Dziś jest 26 lipca 2026 r.
8829. dzień niepodległości Księstwa Sarmacji
5756. dzień panowania JKM Piotra II Grzegorza
5456. dzień kadencji Sejmu (XXXIII kadencja)


Różne > "Pierwsze Oficjalne Manewry Survivalowe Książęcych Sił Zbrojnych"

Korona oraz Brama Sarmacka nie ponoszą odpowiedzialności za treść komentarzy, opinii i stanowisk opublikowanych przez redaktorów agencji prasowych. Opublikuj artykuł w Parku.

01 czerwca 2006 r., 13:51 — Leszek Karakachanow

Jak ważna i przydatna w dzisiejszych czasach jest umiejętność współgrania z innymi ludźmi wie chyba każdy. W wielkich firmach menadżerowie zarządzają zasobami ludzkimi, w szkole uczniowie wspólnie stawiają czoła wymaganiom nauczyciela, w barze kelner swą charyzmą zachęca gości do następnego drinka, zaś wszystkich łączy jedno – kontakt międzyludzki. Bez niego nie istniałoby społeczeństwo, bez współpracy nie odnieślibyśmy żadnej korzyści – choćby tak fundamentalnej, jak ochrona przed drapieżnikami, czy tworzenie psychicznego komfortu stada. Warto więc rozwijać chęć i umiejętność współpracy.

Świetnym testem charakteru i zdolności współdziałania w grupie w trakcie kryzysu jest trening z zakresu sztuki przetrwania, od wielu lat z powodzeniem używany do konsolidacji załóg nowopowstających firm, czy choćby grup szkolnych. I to właśnie uniwersalna przydatność takiego treningu sprawiła, że Książęce Siły Zbrojne zorganizowały rzeczone manewry z zakresu technik ratunkowych w sytuacji kryzysowej. Udział w szkoleniu wzięli wszyscy żołnierze, jak również kilkoro mieszkańców Sarmacji. Hetman zapoczątkował tym samym proces zmiany wizerunku KSZ w społeczeństwie na bardziej przyjazny, a zarazem oferujący wyzwanie i ciekawą przygodę każdej zainteresowanej osobie.

Manewry rozpoczęły się 15-ego maja oficjalnym apelem, po którym uczestników podzielono na grupy, tym zaś przydzielono instruktorów szkoleniowych. Następnie przedstawiono rutynę obozową, w zakres której wchodził m.in. obchód okolic w poszukiwaniu aktywności wroga, obserwacja punktów kontrastowych, czy oględziny miejsca zamaskowania towarzyszy broni w trakcie ich spoczynku. Uczestnicy podzieleni zostali na 3 grupy – dwie wojskowe oraz jedną cywilną, licząca 6 osób. Grupy wojskowe miały odpowiednio 12 oraz 16 członków. Instruktorem grupy cywilnej został Michał Białowus, mieszkaniec Sarmacji i militarysta, zaś grupy wojskowe objął w prowadzenie kapral Wiktor Badowski-Karakachanow, autor niniejszego artykułu. Po apelu uczestnikom z obu grup zabrane zostały wszelkie przedmioty – kursanci mogli zabrać ze sobą jedynie buty, skarpety, spodnie, podkoszulek, bluzę, nakrycie głowy, metrowy odcinek liny oraz rolkę papieru toaletowego. Na plac wtoczono dziesięć 50-cio litrowych beczek wypełnionych wodą pitną - na każde trzy osoby przypadał jeden pojemnik. Układ był prosty – trzyosobowy zespół oplata swoimi kawałkami lin beczkę w celu łatwiejszego transportu i melduje natychmiast gotowość do wyruszenia na 48 godzinny marsz kondycyjny. Kursantów po kilku godzinach marszu dobić miała wiadomość, że co prawda dźwigają chłodną wodę pitną i mogą z niej skorzystać, ale jeśli to uczynią, natychmiast zakończą udział w szkoleniu z negatywnym wynikiem i odprowadzeni zostaną do obozu. Tymczasem instruktorzy nie zdradzali nikomu, co tak naprawdę jest w pojemnikach, twierdząc, że kursanci niosą to paliwo do łodzi użytej w szkoleniu. Już na tym etapie ujawniła się pomysłowość uczestników, którzy ciężkie, chlupoczące beki wiązali za pomocą gałęzi trzymanych na ramionach, czy też używając tzw. węzłów uchwytowych. Po czterech minutach okazało się, że jedna trzyosobowa grupa nie jest gotowa i tym samym została w całości wykluczona z udziału w manewrach. Reszta wyruszyła za przewodnictwem przydzielonych szkoleniowców.

Przez pierwszą dobę nie dało się odczuć zmęczenia czy zniechęcenia. Humor dopisywał, beczki wydawały się lekkie. Po drodze instruktorzy prawie się nie odzywali, czekając z wykładami oraz ćwiczeniami na moment kryzysu – wszystkie warunki, od presji psychicznej spowodowanej dźwiganiem wody, po wiedzę wpisującą się wtedy niemal w pamięć, miały na celu jak najwierniejsze oddanie prawdziwych, możliwych do zaistnienia napięć związanych ze znalezieniem się w sytuacji kryzysowej. W nocy, dokładnie 15 minut przed rozpoczęciem świtania przystanęliśmy w lesie i kursanci dostali pięć minut na rozbicie prowizorycznego obozu. Nie wiedzieli, że spali jedynie godzinę, gdy obudziłem wszystkich w mocnych już promieniach słońca.

Marsz kontynuowany był przez kolejne 24 godziny, w trakcie których odpadło następnych sześciu uczestników. Dwóch załamało się psychicznie, reszta okazała się kompletnie nieprzygotowana do tak długiego i energicznego marszu, zarówno fizycznie, jak i inwentarzowo. Głównym problemem okazały się buty-ciężkie “glany” oraz popularne “WuPeki” obcierały kostki i pięty uczestników do żywego mięsa, zaś odrobina brudu czy piachu groziła w tych warunkach poważnym zakażeniem. Najlepiej wyposażeni okazali się kursanci przyjmujący wersję minimalistyczną – stare trampki, dresy, bawełniana bluza lub flanelowa koszula. I choć nie wyglądało to tak „hardcore’owo”, jak na filmach o komandosach, i choć czasem zdarzyło się z co słabiej zasznurowanych egzemplarzy wyjąć zdechłą rybkę po marszach bagiennych, to jednak obuwie tego typu miało jedną, decydującą przewagę – nie przeszkadzało w marszu i pozwalało na jego dokończenie bez potrzeby interwencji chirurgicznej na mecie. Wprawdzie kilka razy trzeba było mocno improwizować, gdyż trampki potrafiły nagle się rozlecieć, to nikt nie mógł narzekać na ich relację cena-jakość.

W trakcie marszu kursantom wyjaśniona została idea torby retencyjnej (zakładanej na gałęzie roślin w celu pozyskania wody z parowania liści) oraz przedstawione możliwości zamaskowania w terenie zarówno ekwipunku, jak i ciała. Użyto w tym celu resztek węgla z napotkanego ogniska, zaś w ubranie wpleciono liście, źdźbła traw i następnie ubrudzono je błotem. Pod koniec marszu wyjaśnione zostały wszystkie kwestie dotyczące pozyskiwania wody i kryteriów oceny miejsca używanego pod budowę obozowiska na noc, następnie połączono dotychczas zdobyte umiejętności i polecono zakwaterowanie wszystkich kursantów na noc w lesie bez pomocy instruktorów. Ci ostatni oddalili się i wrócili potem, aby zobaczyć, kto z uczestników słabo się zamaskował lub niedostatecznie przygotował do spoczynku. Odpadły kolejne trzy osoby, reszta mogła nareszcie zasnąć.

Kolejny dzień rozpoczął się od zajęć wodnych, a konkretnie nauki przeprawiania się przez rwące rzeki oraz brody. Zmoczeni uczestnicy zdobywali następnie umiejętność rozpalania ognia w warunkach polowych oraz budowania prowizorycznego pieca, np. do gotowania, czy suszenia ubrań. Ogień został odpowiednio zamaskowany-piec wybudowano w dole, nauczono również uczestników kursu rozpoznania niedymiącego, odpowiedniego do rozpałki drewna. Następnie całe popołudnie trwały wykłady z kuchni polowej, prowadzone przez starszego szeregowego Leszka Karakachanowa oraz jego syna, Wiktora, autora niniejszej relacji. Kursanci mieli niespotykaną okazję spróbowania podpłomyków z mąki z szyszek z dodatkiem mrówek, których słony kwas zastąpił sól. Pokazaliśmy również sposób na polowe wypieki, np. gdyby ktoś w trakcie katastrofy pragnął hucznie obchodzić swoje urodziny, czy nowy rok ;) Otóż cały trik polegał na dodaniu do powyższego przepisu popiołu z ogniska, który pełni rolę proszku do pieczenia i otrzymane ciasto wspaniale, równomiernie wyrasta po umieszczeniu na rozgrzanym kamieniu z pieca. Tuż przed zmrokiem grupa wróciła do obozowiska i rozpoczęły się całonocne wykłady z technik pierwszej pomocy. Oczywiście czasu na sen nie przewidziano i nocne szkolenie było przygotowaniem do zadań czekających na wszystkich następnego dnia. Dwie osoby zasnęły podczas wykładów i tym samym zostały wykluczone z dalszego udziału w kursie.

Kolejny dzień który zaczął się biegiem przełajowym na wyczerpanie. Każdy mógł spróbować swoich sił i przekonać się, ile jest w stanie wytrzymać. Kursanci dosłownie padali na kolana w stanach skrajnego zmęczenia, wciąż wiedzeni dumą i chęcią pokazania wyższości nad resztą. Miło było przyglądać się temu wyścigowi z boku, z perspektywy szkoleniowca :] Gra terenowa kończyła się zawodami łuczniczymi oraz ćwiczeniami wolnymi, testującymi zdobyte na kursie umiejętności – pojawiła się symulowana sytuacja w której należało udzielić pierwszej pomocy, był też pokaz oprawiania dzikiej zwierzyny oraz krótki kurs wspinaczki na sztucznym, pięciometrowym torze. Dzień zakończył się wycieczką nad jezioro i treningiem zjazdów z tzw. “tyrolki”, czyli uchwytu bloczkowego. Linę zamocowano na pobliskim drzewie. Po drodze do obozu kursanci mogli dokonać zakupów w pobliskim sklepie, co nieomylnie rozpoznali jako zapowiedź zakończenia kursu. Zmęczenie, ale i zadowoleni dotarliśmy do końca wspólnej przygody. Mam szczerą nadzieję, że nikt nie będzie miał okazji do wykorzystania zdobytych umiejętności, ale jeśli już doszłoby do takiej ewentualności, wszyscy uczestnicy na pewno dobrze by sobie poradzili. Gratuluję wytrwałości tym, którym udało się skończyć manewry, zaś resztę kursantów zapraszam na kolejne szkolenie.



Wiktor “Gobelek” Badowski-Karakachanow
Udostępnij

Informacje o artykule

Artykuł oceniło 0 czytelników. Średnia nota: 0
Artykuł czytano 324 razy.

Komentarze

2006-06-01 14:20 - autor: gen. Mariusz hr. "Magnum" Magnuszewski
Sierżancie Badowski, podpisujcie się stopniem wojskowym.

2006-06-01 15:38 - autor: Michał bar. Radetzky
Brawo, cudne i wogóle!

2006-06-01 17:03 - autor: Emanuel bnt "nospheratu" Śmigło
Mi tam najbardziej podobało się chlanie. :)

2006-06-01 20:04 - autor: Wiktor "Gobelek" Badowski-Karakachanow
Tak jest Hetmanie, wstyd mi i obiecuję, że to się więcej nie
powtórzy :) To niestety nie jedyny błąd w artykule -
omyłkowo przesłałem szanownemu Tacie jego starą wersję,
jeszcze przed kilkoma poprawkami (m.in. powtórzenie oraz
błąd na początku dwóch ostatnich akapitów)...

2006-06-02 11:22 - autor: Patryk Bones (MW)
Bosze...

2006-06-02 12:03 - autor: Wiktor "Gobelek" Badowski-Karakachanow
To się nazywa wyczerpujący i wnikliwy komentarz ;P

Dodaj swój komentarz:


Chcę wiedzieć o nowych komentarzach

Opcje archiwum

Napisali o nas

© Księstwo Sarmacji
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Sarmacja na Facebooku Sarmacja na Twitterze Sarmacja na YouTube
Czas generowania strony: 0.023 sekundy