
Dokąd pełzniesz, Dreamlandzie?
Ostatnie wydarzenia na dreamlandzkiej scenie politycznej są kolejnym argumentem za obaleniem teorii Darwina. Analizując wypowiedzi niektórych naszych "polityków" trudno uwierzyć, że koncepcja ewolucji nie jest li tylko abstrakcyjnym pojęciem pomyślanym jako kopniak w konserwatywne dupsko ciemnego XIX wiecznego katolika o inteligencji rozwielitki. Z drugiej jednak strony Darwin prawdopodobnie miał rację twierdząc, człowieka i małpę łączą więzi niemalże familijne. I tu znowu wyobraźnia generuje obraz typowego dreamlandzkiego dygnitarza.
Lista dyskusyjna Dremalndu to prawdziwa kopalnia złotych myśli. Ileż tam padło zabawnych sformułowań... Ileż kapitalnych przemyśleń z pogranicza socjologii i nauk politycznych! Wojtaszczyk, Zieliński, Żmigrodzki i cała reszta speców od politologii- niech się schowają, oto bowiem gdzieś na polskiej wyspie internetowego archipelagu grupka zapalonych specjalistów jest na najlepszej drodze do wypracowania ustroju idealnego.
Przyznam się szczerze, że do niedawna wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Dreamland AD 2001 był dziwnym wirtualnym tworem politycznym, pogrążoną w głębokim śnie poczwarką naiwnie oczekującą lepszych warunków, karykaturą państwa, ucieleśnieniem nocnych koszmarów niedouczonych politologów, urzeczywistnieniem chorych, kalekich pomysłów i idei dyletantów. A teraz?
Tyle teorii, czas na konkretne przykłady. Pierwszy z brzegu - dekret o elekcji króla. Cóż, autor (lub autorzy, w co jednak wątpię) wspomnianego wyżej dokumentu z pewnością nie wzniósł się na intelektualne wyżyny. Faktem jest, że lektura owego dekretu przysporzyła mi niemało emocji. Tych negatywnych, rzecz jasna. Sama idea zastąpienia wiecznie nieobecnego w życiu publicznym monarchy jest warta pochwały, ale czas i forma jej realizacji - fatalne. Dreamland co prawda powraca z zaświatów (jest to pierwszy przypadek wirtualnego powrotu ze stanu śmierci klinicznej), ale znajduje się w stanie szoku. Do Weblandu i Furlandii dołączyły nieśmiało prowincje: Blacklock i Morland, które w ostatnim czasie skupiły na sobie niemalże całą moją uwagę, ale to wynik wzmożonej aktywności ich namiestników (panów: Geralta i Grmeslava). W Solardii bida aż piszczy. Nowa konstytucja, przepoczwarzenie się w księstwo i sprawna kancelaria to za mało, by można było mówić o jakimkolwiek sukcesie. Mówiąc prostym językiem: Sted z Morfeuszem wykonali kawał dobrej roboty, ale gdy wchodzę na stronę Księstwa Solardii odruchowo naciskam "Backspace" i schodzę na dół zaparzyć sobie herbatę ziołową. Do czego zmierzam? W naszym wirtualnym oborniku, Dreamlandem się zwącym, zauważalny jest niedobór aktywnych jednostek. Brzmi banalnie, bo i banalny to problem, ale tylko z pozoru. Ostateczny obraz danej prowincji - bez względu na to, czy mówimy o Weblandzie, Blacklock czy Furlandii- jest jedynie efektem siódmych potów jej namiestnika, ewentualnie kogoś z jego środowiska, a powinien być pochodną działań całej grupy obywateli. Prawda jest taka, że dzisiejszy Dreamland podtrzymywany jest przy życiu przez maksymalnie 5-7 osób. Przykład drastyczny: załóżmy, że eMBe (prezydent Weblandu) stwierdza w lipcu, że zabawa w internetowe królestwo przestaje go interesować. Jaki byłby efekt podobnej decyzji? Dzisiaj pisałbym nie do "GW", a do Wiadomości Cesarstwa Azteca, lub podawał się za "szybką Suzi" na czacie w WP.
