Wróć do przeglądania archiwum Herolda
Opublikowano 06.04.2008 12:14:47 przez Herold
Szanowny Pan Ariston z Chios wywołał mnie do odpowiedzi swoim artykułem „Polityczne zaangażowanie”. Jest jego prawem dokonywać takiej, a nie innej interpretacji faktów i zdarzeń związanych z moją osobą. Nie rozmawialiśmy nigdy w cztery oczy — zatem może on nie znać motywacji moich działań ani też kryteriów, jakimi się kieruję. Ponieważ jest w Księstwie Sarmacji od roku, siłą rzeczy nie zna lat wcześniejszych ze źródła innego, niż relacje osób trzecich. Jego spojrzenie „z ukosa” jest zatem cenne dla mnie, który manifestów programowych nie ogłasza, a w debatach publicznych bierze udział w ograniczonym zakresie. Zyczyłbym sobie może tego tylko, aby nie przedstawiał domniemanych motywów mojego działania jako faktów bezspornie ustalonych — ale na tym kończę część (ad)personalną polemiki.
Ma p. Ariston z Chios pełną rację pisząc, iż w chwili, gdy polityka staje się celem samym w sobie, skutkiem jest „zniechęcenie i zamiana polityki w regulowany cyrkiem wyborczym długi sen zimowy obywateli, budzonych co jakiś czas zabawą oddawania głosu na takich bądź innych kandydatów”. Jest to trafny opis stanu faktycznego, z jakim mamy do czynienia od wielu kadencji. Główną przyczynę zniechęcenia upatruję jednak — w naszych warunkach — nie w samej kadencyjności władz i jej zgoła oczywistych następstwach, ale w tym nade wszystko, że kolejno organizowane wybory nie zmieniają zupełnie nic.
Nie zmieniają nic dlatego, że w pewnym momencie naszej historii jedna partia była w stanie dobrze zrozumieć mechanizmy rządzące polityką sarmacką, podczas gdy konkurencja — nie. Kolejno organizowane wybory były zatem nie wyborami partii rządzącej, ale plebiscytami służącymi legitymizacji dalszych rządów jednej formacji. W tym momencie należałoby postawić pytanie o to, co rozumiemy przez dobrą politykę. Czy dobrą polityką jest ta, która polega na utrzymywaniu się przy władzy (ani myślę imputować tu złych intencji komukolwiek, subiektywnie natomiast oceniam skutki), czy też ta, która polega na osiąganiu dobrych celów.
Doskonałej administracji nikt nie jest w stanie partii rządzącej odmówić. Ustępujący rząd jest w moim najgłębszym przekonaniu jednym z najlepszych w całej, niemal sześcioletniej historii państwa. Wszystko jednak ma swoją cenę. Ceną dominacji jednej partii politycznej była apatia obywateli (przy każdych wyborach padały wielokrotnie tak publicznie, jak i prywatnie, słowa o bezsensowności działań — bowiem „i tak wygra...”). Wybory zmieniły się zatem w rytuał, obywatelski obowiązek w najpełniejszym tego słowa rozumieniu — czynność, którą się wykonuje nie dlatego, że się chce, ale dlatego, że się powinno. Jeżeli za cel stawia się zaangażowanie obywateli w państwo — a jest to jeden z celów dla mnie najistotniejszych — należy w nich obudzić (przywrócić) wiarę w to, że los państwa leży w ich rękach.
Owszem, immanentnym ryzykiem wpisanym w naturę zmian jest to, że mogą być one zmianami na gorsze. Nie będzie jednak poczucia doniosłości głosowania w wyborach (a w tej skali każdy głos ma znaczenie) bez przeświadczenia, że jeden głos może przeważyć szalę zwycięstwa w jedną lub drugą stronę. Zgadzam się z tym, że obecnie obserwujemy „intrygę, brak pamięci, dążenie do splendoru i przechodzenie do porządku dziennego nad własnymi grzechami”. Jeżeli jednak miałbym, w tych konkretnych warunkach — ani myśląc o deklarowaniu tego rozstrzygnięcia jako wyboru strategicznego — wybierać między apatią a owymi negatywnymi zjawiskami, wybieram te drugie. Bowiem te drugie właśnie — czego dowodem właśnie obecna sytuacja — prowokują do emocjonalnego zaangażowania, bez którego nie ma szans na cokolwiek.
