Różne > "[konkurs] I miejsce: Jądro w ciemności"
Korona oraz Brama Sarmacka nie ponoszą odpowiedzialności za treść komentarzy, opinii i stanowisk opublikowanych przez redaktorów agencji prasowych. Opublikuj artykuł w Parku.
07 listopada 2006 r., 19:37 — Wiktor hrabia Wiewiórka-Szpunar
"Jądro w ciemności" - autor Michał Czarnecki, współpraca: Michaś
Winnicki (część odcinka I i II)
Część I "Wszystkie Misie śpią w dolinie"
Misio wyjrzał z okna. Z kominów obozu buchał gęsty dym. Przypomniało
mu to o śniadaniu, przygotowywanym przez porucznik Agatkę. -
Przygotowałam Ci śniadanie, dym już bucha- powiedziała Agatka. Jak
zawsze miała rozpiętą koszulę mundurową na nagim torsie. Jej piersi
zdawały się mówić „Czuwaj!”.
Siadając przy śniadaniu zapatrzył się mimowolnie na wydatne piersi
por. Agatki. Nie żeby go podniecały, przypominały mu jego rodzinny
dom, a zwłaszcza żniwa, kiedy to okoliczne wieśniaczki żwawo zbierały
słomę z pola. W przypływie tych wspomnień naszła go chwila na
papierosa. Wyciągnął paczkę, wygrzebał jedną fajkę, odpalił i powoli
zaciągnął się dymem tytoniowym. "Dobre te scholandzkie" - pomyślał, po
czym zabrał się do spożywania śniadania. Mimo iż wojna rozpoczęła się
niedawno, Misio zyskał już opinię dowódcy doświadczonego i
agresywnego. Służba w sarmackiej piechocie zmotoryzowanej nie poszła
na marne.
Po ostatniej akcji do kolekcji Misia dołączyła nowa para uszu
scholandzkiego dowódcy. „Po co, głupcze, zbierasz te uszy?”- pytała go
matka, jednak on niezrażony wciąż ucinał je po każdej bitwie i wkładał
do przenośnej zamrażarki. Tak rodziła się jego legenda, było to
konieczne z powodów promocyjnych. Pomysł odcinania uszu pochodził od
kaprala Jurka, przed wojną szefa jednej z największych grodziskich
agencji PR. Misio skończył śniadanie. Wiatr zmian wiał od strony Gór
Kocich.
Wstał i leniwie podszedł do szafki. Nie była to szafa z prawdziwego
zdarzenia, a ledwie nieoheblowany kredens. Jednakże trzymał w nim w
nienagannym porządku poukładane ubrania. Nie chodziło mu jednak o
odzież. Znalazł swój skórzany pasek oficera. Z boku paska zwisała
kabura a w niej spoczywał zawsze wyczyszczony i gotowy do walki
pistolet Luger. Misio dbał o niego, był dla niego praktycznie
wszystkim co miał. Postanowił się wywietrzyć. Wychodząc z baraku wziął
stojący przy drzwiach pistolet maszynowy. Było to jedno z jego
zboaczeń. Zawsze był gotowy do walki, zawsze uzbrojony, nawet gdy
chodził do sracza. Pamiętał przypadek pewnego sierżanta z siostrzanej
kompanii, który poszedł się wysrać i został zadźgany przez dywersanta.
"Przezorny kurwa żyje" - to było jego motto.
- Pójdę z Tobą, kapitanie - szepnęła porucznik Agatka.
Spojrzał na nią z miłością. Służyła pod jego dowództwem jeszcze w
piechocie zmotoryzowanej przed wojną. To ona odbierała z rąk Księcia
list pochwalny za wzorową postawę w walce w imieniu całego 32
Gellońskiego Pułku Zmotoryzowanego. Miała kształtne sutki i wielką
odwagę w serduszku. Wyszli więc razem, nie zważając na pierwsze krople
jesiennego deszczu. Podwójny agent „Katarzyna” nie będzie czekał
wiecznie. Tym bardziej, że nie lubi moknąć.
