Przecinki, Panie Michalski.

W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,
W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.
I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,
W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.
Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"
Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.
Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.
Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.
A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,
Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.
Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:
"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"
Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"
Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.
Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"
Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"
Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,
Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.
Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,
Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.
I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,
Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.
Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:
"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,
Powrócą tutaj już niedługo,
Z odsieczą oczekiwaną tak długo,
I wiedzcie jedno - nie ufajcie rabinom."
Ludzie nie wiedzą czy to nie kpiną,
Lub prowokację rządu khmerskiego.
Lecz chcą się schronić, bowiem się boją,
"Śmierć pewna drogą moją."
Brzmi treść przysięgi powstańczej,
Dramat rozbrzmiewa na szańcach,
Gdy Khmerzy bawią się w tańcach.
Świętują swą okupację, zniszczenie
Bialenii, co źle czeka na swe zbawienie.
Najgłośniej bawi się Samphan, zdrajca,
Szlachetki morderca, szatański rajca,
Zło wcielone, kreatura bez duszy,
Lecz za to o wielkiej tuszy.
Lecz Bóg czuwa na ludem,
I od Khmerów chciałby wybawić go cudem.
A że Bóg Stwórca jest wszechmogący,
To stan szlachecki, krwią swą ziemię karmiący,
Oczekuje od Niego wybawienia.
Teraz chce nie dopuścić do honoru splamienia.
Lecz już młodzie ludzie szaleni,
Hasła krwawe głoszą, podzieleni.
Ruch oporu szlachciców rozbity zostaje,
Jeden z odłamów, dowodzony przez Ernesta Czaję,
Na północ się na statkach wyprawił,
Też chce, by ktoś ich zbawił.
Gwiazda morska drogę wskazała,
Nowa Bialenia znaleziona została.
Wychodzi szlachetka na ląd i chłopów widzi,
Dumnych, bogatych, aż swego ubioru się wstydzi,
Nadziwić się nie może realiom nowej ziemi,
W złocie się port rybacki mieni.
Raj zbudowany, gdy w kraju bieda,
Widzi już, że wszystko się da.
Pyta więc o króla tego kraju,
Słyszy, że tam prezydenta mają,
Wybranego na jedynie pewien czas,
Decyduje tylko z ludem wraz.
Nic przeciw ludziom, nic bez ludzi,
Wszystkie złe zapędy to studzi.
Pyta więc Ernest: "Kto to wymyślił?"
Odpowiadają: "Mesjasz najmilszy,
Melchizedek, który nas do tego raju przywiódł."
Tenże, co lud z piekła wywiódł,
Teraz mieszka skromnie i naucza,
Nikomu życiem swym nie dokucza.
Rzecze więc Czaja: "Zatem, mein Herrn,
Prowadźcie mnie do Mesjasza kwater,
Poznać Jego mądrość chciałbym."
Ale człowiek: "Wiele dałbym,
Żebym mógł Was doprowadzić,
Lecz moglibyśmy tym zawadzić."
Ernest na to odpowiada:
"Jakaż to niby zawada,
Gdy mądrzejszy się stać chcę?"
Lecz usłyszał na to słowa,
"Mesjasz dziś poprosił mię,
By spotkała cię odmowa".
Więc Czaja, bluzgając pod nosem,
Odpływa z wyspy, biadoląc nad losem,
Krew się w jego ciele gotuje,
Nagle coraz gorzej się czuje.
Gdy leżąc bezwładnie na łodzi,
Woda go znów na wyspę zwodzi.
Złorzecząc na sternika,
Wraca w pielesze Melchizedeka,
Z samym Nim kontaktu nie mając.
Lecz lud często przystając,
Otacza opieką swego rodaka,
Właśnie dusza bialeńska taka.
Czaja, dumny Teuton i szlachcic z dziada pradziada,
Widząc podczas pobytu, że chłop krajem tak dobrze włada,
Nadziwić się nie może, że to możliwe, i wciąż czeka,
Lecz w końcu nie wytrzymuje i szczeka,
O to, że jest szlachcicem sławetnym,
I zasługuje na rozmowę z mesjaszem świetnym.
