Wróć do przeglądania archiwum Herolda
Opublikowano 27.02.2008 12:21:10 przez Herold
Do popełnienia niniejszego tekstu skłonił Autora (pisanego z wielkiej litery bynajmniej nie z powodu próżności, a dla odróżnienia się od innych, cytowanych autorów) nastrój tak irytacji, jak i pobłażliwości połączonej z chęcią mentorskiego wskazania, jak postępować należy. Pierwszym jego odczuciem po przebudzeniu — zaraz po silnej potrzebie uzupełnienia właściwych poziomów kofeiny i nikotyny w organizmie — była nieodparta chęć napisania swojego rodzaju manifeściku, analizki zjawiska Autorowi doskwierającego w coraz to większym stopniu. Kanwą niniejszej analizy będzie komentarz do pewnego wpisu na blogu, dotyczącego wąskiego zgoła wycinka zjawiska „dzieci Neostrady”. Komentarz, który jak w soczewce skupia w sobie — bez zbędnej stylizacji — cechy tegoż zjawiska najbardziej charakterystyczne.
Pan Paweł Fornalski, pisząc o „całkowitym braku cierpliwości współczesnych użytkowników Internetu w oczekiwaniu na multimedia”, zakończył swój tekst słowami „Pozostaje nam zacisnąć zęby i pomrukiwać pod nosem «dzieci Neostrady», a że są to rzeczywiście dzieci udowadnia ostatni slajd. Jedyne, co nam pozostało, to świadomość, że w piątkowy wieczór «im» piwa nie sprzedadzą i kiedy my, starzy admini, będziemy siedzieli ze swoimi kobietami w pubie, im pozostanie wściekanie się na forach”. Ze slajdu wynikało, iż niemal połowę użytkowników Internetu w Polsce (w 2006 r., z tego też roku jest tekst) stanowią osoby w wieku od 7 do 24 lat. Oto komentarz, jaki posłuży Autorowi za metr z Sèvres do dalszych rozważań (pisownia oryginalna):
Gość: edek, bau166.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/04/03 21:03:19„pozostaje nam zacisnąć zęby i pomrukiwać pod nosem «dzieci Neostrady», a że są to rzeczywiście dzieci udowadnia ostatni slajd”
Bardzo ciekawe stwierdzenie Mam 22 lata i jestem studentem 3 roku informatyki i ekonometrii i według tego autora jestem jeszcze dzieckiem Z internetem miałem do czynienia już w 1997 roku i pamiętam co to modem i jego wspaniale brzmienie jak sie łączył, sdi tez dobrze pamiętam Jestem Ciekaw ile autor tego artykułu ma lat i czy zazdrości młodym Fakt faktem jest taki ze jak sie zrobił bum na internet to pozakładali go ludzie nie mający pojęcia co to jest i nie tylko młodzi ale starsi też
Autor ułatwi życie swoim Czytelnikom, punktując najbardziej uderzające cechy tego komentarza — w kolejności chronologicznej.
Zacznijmy od pogardy dla zasad języka polskiego. Są one, zazwyczaj, pierwszą ofiarą „dziecka Neostrady”. Znaki przestankowe w cytowanym komentarzu nie zajęły poczesnego sobie miejsca, polskie znaki potraktowano wybiórczo. Nie dlatego, iżby autor miał niesprawną klawiaturę — ze zwykłego niechlujstwa. Być może autor uznał, iż nie musi swoich przemyśleń (jak je tu litościwie nazwijmy) przekazywać w sposób zgodny z ogólnie przyjętymi normami. Co bardziej jednak prawdopodobne, autor o tym nie pomyślał w ogóle.
Prowadzi nas do cechy drugiej, równie zasadniczej — zaburzeń logicznego rozumowania, których skutkiem oczywistym jest brak umiejętności czytania ze zrozumieniem. Komentowany wpis, co do czego (oby!) nikt nie ma wątpliwości, został zrozumiany źle — czyli nie został zrozumiany w ogóle. Autor komentarza nie był w stanie podjąć skromnego wysiłku intelektualnego, polegającego na prostej operacji zsumowania wartości podanych przy słupkach. Połączywszy swój wiek z wartością widniejącą w zakresie obrazowanym przez jeden z nich, poczuł się zaatakowany.