Powróćmy do sprawy wyboru nowego monarchy. Jak wynika z sondaży DAP, ponad 50% naszych wirtualnych rodaków swoje dreamlandzkie obywatelstwo posiada zaledwie od 30, góra 90 dni. Nie wszyscy więc wiedzą, że tron królewski w FKD wcale nie jest pusty, choć takim się może wydawać. Z moich informacji wynika, że król nie przedostał się jeszcze na drugą stronę Styksu, nie opuścił naszego wymiaru, nie zmienił stanu skupienia, ani nie wyjechał na saksy do Enerdowa. Większość ze stałych subskrybentów listy dyskusyjnej dawno postawiła krzyżyk na nieobecnym TomBondzie i z zapałem postanowiła wybrać nowego monarchę. Większość, to znaczy Rada Regencyjna (nie cała) i niektórzy członkowie rządu. Jednym słowem - mniejszość. Nie mnie jednak o tym decydować, ponieważ znajduję się poza tzw. nomenklaturą, czyli - jak to trafnie określił w jednej ze swoich wypowiedzi pan Bzerolek de Kakuć- jestem zaledwie przedstawicielem plebsu ergo zwykłym chamem. Oczywiście nie będę miał prawa wyboru TomBonda II, ale nie to jest moim zmartwieniem. Prywatnie dość rad jestem, że ktoś wreszcie zauważył, że zachowanie status quo na najwyższych stanowiskach jest brnięciem w ślepą uliczkę. Zdaję sobie jednak sprawę z faktu, że stolec królewski to dość atrakcyjny kąsek, zwłaszcza wobec braku jasno określonych kompetencji pozostałych organów państwa. Czy ktoś w Dreamlandzie wie, na czym polega praca np. premiera? Lub ministra w rządzie federalnym? Odpowiedź: na niczym, skoro federalny minister sprawiedliwości dziękuje prezesowi sądu prowincjonalnego za współpracę i zdejmuje go ze stanowiska, a po tygodniu odzywa się oburzony namiestnik i zakazuje mieszania się w prywatne sprawy "jego" prowincji ? Traktat Federalny jasno określa kompetencje władzy federalnej i krajowej. Ignorantia iuris nocet (nieznajomość prawa szkodzi) - głosi pewna stara prawnicza reguła, ale komu? Żałuję tylko, że nie dane mi było sprawować w owym czasie funkcji choćby rzecznika prasowego rządu. Wiedziałbym, jak podziękować za tak impertynencką postawę.
Inaczej rzecz ma się z królem, który - mocą swego autorytetu- może swobodnie kreślić granice swoich prerogatyw. Załóżmy, że pewnego dnia król budzi się z głębokiego snu i postanawia zostać łącznikiem miedzy Krainą Wiecznych Łowów a naszą planetą... Któż się sprzeciwi? Przypuszczam, że w Dreamlandzie powstałoby zaraz Królewskie Centrum Łączności z Zaświatami. Będąc głową państwa łatwo się dowartościować.
W ostatnich dniach zauważyłem niepokojący wzrost aktywności niektórych Dreamlandczyków. Wybory tuż, tuż - trzeba pokazać się z dobrej strony. Zaprezentować swoje doświadczenie, pochwalić obywatelskim stażem, powspominać stare dobre czasy "za Nimitza", za "TomBonda". Pokazać, że jest się członkiem nomenklatury. Dla przyzwoitości (i świętego spokoju) napisać kilka miłych słów o nieboszczyku, podczas gdy jeszcze pół roku temu obrzucano go niewybrednymi epitetami. Obsypać orderami i abstrakcyjnymi tytułami, które przysporzą mu tyle radości, ile przeciętnemu 18-latkowi wezwanie do stawienia się przed lokalną komisją poborową. świecidełka proszę zostawić dla siebie. Wyobraźmy sobie sytuację, w której Karol XVI Gustaw opuszcza na pół roku chłodną Szwecje i udaje się w tropiki. Powraca po 6 miesiącach i okazuje się, że zdesperowany Naród podarował koronę jakiemuś parweniuszowi. Nic straconego, wszak wrażliwi mieszkańcy postanowili uczynić ex-monarchę honorowym członkiem Królewskiej Akademii Nauk Rolniczych, Riksdagu i Instytutu Fizyki Kwantowej, przyznać dożywotnią rentę i działkę pod lasem. A gdyby tego było mało, w dniu urodzin byłego króla każdy szwedzki chłop ma obowiązek ubić największego świniaka.
