|
Monarchie Leben - gazeta
|
|
03.06.2011, 19:41
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2011 20:17 przez Edward II.)
Post: #13
|
|||
|
|||
|
RE: Monarchie Leben - gazeta
Zaniechałbym komentarza, gdyby nie chodziło o dziennikarza będącego w tym gmachu stałym gościem. Proszę wybaczyć objętość, podjąłem tutaj kilka wątków.
Przyznaję, że jestem mocno skonfundowany. Osiągnęliśmy punkt, w którym pierwszoplanowym wątkiem podejmowanym na łamach „ML” staje się mało wyrafinowana krytyka jednego z członków naszej wirtualnej społeczności, zaś motorem napędowym redaktora naczelnego – osobista doń niechęć. W każdym pytaniu gotowa teza, w każdej odpowiedzi – wzmocnienie tezy. Nieśmiało sugeruję, by kolejnym „rozmówcą” został monarcha wurstlandzki lub któryś z jego akolitów. Będziemy mieli okazję raz jeszcze usłyszeć kilka pieprznych kawałków na temat - że pozwolę sobie zacytować - „psychomasturbacji” Lichtensteina juniora i podejmowanych przez niego prób korumpowania dyplomatów za pośrednictwem handlu podkoszulkami. Bo przecież nic tak nie sprawia radości dwudziestokilkuletniemu internaucie, jak poliestrowy tiszert zaprojektowany przez urzędującego szefa OPM. Proponuję zejść na ziemię. Nie dziwię się, że notowania OPM nie mogą odbić się od dna, choć niemała część delegatów wkłada w swoją pracę sporo serca i – tak po ludzku – stara się tę pracę traktować poważnie. Organizacja nigdy nie cieszyła się przesadnym szacunkiem: krytyczne zarzuty wobec przyjętego modelu funkcjonowania Organizacji formułowane są co najmniej od trzech lat. Wysuwali je Surmeńczycy, Austriacy, Dreamlandczycy, Rajńczycy, mieszkańcy Trizondalu, Eskwilinii, Samundy, Okoczii, itd. I była to krytyka mniej lub bardziej zasadna. Dzisiaj kamyczek do ogródka dorzuca przedstawiciel Biednej Republiki Ciprofloksji, ten sam, który kilka dni temu próbował zarejestrować się na warszawskim Zjeździe OPM, sygnując swój wniosek – jeden z czterech lub pięciu - nickiem: „Jem kupę”. Na stronach BRC możemy przeczytać najnowszy dekret, w którym w majestacie prawa baron Euskadi namaszcza von Lichtensteina na „idiotę”. Tutaj dowiaduję się, że były monarcha surmeński to osobnik „wyjątkowo ociężały intelektualnie”, zaś Natania co prawda „dała się zrobić w ciula”, ale dzisiaj „robi w ciula Surmenię”. Czyli – wszystko zostaje w przyrodzie. Jest i godny Cezarego Borgii suspens: cały wywód okraszony zostaje żachnięciem nad nędzą dyplomacji w przestrzeni międzymikronacyjnej. Byłbym gotów uwierzyć, że na moich oczach rodzi się mąż stanu zatroskany o dobru mikouniwersalizmu. Mamy tutaj do czynienia z moralitetem autorstwa osoby, która przyznaje, że jej mikronacyjna działalność obliczona jest co prawda na destrukcję (wątek tauchirski), ale jest to jednak destrukcja w imię wyższych, plemiennych wartości. Filozofia działania: sprawnie wymierzać ciosy pałką, być efektywnym drwalem. Komentowany materiał ma wartość szczególną jako wyraz postępującej barbaryzacji Planety Mikronacje, opierającej się dziś na najmłodszym pokoleniu internautów. Rzut oka na tytuły ostatnich kilkunastu dni: nieudolny paszkwil goni paszkwil, a gdzieś w środku tej dżungli Sekretarz Generalny OPM, jeśli wierzyć redaktorom, handluje bielizną i rozdaje talony na balony. Nie widzę niestety ani sensu, ani możliwości nawiązania rzeczowej polemiki na łamach „ML”. Tego po prostu nie da się zakrzyczeć, mając w dodatku publikę już wychowaną właśnie na tego typu materiałach. Najlepszym dowodem jedyny komentarz, jaki został dziś opublikowany pod tekstem. „Bardzo dobry wywiad, miło się czytało” – stwierdza Johan Calgari z Wurstlandii. Czyżby rację miał zatem ekspremier Vidor Simon, który kilka dni wcześniej, w wywiadzie utrzymanym w podobnej konwencji, stwierdził, iż w przestrzeni mikronacyjnej obserwujemy „katastrofę umysłową”? Dowodów przecież nie brakuje. Sęk w tym, że zawsze ją obserwowaliśmy. 10 lat temu, gdy stawiałem pierwsze kroki w mikroświecie, pod wieloma względami było nawet gorzej. Różnica jest jednak zasadnicza. Przed powstaniem blogów i agregatorów w rodzaju Planety Mikronacje, produkcja krzywdzących nonsensów zamknięta była w granicach poszczególnych mikronacji. Prywatne żale zostawały tam, gdzie ich miejsce. Ich siła rażenia była dużo mniejsza. Nad pojedynczym wydaniem "Głosu Weblandu" (2001-2010) pracowaliśmy na ogół kilka tygodni, jeśli nie dłużej. To dostatecznie dużo czasu, by zweryfikować posiadane informacje. Z oczywistych względów nie publikowało się tekstów o dlugości SMS-a. Dreamlandczycy czytywali prasę Scholandczyków i na odwrót, czasem dorzucili się Sarmaci. Od czasu do czasu podrzucaliśmy sobie link do ciekawszych materiałów. Dzisiaj przechodzi wszystko, system filtracji jakości nie istnieje. Lektura tego typu materiałów to zajęcie ponad moje siły – najzwyczajniej w świecie czuję się podle, gdy widzę, że z drugiej strony siedzi tylu umysłowych leniwców. (-) Jacques de Brolle Premier Rządu Królewskiego Królestwo Dreamlandu |
|||
|
« Starszy wątek | Nowszy wątek »
|
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Szukaj
Użytkownicy
Kalendarz
Pomoc



