenii ze zdobytego przez powstańców zamku.
* Arwulf - kapitan khmerskiej armii, rywal Osmana.
* Barabasz - nawrócony przez Jerzego Khmer.
* Osman - nawrócony przez Jerzego Khmer. Wielki posiadacz ziemski, rywal Arwulfa.
A teraz odtworzony przeze mnie fragment Księgi III. W końcu możemy wrócić do normalnego pisania.
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwiernierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
-
Et tu, Andrzej? :cry:
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwiernierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
-
No. :D
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwiernierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwiernierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli, a także mu okropni hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochocki, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochocki, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochocki, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
-
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,
Swoista nagonka, do więzienia
tego Ochojskiego durenia,
wciąga Karol z pierwszy, król nowy
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,
Swoista nagonka, do więzienia
tego Ochojskiego durenia,
wciąga Karol z pierwszy, król nowy
Na wieść o koronie padają żądania jego głowy,
Na wschodzie Równogrodu lud pokrzykuje:
"Republika! Precz, szatanów troje!"
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,
Swoista nagonka, do więzienia
tego Ochojskiego durenia,
wciąga Karol z pierwszy, król nowy
Na wieść o koronie padają żądania jego głowy,
Na wschodzie Równogrodu lud pokrzykuje:
"Republika! Precz, szatanów troje!"
Ugodzeni wszelacy posłowie,
ludów wszelakich
ma wybierać monarchę i prezydentów jakich
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,
Swoista nagonka, do więzienia
tego Ochojskiego durenia,
wciąga Karol z pierwszy, król nowy
Na wieść o koronie padają żądania jego głowy,
Na wschodzie Równogrodu lud pokrzykuje:
"Republika! Precz, szatanów troje!"
Ugodzeni wszelacy posłowie,
ludów wszelakich
ma wybierać monarchę i prezydentów jakich
I anarchia zapanowała w raju,
Tymczasem Melchizedek jest w takowskim gaju,
Gdy Leksy przybiega do niego z wieścią złą:
-
Enta próba zrobienia czegoś z epopeją - start.
Moja propozycja jest taka - ustalmy może, że jeżeli przez tydzień (albo i dłużej - mnie okres jest obojętny) nikt nic nowego nie napisze, to dopuszczalne jest dopisanie kolejnej zwrotki przez tą samą osobę.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,
Swoista nagonka, do więzienia
tego Ochojskiego durenia,
wciąga Karol z pierwszy, król nowy
Na wieść o koronie padają żądania jego głowy,
Na wschodzie Równogrodu lud pokrzykuje:
"Republika! Precz, szatanów troje!"
Ugodzeni wszelacy posłowie,
ludów wszelakich
ma wybierać monarchę i prezydentów jakich
I anarchia zapanowała w raju,
Tymczasem Melchizedek jest w takowskim gaju,
Gdy Leksy przybiega do niego z wieścią złą:
- Jeno w Dreamlandzie chorobą zaszłą,
umarł król Ludwik, mąż potężny,
władzę przejmują regenty - arcyksiężny.
-
<3 <3 <3 <3 <3 <3 <3
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,
Swoista nagonka, do więzienia
tego Ochojskiego durenia,
wciąga Karol z pierwszy, król nowy
Na wieść o koronie padają żądania jego głowy,
Na wschodzie Równogrodu lud pokrzykuje:
"Republika! Precz, szatanów troje!"
Ugodzeni wszelacy posłowie,
ludów wszelakich
ma wybierać monarchę i prezydentów jakich
I anarchia zapanowała w raju,
Tymczasem Melchizedek jest w takowskim gaju,
Gdy Leksy przybiega do niego z wieścią złą:
- Jeno w Dreamlandzie chorobą zaszłą,
umarł król Ludwik, mąż potężny,
władzę przejmują regenty - arcyksiężny.
A na to prorok: "Janie, uczniu umiłowany,
Rzeknij mi Ty, czy złoty posąg odlany
Poza warsztatem należy do majstra?"
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,
Swoista nagonka, do więzienia
tego Ochojskiego durenia,
wciąga Karol z pierwszy, król nowy
Na wieść o koronie padają żądania jego głowy,
Na wschodzie Równogrodu lud pokrzykuje:
"Republika! Precz, szatanów troje!"
Ugodzeni wszelacy posłowie,
ludów wszelakich
ma wybierać monarchę i prezydentów jakich
I anarchia zapanowała w raju,
Tymczasem Melchizedek jest w takowskim gaju,
Gdy Leksy przybiega do niego z wieścią złą:
- Jeno w Dreamlandzie chorobą zaszłą,
umarł król Ludwik, mąż potężny,
władzę przejmują regenty - arcyksiężny.