Cecha trzecia, w równym stopniu wyraźna, co typowa. Huśtawka nastrojów, tu obecna w „strategii” atak–obrona–atak—obrona. „Edek” najpierw nieudacznie sili się na ironię, później się broni (o zgrozo, oby kłamał co do tego, że był studentem trzeciego roku, w przeciwnym razie za rok będziemy mieć nowego „magistra”), na powrót sili się na żenujące wycieczki ad personam, by wreszcie przejść do częściowego potwierdzenia tez tekstu, który w swoim mniemaniu skrytykował, a faktycznego popełnienia polemicznego samobójstwa.
Wyobraźmy sobie teraz sytuację, w której „edek” czyta niniejszy tekst — którego nolens volens stał się głównym bohaterem. Co zrobi „edek”? Czy postara się rozważyć argumentację w nim podaną? Wnikliwie przeanalizuje każdy akapit? Zauważy, iż nie jest to frontalny atak na jego osobę, a na konkretnie oznaczone cechy, które — jeżeli tylko będzie chciał — będzie mógł zmienić? Autor nie ma, niestety, złudzeń co do odpowiedzi trzy razy „nie” — pamięta wszelako o tym, iż ludzie nie przestają go zaskakiwać.
Wielorakie źródła internetowe, choćby Wikipedia, jako cechę „dziecka Neostrady” wskazują reagowanie silną agresją na wszelkie próby zwrócenia uwagi. Kanoniczna już niemal strona „nie dzieciom neo” uzupełnia ją o lekceważenie uwag innych oraz nieliczenie się z ich zdaniem. Rzecz jednak nie w tym, aby do otrzymanych uwag stosować się bezmyślnie. Rzecz w tym, aby uwagi te, choćby zdecydowane, przede wszystkim starać się zrozumieć.
Warto także przypomnieć starą, dobrą etykietę sieciową. Netykieta, choć sięga 1988 r., nie przestała obowiązywać dlatego, że grupy dyskusyjne zostały zastąpione przez listy dyskusyjne, a te z kolei przez fora, komentarze i wypowiedzi w shoutboksie. Nie wszystko, co jest zabronione przez netykietę, jest zakazane także w kodeksach. Świadome niestosowanie się do netykiety nie jest usprawiedliwionym korzystaniem z należnych praw, a przejawem zwykłego chamstwa wynikającego z braku szacunku do innych członków społeczności.
Wreszcie, na sam koniec — sfera wizualna. Pogarda „dziecka Neostrady” dla interpunkcji przybiera także postać „nadinterpunkcji”. W myśl zasady „obraz wart tysiąca słów” Autor, choć z zasadą jako taką się nie zgadza, z całego serca zachęca do zapoznania się z wymowną ilustracją. Dotyczy ona tak wykrzykników, pytajników, jak i połączeń jednych i drugich. W nie mniejszym stopniu dotyczy emotikon. Uwagę uprzejmych Czytelników zwraca się na jedną z nich — „xD”. Stała się ona bowiem niemal elementem autoidentyfikacji ludzi, o których traktuje niniejszy tekst.
Czas zatem najwyższy na zakończenie, które Autor postanowił uczynić listą zaleceń, stanowiącą lustrzane odbicie charakterystyki wyżej przedstawionej.
Zalecenie pierwsze — myśl samodzielnie. Zadaj sobie wysiłek zrozumienia tekstu lub zagadnienia. Uwzględnij kontekst, nadawcę i odbiorcę. Spróbuj na początku sam znaleźć odpowiedź na nurtujące cię pytanie.
Zalecenie drugie — szanuj osobę po drugiej stronie łącza. Pisz zgodnie z zasadami języka ojczystego. Przestrzegaj obowiązujących norm — tak co do treści, jak i formy. Bądź nienatarczywy. Pisz raz, a dobrze.
