Trwanie i Zagłada
Amdel Qurt wyglądał przez okno swego obskurnego, socjalnego mieszkania na przedmieściach Kanugardu. Padał deszcz. Nad stolicą zapadał głęboki, nęcący mrok, przecinany gdzie nie gdzie rozbijającym się o chodnik światłem z latarni miejskich. Widok ten tak pospolity, w owej chwili zdawał się być Amdelowi czymś istotnie niezwykłym i zarazem smutnym. Był już po pracy i nie spodziewał się niczego innego jak tego, że już wkrótce położy się spać. Jednak jego przyjaciel zapowiedział, że wkrótce przyjedzie w odwiedziny, itak też słowa dotrzymał.
— witaj Axel! Ile to już my się nie widzieliśmy?
— napewno długo — odparł gość.
— gdzie teraz pracujesz?
— wciąż tam, w Nowej Winkulii w FMWN (La Forca Miliccia de Winqulia Nuovo — dopisek red.).
Zasiedli za stołem, nakrytym przekąskami, wódką i paczką papierosów. Wpadli także na pomysł, aby zagrać na nim w karty.
— i jak zatem wam się powodzi w tych tropikach?
— ah! Nawet nie pytaj! Tam się żyć nie da! Odkąd mnie mianowali majorem, to już prawie nikt nie chce tam służyć! Wszystko się sypie, ciężko jest utrzymać władzę nad regionem z taką garstką podkomendnych...
Adel wziął do ust kolejnego papierosa i ponownie spojrzał na swego rozmówcę i na swoje karty.
— przykro mi to słyszeć — zapytał zaciągając nieco dymu do płuc.
— ale ja nie przyjechałem po to aby się żalić — odparł, sięgając po kieliszek wódki — mogę wyrwać cie z tej nędzy, o ile zgodzisz się wyjechać do Nowej Winkulii.
Amdel zainteresował się, tą niecodzienną propozycją, choć wprawdzie żaden z niego był żołnierz.
— gdzie dokładnie miałbym pracować?
— na plantacji Riela w Emunik, to względnie bezpieczna lokalizacja.
Amdel Spojrzał raz jeszcze w tonącą w półmroku twarz majora.
— co chce i za ile? — dopytał, z ust pod sufit wznosił się gęstniejący obłok dymu papierosowego.
— pół miliona renów za trzy miesiące pracy, ale jak chcesz to za 5 miesięcy dostaniesz u niego nawet milion. — odparł major, który pochylił się nad stołem chcąc zgasić peta w skalnej popielnicy — będziemy strzec jego plantacji przed murzynami.
Amdel rozprostował nogi i oparł plecy o fotel.
— do kiedy mam podjąć decyzję?
— masz czas do niedzieli, jeśli tak, to zadzwoń — odparł Axel podając rękę na odchodne Amdelowi. Najemnik założył płaszcz, pożegnał się i wyszedł znikając w mroku ulicy pozostawiając Amdela samego z jego wyborem.
*
Nazajutrz Amdel znowu wstał, cały obolały i zaspany. Pocieszała go jednak myśl, że to już piątek, a przed nim perspektywa dwóch dni wolnych i propozycja, która mogłaby go wyrwać z pracy, której szczerze nienawidził. Amdel spoglądał w lustro podczas mycia zębów, i odpłynął na statku swych wspomnień do dalekiego Burgiogradu, skąd pochodził. Amdel tęsknił za miastem, choć wiele w nim wycierpiał, jako członek tamtejszej, niewielkiej gminy wyznaniowej Ossaków. Żyjący w skromnych warunkach, wielodzietnej rodziny robotniczej. Przypomniał sobie wspólne chwile spędzone z braćmi, z których jeden obecnie pracował w NUPII jako inżynier przy budowie kolei na Podlandzie. Drugi zaś zaginął bez wieści wraz z kolumną jeńców winkulijskich wziętych do niewoli brodryjskiej.
On sam zaś wylądował na budowie w Kanugardzie, pracując w tej branży już od trzech lat...
I potem znów myślami zabłąkał się po rodzinnej Burgii, skąd wyniósł kilka złamanych żeber w latach szkolnych i zniszczone dzieciństwo. Wziął głęboki oddech, a wspomnienia płynęły w jego głowie jednym ciągiem — dzieciństwo, młodość, dorosłość, dzień wczorajszy, nie znały chronologii, nie znały litości.
I tylko jedno wspomnienie o kobiecie, którą pokochał powstrzymało go od rozbicia lustra w drobny mak. Dziewczyna z niebogatszego domu, nie mniej skrzywdzona przez los jak i on, pracująca kilka przecznic dalej jako ekspedientka — Ulroeke Bloem.
Radość, że ją znowu ujrzy znów pchała go do tego by żyć dalej, mimo wszystko.
Gdy wrócił, po dziesięciu godzinach pracy, był przemoknięty i przemarznięty. Słońce, które wyszło zza deszczowych chmur, już chyliło się ku zachodowi. Pragnął przed zajściem słońca wrócić do domu i choćby na chwilę zbliżyć się do niej.
Rozmawiali chwilę, ale za to treściwie. Uznali, że oboje nie chcą żyć w tym mieście, oboje nie chcą żyć tak jak dotychczas i, że najpiękniejsze miasta Winkulii są na południu.
Gdy było już ciemno, Amdel wyszedł z prowadzonego przez nią sklepu, zszedł schodami i powiedział sobie w myślach.
— teraz potrzebne są tylko pieniądze. Dużo pieniędzy.
Chwycił za telefon, wybił numer do Axela, zbliżył telefon do ust, z których padło krótkie ,,tak, zgadzam się'', i już nikt nigdy go więcej nie spotkał w winkulijskiej stolicy.
Już następnego tygodnia zjawił się na azymuckiej ziemi.
*
Riel nie był zwyczajnym arystokratą czasowów egvallandzkich, ale człowiekiem aż nazbyt znanym w całej Winkuli, ku uciesze zarówno tabloidów, jak i poważnych winkulijskich mediów. Urodzony gdzieś centralnej Winkulii, w pewnej ubogiej rodzinie Sa'o, nie podzielił losu swoich przodków i zrobił karierę, która nawet w tamtych czas, rozpalała wyobraźnię. Riel wygrał pewną, nigdy nie poznaną sumę pieniędzy na loterii państwowej jeszcze przed wojną brodryjską, gdy ta zaś wybuchła ślad po nim zaginął wraz z pieniędzmi. Ktoś pewnego dnia doniósł światu i rodzinie, że Riel uciekł statkiem z Nadmorzca do Bialenii, a stamtąd do Azymutii, pod władaniem Lerven, stając się właścicielem jednej z największych i najzasobniejszych plantacji na wyspie. Jednak nie to tylko sprawiło, że o jego majątku zrobiło się głośno w całym kraju, ale jego wielki jak się później okazało patriotyzm i wkład w przejęcie tego regionu przez Egvalland.
Za sprawą Riela przybywali coraz liczniej planatorzy z Winkulii zwodzeni obietnicą łatwych pieniędzy i dostatniego życia. Najpierw pięćdziesiąt, pięćset… i w końcu pięć tysięcy… a wraz z tym jego wpływ na region stał się niemal równie wielki, co lervenskiego, a potem federalnego namiestnika.
Kraj ten krył jednak przed Rielem wiele bogactw, którymi nie chciał dzielić się z Rielem, a już napewno nie chciało dzielić się z nim prawo federalne. Nie zgadzano się na wydobycie ropy, ani na poszukiwania złota, które zostałyby i tak z resztą znacjonalizowane. Riel nie posiadał się z radości, gdy władze nad Azymutią oddano w ręce Egvallandu. Riel został chojnie obdarowany najpierw urzędem komisarza, a następnie barona przez Prezydenta Erika O. von Hohenburga. W pewnym momencie Riel dostarczał ropę dla wojska, by po chwili zaopatrywać cały kraj w ropę. Republika stanęła nad przepaścią za sprawą jednego starszego męższczyzny, gdzieś na krańcach Nordaty.
Jak można się było spodziewać wraz z rosnącymi w pływami politycznymi i gospodarczymi, tym wiszący nad nim miecz Demoklesa, coraz śmielej zbliżał się do jego głowy. Nic więc dziwnego, że baron de Sa'o potrzebował prywatnego wojska, które strzegło granic jego wpływów.