A na to prorok: "Janie, uczniu umiłowany,
Rzeknij mi Ty, czy złoty posąg odlany
Poza warsztatem należy do majstra?"
Leksy rzekł: "Khmerska tam biega hałastra,
ale jeśli tak rzeczesz, Melchizedeku to pójdę."
Tym czasem w Dolnogradzie, ścięto rokoszową niedorajdę.
-
W Równogrodzie, stolicy Nowej Bialenii,
Siedzi prezydent Rydel, popijając ocet winny,
I czyta ze zgrozą list otrzymany od Leksego.
Pisze on, że Nowobialeńczycy czynią wiele złego,
Że od Proroka się odwrócili plecami,
I grabieży dokonują całkiem sami.
Nie wszyscy wprawdzie, treść listu mówi,
Ale większość odeszła, na robotę głupich,
Jednak i sukces ludzi wolności się dokonał,
Część Khmerów najdzielniejszy Apostoł przekonał,
Aby na słuszną ścieżkę zstąpili, i razem z Mesjaszem,
Czynili dobro, wbrew Saremu, który jest szatanem.
Rydel z królową Katarzyną teraz rozmawia,
Mówią, że nadszedł kres tego bajania,
I pora podjąć kroki zdecydowane,
By utrzymać rodaków w dobrym stanie,
Nim więcej ich w rozbójników się zamieni,
Przynosząc wstyd Starej i Nowej Bialenii.
W Tambowie tymczasem zbiera się armia Melchizedeka,
Na jej czele stoi Czaja, najwierniejszy szlachetka,
Zelżony przez panów braci za dobro, w które uwierzył,
Nie przejmuje się tym, wie, że lepiej słusznie przeżyć.
Pod pałacem arystokraty zbiera się wtenczas ciżba,
Żądna krwi i łupów podłych rozbójników istna wyspa,
Wśród nich wielu jest Nowobialeńczyków,
Nie wiedzą, że nie chce od chłosty ryków,
Swych rodaków słuchać, ale musi,
Bo khmerski szatan mu córkę udusi,
Jedyne dziecko arystokraty, ukochane,
Dla niego woli on trzymać z szatanem.
W ten sposób anioł mroku stał się Panem,
Wielu dusz bialeńskich możnych i wielkich,
Arystokratów i oficerów niemal wszelkich.
Tłum żąda głowy arystokraty, gwiżdżąc głośno,
Ten z bólem serca wysyła na nich swe wojsko,
A sam odjeżdża, by przekazać szatanowi daninę.
Krew oblała wolnogradzką, lesistą równinę,
Krew dzieci ziemi ojczystej, synów i cór jej,
Co życie oddali dla swobody ziemi swej.
Na miejsce przychodzi Krzysztof, Apostoł,
Miał zawrócić dzieci Proroka ku Jego wioskom,
Spóźnił się, więc wśród łkań swych, modli się,
"Boże, Ojcze Wszechmogący, dziś proszę Cię,
Byś przywrócił kraju temu jego siłę i moc,
I wygnał stąd khmerską, długą noc.
W imię Ojca, Syna i Ducha,
Niech się skończy ta zawierucha."
Arystokrata dotarł do dworu Sarego,
Prosi o skończenie konfliktu strasznego,
O pokój wielki i trwały, na wieki wieków,
Skończyć wojnę jak australopiteków.
Szatan mu na to krótko i złowieszczo mówi:
"Jeszcze słowo, a córka nie będzie miała nogi!
Precz psie, pilnuj interesów swego pana, mnie!"
Stary szlachcic rzecze: "Dość tego, o nie!"
Wyjmuje szablę ojców swych i dziadów,
Rozcina wroga i znika bez żadnych śladów.
Wieść ta dociera w mig do wszystkich w Bialenii,
Wszyscy w domach cieszą się z szatana śmierci,
Jeden Samphan, zdrajca, drży aż cały, bo wie,
Że już wkrótce wściekły lud Bialenii go dorwie,
Wówczas nie będzie już żadnej litości,
Dla kolaborantów, zdrajców bialeńskości.
Z zadumy wyrywa go pukanie do drzwi,
Niemal dostaje od tego epilepsji,
Myśli, że to arystokrata córki tu szuka,
Lecz nie w tym celu on do drzwi puka.
Proponuje zdrajcy nawrócenie,
I szansę na win przebaczenie.
