Powtórzę raz jeszcze starą formułkę. Parlament jest konstytucyjnie przedstawicielem narodu, tego 20-osobowego w porywach narodu bialeńskiego. Jeżeli naród nie chce się bratać z kimś, lub chce zmienić państwo w którym żyje, po co mu blokować drogę? Po kiego wzmacniać inne gałęzie przy tak małej społeczności? Kogo chcecie naśladować? To właśnie silna legislatywa jest marką Bialenii, a wszystko co robicie ostatnio dąży do zmniejszenia jej znaczenia. Zostawmy chociaż to status quo, w którym teraz jesteśmy, gdzie wszystkie gałęzie są mniej więcej równo silne.
Ten sam naród wybiera swojego Prezydenta, który również jest przedstawicielem narodu - głową państwa. Jeśli działania parlamentu będą całkowicie sprzeczne z wizją głowy państwa - kierownika jego polityki, to dlaczego nie mógłby on notabene kolegialnie (wraz z kolejnym urzędnikiem wybranym de facto przez naród) odrzucić tego projektu? Wyjątkowo świetlana ta legislatywa. W tej kadencji wszystkie projekty - poza jednym autorstwa Kristiana- ustaw zostały wysunięte przez przedstawicieli rządu (w przytłaczającej większości przez Andrzeja Swarzewskiego), naturalnie pomijając projekt, o którym dyskutujemy.
Co do łapania się za słówka, może przytoczę raz jeszcze moją wypowiedź: bycie republiką, gdzie wszyscy są równi. Gdzie tu dwuznaczność? Chyba wiadomo, że nie chodzi o bycie w obojętnie jakiej republice tylko właśnie w takiej, w której panuje równość. Precedensu nie widzę przy ordynacji. Wszystko było okej, dopóki nie nadawano parunastu folwarku za małą pracę, a zaledwie parę (Maciej jest tu doskonałym przykładem) za niezłomną pracę na rzecz dobrego jutra.
Ja zrozumiałem to tak: bycie republiką, gdzie (jak w każdej republice) wszyscy są równi.
Ad Ordynacja
Artykuł 5.
1. Prezydentem zostaje kandydat na ten urząd, który uzyska największa liczbę głosów. Jeżeli żaden z kandydatów nie zdobędzie ponad połowy głosów, zarządza się drugą turę wyborów nie dłużej niż 10 dni po zakończeniu się poprzedniej, w której udział bierze dwójka kandydatów z największą ilością głosów na nich oddanych. W przypadku, gdy dwóch lub więcej kandydatów ma tyle samo głosów, decyduje miejsce na liście na zasadzie, że przechodzi ten kandydat, który jest nań wyżej.
2. Miejsca na liście kandydatów są przydzielane zgodnie z ilością nadanych folwarków - na zasadzie im więcej folwarków, tym wyższe miejsce na liście.
Zdaje mi się, że tutaj już zrezygnowano z zasady równości. Teoretycznie każdy powinien mieć równe szanse na zdobycie urzędu prezydenckiego. A tu okazuje się, że w drugiej turze w przypadku równej ilości głosów większe szanse ma osoba, posiadająca więcej folwarków.
Poza tym, takim modelem wytworzycie sobie niezmienną parę prezydenta i najwyższego konsula. Pierwszy będzie nadawał folwarki drugiemu, by mógł sobie swoją kandydaturę przegłosować. Zmiana prezydenta? E tam, tylko skaże się wszystkich i po problemie.
Właściwie wszystko można sprowadzić do absurdalnej, abstrakcyjnej formy, ale czy to ma sens?
Raz mieliśmy tylko 4/5 kandydatów do parlamentu. Czy to oznacza, że parlament jest nieatrakcyjny? Od tamtego czasu też nie zwiększono jego uprawnień. Jeden kandydat starczy... w sumie dwóch, w tym drugi chętny nie spełnia wymogów. Poza tym, czego oczekujesz? Że na jednoosobowy urząd zgłosi się pół kraju? No błagam.
Mógłby być jeszcze jeden, gdyby nie wymogi.
Polecam następnym razem przeczytać od deski do deski ustawę o tytułach szlacheckich przed zgłoszeniem aktu prawnego dotykającego tytułów. Połowa treści proponowanej ustawy wskazuje na to, że projekt ten pisany był "na czuja" w przypadku nawiązań do ustawy o tytułach. Na przykład - co z możliwością (już istniejącą, nie tak jak w momencie pisania ordynacji) zarzeknięcia się tytułu? Co z możliwym do posiadania drugim tytułem w kwestii naliczania wagi głosu (to nie jest oczywiste, a w razie kontrowersji skończy się kolejnym leżącym miesiącami w Sądzie wnioskiem o interpretację...)?
Można zrzec się tytułu, ale niosłoby to za sobą pewne konsekwencje i ograniczenia polityczne. Równie dobrze można go posiadać, ale nie używać na co dzień - co robi większość osób. Ale jeśli jest to aż takim ogromnym problemem, to można przyjmować do Zgromadzenia na podstawie folwarków. Jednak nie będę ukrywał, że od początku moim celem było scedowanie jak największych uprawnień politycznych na arystokrację, co zresztą wynika z ideologi, jaką głosi moje ugrupowanie. Co do wagi - zgoda. Myślę że dobrym rozwiązaniem byłoby przyznawanie wagi, tak by każdy kolejny tytuł posiadał większą o jeden wagę głosu od poprzedniego. Per analogiam w przypadku zrzeczenia się tytułów, a pozostawienia folwarków (liczba folwarków, przypisanych do danego tytułu odpowiadałby temu tytułowi).
Ogólnie tworzona jest tu instytucja, którą trzeba będzie potem albo gromić, albo obsadzać w kółko tą samą osobą. Chyba nawet wiem, kogo tam się wrzuci, jeżeli projekt przejdzie. 
Powołanie tej instytucji to także próba reformy Trybunału Najwyższego, który de facto był martwą instytucją. Może znajdą się inne osoby poza Tobą, które chciałby objąć tę funkcję?