Wątek zamknięty 
 
Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Projekt rezolucji w sprawie Archipelagu Wysp Simitu
28.06.2011, 13:51 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2011 14:16 przez FJ II.)
Post: #27
RE: Projekt rezolucji w sprawie Archipelagu Wysp Simitu
Cytat:Bardzo prosiłbym o wyraźne wyodrębnianie komentowanych cytatów, by całość nie zlewała się w gęstą zupę. Nie jestem w stanie odczytać powyższego traktatu bez poczucia pewnej dezorientacji.

Z tym zawsze miałem "leniwy problem", ale skoro Ekscelencji to przeszkadza, to z przyjemnością to zrobię :-). Nie miałem pojęcia, że aż tak może to utrudniać wyłapanie sensu wypowiedzi.

Raczył Ekscelencja wspomnieć o innej z wojen przeprowadzanych aktualnie w mikroświecie. I jak wspomniał słusznie Szlachetny Baron, jeżeli jakieś państwo ma interes w uspokojeniu konfliktu, to niech wystosuje projekt rezolucji. Austro-Węgry mają interes w wyparciu Zjednoczonego Królestwa Samundy z Kontynentu Wschodniego, tak samo jak miały interes w rozwiązaniu konfliktu na Vaarlandzie.

Odkąd między innymi Dreamland uznał przestarzałą już Wspólną Mapę Polskich Mikronacji, będą zawsze istnieć konflikty terytorialne. Przypomnę, że ten sam Dreamland bardzo mocno oponował przeciwko pozostaniu sarmackiego wówczas Wandystanu na mapie. Ten sam Dreamland wstąpił w sojusz obronny z Wandystanem po uznaniu przez siebie Morvanu za państwo. Czy te działania były lepsze od wojen o Simitu, interwencji w Ciprofloksji czy konfliktu na Vaarlandzie? Moim zdaniem były nawet gorsze, bo nie stworzono żadnej otoczki fabularnej wokół tego, co się dzieje.

Tak, Ekscelencjo, jestem za tworzeniem fabuły. W Austro-Węgrzech, podobnie jak w Dreamlandzie, nie mamy własnego systemu automatycznej gospodarki. A mimo to jednak co jakiś czas powstają firmy, organizacje i instytucje: kina, Cesarska Przychodnia Zdrowia, HofCreditAnstalt, biuro projektowe Hpt. Rittera Jorga, restauracje, hotele. Wszystkie te firmy radzą sobie lepiej lub gorzej, obracając tylko pieniędzmi i słowami na forum. Ale radzą sobie - nie są to puste elementy jakiegoś skryptu gospodarki i zmieniające się dane. Są to efekty czegoś daleko lepszego - wyobraźni ludzi, którzy tworzą nasz kraj. Tak samo działania zbrojne, manewry naszej armii czy zwykłe napięcia - są wytworem naszej własnej wyobraźni, dlatego są daleko lepsze od generowanych skryptami zachowań.

Jeżeli wszystko w mikroświecie ma mieć związek przyczynowo-skutkowy, z wyłączeniem wyobraźni w początkowej fazie, to stworzymy gorszą wersję gry "The Sims". Gorszą - bo ograniczenia prawie te same, a oprawa żadna. Austro-węgierski w dużej mierze model państwa stawiającego w dużej części na fabułę sprawdził się. Odkąd powstaliśmy, wiele państw przyjęło cechy naszej idei państwowości, ulepszając ją i poprawiając. Są państwami z charakterem lub choćby z pomysłem, często współtworzone przez Austriaków i Węgrów. Królestwo Nordii, Rzeczpospolita Obojga Narodów, Państwo Kościelne Rotria, Królestwo Francuskie i im podobne - wszystkie one nie naśladują nas, ale czerpią korzyść ze ścieżki, którą utarliśmy i same ucierają jeszcze więcej ścieżek, bo tworzą je ludzie z pasją i wyobraźnią. Poprzedni model państwa, wzorowany w jakimś stopniu na Dreamlandzie czy Sarmacji, model, który nigdy nie określił jasno rodzaju swojej kultury (Dreamland czasem tylko kojarzył się z Wielką Brytanią, tak jak Scholandia z kulturą niemiecką, a Sarmacja z kulturą szlachecką w Polsce), nie ma wielkich efektów. Większość państw, gdzie słyszało się "chcemy być jak Dreamland", "chcemy być jak Sarmacja", skończyło dość szybko jako yoyonacje.