Samphan się zgadza, zastrzega jednak,
Że córki więzienia nie zna, wiedzy mu brak,
Arystokrata, zasmucony, prosi o dyskrecję,
Chce bowiem zdradzić straszną profecję.
Wróżka sclavińska mu wywróżyła,
Coś, czym sama się zatrwożyła.
Iż czeka wszystkich Bialeńczyków tortur całe gremium,
Od chłost, rozciągania, do krzyżowania i ciał w ogniu,
A winni będą powstańcy, Khmerom zbyt mili.
"Przypomną też ludowi co żeśmy robili,
I nas czeka zemsta za nasze czyny,
Odpokutujemy wszystkie swe winy."
W Nowej Bialenii natomiast,
Katarzyna z prezydentem budują setki miast,
nie wiedząc co jej dom rodzinny czeka.
Gdy w starym kraju brakuje i mleka,
Tam wszystko płynie mlekiem, miodem,
Na gospodarką czuwa kniaź Nikodem.
On sam, z Weblandu pochodzi,
choć nigdy Bialenii nie szkodzi.
Kniaź właśnie reformy nad transportem koni robi,
Wie, że przez to kraj się dorobi,
By dalej prowadzić srogie walki,
Zmieść wolności narodów rywalki.
Jak wie, tylko na wojnie zyskają bankierzy,
no i podli hochsztaplerzy.
Margrabia Wielobialeński bada nad wojskiem.
Gdy wnet spotyka syna pani Ochojskiej,
artystki wielkiej i jakże wpływowej,
Przeciwniczki wszelkiej misji wojskowej.
Syn ten, margrabiemu tłumacze teorię swej matki:
"Nie na darmo, zbieraliśmy datki,
aby pierwszą wyprawę głęboko zniweczyli.
Wielu chce byśmy znowu gdzieś wkroczyli,
Lecz matka ma, sławetna hrabina,
Wie, że zysków tylko ociupina,
Przeto protest antywojenny chciała organizować,
Ale lud przeciw Prorokowi nie chciał spiskować,
Skończyło się na smole i pierzu na hrabinie.
Chociaż, jak pan wie, nie damy się Khmerskiej gadzinie,
To jednak należy zastosować sposób faktyczny,
embargo to margrabio, także sposób praktyczny.
Margrabia na to: "Nieprawdę, Panie Ochojski, rzeczecie,
Khmerów embargo grzeje i ziębi, w zimie i w lecie,
Mają oni zali jakieś interesy tu, w Nowej Bialenii?"
Aż wtedy do debatujących przychodzi człek co przybywa z jakiej unii:
-"Zwą mnie Jan z Aykmów, powiecie który rok macie?"
-"Pan, z Apaczów przybywa, to 1112 naszej rachuby, chodź pan na herbacie".
Pyta gościa pan Ochojski: Po cóż tutaj przybywacie?
- Wieści mam dla nas wszystkich wspaniałe!
Lud goni z kraju khmerstwo zwyrodniałe!
Już ten szatan do piekła jak należy, odszedł,
Arystokrata nasz przeszedł na jasną stronę,
Nastaje dzień coraz jaśniejszy, wiwat!"
Wszyscy oni biegną na Nowej Bialenii Dwuwirat,
Prezydenta i królowej z Kazimieniczów rządy.
Jakby z tej okazji, nie wiedząc, zakwitły klomby.
Tam ma być wygłaszane przemówienie Rydla,
O działaniach podjętych, najwyższego szczebla,
Jednak nie przemówi on. Ktoś go bowiem mieczem potraktował,
Acz, swojej pracy zabójca nie szanował,
ucho odciął, zamiast kark uciąć.
Miasto w posadach się musi chwiać.
Rydel w szoku jest, nikt nie zauważył,
Że w gardło jego wbity jest nożyk,
Rana lekka, lecz głosu go pozbawi,
Jeśli na dłużej ją zostawi.
Medycy pośpieszyli do lidera,
Od tego zależy ich kariera.
Lud zastanawia się, któż był zamachowcem.
Tymczasem arystokrata zakończył rozmowę,
Samphan sam siedzi, list pisać zaczyna.
I nagle wpada na pomysł gdzie jest dziewczyna,
Piękna córka arystokraty zrozpaczonego,
Z pewnością w pałacu hrabiego Glińskiego,
Jednak nie o ratunku myśli ten psi syn,
Tylko pragnie wręcz więcej mieć win,
Raport o spotkaniu wysyła do Glińskiego,
Wtem, za morzem, lekarze głos uratowali owego,
prezydenta Rydla, odpoczynek ma być nie krótki,
pięć dni ma potrwać, więc nie malutki.