Część II "Siedemnaście tchnień Celta"
Mieli się spotkać w lesie, w opuszczonej chatcę leśniczego. Porucznik
Agatka i Misio szli powoli uroczyskiem w stronę skrętu do dawnej
leśniczówki. Misio zatrzymał się, wyciągnął papierosa i spokojnym,
stanowczym głosem nie znoszącym sprzeciwu powiedział:
- Poruczniku, dalej pójdę sam. Niech sierżant Petlura przyprowadzi 2
pluton jako moją obstawę, tylko niech zrobi to po cichu. Zaś ty pani
porucznik zostańcie w obozie i pilnujcie obiadu - zakomenderował
kapitan, po czym spokojnym miarowym krokiem ruszył w stronę
leśniczówki. Peema miał przewieszonego przez ramię, mimo iż był
odbezpieczony. Nie spodziewał się pojmania go, jednakże zachował
odpowiednie środki ostrożności. Po 5 minutach marszu doszedł do
leśniczówki. Sprawdził ją. Nie było nikogo. Tak więc spokojnie
rozsiadł się przed wejściem i wyciągnął dropsy miętowe. Taak...
Papierosy i dropsy miętowe były jego jedynymi nałogami.
Dwie godziny później zaczął się niepokoić. "Katarzyna" spóźniał się
już o dwie godziny! Wcześniej nigdy się to nie zdarzyło. Zaczął
podejrzewać kocioł. Już chciał wyjmować stację radarowo-nadawczą,
ukrytą przemyślnie pod krzaczkiem jagód, kiedy nagle usłyszał:
- Chodźże tu, bo już nie wytrzymuję !
Słuch go nie mylił. Był to głos "Katarzyny". Misio wszedł do
leśniczówki i rozejrzał się.
- Tu jestem - jęknął "Katarzyna".
Misio podniósł głowę. "Katarzyna" wisiał na powale,
wciśnięty między żyrandol a framugę okna.
- Musiałem się ukryć. Podejrzewałem wsypę - powiedział zeskakując.
Uszkodzona w bitwie pod Wagarią rzepka przemieściła się z chrzęstem,
jednak agent zręcznie przemieścił ją z powrotem. Jak każdy podwójny
agent miał na sobie paradny mundur sturmfuhrera armii scholandzkiej.
Dla niepoznaki założył elegancką perukę marki "Strudelheim" i okularki
lennonki wz. 1934.
- Spodziewałem się kobiety - rzucił Misio na dzień dobry.
- Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma ! - riposta "Katarzyny"
była szybka.
Misio obejrzał sobie nowego agenta od stóp do głów. Nie wyglądał zbyt
okazale, ale przecież był mieszanką Sarmaty i Scholandczyka.
"Katarzyna" usiadł na stołku który podpierał drzw, wyciągnął
piersiówkę i pociągnął łyk. W pomieszczeniu rozniósł się zapach wódki.
Misiowi zebrało się na wymioty - nienawidził alkoholu. Powstrzymując
pawia znalazł drugi taboret i usiadł spokojnie.
- Nowy w interesie? - zapytał powoli.
- Nie. Nowy w tym rejonie. Niezły bałagan żeś tutaj narobił.
- Takie życie. Sie gra sie ma. Ale do rzeczy.
- Za 2 dni linią kolejową Athos - Krez będzie jechał pociąg wyładowany
amunicją i rannymi. Z informacji jakie posiadam wynika iż jest to
amunicja przeznaczona dla oddziałów tłumiących partyzantkę gellońską.
Dowództwo myśli, że to dobry cel na następną akcję.
- Jakie dowództwo? - zapytał podejrzliwie Misio.
- No dowództwo, sarmackie - niepewnie odpowiedział "Katarzyna".
- Aha. Na tym terenie to ja jestem dowództwem ! - zdenerwowany Misio
wyciągnął Lugera - Te sieroty co przegrały wojnę mogą mi tylko
proponować. Naucz się tego bo skończysz szybciutko jako pokarm dla
mrówek.
- Spokojnie, szefie, ruhig! Nie ma powodu do nerwów. Akcja jest prosta
jak pióro kukuła. Wystarczy znaleźć dogodne miejsce na zasadzkę i
bach! Załatwione. Ludzi Ci zdaje się wystarczy?
- Wystarczy - odpowiedział Misio bawiąc się pistoletem - Powiedzmy, że się zastanowię.
- Zastanów się - "Katarzyna" wstał i ruszył do wyjścia.
- Wiadomość zostaw w skrzynce kontaktowej numer 7.
- Siódemka to ten pojemnik na zużyte miny przeciwczołgowe?
- Tak jest.
- Jeszcze jedno. Amunicja z tego transportu ma być przeznaczona dla
oddziałów antypartyzanckich, tak?
- Dokładnie tak.
- A dla kogo przeznaczeni są ranni?
"Katarzyna" umilkł na dłuższą chwilę.
- Oni są dla...dla Wielkiego Wszechscholandzkiego Monstrum.
Po raz pierwszy od czasu pierwszego transportu do obozu pod
Misiem ugięły się nogi.
- Nie czas na pieprzenie. Trzeba do iść do roboty - powiedział
pospiesznie "Katarzyna" i począł kierować się w stronę drzwi.
- Czekaj - rzucił Misio tonem nie znającym sprzeciwu (rzucał nim
często) - Czemu to robisz?
- Co robię? - odpowiedział "Kasia".
- No, to wszystko. Całą tą konspirację od siedmiu boleści. Czemu to
robisz? Zastanawiałeś się nad tym? - zaczynał filozofować Misio. Im
stawał się starszy tym częściej myślał nad życiem.
- No robię to dla ojczyzny i dla kraju - odpowiedział bez namysłu "Katarzyna"
- Pierdolisz. Na pewno masz jakiś inny powód. No ale spieprzaj do
swoich scholandzkich przyjaciół. Do zobaczenia.
Część III
Sielankę rozmowy przerwał wybuch.
- Wydałeś mnie kurwo ! - krzyknął Misio i pośpiesznie wyciągnąl
Lugera.
- Nie nie, przysięgam - stękał "Katarzyna". Przejmujące zimno lufy
pistoletu Misia było środkiem skutecznie zmiękczającym przeciwnika i
odbierającym mu wolę oporu.
- Módl się, że to nic groźnego, bo... A z resztą, Ty dobrze wiesz co.
Misio podbiegł do okna i szybko wyjrzał. Widać było tylko dym na
polnej drodze. Nie był zadowolony.
- Jaa pierdole... - rzucił przez zęby. Sekundę potem nie było go już w
domku. Biegł co sił w nogach do miejsca wybuchu. Wiedział już, że to
nie była zasadzka...
Na środku drogi widać było piękny lej od wybuchu. Dookoła unosił
się kurz i inne przedmioty leśne. Misio uważne rozejrzał się po
okolicy. Nie było nikogo i niczego co mogłoby spowodować wybuch.
Chwilę potem dobiegł do niego "Katarzyna".
- Cicho... - uciszył go Misio. Las dookoła był spokojny. Słychać było
tylko krakanie wron. Jednak uwagę Misia przykuł cichy szelest w
krzakach. Podbiegł szybko... i omal nie zemdlał z wrażenia.
"Katarzyna" również.
Ich oczom ukazała się porucznik Agatka, a raczej to co z niej zostało.
Cała dolna część ciała musiała zniknąć w wybuchu, widać było, że
eksplozja dosłownie urwała jej obie nogi. Tam gdzie niegdyś były
pośladki, teraz można było zobaczyć kawałki mięsa bezwolnie zwisające
z reszty ciała. Żyła, ale widać było, że to jej ostatnie chwile.
- Bo ja chciałam... Chciałam, żebyś się pospieszył... Obiad
wystygłbył... - jęczała zwijając się z bólu.
- Spokojnie, już spokojnie - uciszał ją Misio.
- To już koniec... - wyszeptał "Katarzyna".
- Trzeba... Już... Chwila... - jąkał się Misio. Obsesyjnie szukał
swojego Lugera. Znalazł go, sprawdził czy naładowany i wycelował go w
Agatkę. Trzymał go tak chwilkę, po czym opuścił go i popatrzył na
"Katarzynę". Twarz Misia była blada i oblana potem. Nie wiedział co
zrobić.
- Masz, Ty to zrób - błagał "Katarzynę.
- Nie mogę - odparł łącznik.
- Strzelaj, kurwa ! - wrzeszczał Misio
- Nie mogę !
- To ja to zrobię ! - strzał w głowę zakończył karierę pani porucznik.
- To przez te wasze scholandzkie miny. Co za gówno ! - rzucał Misio co
chwilę, oglądając lej po bombach i resztki zapalnika. Widać było, iż
jest to zapalnik od miny przeciwpancernej. Miał on wygrawerowane na
czubku nazwę fabryki - Minen AG.
- Nie umiecie odpowiednio ustawić zapalników, skoro nawet piechur może
spowodować eksplozje miny przeciwczołgowej. Lepiej nie wiedzieć jakie
są przeciwpiechotne...
- Odpieprz się, wiesz ! Co mnie to obchodzi?! - zaczął wrzeszczeć
"Katarzyna".
- Co Cię to obchodzi? Że to dzięki twoim kumplom Agatka wyleciała w
powietrze !
- To nie są moi kumple, rozumiesz? Jestem prawie takim samym Sarmatą
jak ty !
- Spierdalaj...
- Słucham?
- Spierdalaj, zanim nie rozwalę Ci łba, rozumiesz? - powiedział
spokojnie, acz stanowczo, Misio.
- No dobra... Jeszcze mnie popamiętasz... - rzucił na pożegnanie.
"Katarzyna" już nie pojawił się w okolicy. Zginął tydzień później w
nalocie bombowym. Także Misio miał mieć nowego łącznika. I co ciekawe
- o tym samym pseudonimie...
Część IV "Nigdy w rzycie"
Misiowi generalnie się powodziło. Nie narzekał na brak zajęć, wszkaże
walka z okupantem była jego obowiązkiem i hobby zarazem. Oddział jego,
mały i mobilny, dobrze wyszkolony i uzbrojony zadawał duże straty
przeciwnikowi w okolicach Athos. Misio nie przejmował się też
'agentami z dupy' jak nazywał członków wywiadu sarmackiego. Niby
obiecywał spotkania z łącznikami, ale nigdy się na nich niepojawiał.
Nie było mu to do życia potrzebne - sam sobie radził i wychodził na
tym całkiem nieźle. Okoliczni wieśniacy traktowali go jak półboga,
jednakże on nie pozwalał na szerzenie się wokoło jego kultu. Chciał,
aby mieszkańcy okolicy znali i cenili go za to czego dokonał. A
dokonał wiele. 14 pociągów z amunicją wyleciało w powietrze,
kilkanaście składów paliwa spłonęło w sposób dość widowiskowy, wojsko
scholandzkie nie miało czego szukać na tym terenie. Tam gdzie działał,
to on był władzą, tutaj nadal była Sarmacja. Jego żołnierze, w
większości jego byli podwładni z kompanii, byli ubrani w sarmackie
mundury i nosili sarmackie hełmy. Tylko broń była zdobyczna. Swoją
walką zapewniał mieszkańcom Gór Kocich ochronę i bezpieczeństwo. Ale
do czasu...
Misio wstał. Ziewnął przeciągle, przetarł oczy i rozejrzał się po
pokoju. Od śmierci por. Agatki sam musiał sobie robić śniadanie. Ale
nie stanowiło to dla niego dużego problemu. Dzień zaczynał papierosem
na ganku swojej chatki. Od czasu kiedy mieszkał sam, obozował daleko
od reszty oddziału. Jego melina była dobrze ukryta w lesie i tylko on
wiedział gdzie stoi. Nie pozwalał swoim żołnierzom chodzić za nim, aby
scholandzki kontrwywiad nie mógł go złapać. I jego żołdacy
respektowali ten rozkaz. W ich interesie było nie śledzić swojego
kapitana, bo ten bez wahania, za złamanie rozkazu, zastrzeliłby
takowego.
- Kurde, kończą mi się faje - zaklął po cichu Misio. Ubrał swoje
spodnie, założył mundur i kurtkę, wziął hełm. Podszedł do swojego
'kredensu' z którego ceremonialnie wyciągnął swój ukochany pistolet.
Wychodząc chwycił karabin i wyszedł zamykając za sobą drzwi na klucz.
Szedł w stronę obozowiska swojego oddziału. Chciał wziąć papierosy od
któregoś z żołnierzy. Idąc leśną ścieżką w pewnym momencie skręcił w
chaszcze. Zawsze wchodził do obozu z innej strony. Wyciągnął swoje
ulubione dropsy miętowe marki 'Miętowe mocne' i zaczął mlaskać. Szedł
powoli, troszkę ospale, nucąc sobie pod nosem:
- Dziewczyny z Awary brakuje mi do pary...
Szedł tak może z 10 minut. Zatrzymał się w pewnym momencie
zaniepokojony. Nie słyszał obozowiska. Zawsze idąc do niego, kierował
się słuchem, zawsze było słychać jak ktoś krząta się po obozie,
rozmawia, myje się. A teraz była martwa cisza. 'Coś jest nie tak'
pomyślał. Odbezpieczył swój pistolet maszynowy, sprawdził stan
pistoletu i zaczął skradać się do miejsca, gdzie powinni być jego
żołnierze. Kierował się kompasem, mniej więcej wiedział jak dojść do
obozu. Podkradał się z 15 minut, zanim zobaczył znajomą polankę. To tu
! Położył się na ziemi i wyciągnął lornetkę. Jednakże rośliny
przeszkadzały w obserwacji terenu.
- Kurwa... - zaklął cicho. Podczołgał się jeszcze pare metrów.
Podniósł lornetkę i popatrzył przez okular. Szczęką omal nie wykopał
dziury w ziemi.
Obóz był zniszczony. Z tego co zdążył zauważyć dużo żołnierzy zginęło.
Nie wiadomo czy się bronili, prawdopodobnie nie. Misio klął na to, że
tak twardo śpi. W nocy nic nie słyszał, a bez wątpienia była tu krwawa
walka. Prawdopodobnie ktoś wydał okupantowi, gdzie jest obóz oddziału
Misia. Kilku wieśniaków dostarczało żywność dla żołnierzy. Chciał
podejść i sprawdzić, czy ktoś ocalał, ale nie wiedział, czy
Scholandczycy nie postawili straży przy tym pobojowisku. Miał
szczęście, że okupant nie znał jego wizerunku, bo inaczej przeszukałby
las. Dla własnego bezpieczeństwa położył się na trawie i czekał. Brak
papierosów doskwierał mu bardzo.
Po ok. dwóch godzinach tam gdzie niegdyś obozowali 'Misiosbanditen',
jak nazywała ich wroga propaganda, Misio zauważył wiesniaka. Był to
Henryk Pćim, jeden z dostarczających żywność dla żołnierzy. Misio mu
nie ufał, wydawał mu się miglancem i koniunkturalistą. Kupował od
niego tylko dlatego, że miał najlepsze ziemniaki w okolicy. 'Pewno
zapłacili mu więcej' pomyślał Misio. Po cichu obserwował wieśniaka.
Ten zaczał obszukiwać trupy, ściągał ubrania i buty, szukał zegarków.
- Hande hoch verfluchte sarmatische Schweine ! - zakrzyknął z lasu z
wyraźnym scholandzkim akcentem Misio. Był kiedyś ponad rok w
Scholandii, gdzie był na praktykach na uniwersytecie w Szkolinie.
Nauczył się tego specyficznego akcentu pijąc wódkę w barach.
- Nicht schussen, nicht schussen ! - zajęczał wieśniak.
Misio z wycelowanym karabinem wyszedł z krzaków. Nie chciał zemsty,
ale wiedział, że jak Pćim go sprowokuje, to go zastrzeli.
- Wydałeś nas, kurwo - spokojnie i z demonicznym uśmiechem Misio
przywitał się z Heniem.
- Co?! Chyba Cię pogieło?! JA?! - płakał wieśniak.
- No to co tu robisz? - pytał dalej i stanowczo Misio.
- Yyy... Ja ten, no... Przyszedłem z ziemniakami...
- I zabierałeś zegarki? Dobra dobra, więcej Ci zapłacili?
- Słucham?
- Przecież wiem, że to ty - powiedział Misio. Na jego twarzy znów pojawił
się demoniczny uśmiech.
- O czym ty mówisz?
- Mam Cię zastrzelić jak psa?
- Ale to nie ja ! - płakał wieśniak.
- W głowę, czy w klatkę piersiową?
- To nie ja ! Rozumiesz !?
- No gadaj, bo muszę sobie zapalić - Misio wiedział, że jest panem
sytuacji.
- Aaa... - płakał Henryk - Przyszli do mnie i powiedzieli, że jak Cię
nie wydam, to zabiją mnie i całą moją rodzinę... Co miałem zrobić?
- No cóż. Ale i tak jesteś mendą. Wybieraj nogę - zarządził tonem nie
znającym sprzeciwu Misio.
- Ale po co?
- No karę i tak musisz ponieść - powiedział Misio i strzelił mu w
prawą nogę. Po lesie rozległ się jęk wieśniaka.
- Nie umrzesz, ale Cię poboli troszkę. A teraz spierdalaj kopać pyrki.
Tak więc Misio pozostał bez oddziału. Nie wiedział co począć.
Postanowił wrócić do chatki i pomyśleć. Ale najpierw potrzebował
papierosa.
Część V "Anal z Zielonego Wzgórza"
- Yyy... Dzień dobry... No więc mam problem...
- Co jest?! Kim ty jesteś?! To prywatna częstotliwość!
- Tutaj Misio. Mam problem.
- Aaa witamy witamy... Strach do dupy zajrzał to się zgłaszamy?
- Zamknij łeb. Mam problem.
- No no, co tak ostro? Spokojnie, powoli, po co się spieszyć?
- No więc, rozbili mi oddział. Jednej nocy. Prawie wszyscy zgineli,
tylko kilkoro poszło do niewoli, ale pewno oni też już nie żyją.
Chodzi mi o to, że w Górach Kocich jestem już spalony. Potrzebuje
transportu.
- No koleś, to masz faktycznie problem. A gdzie ten transport?
- W okolice Czekan. Tam mam kilku znajomych, zrobimy nową bandę.
- To trochę daleko.
- Na piechotę nie dojdę, bo mnie złapią i kaplica. A jechać nie ma
jak, bo na drogach kontrole.
- Ale tam się kręci dużo wojska.
- No to tym lepiej. Zwiążemy duże oddziały, a w innych częściach kraju
walka będzie się toczyć.
- No ok. Zmieniłeś się trochę...
- Cicho. Na razie.
Rzeczywiście Misio trochę się zmienił. Nie był już tak pewny siebie.
Nadal miał wolę walki. Choć teraz myślał trochę mniej egoistycznie niż
wcześniej. Ciągle palił papierosy i ssał dropsy miętowe. Jednak nie
były to już jego ulubione "Miętowe mocne". Skończyły się mu zapasy
tego boskiego pokarmu. Zostały mu tylko tropicańskie "Mintos Bravos",
które były całkiem znośne i obleśne scholandzkie "Das Drops", które z
miętą nie miały wiele wspólnego.