Dobrym przykładem jest tutaj Królestwo Trizondalu. Choć - i mam nadzieję, że delegacja trizondalska wybaczy mi moje słowa, bo nie są wymierzone w Trizondal, który podziwiam - kiedyś to było państwo, które traktowano jak yoyonację, to jednak bardzo się rozwinęło. Stworzyli wiele wspaniałych instytucji kultury, z których sztandarową jest choćby Televizja Trizondal, a dziś mamy coraz większą przyjemność, czytając Gazetę Górniczą. Jest tylko jeden kłopot - kultura Trizondalu istnieje, jest prężna... tylko nikt z nas nie umie jej utożsamić z jakąś konkretną kulturą czy ideą. Niestety - tworzą wspaniałe miasta, wspaniałe instytucje, stworzyli własne, prężne społeczeństwo - ale wchodząc na stronę Trizondalu nie czuje się od razu pewnego klimatu, który zapewne Trizondal sobie kiedyś wyrobi.

Przykład podałem dlatego, by pokazać, że jest inna droga i właśnie ona znajduje coraz więcej zwolenników. U nas nie ceni się tak bardzo wskaźników, skryptów i przycisków do kliknięcia. My wolimy docenić ludzką wyobraźnię, która więcej jest dla nas warta, niż kolejne kilobajty systemów. Kolejny przykład - w kilku państwach, np. w Sarmacji, stworzono swego czasu wątki RPG dla mieszkańców. Dla mnie jest to jasny znak - te państwa zaczynają poszukiwać jakiegoś klimatu. Zaczynają szukać, bo jałowe stanowiska oparte na niczym się nie różniących konstytucjach, niewiele dają. W Austro-Węgrzech natomiast "wątek RPG" trwa cały czas - często są to proste, niespieszne pogawędki na forum, gdzie ludzie niby się spotykają. Dzięki temu można sobie wyobrazić, że nie jest się na samotnym, nudnym forum, a naprawdę chodzi się po Wiedniu, Pradze czy Budapeszcie. Zresztą, taki sam eksperyment zrobili Sarmaci w Baridasie - szkoda, że się nie udało, może trzeba było więcej pracy, a może innych rozwiązań.

I to samo ma się do armii - jeżeli przyjmujemy tezę, że prasa tworzy rzeczywistość, że jest "Bogiem" w stylu podobnej instytucji w dawnej Cyberii, o tyle jednak lepszym, że nie w państwowych rękach, to musimy też przyjąć, że ta sama prasa ma prawo opisywać działania zbrojne. Przypomina mi się konflikt w Ciprofloksji i wspaniałe relacje z frontu feldmarszałka Freiherra von Rabl oraz Hauptmanna Rittera Jorga. I tu powstaje pytanie - czy krzewiciele tej "drugiej" wizji mikronacji stworzyli choćby fragment czegoś takiego? Czy po prostu kręcą nosem na innych, bo sami nie potrafią?

Z wypowiedzi Ekscelencji daje się wyczuć dużą obawę przed działaniami "brzdąców". Nie widzę w tym żadnego problemu - jeżeli ktoś przestaje realizować pewne niepisane reguły gry, to po prostu się go ignoruje. To samo, jeżeli ktoś nie potrafi sensownie argumentować swoich wyobrażeń. Po prostu się go ignoruje. Nie musi istnieć do tego żadna "nadrzędna" instytucja, która by to kontrolowała. Pełne mikronacyjne "laissez-faire". Czy w konflikcie o Simitu uwzględniamy w ogóle Baronię Simitu? Nie, bo jej władze to jedna osoba, w dodatku z nieuznawanej przez nikogo Ciprofloksji, więc powstanie Baronii póki co ignorujemy. Czy jeżeli ktoś powie, że "na Dreamopolis posypały się bomby próżniowo-paliwowe", to potraktujemy go poważnie? Pewnie, że nie, choć Rząd Jego Królewskiej Mości pewnie mógłby zdementować te plotki - zawsze to kolejna aktywność, kolejny pomysł. Tak samo: czy jakaś większa grupa ludzi poważnie traktuje mapę Pela Nandera, z każdą jednoosobową mikronacją, którą Pel Nander nanosi? Oczywiście, że nie.