Lud jednak wyjaśnień się domaga,
Ochojscy są wśród niego niczym żaga,
Protest przeciwko zamorskim starciom się zaczyna.
Wielobialeński bać się poczyna,
W kawiarni, swoim wymyśle,
po godzinach opiera się na wiecu poparcia - swoim pomyśle.
Chce, by do planowania ruchów armii,
Dopuścić cywilnych konstabli,
Aby lud miał wpływ na wojnę.
Lecz, przeciw temu hufce ciężkozbrojne,
w miecze i przedwieczne wynalazki wyposażone,
Przez wszelką, w tym wojnie przeciwną, ludność chwalone,
Występują, i ośmieszając Wielobialeńskiego, po murach rysują,
Chcą osiągnąć sytuację idealną, póki Proroka nie ma, więc kują,
Pomniki obelżywe, niszczą obiekty właściwe, pozostawiając herb,
Wtedy nadeszła pewna sytuacja w której zmalała wszelka profanacja,
Zapach damskich perfum jako dedykacja, osobny wstęp, dalej prokreacja,
Robi to najlepiej miejska populacja, zdrowie poprawia temat ostra akcja,
Sytuacje ratują, o dziwo, lekarze, na temat Rydla wypowiedzi,
Rydel żyje, dobrze się ma, już po spowiedzi,
Na powrót prezydent mówi, o potrzebie wojny z Khmerską nawałą
Rzecze, że należy to zrobić z Nowej Bialenii siłą całą,
Ale tłum nie chce nawet o tym słyszeć,
Woli z furią na swego przywódcę dyszeć,
Acz królowa Bialeńska, Katarzyna,
Ochojskich na audiencje wzywać poczyna,
a rozmowa tak się toczy:
"Mości Państwo, niech kraj się jednoczy!
To się musi skończyć, ten bunt,
Bo wypala się do nas khmerski lont!"
Królowa mówi dalej, a Ochojscy w panikę popadają:
"Drodzy przyjaciele, majątki wasze niech zabierają,
w karę za cały rokosz, lecz wolności nie odbierzemy."
W tym momencie najmłodszy z Ochojskich woła: "Trzemy!"
I rozlega się strzał, królowa pada martwa.
Rodzina patrzy na niego, na biesa. Trwa,
Swoista nagonka, do więzienia
tego Ochojskiego durenia,
wciąga Karol z pierwszy, król nowy
Na wieść o koronie padają żądania jego głowy,
Na wschodzie Równogrodu lud pokrzykuje:
"Republika! Precz, szatanów troje!"
Ugodzeni wszelacy posłowie,
ludów wszelakich
ma wybierać monarchę i prezydentów jakich
I anarchia zapanowała w raju,
Tymczasem Melchizedek jest w takowskim gaju,
Gdy Leksy przybiega do niego z wieścią złą:
- Jeno w Dreamlandzie chorobą zaszłą,
umarł król Ludwik, mąż potężny,
władzę przejmują regenty - arcyksiężny.
A na to prorok: "Janie, uczniu umiłowany,
Rzeknij mi Ty, czy złoty posąg odlany
Poza warsztatem należy do majstra?"
Leksy rzekł: "Khmerska tam biega hałastra,
ale jeśli tak rzeczesz, Melchizedeku to pójdę."
Tym czasem w Dolnogradzie, ścięto rokoszową niedorajdę.
Prorok na to przemówić chce na Placu Zielonym,
Jednak Sabin nie dopuszcza go do tej ambony,
I do więzienia wtrąca, mesjasz ma być jutro utopiony.
KONIEC KSIĘGI TRZECIEJ
To dobry moment, by zamknąć księgę. Dramatyczny zwrot akcji, a po długim czasie potrzeba podsumowania.
Dobrze, teraz zgodnie z tradycją - nadamy tytuł księdze. Jakieś pomysły?
-
"Dolnogradzkie dziwy i rokosze"? Ja to proponuje.
-
Trochę długie. Może same "Dziwy i rokosze"?
-
Trochę długie. Może same "Dziwy i rokosze"?
Mi pasuje.
-
To teraz poczekamy dobę (może ktoś ma lepszy pomysł?), a potem zamykamy ten wątek.
-
Poczekaliśmy sobie znacznie dłużej, lepszych pomysłów brak. No to zamykamy. Księga III oficjalnie otrzymuje nazwę "Dziwy i rokosze".
Księgę IV można zacząć pisać w dowolnej chwili, aktualnie jednak nie podejmę się zwyczajowego podsumowania napisanej do tej pory treści, bo mam co najmniej trzy ważniejsze sprawy do załatwienia.