Pyta się mnie zatem p. Ariston z Chios o to, jaki przykład tym samym „daję tym, którzy przybyli do Sarmacji bez cynizmu i z idealistycznymi celami” i czemu to służy. To nie w moich rękach leży decydowanie o tym, kto z kandydatów zostanie skreślony, a kto odrzucony, czyja przyzwoitość będzie premiowana. Decyzja leży w rękach wyborców. Wyborców, którzy skądinąd nie rozstrzygają między dobrem a złem, a między różnymi odcieniami szarości — naiwnością byłoby bowiem twierdzić, iż obecny rząd jest dworem niebiańskim. Aby idealistyczne cele mogły być jednak realizowane — a każdy układ dąży do utrzymania status quo — musi istnieć przekonanie o możliwości zmian. Czy to zmian na lepsze, czy to na gorsze, ale zmian.
Nie byłoby problemem zebranie, z różnych środowisk, grupy dziesięciu najbardziej przywoitych polityków. Wraz z upływem czasu części z nich mogłaby zmniejszyć się motywacja do działania, część popadłaby między sobą w konflikt, niemal wszyscy zaś chcieliby dalszego utrzymania się u władzy — będąc w pełni i szczerze przekonani o tym, że chcą i działają dla Księstwa Sarmacji jak najlepiej. Młody człowiek, przybyły do Sarmacji pełny ideałów, przez taki układ władzy nie przebiłby się tak samo, jak nie przebiłby się przez układ zbudowany przez ludzi do cna niegodziwych. Dlatego właśnie organizujemy wybory, by dawać szansę na przewietrzenie sceny politycznej (choć równie dobrze moglibyśmy dokonywać losowania, gdyby istniał dobry mechanizm preselekcji).
Cała ta debata publiczna, choć mój PR został wystawiony na poważny uszczerbek, dowodzi tego, że swój cel osiągnąłem. Po raz pierwszy od dawna nasze dyskusje tyczą się nie — pardon le mot — pierdół o to, kto będzie lepiej „wspierał”, ale tyczą się także wartości podstawowych. To nie są już wyłącznie jałowe spory o to, kto kogo bardziej „nie uważa” — acz ten element nadal dominuje. Polityka sarmacka, jak słusznie zauważył jeden z komentatorów, wraca na właściwe tory, bowiem pojawia się realna szansa zmiany — jakakolwiek by ona, dobra czy zła, zależnie od oceniającego, nie była. Zmiany, która z kolei będzie miała swoje następstwa w postaci kolejnych zmian.
Stan chwiejnej równowagi w Izbie Poselskiej pozwala na to, aby wykorzystywać ją do dobrej walki politycznej — jeżeli nie w sferze intencji, to przynajmniej skutków. Jeżeli bowiem tak wielu (moim osobistym zdaniem, na wyrost) obawia się „rządów Czekańskiego”, to obawia się nadużyć. Granice władzy wytycza prawo. Odrzucenie słusznego prawa nie ujdzie uwadze opinii publicznej. Dojrzałe politycznie społeczeństwo obywateli czujących odpowiedzialność za swoje państwo (wycofać każdy się potrafi) nie powstanie zaś bezboleśnie, ani nie zostanie zadekretowane w ramach przyjętej w drodze referendum uchwały.
Trawestując powiedzenie Grahama Greena — ceną przyzwoitej polityki jest wieczne czuwanie.
