Wando, może bym się nawet zaangażował w dyskusję, gdyby pojęcie geopolityki OP-a sięgało gdziekolwiek poza gry komputerowe z kategorii HOI2. Jak słyszę bzdury, że Stalin podporządkował sobie Wietnam, a Franko rozwinął Hiszpanię (to był bardzo długo najbardziej zacofany kraj Europy Zachodniej, zresztą ostatni demokratyczny kraj w Europie gdzie miała miejsce próba zamachu stanu co wskazuje na jego słabość) to odechciewa mi się nawet dyskutować.
Mogę natomiast odnieść się do jednej wypowiedzi tow. Dexa - że ZSRR nie podporządkowało by sobie Hiszpanii. To akurat zależy, na którym etapie nastąpiłoby zwycięstwo nad rewoltą. Faktem jest, że Hiszpańska Partia Komunistyczna dopiero pod koniec wojny zdobywała wpływy, w momencie kiedy Republikanie już słabli. Zwycięstwo Republikanów musiało by mieć miejsce na początku wojny, kiedy wsparcie Niemiec i Włoch nie dało Nacjonalistom znaczacej przewagi nad wyczrpującymi się siłami Republikanów.
Oczywiście wiele zależałoby od samego przebiegu wojny, ale załóżmy, że stałoby się to jeszcze za rządów Francisco Largo Caballero (do maja '37). Można się spodziewać, że zakończenie wojny nie byłoby końcem niepokojów. Na pewno doszłoby do "czystek" wobec rebeliantów. Ich zakres i radykalność, obok żądań dokonania radykalnej rewolucji społecznej zapewne spowodowałby rozłam wśród zjednoczonych wyłącznie wspólnym wrogiem grup republikańskich. Obstawiam, że po jednej stronie znaleźli by się wszyscy umiarkowani republikanie, PSOE (socjaliści) i regularne wojsko Republiki, a po drugiej stronie - POUM (komuniści-trockiści), CNT-FAI (anarchiści) i ich milicje. Zapewne rozłam nastąpił w różnych organizacjach regionalnych (Katalończycy, Baskowie) co do tego kogo wspierać. Postawa PCE (komunistów-stalinistów) obstawiam że byłaby taka, że wsparli by frakcję umiarkowaną (z uwagi na zapiekłą wrogość wobec trockistów i anarchistów) i starali się, dzięki wsparciu ZSRR zyskiwać co raz większy wpływ na umiarkowany rząd. Raczej jednak by nie zyskali rządów, a przynajmniej - nie na długo (vide przewrót Narodowej Rady Obrony po tym jak Negrin dał się w dużej mierze komunistom podporządkować).
Czyli - mówiąc w skrócie - moglibyśmy mieć drugą wojnę domową po pierwszej, przy czym ta raczej byłaby krótka i miałaby niestety charakter rozprawy regularnych wojsk i komunistów z anarchistami i trockistami. W przeciwieństwie do Republikanów jako całości, rewolucjoniści nie mogli liczyć na wsparcie kogokolwiek z zewnątrz, więc myślę, że nawet silne milicje przez nich formowane raczej by tu za wiele nie wskórały. A przeciwko anarchistom i radykałom centrolewica republikańska mogłaby już z pełnym błogosławieństwem międzynarodowym otrzymać pełne wsparcie i ZSRR i Francji i Wlk. Brytanii.
Co byłoby po tej drugiej wojnie domowej? Uważam, wbrew przedmówcom, że rząd Republikański starałby się utrzymać możliwie długo Hiszpanię poza wojną, tak samo jak robił to Franco, z tych samych powodów (zniszczenia i straty po wojnie domowej). Samo istnienie Republikańskiej Hiszpanii zmuszałoby jednak Hitlera do pilnowania tamtej granicy. Oczywiście możliwe, że zdecydowałby się na inwazję na osłabioną Republikę, aby zabezpieczyć sobie tyły, osadzając tam marionetkowy rząd z jakiejś grupy nacjonalistów, którzy uciekli by do Niemiec czy Włoch po upadku rebelii. Z drugiej strony, jeżeli Hitler nie dokonałby podboju półwyspu iberyjskiego, to Hiszpania byłaby potem bardzo silnie poddawana presji aby przejść na stronę aliantów i umożliwić im powrót do Europy bez potrzeby dokonywania kosztownej inwazji.
Niezależnie od tego, który z tych dwóch scenariuszy by się spełnił (okupacji hitlerowskiej, czy przyłączenia do Aliantów w późniejszym etapie wojny - '43 czy '44), po wojnie Hiszpania byłaby państwem mniej lub bardziej demokratycznym, zamiast autorytarnym. Na pewno o wiele wcześniej brałaby udział w integracji europejskiej, zostałaby członkiem NATO od początku, zamiast od '82 r. Jej losy przypominałyby zapewne losy Włoch czy Francji, gdzie z czasem proradzieckie partie komunistyczne traciły na znaczeniu i odchodziły w kierunku eurokomunizmu.
Ot i się jednak rozpisałem. Trochę tl;dr, ale co tam.
Dodam jeszcze - aby jakiś mniej lub bardziej nastoletni fan Franka się za bardzo nie podniecał tym, że lewactwo to bród smród i poruta i byłaby kolejna wojna, a Franco to lider i wszystko trzymał za mordę - Franco miał akurat bardzo wielkie szczęście (zakładając, że to szczęście), że wszyscy jego znaczący potencjalni rywale o przewodzenie Nacjonalistom (a pamiętajmy, że Franco nie był tu na pierwszym miejscu) umarli/zginęli w trakcie wojny.
Mam tu na myśli: José Sanjurjo (przywódca poprzedniego, nieudanego puczu - zginął w katastrofie lotniczej wracając z wygnania w Portugalii na samym początku rebelii), José Antonio Primo de Rivera (faktyczny lider i przywódca Falangi, aresztowany w marcu 1936 i rozstrzelany przez republikanów w październiku), Emilio Mola Vidal (przywódca republikanów wśród nacjonalistów, zginął w katastrofie lotniczej w czerwcu '37), Miguel Cabanellas Ferrer (pierwszy premier rządu nacjonalistów, sceptyczny wobec Franco, zmarł w 1938 r.), Manuel Goded Llopis (generał, przywódca rewolty nacjonalistów w Barcelony, schwytany i rozstrzelany w sierpniu '36).
De facto jedynym przeciwnikiem, którego musiał wymanewrować był przywódca Karlistów, Manuel Fal Conde, którego umiejętności polityczne były słabiutkie i co udało mu się już w '37,. kiedy zmusił Condego do emigracji i wcielił większość Karlistów do zunifikowanej organizacji z Falangą. Mimo to, karliści jeszcze potem stawiali opór Franco - w 1945 r. w Walencji i Pampelunie na przykład.
Generalnie - to, że okoliczności wyeliminowały sporą cześć liderów Nacjonalistów, można postrzegać jako jeden z elementów ich sukcesu, bo Franco wykorzystał sytuację, aby zunifikować rewoltę pod swoją kontrolą, podczas gdy Republikanów trapił brak kooperacji czy też otwarta wrogość między poszczególnymi frakcjami.