
Hrabia z laptopem
czyli czeski film po dreamlandzku.
Jako prywatna osoba występuję po raz pierwszy na łamach prasy dreamlandzkiej. Chęci podzielenia się z innymi obywatelami tego świata opierałem się przez pełne dwa tygodnie, lecz chyba nadszedł czas na podsumowania.
Trudno w to uwierzyć, ale po parunastu dniach bycia obywatelem Dreamlandu, po osiągnięciu w ciągu tych dni bardzo zaszczytnego stanowiska, nie jestem sobie w chwili obecnej w stanie odpowiedzieć na pytanie: co dalej? do czego dążymy? jak tu MA być?
Jednak muszę przyznać sobie ten sukces, iż wiem chyba, co jest powodem tej mojej niepewności. Otóż wiedzcie, że jest nią sprzeczność. Sprzeczność pomysłów, sprzeczność zamiarów, sprzeczność interesów. Przez dwa tygodnie starałem się zasymilować z tutejszą społecznością, choć absolutnie nie leży to w moim charakterze. Efektem jest odkrycie, że nie ma szans zasymilować się z Weblandem, trzeba wybrać opcję.
Zadaję więc otwarte pytanie: czy Dreamland to świat, w którym dążymy do osiągnięcia poziomu science-fiction, czy może społeczność dążąca do osiągnięcia poprzez łącza internetowe jak najwyższego poziomu realności. Jeśli to pierwsze, to po co nam prawa, czemu zwracamy się do siebie na 'ty', a nie tytułami, czemu nie latamy spodkami lub z nieba nie lecą pieniądze? Jeśli to drugie, to dlaczego dreamlandzkie instytucje państwowe nie przypominają tych 'realnych', po co te archaiczne tytuły szlacheckie, po co król, i czemu nie ma zdarzeń losowych?
Określę to jednym słowem: niekonsekwencja. Nie winię nikogo za taki stan rzeczy, tak być musiało, jeśli każdy kto przychodzi, dokłada według własnego upodobania nowe elementy. Ale czy tak musi być już zawsze?
Ja, przyznam się, nie potrafię żyć nie wiedząc kim tak naprawdę jestem i co tak naprawdę robię.
Jestem obecnie rektorem uniwersytetu i - przysięgam - nie wiem, czy budować go na sposób zbliżony do zwyczajów akademickich praktykowanych na całym świecie, które nie są mi obce, czy odwrotnie - puścić wodze fantazji.
Jako rektor otrzymuję wiele maili od wysoko postawionych osób. Nie uwierzycie, jak różne w nich znajduję sugestie. Jedni naciskają na rozbudowę uniwersytetu, inni zaś twierdzą, że w Dreamlandzie 99% kierunków 'realnych' nie ma racji bytu. Więc pytam: czy uniwersytet w Weblandzie ma funkcjonować na zasadzie "tajnych kompletów w piwnicznej izbie", czy w miarę możliwości być istotnie uniwersytetem. No i sprawa kształcenia. Czy dyplom uniwersytetów dreamlandzkich ma być tylko potwierdzeniem wpłaty pieniężnej dokonanej przez "studenta"? Czy też choć w jednej setnej procenta ma być oparty na jego wiedzy. Bo jeśli to pierwsze, to lepiej było założyć w Elsynor kiosk z pamiątkami.
I pytanie najważniejsze: czy kształcić tylko realnych obywateli, czy przeliczyć wszystko na potencjalnych "wirtualnych" studentów?
Ktoś kiedyś powiedział, że w Dreamlandzie jest zbyt mało obywateli, ażeby mogła funkcjonować gospodarka i finanse. Dlaczego więc, skoro posiadamy wirtualne wyspy i miasta, nie posiadać wirtualnych obywateli? Jeśliby założyć, że Elsynor ma powiedzmy 10.000 osób, to co semestr znalazło by się co najmniej paruset studentów, tysiące chodziłyby na mecze, wszyscy chodziliby do restauracji, niektórzy kupowaliby meble, inni znów samochody itd. itd. Dochody każdej firmy i instytucji powinna określać niezależna i wybieralna komisja, na podstawie zapotrzebowania, kursu akcji, zaawansowania stron internetowych i aktywności.
Powołanie do istnienia w Dreamlandzie hipotetycznych mas wirtualnych obywateli rzuciłoby rynki zbytu i działalność WSZYSTKICH firm i instytucji na szerokie wody. Teraz to jest, jak mówią w pewnym kraju "Die toten Hosen", innymi słowy: cisza na morzu albo po prostu zastój.
Pomyślcie, drodzy czytelnicy, realnie. Czy armia Weblandu złożona z 10 osób to nie jest twór mogący zabijać jedynie śmiechem? Czy uniwersytet może rzeczywiście nauczyć w ciągu miesiąca realnego obywatela języka obcego? Czy sklep meblowy zarobi na siebie mając w zasięgu wzroku maksymalnie dwie setki klientów i jeszcze ze dwóch konkurentów? Gdybyśśmy generowali wyniki firm i instytucji na podstawie nie tylko nas, rzeczywistych obywateli, ale nas wraz z tysiącami głów szarej masy, to byłby dopiero realizm wirtualny. Teraz możemy się tylko rzucać jak ryby na piasku, a na szerokie wody nie wypłyniemy.
Ustalmy też, w atmosferze jakiej epoki i kraju żyjemy. Czy wiek XXI z myśliwcami i komputerami, ale bez earl'ów, diuków i namiestników, czy w średniowiecznej Anglii z pięknymi tytułami, włościami, wojnami, turniejami rycerskimi, ale bez McDonald'sa i szybów naftowych. Nie bądźmy naraz poddanymi faraona i internautami z Matrixa, menedżerami i hrabiami, namiestnikami i dyrektorami.
Błagam, bądźmy konsekwentni! Jeśli mamy firmy, to nie bądźmy hrabiami, tylko np. generalnymi dyrektorami. Markiz z komórką i margrabia z laptopem! Nie ośmieszajmy się przed światem.
Ustalmy coś, czego wreszcie można by się uchwycić, zamiast przebierać się co chwilę z garnituru w zbroję w zależności od otrzymanego przed momentem maila.
Ja mam dość realności w realu, dlatego apeluję o dążenie w kierunku mistycznego świata średniowiecza, dzięki czemu król stałby się nam naprawdę potrzebny.
Jeśli ktoś doczytał aż dotąd, to po pierwsze dziękuję, a po drugie zapraszam do dyskusji.
Atilla
powrót