Zalecenie trzecie — trzymaj poziom. Krytykę znieś w spokoju, a jeżeli uważasz ją za niesłuszną, odnieś się do niej w sposób merytoryczny. Bądź w stanie przyznać się do błędu i przeprosić.
Rozumiemy się?
Autor: Aaron "Gamaliel" kaw. von Lichtenstein-Rozman, zamieszczono 27.02.2008 12:46:07
A gdzie dedykacja?
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 27.02.2008 12:59:43
Nie chcę nikogo osobiście „atakować” swoim tekstem. Sapienti sat.
Autor: Robert Janusz kaw. von Thorn-Czekański, zamieszczono 27.02.2008 13:04:10
Zakładamy się kto pierwszy udowodni, że jest kinderneo? :)
Autor: A6176, zamieszczono 27.02.2008 13:30:44
Wszystko w porządku, tylko: nie uwzględnia się tego, że ludzie posługują się różnymi kodami komunikowania (w zależności choćby od pochodzenia społecznego) i nie muszą zrozumieć, dlaczego nie można zastosować dziesięciu wykrzykników i pięciu mordek. Po drugie- tekst nie niesie emocji, po tekście, zwłaszcza stosowanym jako zastępstwo mowy- choćby w rozmowach na listach dyskusyjnych przy żywej dyskusji, nie można wywnioskować do końca intencji autora. Czy był zły, czy ironizował itp. Dlatego tekst w sieci zawiera symbole komunikacji niewerbalnej. I nie skreślałbym od razu wszystkich, którzy wklejają co rusz emotikony itd.
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 27.02.2008 14:23:52
Jeżeli chodzi o to, że ludzie nie muszą rozumieć, dlaczego nie powinno się stosować nadmiernej ilości znaków interpunkcyjnych. Muszą. Wszyscy mają za sobą obowiązkową edukację (albo są w jej trakcie), której istotnym elementem jest przedmiot pod nazwą język polski. Nadużywanie (nie: sporadyczne, zależne od kontekstu) emotikon jest jedynie naturalną konsekwencją zasad wcześniej nauczonych.
Co do drugiej części, oczywiście zgoda. Nie sposób zawsze ustalić intencje autora (zwłaszcza, gdy nie zna się go wystarczająco dobrze), emotikony same w sobie nie są złe. Same w sobie nie są też złe wykrzykniki czy pytajniki. Problem pojawia się wtedy, gdy tak tradycyjna interpunkcja, jak i emotikony, są nadużywane. Uzasadnienie jest zgoła oczywiste — przestają one wtedy służyć celom, dla jakich zostały ustanowione.
Autor: Robert Janusz kaw. von Thorn-Czekański, zamieszczono 27.02.2008 14:26:10
Tow. Perun! Przelewam na Pana konto 20 lt :) Starczy na parę komentarzy! Lubie je!
Autor: A6176, zamieszczono 27.02.2008 14:34:41
Mam jeszcze 300lt na koncie. Ale dziękuję, przyjmę prezent. Na pewno się przyda. Zastanawiam się tylko (naiwniak ze mnie zapewne), czy Kawaler tak szczerze, czy też chcecie się ze mnie pośmiać. Ale co tam...