Centrala "agentów z dupy" poinformowała go, że łącznik o pseudonimie
"Katarzyna" spotka się z nim koło wsi Gnojnik koło Athos, celem
przekazania bliższych informacji. Misio miał już wcześniej spotkać się
z "Katarzyną na bis" ale uznał, że nie jest mu to potrzebne. Wiedział,
że musi schować swoją dumę do kieszeni i póki co działać tak jak
Centrala mu będzie kazała. Ale potem... "Potem to mi mogą pociągnąć"
myślał sobie w duchu i śmiał się z tego za każdym razem. Straszne
przeżycia nie odebrały mu jego specyficznego poczucia humoru.
Punkt kontaktowy był zlokalizowany w stodole. Misio miał wejść, puścić
trzy rzy bąka i powiedzieć: "Ależ tu wali !". Łącznik miał
odpowiedzieć: "No bo jak się nie myjesz...". Misio uważał to za
niedorzeczność. Nie można było poprostu wejść i się przejść do rzeczy?
No ale to nie on służył w wywiadzie. I cieszył się z tego, bo musiałby
się bardzo męczyć z tymi idiotami. Przynajmniej on tak uważał. Kiedy
jechał na praktyki do Szkolina, na Wydział Parapsychologii, na
Uniwersytecie Królewskim, wywiad chciał go zwerbować. Ale powiedział
"żeby spierdalali". A jechał na te praktyki jako student II roku
historii, żeby przekonać się, że są jeszcze więksi idioci niż studenci
matematyki teoretycznej. Sposób nauczania akademickiego w tym czasie w
Sarmacji był dość specyficzny.
Noc była ciemna. Na niebie wisiała gęsta warstwa chmur, idealna aura
do skradania się. Ale Misio miał to gdzieś. Dziarsko przedefilował
przez wieś z karabinem na ramieniu i skręcił w stronę umówionej
stodoły. Nie mogąc otworzyć drzwi odstrzelił zamek. Wszyskto
oczywiście w konspiracji. Drzwi otworzył potężnym kopniakiem, tak jak
to miał w zwyczaju i wbiegł z karabinem gotowym do strzału. Teraz
leżąc gdzieś w sianie zaczął pierdzieć rękami. Tą ciekawą umiejętność
nabył w szkole podstawowej na lekcjach chemii. Nie przypuszczał, że
kiedyś mu jeszcze się przyda. Po umówionych trzech bączkach, krzyknął:
- Ale tu je... wali !
- No bo jak się nie myjesz... - brzmiała odpowiedź.
- Szkoda - Misio miał dzisiaj wielką ochotę sobie postrzelać.
- Żeś to kurwa bardzo po cichu zrobił - odpowiedział głos. Misio nie
widział dobrze postaci. W cieniu zauważył tylko jej zarys. Po głosie
poznał, że była to kobieta.
- No no no... O to słynny komendant Misio... Ciekawe miejsce na
spotkanie - z cienia wyłoniła się postać łącznika. Była to młoda
dziewczyna, o włosach blond upiętych w kitkę. Miała może z metr
siedemdziesiąt pięć wzrostu. Była niższa niż Misio.
- Wspaniale... No to dawaj informacje słońce.
- Spokojnie. Sprawa wygląda tak. Ponieważ tutaj nigdzie nie wyląduje
samolot, musimy się dostać w okolice Feru i dopiero stamtąd próbować.
- Co?! To jest ten niby ekstra plan? To jest jakaś kpina...
- Oj problemy wojenne... - tłumaczył się łącznik - Na piechotę zajmie
nam to z tydzień.
- No dobra... Ważne żeby dotrzeć na to lotnisko... Fer... Cóż za
posrana logika...
