Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,
Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:
"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,
"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem
Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."
Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"
Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:
"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana
Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:
"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,
Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:
"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"
Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,
Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,
I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.
A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,
A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,
Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,
Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:
"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"
A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"
I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!
Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.
Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.
Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,
Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,
Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.
Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,
Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.
Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.
Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,
Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!
Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!
Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!
Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:
"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.