Autor: Ewa Katarzyna Sarmacka, zamieszczono 06.04.2008 13:26:59
Khand z profilu Ewy Katarzyny: Powiem tak, moim zdaniem dominacja SPD jest skutkiem Wandejskiego Czerwca. Gdyby Jego Wysokość i zarazem Szanowny Autor w sposób bezprawny (bowiem niezgodny z Konstytucją Księstwa Sarmacji) oraz z użyciem przemocy (pozbawienie wolności Marszałka Izby Senatorskiej i Prezesa Sądu Najwyższego oraz wielu obywateli) nie pozbył się z Księstwa Sarmacji - realnego, odmiennego od książęcego ośrodka władzy - to życie polityczne byłoby o wiele żywsze. Owszem niosłoby także wiele niebezpieczeństw - albowiem moim celem było (przy czym nie dotyczyło to sytuacji wykonywania obowiązków urzędnika centralnego - to jest mandragora jako ograniczacza Księcia w przedmiocie awansów arystokratycznych między innymi czy pełnienia funkcji w Sądzie sprzed pozbawienia mnie bezprawnie wolności)... albowiem, jak mówiłem, moim celem było tworzenie jak najsilniejszego Wandystanu kosztem słabej centrali. Jednak jak najbardziej Wandystanu jako częsci Sarmacji - ponieważ strona wandejska umów po prostu dotrzymywała - czego dowodem może być chociażby fakt, tego że w naszej niespełna pięcioletniej historii istnieje, w odróżnieniu od historii Księstwa, ciągłość władzy państwowej, bez żadnego zamachu stanu. Sytuacja ta przede wszystkim rodziłaby konflikt a) centrala b) podmioty federacji, po drugie konflikt polityczny centralny. Bowiem wandejska lewica (chociaż sam uważam, że formacja ta jako prowolnościowa i dbająca o zasady jest poza otoczką moralno-estetyczną formacją raczej libertariańską, niż lewicową) różniła się nie tylko personalnie ale także programowo. A różnice programowe to: a) skrajna antysystemowość b) inne pojmowanie wolności słowa c) inne spojrzenie na prawo - które należy bezwzględnie przestrzegać d) inne spojrzenie na ustrój - większa demokracja, zmiejszanie kompetencji Księcia - nie tylko w praktyce ale także w normach prawnych e) pozycja Mandragoratu Wandystanu i Mandragorów - jak największa, dopóki nie ograniczy się pozycji Księstwa. Myślę, że obiektywnie byłoby ciekawiej. A tak to na własne życzenie Książę ograniczył dyskurs polityczny
Autor: Ewa Katarzyna Sarmacka, zamieszczono 06.04.2008 13:29:52
ograniczy pozycji Księcia nie Księstwa oczywiście, chociaż Księstwa jako centrali i państwa również swoją drogą... państwo z dużą autonomią prowincji + państwo minimum
Autor: Krzysztof "Kwazi" hr. Konias, zamieszczono 06.04.2008 13:39:41
"większa demokracja, zmiejszanie kompetencji Księcia" - czy to odróżnia wandyjską lewicę od SPD?? Biorąc pod uwagę obecne kompetencje Rządu, którego Książę nie jest już zwierzchnikiem - coś się tu kupy nie trzyma.
Autor: Michał bar. Michaelus, zamieszczono 06.04.2008 15:42:33
„większa demokracja, zmiejszanie kompetencji Księcia” - te same słowa mozna odnieść zapewne i do koalicji RPS-RCA. Tak więc dlaczego jest spór... A co do demokratyzacji to teraz dopiero widzę, że zeszła kadencja dała mnóstwo władzy Izbie Senatorskiej, organowi zależnemu od woli Księcia, nie narodu. Jesli to była demokratyzacja.... SPD demokratyzuje tylko w programie, a w działaniach juz nie bardzo.
Autor: gen. bryg. Michał mar. Łaski, zamieszczono 06.04.2008 16:23:28
Owszem dała IS większe kompetencje, ale to wynik ciężkiej pracy senatorów. Z tą zależnością od Księcia to bym nie przesadzał. Ważne jest to, że IP dostała również większe kompetencje.