Amdel początkowo otrzymał za zadanie patrolować mury posiadłości barona w Emunik, przez okolo miesiąc, poczym powiedziano mu, że zostanie wysłany w głąb dżungli, by pilnować bijącego serca interesów barona — szybów naftowych w Yoyotrololo, pod Jugowicami. W Emunik czuł się świetnie, baron cokolwiek złego by o nim nie powiedzieć, umiał zadbać o swoich chlebobiorców. Amdel i inni członkowie formacji, popijali wytrawne albiońskie i zagraniczne trunki, w tym też miejscowe wyroby plantatorów z Emunik. Mieszkał dosyć wygodnie w klimatyzowanej izbie. Wieczorami zaś, gdy gasły wszystkie światła, miasto kładło się do snu, a butelki po winie leżały opróżnione, wyciągał z kieszeni zdjęcie jej i co noc przypominał sobie, dla kogo on tu jest.
*
Qurt dowodził tym razem wartą, odbywającą się w nocy. W trakcie jej trwania udało mu się zauważyć grupę trzech osób, próbujących wtargnąć z bronią na teren posiadłości. Rozpoczęła się strzelania, w której, został ranny w lewe udo, ale za to zamachowców zabito na miejscu. Nazajutrz Riel dowiedział się o wszystkim i w podzięce za swe poświęcenie Amdel otrzymał stopień Leutnanta.
Amdel w tym czasie przebywał w szpitalu, o tragicznych warunkach sanitarnych. W jego salce panował za dnia nieznośny skwar, zaduch i smród. Rana postrzałowa goiła się dość szybko i po tygodniu leutant mógł już ruszyć do Jugowic. On i kilkanaście innych najemników zostało wypłynęło kutrem z wyspy do miasta Helion, będącego portem przeładunkowym Ligi Morskiej i Kolonialnej.
— tu już praktycznie kończy się Winkulia, a zaczyna faktyczna Azymutia — rzekł właściciel kutra, po dopłynięciu do miasta.
I istotnie, Helion był ostatnim w miarę zamożnym i zadbanym miastem przypominającym miasta winkulijskie. Za Helionem, zaczynała się faktyczna Azymutia — dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych puszczy, niezbadane plemiona, wsie, osady. Świat w którym wszystko było obce, tak bardzo odmienne od tego co znał dotychczas, że z trudem wyobrażał sobie ogrom tego zdziczałego miejsca, oraz cieniutką linie kolejową łączącą dwa żałośnie małe punkciki na mapie Azymutii, tak zwanej winkulijskiej.
Z rozważań tych wyrwały nagle nawoływania innych najemników oznajmujących, że pociąg już p r z y j e c h a ł. Ruszyli więc ze swoimi bagażami, przepasani nabojami i z bronią w ręku schodkami do wejścia. Za nini i przed nimi ruszyło mnóstwo przedstawicieli rdzennej ludności, także zdawało się, że byli oni jedynymi białymi w pociągu. Amdel stał przy oknie z bronią gotową na wypadek ataku na pociąg, którego spodziewał się w każdej chwili. Chcąc nie chcąc, uważnie obserwując podłe położenie miejscowej ludności — reżim Riela jaki sam budował zmuszał ludzi do niewolniczej pracy w kopalniach na plantacjach, karczował odwieczne lasy pozostawiając po sobie nędzę dla milionów.
I tym razem z rozmyślań wyrwała go nieoczekiwana reakcja majora Axela, który postanowił zająć jego miejsce jako pilnujący pociągu. Amdel zasiadł obok kapitana Sefder, w sąsiednim wagonie.
— ty wiesz może czemu Axel jest taki naburmuszony?
— a skąd mogę wiedzieć? Czy coś mu zrobiliśmy, albo Riel?
— podobno.. . to znaczy gadają, że Axel chciał zabić Riela, a ty mu przeszkodziłeś.
— no ty chyba, żeś oszalał! Po cholere?
— no tak mówią… ponoć Riel chce przejąć władze w Republice, gadają nawet coś o monarchii, że chciałby wprowadzić z Hohenburgami.
— i Axel chciał go powstrzymać…
— tak, mówią.. — Sefder nachylił się nad rozmówcą i ściszył głos — tylko proszę nie mów o tym nikomu! że Axel specjalnie brał do ochrony ludzi z przypadku, ażeby ci mogli go zabić bez przeszkód!