Nowobialeńczycy są tym oburzeni,
I wtrącają krzykacza do mrocznej sieni,
Aresztu dla naruszających kodeksy,
Zaprowadza go tam Jan Leksy.
Lecz nagle wbiega Mesjasz załamany,
Co robicie z mym gościem, pany?
Czaja na twarz pada mimo swej dumy,
Oto Mesjasz upragniony, broni go mimo win sumy.
Myśli Teuton, co ma rzec do Melchizedeka,
Nie może się napatrzeć na tego człowieka.
Rwie się do pracy i walki dla niego,
Już też chce pracą dokonać wszystkiego.
Lecz Mesjasz hamuje jego zapędy,
Powiada: "Synu, droga nie tędy,
Spokojem, pokojem potęgę buduj.
Z ideami też nie cuduj,
Bowiem jeden jest naród, jeden kraj,
Tylko od nas zależy piekło, czy raj."
Czaja nic nie mówi, tylko patrzy,
Źrenice rozszerzył, mają cale trzy,
Jak wryty stoi, taki szok właśnie przeżył.
Czuje się jakby już nie żył.
Lecz żyje, oddycha, serce bije,
Nagle rzuca mu ktoś dwa kije.
Powiada wówczas Mesjasz: "Synu, spójrz na te kije,
Złamać je łatwo, lecz gdy się je w ziemię wbije,
Sosny z nich wyrosną. Rozumiesz już mą filozofię?"
Odpowiada: "Odrzucę pseudofilozofię,
Bo prawdę poznałem jedyną prawdziwą,
Że czas skończyć walkę boleściwą.
Popłynę i przekażę tę wieść, mój Panie,
Mym braciom Bialeńczykom, w szlacheckim stanie,
Niech poznają oświeconą Twoją prawdę."
I popłynął do kraju, naprawdę.
Lecz tam go chcieli zamordować,
Za słowa o mesjaszu skatować.
Zwłaszcza Sabin uwierzyć nie chciał,
Prosty jego umysł cudów nie znał,
A za bredzenie w wojsku jest kara.
Uwierzyła mu tylko wyrocznia stara.
Kobieta, co wolność i wielkość pamiętała,
Gdy król, wojsko, waluta stała.
Pyta się jej Teuton, co ma począć.
A starucha na to: " Dziecko, usiądź,
Pamiętaj słowa Mesjasza o kijach,
Ale też to co o złych żmijach,
Ja ci teraz powiem, Mesjasza apostole:
Gdy pewnego dnia książęta siedzieli w kole,
Przyszedł do nich kupiec w kolorowych szatach,
Oferował złoto, diamenty, sługi, sam przepych,
W zamian zażądał jednak od nich cyrografu.
Nie sporządzili na kupca zamachu,
Lecz przyjęli jego czarna ofertę,
Za srebrników grubą kopertę.
I żyli radośnie w przepychu aż po ten dzień,
Gdy ich ojciec, stary król z tego padołu zszedł,
Wówczas to zaczęli oni ziać do siebie nienawiścią,
Jeden o drugiego pluł zawiścią.
Pozabijali się wszyscy, a majątek ogromny,
Przejął ich sąsiad bardziej przytomny."
I do niego przyszedł bies z cyrografem, lecz on odmówił,
W zamian straszliwe katusze mu czart podły sprawił,
Uciekał, lecz uciec nie mógł. Nagle spotkał anioła,
W stronę szatana poleciała smoła,
Która przypomniała mu o miejscu zamieszkania,
W kotłach gotowania oraz zasmażania.
Tak się sąsiad roztropny przekonał o tym,
Że pomoc Boża przyjdzie prędzej lub potem,
A ludzka agresja zgubną jest drogą życiową."
A wtedyż to de iure królową-cesarzową,
co nad Bialenią czuwa i niby patronuje,
jeszcze za Khmerów jej nie intronizuje,
Acz okrutny Sary, władca faktyczny,
gardzi konkurencją, to sposób taktyczny,
Gdyż i tak Bialeńczyków chce wszystkich zabić.