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 06.04.2008 16:24:24
Izbie Senatorskiej — też. Ja o demokratyzacji rozumianej jako zwykły wzrost znaczenia organów wybieralnych, skądinąd, nie piszę (bo też i takiej demokracji zwolennikiem zwyczajnie nie jestem, system uważam za obarczony nieusuwalnymi błędami, ponadto nie uważam za słuszne tego, że głos dziecka Neostrady jest równy głosowi arystokraty o długim dorobku tak życiowym, jak i sarmackim).
Zaangażowanie obywateli powinno w moim najgłębszym przekonaniu być ciągłe i nie ograniczać się do oddawania głosu raz na cztery miesiące (to jest absolutne minimum, a biorąc pod uwagę kryteria głosowania — zwłaszcza w przypadku braku prawdziwych programów — nawet subminimum). Najlepszym przykładem tego, za czym optuję była jaskółka w postaci dyskusji o podatkach na LDKS. To był naprawdę piękny przykład zaangażowania obywateli w sprawy państwa — możliwy w znacznym stopniu dlatego, że poszczególne stanowiska nie miały metek partyjnych.
Liczę na to, że będziemy mogli dyskutować o konkretnych wizjach i stojącymi za nich przesłankach, a nie o sloganach. Sformułowanie „większa demokracja, mniejsze kompetencje Księcia” oczywiście należy do tej drugiej kategorii, podobnie jak „autonomia prowincji” czy też „wspieranie samorządów” albo „pomoc nowym mieszkańcom”. Równie dobrze mógłbym podnieść z przeciwnych pozycji hasło „mniejszej zależności od decyzji przypadkowych polityków” albo „zwalczania słupów”. Nie idźmy tą drogą.
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 06.04.2008 16:45:03
Rozwijając nieco. Każdy aktywny (nieograniczający się do głosowania w wyborach) obywatel nosi togę senatorską w plecaku. Aby zostać senatorem nie wystarczy tanimi chwytami zabiegać o poklask, przeciwnie — przekraczając (i tak odległą) granicę pewnego obrzucania się błotem można skutecznie opóźnić (o ile w ogóle nie zanegować) możliwość zasiadania w Izbie Senatorskiej; bez wątpienia natomiast można ją przybliżyć ciężką, faktyczną pracą dla Księstwa.
Oczywiście, nie ma systemów idealnych, i ten rozstrzygający o możliwości zasiadania w Senacie także do nich nie należy. O pewnych działaniach zwyczajnie nie wiem, inne jeszcze oceniam inaczej, niż znaczna część uczestników życia politycznego — czego skutkiem może być tak brak „awansu”, jak i „awans” zdaniem niektórych nieuzasadniony. Zaryzykuję jednak tezę, że w dłuższej perspektywie czasu nie było osoby, której postawa nie zostałaby w sposób należyty zauważona.
Stwierdzenie, iż Izba Senatorska jest zależna od mojej woli jest po pierwsze, nieprawdziwe (jak wnoszę bowiem z kontekstu, nie chodziło tu wyłącznie o stwierdzenie oczywistego zgoła faktu, iż od moich rozstrzygnięć i ocen zależy jej skład — i tylko skład), po drugie, obraża samych senatorów. Z mojego punktu widzenia możliwość zasiadania w Senacie tak samo się „należy”, jak zdaniem demokratów — możliwość głosowania w wyborach.
Być może jednak — jako, że nikt nie jest sędzią we własnej sprawie — moja optyka jest tutaj niewłaściwa. Prosiłbym jednak wtedy o podanie przypadków, w których „sterowałem ręcznie” Izbą Senatorską tudzież osobie zasłużonej albo miejsca w Senacie odmówiłem, albo też takową osobę z Senatu arbitralnie „wyrzuciłem”, gdyż nie zgadzała się ze mną co do spraw polityki państwa.
Autor: Michał bar. Michaelus, zamieszczono 06.04.2008 16:58:13
Ja nie neguję samej Izby Senatorskiej, ale uważam, że akurat organ którego skład jest ustalany w taki a nie inny sposób nie powinien mieć tylu praw. Izba refleksji i zadumy, wyszukiwanie błędów w prawie - tak. Wpływ na bieżącą politykę poprzez instytucję weta, akceptację rozporządzeń - nie.