Od tych rewelacji Amdelowi zakręciło się w głowie. Za oknem widać było coraz rzadsze połacie lasów i roślin, w końcu zaczęły przebijać się widoki ludzi slumsów, ziemianek. Tak, w tym miejscu dla Amdela zaczynały się Jugowice — do niedawna najważniejsze miasto południowej Nordaty. Dalej miasto prezentowało się coraz lepiej, blaszane domki zastąpiły neoklacystyczne budowle z czasów Arisa Kostasa, w centrum futurystyczne kreacje tegoż ministra. Ta odrobina luksusu i bogactwa zatopionego, po same brzegi w niezmierzonym morzu biedy, nędzy i cierpienia.
W końcu sędziwy pociąg produkcji volkiańskiej zatrzymał się na stacji Jugowice—centrum, i oddział wyszedł. Na stacji zaś powitał ich widok całego przekroju azymuckiego społeczeństwa. Winkulijscy żołnierze pilnujący porządku na stacji, imigranci, a raczej uciekinierzy z muratyckiej Azymutii szukający pracy, kobiety, dzieci od noworodków po młodzież w wieku szkolnym. Artyści, handlarze, przestępcy, przemtynicy, stróże prawa, biedni i bogaci ściśnięci w przepełnionym, sypiącym się dworcu kolejowym. Na którym widać było jeszcze ślady kul po nieudanej próbie zamachu stanu Augusta de la Sparasana. Gdzieś tam w kącie zasiadał lokalny grajek z gitarą i śpiewał, popularną przyśpiewkę ludową.
Hai, niha placha ramanya,
Dase numi betabrenya,
Tikete dase, yomo mini!
Hai, noche yoco
Tri Vincus chipobreye nu Volce,
Chipobreye lu prima fort!
Volce bocubrelu nipo ye Crasnu,
Vincus gofenbreye Canugardu!
Crasnu ta Canu!
Amdel podszedł do śpiewaka i rzucił kilk miedziaków do pokrowca, na co ten uśmiechnął się i powiedział mu coś w swoim języku, być może słowa podziękowania. Tymczasem Sefder wykłócał się o coś z kapitanem piechoty winkulijskiej. Aż w końcu calą czwórkę otoczyli zawodowi żołnierze, rozległa się komenda "hede hoe!" na którą Amdel podniósł ręce w górę, czekając na ich dalszą reakcje. Tymczasem gdzieś w oddali, Axel targował się z wojskowymi.
— nie możecie nas rozbroić! jesteśmy ludźmi od Riela!
— mamy rozkaz rozbroić każdą jednostkę paramilitarną!
— kto wam wydał taki rozkaz? Może Kardacz, którego wspiera finansowo?
— nie twój psi interes! Rzuć broń!
Na te. Słowa Axel rzucił broń i nakazał pozostałym rozbroić się. Żołnierze zabrali broń i zabrali ich do cyrkułu w pobliżu dworca. W nocy ten sam kapitan który ich powziął w niewolę oznajmił, iż są wolni, że całe zajście to pomyłka i, że zwrócą im broń.
— może wyjaśnić mi ktoś o co w tym wszystkim chodzi? — zapytał Amdel
— nie chcieli nas puścić, bo wojsko miało rozwiązać FMWN, ale tego nie zrobią bo brak pieniędzy Riela za bardzo zabolałyby Naczelne Dowództwo. Doszedł rozkaz z góry, że mają nas wypuścić, a całe wojsko z Azymutii ma wrócić do metropolii — odparł Sefder
— tyle, że to wciąż mi się nie klei
— nie musi.. Trzymaj to — odparł podając Amdelowi gazetę — to najświeższe wydanie Voog Winkuliersdeg, kupiłem je przed chwilą na dworcu.
Amdel rozwiną gazetę i przy świecił latarką i spojrzał na papier z wielkim wytłuszczonymi tytułami: ORĘDZIE PREZYDENTA DO NARODU, CAŁA WŁADZA W RĘCE FOLKSFÜHTERA, WRE ZAŻĄDAŁO ROZWIĄZANIA ZWIĄZKU WINKULI I VOLKIANU.
— czy to oznacza… na Óesa!... Kardacz wprowadził junte wojskową!
— dokładnie, tak jak Riel zakładał i przed czym Axel próbował nas u chronić
— to nie może być prawda!
— a jednak! Mówią, że Axel jeszcze dziś w nocy ma się zastrzelić, bo jak nie to zabiją jego i nas.