Autor: A6176, zamieszczono 27.02.2008 14:40:59
Co do wypowiedzi Księcia- ludzie muszą rozumieć zasady interpunkcji. Zgadzam się. Tu jestem na wskroś konserwatywny. Problem tylko, kiedy komunikacja tekstowa odbywa się w sytuacjach nie przewidzianych dla komunikacji tekstowej. Przykład: czat, lista dyskusyjna itp. To nie są polemiki, ale często krótkie, emocjonalnie nasączone wypowiedzi. Dlatego interpunkcja zaczyna pełnić zupełnie inną funkcję. Nadużywanie- patrząc z tradycyjnej tekstowej perspektywy- staje się twórczą działalnością dopełniającą suchy tekstowy przekaz (chociaż w przypadku wielu ludzi, niestety, tekst przestaje być potrzebny- woleliby komunikować się jedynie za pomocą znaków interpunkcyjnych...). Trudno określić, kiedy mamy do czynienia z nadużywaniem. Można po prostu w sieci spotkać kogoś, kto potrafi przy pomocy jedynie słowa wyrazić wszystko, a i durniów, którzy niczym małpy przekazują znaczenia idiotycznym uśmiechem, wciskanym, gdzie się da. Swoją drogą, jakiś czas mieliśmy takie nadużywanie słowa "kurwa" w Wandystanie (jeśli ktoś chciałby odsprzedać słownik polskich wulgaryzmów, z radością odkupię).
Autor: Robert Janusz kaw. von Thorn-Czekański, zamieszczono 27.02.2008 14:57:52
Jak najbardziej szczerze! Nie śpię na lt do tego stopnia by kupować za nie rozrywkę. Zaapelowałbym także do Towarzysza by ten wrócił do KS na cały etat, ale to pewnie jak kulą w płot będzie!
Autor: szer. Bartosz "Ojebejbe" kaw. von Thorn-Mackiewicz, zamieszczono 27.02.2008 15:42:28
http://vader.joemonster.org/upload/zqw/0215b0b4imageupload135752555.jpe
dla nieanglojęzycznych:
http://www.joemonster.org/i/ac/troll.jpg
Bywam na czatach praktycznie codziennie. Wiecie co odróżnia większość stałych bywalców od osób bywających sporadycznie/po raz pierwszy? Te pierwsze używają (w zdecydowanej większości) znaków interpunkcyjnych we właściwych miejscach, zwroty bezpośrednie akcentują wielką literą i duża część tych 'stałych bywalców' używa polskich liter. I to mi się podoba! :)
Autor: A6176, zamieszczono 27.02.2008 16:14:21
Kawalerze Czekański: do Was to zawsze lepiej ostrożnie (i tu chciałem wstawić symbol mordy uśmiechniętej, ale się durny zacząłem zastanawiać). Co do powrotów, ha, to skomplikowana sprawa- musiałbym artykuł o tym napisać, ale pewnie poruszę temat tożsamościowy w Instytucie Pamięci postNarodowej (www.ippn.wordpress.com). Czuję się Sarmatą, ale jestem również Wandejczykiem. Generalnie jestem zwolennikiem rozwoju kultury wando-sarmackiej. A wrócić nie mogę- nawet w "Heroldzie" komentuję nielegalnie i można mnie w każdej chwili na pysk...
Chciałem tylko zwrócić uwagę, że nie podchodziłbym radykalnie i uproszczeniowo do kwestii poprawności językowej w sieci. O ile normy językowe są potrzebne, to warto zwrócić uwagę na wiele aspektów, które mogą powodować odstępstwa od normy. Komunikatory internetowe są nietypowym, płynnym środkiem przekazu, do tego kwestia społeczna (posługuję się np. kaszubszczyzną w domu, mogę więc gorzej znać polszczyznę) i nawet idiotycznej, młodocianej rozróby, bo rodzice kupili neo. Najważniejsza powinna być edukacja w zakresie prowadzenia dyskusji, gdzie część procesu zajmowałoby zwracanie uwagi na poprawność językową. O nauce pisania w dobie sieci rozwodziłem się kiedyś w pracowni54 (http://pracownia54.blogspot.com/2007/11/plagiat-i-nowe-media.html).
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 27.02.2008 16:18:20
W sprawie prawno-politycznej. Minister Spraw Wewnętrznych, na moją prośbę (i polityczną odpowiedzialność), wkrótce wyda jednostronne zniesienie zakazu wstępu.
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 27.02.2008 16:36:34
Z artykułem się nie zgadzam kompletnie. Nie będę oceniał swoich zdolności językowych (nikt nie jest sędzią we własnej sprawie), pamiętam jednak czasy, w których miałem z nimi problemy. Nauczyłem się formułowania myśli (na tyle, na ile mi to wychodzi) w dyskusjach internetowych. Na postawione zatem pytanie „Otóż zacząłem się zastanawiać, czy zamiast wyłącznie tępić zjawisko plagiatu, nie powinniśmy podejść do niego z innej strony” — odpowiadam zdecydowanie, jak w mało której sprawie, „nie”. Jestem fatalnym studentem, który studiów skończyć nie może, niemniej wybitnie irytowało mnie (i irytuje nadal) to, że tłuki dokonujące plagiatów, zaliczały zajęcia tak samo, jak ja, który plagiatu nie stosował.
Jeżeli młodych ludzi chcemy nauczyć formułowania myśli, wysyłajmy ich na fora dyskusyjne. Na fora, gdzie będą krytykowani, a każda nieprecyzyjność zostanie im wypomniana. Jeżeli ktoś natomiast nie ma poglądów, które mógłby polemicznie bronić — to znaczy, że magistrem być nie powinien.
Autor: A6176, zamieszczono 27.02.2008 16:58:24
Ależ ja nie proponowałem stosowania plagiatu, dlatego, że tępienie niczego nie daje. Akurat w przypadku moich zajęć wolałem wykorzystać twórczo fakt, że studenci potrafią szukać różnorodnych informacji i konstruować z tego nowe całości. Sam plagiat należy tępić, ale nie wystarcza tu już tylko stosowanie restrykcji. Z wysyłaniem na fora dyskusyjne- świetny pomysł. Osobiście powysyłałbym studentów do mikronacji, obowiązkowo :) . Przy czym wysłanie do dyskusyjnych społeczności internetowych poprzedziłbym odpowiednim kursem, wskazującym na potrzebę dyskusji merytorycznej, krytycznej, a nie wojnę bez argumentów, jakiej smutny obraz zaprezentował na obrazkach Ojebejbe.
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 27.02.2008 17:48:00
Dlaczego miałoby nie dawać, w zasadzie? Nie wiem, jakie Towarzysz stosował sankcje za plagiat, ale gdybym ja (na co się, szczęśliwie dla wielu osób, nie zanosi) miał kiedykolwiek zostać wykładowcą, nie byłoby w tej sferze „zmiłuj”. We współczesnym uniwersytecie szczerze nie trawię ogromu bezmyślności (tak po stronie tzw. braci studenckiej, jak i bezpłodnych intelektualnie zajęć) i wtórności. Moim zdaniem, prace pisemne powinny zakładać bezwzględnie twórczy wkład własny. A jak weryfikować plagiat? To proste. Dyżur i obowiązek „obrony” oddanej pracy przed prowadzącym. Sam broniłem swojej rozprawki (na prawach egzaminu) w ten sposób i uważam, że było to rozwiązanie doskonałe.
Autor: A6176, zamieszczono 27.02.2008 21:08:23
Jedną z tez, jakie stawiałem w artykule, było stwierdzenie, że obecni studenci, ze względu na wzrastanie w kulturze remiksu, nie do końca rozumieją czym jest plagiat. Co do karania- częściowo się zgadzamy. Stosowałem różne restrykcje- zgłoszenie dyrekcji instytutu wraz z "dywanikiem" u dyrekcji z zagrożeniem wyrzuceniem z uczelnii plus maksymalna ocena na koniec zajęć: dostateczny (i trzeba było się napracować, nie tylko poprawiając skopiowane prace).
Ale nie zgadzam się, że karanie jest jedynym środkiem chroniącym przed plagiatem. Dlaczego? Otóż pomimo kar, plagiaty pojawiały się nadal. Zdałem sobie sprawę, że nie wynikają one jedynie z chęci oszukania wykładowcy i ułatwienia sobie życia, ale... o zgrozo, z niezrozumienia, czym jest plagiat. ctrl+c i ctrl+v są dla ludzi zaczynających studia tak zwyczajne, że trudno im czasem pojąć, co w tym złego.