Mój pogląd na IS jest taki, że jak nie wybory to marginalizacja jej roli. Bo Izba niewybieralna nie może być w centrum polityki sarmackiej.
Autor: książę Piotr Mikołaj, zamieszczono 06.04.2008 17:06:13
A więc się diametralnie nie zgadzamy. ;-) (Prostuję: prawa odrzucania rozporządzeń Izba Senatorska nie posiada).
Pozwolę sobie zatem oczekiwać na artykuł programowy, który uzasadni, dlaczego rola Izby Senatorskiej powinna ulec marginalizacji (powiedzmy, że temat wyborów był już tyle razy omawiany, że wracanie do niego byłoby zgoła męczące; ja przynajmniej się nie podejmuję ;-)). Acz z góry zaznaczam — „demokratyzacja” jeżeli dla mnie jest czymkolwiek, to argumentem przeciw, jeżeli dobrze odczytuję jej najbardziej popularną definicję.
Autor: Ewa Katarzyna Sarmacka, zamieszczono 06.04.2008 21:15:28
W. Cz. Krzysztof Konias napisał cytuje - „większa demokracja, zmiejszanie kompetencji Księcia” — czy to odróżnia wandyjską lewicę od SPD?? Biorąc pod uwagę obecne kompetencje Rządu, którego Książę nie jest już zwierzchnikiem — coś się tu kupy nie trzyma.... - koniec cytatu. Czym innym jest demokracja praworządna a czym innym demokracja niepraworządna. To raz. W. Cz. Krzysztof Konias poparł pucz KONia (nomen omen)... Zresztą model wandejski nie jest demokracją - dyktaturą większości, lecz demokracją z gwarancjami (właśnie konstytucyjnymi) dla ochorny praw mniejszości. W. Cz. Krzysztof Konias gwałcąc postanowienia konstytucji także w zakresie prawa do wolności osobistej (tak! byłem bezprawnie jej pozbawiony jako Diuk, Mandragor i Sędzia) opowiedział się za demokracją - dyktaturą większości.
Autor: Ewa Katarzyna Sarmacka, zamieszczono 06.04.2008 21:22:12
Dodam tylko, że jestem zwolennikiem ustroju mieszanego - połączenia monarchii - arystokracji i demokracji właśnie. Także ustrój wandystański w dużej mierze opiera się na tym założeniu. Stąd - strażnicy ciągłości władzy mandragorzy - oraz wysokie wymogi nadawania obywatelstwa (u nas nie ma słupingu i kloningu obywatelskiego, a kiedyś przy mniejszych wymogach także był)... Nacisk na demokratyzację - w moim przekonaniu nie ma służyć sprawności rządów - lecz zwiększenia zabawy w politykę. Rząd może być sprawny równie dobrze, jak nie lepiej przy monarchii - forma nie jest tak istotna. Natomiasto wiele istotniejsze od demokracji są prawa jednostki, które winny być konstytucyjnie chronione i dlatego konstytucja - gwarant tych praw nie może być łamana. Przypominam co napisałem w jednym z felietonów w Wandei Ludu: Jezus Chrystus był ukrzyżowany na mocy demokratycznej decyzji ludu jerozolimskiego, zgodnie z prawem zwyczajowym. Zatem problemem nie była demokratyczność decyzji - bo ta miała miejsce, lecz pogwałcenie zasady, że niewinnego się nie skazuje. Piłat - tutaj organ właściwy zdaje się stwierdził, że nie widzi w tym człowieku winy.
Autor: Daniel bar. Chojnacki - Kaczyński, zamieszczono 06.04.2008 21:26:23
Szanowny Pan skupił się chyba nie na merytoryce, a na ataku ad personam na Kwaziego. Czy naprawdę wszystkie argumenty z MW, którego część mieszkańców naprawdę szanuję, muszę ograniczać się do "KON to, KON tamto"...