Zapadło milczenie, Axel podał wszystkim rękę powiedział, krótko, niezbyt wylewnie o tym iż służba z nimi, to był zaszczyt, że nie żałuję niczego, co do tej pory zrobił i podziękował za ich dotychczasową służbę, mając nadzieję, że ojczyzna kiedyś się nim za to odpłaci.
— nie mogę jechać dalej z wami. Do Troloyoyo zawiezie was ten oto człowiek Umeljese Wybraü, ten sam który śpiewał na dworcu kolejowym w Jugowicach. Samochód już czeka za dworcem z paliwem i wszystkim co trzeba. Żegnajcie.
Całej trójce oczy zrobiły się wilgotne od łez, spojrzeli poraz ostatni na człowieka, którego pochłonęła ciemność.
*
Był to już trzeci miesiąc służby w najemnych formacjach barona Riela i Amdel nie zamierzał być tutaj ani minuty dłużej. Po przyjeździe do Yoyotrololo zadzwonił do dziewczyny, chcąc się upewnić czy w Kanugardzie jest bezpieczna. Ta zaś opowiedziała mu ze szczegółami, to co osatnio się wydarzyło i jak przebiegał zamach stanu. Choć w przeciwieństwie do Amdela nie przejmowała się zbytnio polityką, o tyle gdy ta zaczęła być prowadzona przy użyciu wojska i ostrej amunicji, zaczęła się nią żywo interesować. Kanugard był jednak względnie bezpieczny, czego nie można było powiedzieć o Yoyotrololo.
Umeljese pochodził z Troloyoyo i był przewodnikiem grupy żołnierzy, której tym razem przewodził kapitan Safeder i która liczyła już ponad czterdziestu pięciu najemników. Ten zabrał kapitana i leutnanta Qurta do niewielkiej knajpy — jednego z nielicznych przyzwoitych budynków w miasteczku. Same Yoyotrololo było typowym azymuckim miastem. Biednym, zewsząd otoczonym slumsami, nad którym wznosiły się lasy tropikalne i nieustające nigdy szyby naftowe. Amdel i Safeder zamówili dżin wymieszany z tonikiem jako ochronę przed malarią, a także nieco innych trunków aby się nimi później natrzeć.
— powiedz mi — zaczął Safeder — co zamierzasz robić po powrocie do domu?
— jeśli wrócę stąd żyw… szczerze mówiąc nie wiem, wcześniej robiłem na budowie, ale nie zamierzam tam wracać. — odparł — mam licencjata z ekonomi, więc być może zajmę się księgowoscią?
— też dobre, ja pracowałem w Lidze Morskiej, mój brat wciąż tam pracuje i mieszka w Nadmorzcu, jakby kiedyś potrzebowali tam księgowego, to wbijaj czym prędzej do mnie.
I w tym momencie obaj się zaśmiali.
— tak wogóle to gdzie mieszkasz? Skąd jesteś? Jakoś nigdy nie miałem okazji cie o to spytać.
— Ramshorn, pochodzę z Ramshorn.
— To jest gdzieś pod Kanugardem?
— tak, na południe od stolicy.
Amdel rozejrzał się po ścianach izby. Zaintrygowały go zdobiące je obrazy, reprezentujących najpewniej jakąś abstrakcyjną gałęź sztuki.
— co to za bochomazy?
— to? Podobno ten cały Umeljese coś, tamto gówno namalował… ale że w Krasnodarsku, ktoś to zauważył to część jego prac trafiło nawet do Galerii Narodowej, to teraz całe miasteczko się tym chwali i fioła dostali na punkcie tego faceta…
— ha! Takie coś mogli zechcieć chyba tylko w Krasnodarsku!
— dokładnie — odparł z nutką zażenowania, popijać dżin. — tak wogóle to ty jesteś tym… no... Osakiem, tak?
— tak, jestem i pochodzę z Burgiogradu, byłem jedynym Osakiem w klasie
— hmm, chyba wiem jak to jest, ja dla przykładu jestem z rotriokatolickiej rodziny, co jest w Winkulii rzadkością…
— możliwe.
Zapadła cisza. Każdy z nich rozmyślał nad tym co spotkało ich dowódcę i co spotkać ich też wciąż może.