Dlatego wolałem, a moje zajęcia na to pozwalały, odejść od esejów, gdzie istniało zagrożenie popełnienia plagiatu i spędzałem nieco czasu na wyłapywaniu oszustów. Eseje zastąpiłem projektami zaliczeniowymi, gdzie trzeba było wykazać się własną twórczością i plagiat był praktycznie niemożliwy.
Uważam, że wina za częste plagiaty jest po części winą wykładowców. Trzeba studentom wyraźnie mówić, co to takiego, jak tego uniknąć i zadawać również zadania, które niosą najmniejsze ryzyko popełnienia prostej kopii. A dodatkowo- i to proponowałem w artykule, dziwię się, że Książę się z tym nie zgadza- proponowałem naukę samodzielnego wypowiadania na piśmie, na zasadzie pisania prac podczas zajęć. Wówczas o plagiacie można zupełnie zapomnieć i zmusić do samodzielnego myślenia, w dodatku połączonego z tradycyjnym pisaniem, nie na klawiaturze, bo ta umiejętność powoli zacznie zanikać.
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 27.02.2008 21:56:10
Niejako należę do tej właśnie kategorii wiekowej (acz szczęśliwie, gimnazjum mnie ominęło), więc trudno jest mi przyjąć, że studenci nie wiedzą o tym, na czym polega plagiat. Na chłopski rozum — na czym miałby polegać, jeżeli na podpisywaniu swoim nazwiskiem nieswoich słów? A jeżeli naprawdę nie są w stanie tego pojąć (jeżeli im się to wcześniej, dla absolutnej pewności wyłoży), to cóż... czy uniwersytet jest dla nich? Nie jestem amatorem autorskich praw majątkowych, ale uznanie autorstwa jako takie — jest fundamentem pracy twórczej, pracy naukowej... Co z nich wyrośnie, kolejne Elizy Michalik? (Ech, i zrobiła się dygresja...).
Z nauką samodzielnego pisania, oczywiście, się zgadzam — uznałem jednak, że postawię mocniejszą tezę, jeżeli napiszę, że z artykułem nie zgadzam się kompletnie. ;-) Tylko — w ramach jakich zajęć miałaby być ona prowadzona? (Gwoli jednak pragmatyki, zezwoliłbym na komputeropisanie. Gdybym miał pisać cokolwiek własnym pismem, mało kto mógłby je rozczytać. Mnie samego, nie wyłączając)
Autor: Bruthus bnt Perun, zamieszczono 27.02.2008 22:08:11
Cóż dodać- nie wiem. Być może byłem naiwny i próbowałem jakoś wytłumaczyć masowość plagiaryzmu niezrozumieniem, cóż to takiego. A czy uniwersytet jest dla tych, co nie zrozumieli? Wolę wybaczyć, choć odpowiednio ukarać, pierwsze próby plagiatu i liczyć na poprawę niż pozwolić, by ci, którzy dostali się na uniwersytet mieli przejść do prywatnych uczelni. A te, w dużej mierze, są po prostu tragiczne. Ale chyba za bardzo odbiegliśmy od dzieci neo do inych plag trapiących Polskę :) .
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 27.02.2008 23:20:53
Myślę, że można byłoby przeprowadzić ankietę w SOBOS, aby w sposób niefachowy, acz w jakiś tam sposób sygnalny zbadać rozumienie pojęcia. Np. na przykładzie pytania „Na czym polega plagiat?” i kilku opcji do wyboru (jednokrotnego, z czego jednej prawdziwej). Bo, że zjawisko masowe — to pewnik. Moja mama uczyła w prywatnej szkole, i zżymałem się, gdy co rusz kolejną pracę udawało się wygooglować... (Masowej modzie na wyższe wykształcenie mówimy stanowcze i zdecydowane „nie” :-) )
Autor: książę Michał v-hr. O'Rhada, zamieszczono 28.02.2008 01:03:37
TEN, TEKST, MNIE OBRARZA!!!!!!!111oneonejeden! xD