Z takim "ignorowaniem" mamy doświadczenia - Austro-Węgry tak ignorowały jednoosobową Islamską Republikę Bośni Gafara al-Cadyka. Jedynym naszym działaniem było wysłanie wojsk XVI. Korpusu, by sprawdził, czy ktoś w ogóle wie o takim tworze. I co w tym złego? Kolejne doniesienia prasowe, kolejne posty, kolejne dyskusje i komentarze - więc przysłużyło się to naszej aktywności. Jak w aikido - siłę wrogich ciosów można wykorzystać, czasem przeciwko niemu.

Istnieje "wzajemne odstraszanie wstydem" w takich konfliktach. Jeżeli ktoś pisze, że ma mnóstwo sił zbrojnych, to nikt go nie bierze na poważnie. Gdyby za wyprawą Wikingów nie mogły iść konsekwencje polityczne dla kontynentu (naprawdę, mapa się zaktualizowała od czasów Wspólnej Mapy Polskich Mikronacji), nikt by się nie przejął svenssonieniem (takie nowe słówko, eufemizm od "opowiadać głupoty, bzdury") Konungra Osady, bo wszyscy wiedzą, że ta persona ma na tyle po kolei w głowie, na ile kolejno odliczą mu znajdujące się tam ołowiane żołnierzyki. Z Fryderykiem Wilhelmem i jego UKZT też nikt nie chciałby prowadzić wojny, żeby nawet ten dzieciak twierdził, iż jego armie stoją u bram Wiednia, Dreamopolis czy Grodziska.

Różnica między pierwszą wizją mikronacji a drugą jest taka, że pierwsza tworzy ramkę, która być może z czasem się wypełni - najczęściej jednak pozostaje pusta i zdjęta ze ściany. Druga natomiast proponuje wstawienie do ramy płótna, które można zacząć zamalowywać, jak się chce, byle ciekawie.

Mikronacje catch-allowe w starym stylu, bez założeń dotyczących ich klimatu i charakteru, są już zapełnione. Dreamland, Sarmacja i Scholandia wypełniły tę krótką ławkę, znajduje się też miejsce dla Trizondalu, który coraz bardziej jednak patrzy w inną stronę. Tworzenie kolejnej takiej samej mikronacji - bo przecież te trzy państwa nie różnią się od siebie tak bardzo, jak Austro-Węgry od Surmenii albo Wandystan od Al Rajnu - nie będzie niczym dobrym, nikomu już nie wyjdzie. Wiele yoyonacji próbowało. Teraz wychodzi jedynie tworzenie mikronacji z charakterem i klimatem, co zapoczątkowaliśmy my razem z Wandystanem. I tak, jak kiedyś Leblandia broniła przestarzałej Doktryny Micronation, tak obserwujemy ostatnią obronę starego stylu mikronacji.

Nie apeluję o zmianę Waszej drogi - sami wiecie najlepiej, co dla Was dobre, nas dobro innych wcale nie musi interesować. Ale myślę, że dla wspólnego dobra powinno się zaakceptować nowe modele mikronacji. Inaczej tych starych po prostu nikt nie będzie potrzebował.

[Obrazek: UB4.png]
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika
Wątek zamknięty 


Wiadomości w tym wątku
RE: Projekt rezolucji w sprawie Archipelagu Wysp Simitu - FJ II - 28.06.2011 13:51

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości