O! Nasz dziadek na Tronie Pawłowym. Szczerze powiedziawszy, to ostatnie pontifikaty nie napawają zbyt dużą nadzieją. Z tego, co wszyscy mogliśmy zaobserwować, to zazwyczaj patriarcha był jedynym aktywnym graczem na rotryjskim poletku. Reszta braci, choć dumnie nosząca wyborne tytuły, to niezbyt angażowała się w pracę na rzecz Rotrii. I tu trzeba postawić sobie pytanie, z czego to mogło wynikać. Albo ze zmęczenia materiałem, co przychodzi do głowym kazdem, jako pierwsza myśl. Albo z braku tożsamości i celeowści istnienia Państwa Kościelnego. Nie oszukujmy się, obecna Rotria, to tylko forma, zresztą coraz mniej ozdobna (choć teraz z pewnością ulegnie to zmianie - Jego Świętobliwość jest wybornym ceremoniarzem). Esencją rotryjskiego życia stają się ceremonie (w ostatnich miesiącach są to zazwyczaj koronacje albo abdyakcje patriarchów) oraz zwoływane, od czasu do czasu sobory, na których zawsze mówi się o tym samym... Najbardziej zabawne są dyskusje o większym zaangażowaniu się w życie diecezji w państwach konkordatowych. Które albo świecą pustkami albo odłączają się od Kościoła Rotryjskiego, tworząc narodowe wspólnoty wyznaniowe. Chyba nie ma państwa konkordatowego, które notabene można policzyć już na palcach u jednej ręki, w którym nie rozgożałaby dyskusja o powołaniu kościoła narodowego. Albo Rotria będzie w państwach konkordatowych albo nie będzie jej wcale. Wszak istotą Rotrii, przynajmniej w czasach soboru florenckiego, miało być - swoiście pojmowane - szerzenie wartości i tradycji katolickich w mikroświecie.