Autor: Ewa Katarzyna Sarmacka, zamieszczono 06.04.2008 21:32:27
Ależ udział w KONiu jest merytorycznym. Krzysztof Konias potwierdził w nim, iż jego zdaniem szczytny cel uświęca środki. Pozbycie się mniejszości wandejskiej uświęcało złamanie konstytucji. Ja uważam, że cel środków nie uświęca. Zatem Krzysztof Konias okazał się ultrademokratą. Większość sarmacka nie chciała większości wandejskiej - więc pomimo złamania norm konstytucyjnych - autonomii dla tej mniejszości - poparł KONia. Ja natomiast gdybym był na miejscu Krzysztofa Koniasa zamachu stanu bym nie poparł, a zatem wartości konstytucyjne okazałyby się ważniejsze na wolą większości. Jestem zwolennikiem praworządności nad demokracją niepraworządną. Czy takie wyjaśnienie wystarczy? Czy też Szanowny Baron uważa to nadal za atak ad personam? (pisał Khand)
Autor: Waldemaria Depa-Zboynitzki de Pierdzimączka, zamieszczono 06.04.2008 21:36:06
Towarzyszu! Ja w w sporze z członkiem KON-ia nie odwoływałabym się do argumentu praworządności. Słowo praworządność nie robi na nich większego wrażenia (cytuję: "Zacznijmy od tego, że modelu państwa prawa nie należy utożsamiać z jedynym dobrem, a innego modelu ze złem. To jest po prosto jedno z możliwych rozwiązań ustrojowych").
Autor: Ewa Katarzyna Sarmacka, zamieszczono 06.04.2008 21:41:14
"Zacznijmy od tego, że modelu państwa prawa nie należy utożsamiać z jedynym dobrem, a innego modelu ze złem. To jest po prosto jedno z możliwych rozwiązań ustrojowych" - ale no ja piszę o praworządności przynajmniej sensu naprawdę mocno largo. Rozumianej co najwyżej jako absolutne minimum - czyli poszanowanie konstytucji i praw i wolności obywatelskich w tejże. Zdanie które towarzyszka cytuje, chyba nie odnosi się aż do złamania tak rozumianej bardzo swobodnie praworządności.
Autor: ppor. rez. Dariusz "Kedar" v-hr. Makowski, zamieszczono 07.04.2008 10:49:26
Były Mandragor Khand znów wraca do WC. Nie może przeboleć, ze inni okazali się bardziej pragmatyczni od jego cynicznej koncepcji przejęcia władzy w Sarmacji. Zresztą wreszcie przyznaje, że WC był zasadny, bo Wandystan tworzył „realnego, odmiennego od książęcego ośrodka władzy” i celem tej odrębnej władzy „było tworzenie jak najsilniejszego Wandystanu kosztem słabej centrali”.
Dziękuję b. Mandragorowi za te słowa potwierdzające dziś po raz enty zasadność podjętych m.in. przeze mnie działań. Dzięki WC suwerenność Księstwa została zachowana.
Jaka jest siła sprawcza przyciągania idei Khanda to widać w Wandystanie. Praktycznie brak nowych mieszkańców i ciągłe mielenie spraw miedzy 5-7 osobami.
Jak zawsze lewicowe poglądy sprawdzają się tylko jako dyktat nad większością a nie jako samonośna idea. Co pięknie Kand. nam wyłożył w tzw. modelu wandejskim „ nie jest demokracją-dyktatura większości, lecz demokracją z gwarancjami (właśnie konstytucyjnymi) dla ochrony praw mniejszości”. Czyli czytając normalnie dyktat mniejszości wandejskiej nad większością sarmacką.
Faktycznie gwarantowałoby to nam ciągłe dyskusje typu „dlaczego Sarmata nie jest garbaty” i ciągłe wyśmiewanie się mniejszości wandejskiej z bezsilności Sarmatów.
Historia Księstwa potoczyła się inaczej niż chciał były Mandragor, który nie może do tej pory pogodzić się z klęską swoich ambicji i v-idei lewicowych.