Każdy sposób na autoreklamę jest dobry.
Pomijam już fakt niezgodności decyzji Rady Regencyjnej z Traktatem Federalnym (w końcu w Dreamlandzie szacunek dla prawa jest czystą abstrakcją). Pomijam również fakt braku jasno określonych kompetencji tego organu (właściwie żadne kompetencje, poza szeroko pojmowanym "ratowaniem państwa" nie są mi znane). RR jako organ kolegialny nie jest wewnętrznie spójna (nie sądzę, by panowała tam powszechna zgoda co do słuszności podjętej decyzji). Poszczególni jej członkowie to osoby zasłużone dla Dreamlandu, jednakże jako grupa tworzą mało interesującą mieszaninę.
Sprowadzenie formuły elekcji króla do procedury łudząco podobnej do tej znanej nam doskonale z wyborów prezydenckich jest kiepskim pomysłem. Takie głosowanie online stosować można jedynie w przypadku konkursu na najbardziej cycate blondynki, ale w momencie wybierania głowy państwa warto zastanowić się nad czymś bardziej wyszukanym. I czy nie będzie powtórki z rozrywki, czyli scenariusza: wy wybierzecie mnie, a ja wam gest Kozakiewicza?
Podsunę jedno rozwiązanie - Malezja (niektórym ignorantom wyjaśniam, że nie jest to nazwa żadnego wirtualnego państwa). Monarchia, w dodatku federacja. Zupełnie jak Dreamland. Osoba króla zmieniana jest tam co pięć lat, w ten sposób, że tron obejmują kolejno po sobie (na zasadzie czegoś w rodzaju rotacji) władcy poszczególnych prowincji. Jeśli zdrowie dopisze królewskim tronem można cieszyć się aż dwukrotnie. W FKD te pięć lat można zredukować do półrocza. I tak, według porządku alfabetycznego królem zostaje namiestnik Blacklock, potem władca Furlandii, dalej szef Morlandu, książę Solardii i na końcu prezydent Weblandu. W ten sposób po 2,5 roku zatoczylibyśmy pełne koło. I nie balibyśmy się o kompetencje kandydatów na króla, ponieważ namiestnikiem prowincji zostaje osoba już sprawdzona. Można ustalić inny porządek. Genialne, prawda?
Jeśli jednak nasi włodarze nie zechcą zmienić już ustalonych reguł gry, można pokusić się o pewną modyfikację przyjętego systemu elekcji: zbieramy listę kandydatów, ogłaszamy ją na liście dyskusyjnej, po czym czekamy na deklaracje samych zainteresowanych (coś w rodzaju programów wyborczych) . Na podstawie tychże wypocin można już wyciągnąć jakieś wnioski o stanie umysłowym kandydata. Jeśli ktoś napisze, że pod jego rządami wszyscy Dreamlandczycy będą piękni i bogaci - to świetnie, wiemy już, że człowiek jest sympatyczny, ale mało rozgarnięty. Jeśli zaś napisze, że zlikwiduje Radę Regencyjną i anuluje tytuły szlacheckie - wiemy, że nie ma szans na zwycięstwo. Jeśli stwierdzi, że sprawi, iż będzie kontynuował politykę swego poprzednika, wiemy, że nie wie o czym mówi, itd.
Na zakończenie: jeden z artykułów dekretu o elekcji przewiduje możliwość obrania królem osoby, która jako jedyna zgłosiła chęć kandydowania do tego - jakże prestiżowego- stanowiska. Załóżmy, że mija termin zgłaszania kandydatur i okazuje się, że jedynym chętnym jest niejaki Kutas, autentyczny mieszkaniec Weblandu (proszę sprawdzić). Z całym szacunkiem dla ww. persony, ale ja takiemu królowi kłaniać się nie będę. Jak również tym, którzy takiego wyboru dokonali. Z szacunku dla własnej osoby.
Jacques de Brolle
powrót