*
Przez pierwszy tydzień od czasu przyjazdu do Troloyoyo nie działo się nic nadzwyczajnego. Czas pracy upływał na rutynowych kontrolach, czyszczeniu broni i odpoczynku.
Każdy z nich starał się nie myśleć o nieuchronnej śmierci, która mogłaby ich tu dopaść. Po pewnym czasie, przebywania w dżungli i tego co dotychczas przeżyli, zdawać by się mogło, że udało im się ujarzmić do pewnego stopnia lęk przed śmiercią. Najtrudniej było im się pogodzić ze śmiercią majora Axela, ale i to nie mogło ich wyrwać z okowów tego okrutnego miejsca.
*
Amdel głęboko wierzył w to, że jego życie wróci do normy. Wrócił do kraju we wrześniu roku dwudziestego, niedługo potem oświadczył i ożenił się z Ulroeke odtąd Quart-Bloem, która zgodziła się nawet dokonać konwersji na osacyzm. Za pieniądze zarobione u Riela wykupił dom na przedmieściach Nadmorzca, zaś Sefder, zgodnie ze złożoną obietnicą załatwił mu pracę w dziale księgowości Ligi Morskiej.
Pozornie ułożony i szczęśliwy człowiek zamykał się coraz bardziej w sobie, każdy piątkowy wieczór spędzając w gabinecie, samotnie z butelką bimbru w prawej dłoni i z lewym łokciem dociskającym gazetę.
— i pomyśleć, że to wszystko przeze mnie… patrzcie no… — mruknął pod nosem — przeze mnie zginął Axel, tych trzech niczemu winnych ludzi i dziesiątki innych Azymutczyków, nikt inny jak ja. — dokończył w myśli, biorąc do ust szklankę bimbru — czy gdybym puścił Axela i pozwolił mu zabić Riela, nie byłoby zamachu stanu, nie byłoby wojny domowej, a w tej niepotrzebnej nikomu koloni nikt więcej już by nie ginął. — spuścił wzrok na gazetę z wielką podobizną barona de sa'o — czyż nie zadziałaby się sprawiedliwość boża, gdyby to ten pasożyt Riel gryzł dziś piach, zamiast tylu szlachetnych ludzi? Stanąłem przeciwko złu, które mogłem zgasić nie robiąc absolutnie nic! grzech mój jest nie do przebaczenia, zabiłem jedyną osobę, która mogła ocalić Republikę i mnóstwo żyć ludzkich! — w tym miejscu Amdel zrobił jeszcze łyk bimbru i zasnął ze łzami w oczach z twarzą na biurku.
Nazajutrz rozwarł lekko oczyma i zmiótł wzrokiem cały pokój. Przez dziurkę od klucza wpadały nieśmiało promienie porannego światła.
Księgowy podniósł się z trudem i obolałą głową i ciałem, podobniej jak przedtem nim znalazł się w azymuckiej dżungli i znalazł zatrudnienie w Nadmorzcu.
Całkiem niespodziewanie drzwi uchyliły się i do pokoju wstąpiła kobieca postać.
— aj, co by to zmieniło?
— jak to "co by to zmieniło?", zmieniłoby wszystko! Axel by żył, tysiące innych ludzi też, ja jestem temu też winien, z go nie powstrzymałem!
Ulroeke podbiegła, złapała go za rękę i rzekła
— majaczysz! nic byś nie zmienił, oj majaczysz! musimy czym prędzej udać się z tobą do psychiatry.
W końcu Amdel udał się do psychiatry i choć terapia początkowo przynosiła pożądane efekty, to jednak wyrzuty sumienia wciąż nie pozwalały mu normalnie funkcjonować.
Któregoś zimnego styczniowego wieczoru wracając, z pracy, wstąpił na sam szczyt latarni morskiej w Nadmorzcu i rozbił się o zaśnieżone skały. Ciało jego stoczyło się do morza, które wypluło je kilka kilometrów dalej, gdzieś na północnym-zachodzie, jakby zbliżając się do granic kraju z którego pochodził.
Zauważył to Zakron osackiej gminy wyznaniowej i skwitował to słowami; "ciało jego miotły fale, tak jak los sponiewierał jego życie mieszczące się gdzieś między nędznym trwaniem i zagładą". Nim złożono jego szczątki siedem stóp pod ziemią na cmentarzu osackim w Nadmorzcu.
Koniec