- Oj weź zamknij się, bo nie mogę Cię słuchać - odpowiedziała
"Katarzyna na bis" jak sobie nazwał łącznika Misio. Zaskoczyła go ta
odpowiedź. Ale miło. Szykował się wspaniały tydzień...
Część VI "Noł hau"
Droga na piechotę z Athos do Feru była niezbyt przyjemna. Długa i
wyczerpująca, na dodatek poprzez puszcze Gellonii. Aura również nie
sprzyjała pieszym wędrówkom po lesie. Ale... Ale czego nie robi się
dla Sarmacji?
Misio traktował tą podróż jako urlop, spacer. Nie przejmował się tym,
że w każdej chwili może zostać złapany przez wroga, rozebrany i
zastrzelony. Nie przejmował się tym, że było mu zimno. Nie przejmował
się tym, że podróż jest ciężka i że musi przedzierać się przez las.
Denerwowały go jednak dwie rzeczy. Nie miał papierosów... Jego
towarzyszka podróży nie paliła, bo uważała to za skrajnie
nieodpowiedzialne i niezdrowe zachowanie. Co więcej, nie pozwalała mu
kupować nowych paczek. Misio czasami miał ochotę ją zastrzelić.
Drugim, mniejszym problemem, była właśnie jego towarzyszka podróży.
Jak się okazało, "Katarzyna na bis" nosiła dźwięczne i starosarmackie
imię Aleksandra. Była ładna, choć Misio nie starał się aby mu się za
bardzo spodobała. Miała nad nim jeszcze jedną przewagę - znała drogę
na supertajne lotnisko pod Ferem. I właśnie te dwa atuty - uroda i
wiedza sprawiły, że Misio nie zastrzelił jej w lesie. Bo powodów miał
wiele.
Ola nie pozwalała mu kupować i palić papierosów. W oczach Misia była
to niewybaczalna zbrodnia, za którą powinno się wymierzyć najwyższą
karę. Co więcej - była ambitna i potrafiła się postawić Misiowi, a on
bał się takich kobiet. Poza wszystkim zaangażowała się w walkę klas.
Jako działaczka komunistyczna działała na terenie Morvanu i starała
się, jak ona to nazywała, "wywłaszczać obszarników". Wszystko byłoby w
porządku, gdyby nie starała się narzucić Misiowi swoich poglądów. A
starała się to robić na każdym kroku. Misio, jako politycznie
obojętny, miał dosyć ciągle trajkoczącej, ploretariackiej młodej damy.
A ona ciągle nawijała mu o sprawiedliwości społecznej, o walce klas i
o demokracji ludowej, o radach robotniczych, o walkach z obszarnikami
etc. etc.
- Słuchaj, jak jeszcze raz będziesz mi mówiła o tym całym czerwonym
gównie i o jakichś towarzyszach to Cię zastrzelę, tutaj gdzie stoimy i
na dodatek z zimną krwią.
- Ale czy Ty nie widzisz, że to jest przyszłość?!
- W dupie to mam. Dopóki żadna władza nie właduje mi się z butami w
życie będzie mi ona zwisać nisko. Ja walczę nie dla jakichś idei
politycznych czy frakcji. Ja walczę dla samej Sarmacji. I to ona jest
celem. A nie jakaś tam "sprawiedliwość społeczna", czy "walka
klas".
- Jak dla mnie to jesteś sierotą.
Misio nie chciał mieć z polityką nic do czynienia już na studiach,
gdzie był atakowany przez różnego typu działaczy młodzieżówek, a potem
partii politycznych. A, że poglądy młodego studenta historii były
proste jak drut, albo wcale ich nie było, dał sobie spokój z tym i
przepędzał wszystkich "zaangażowanych" swoim pistoletem. Już od małego
chciał służyć ojczyźnie. Ale służyć ojczyźnie to nie służyć władzy,
tylko służyć obywatelom i ogółowi.
Ale pomimo tych denerwujących przemówień i pouczeń polubił swoją
towarzyszkę podróży. Przez te kilka dni zdążył się do niej przywiązać
i wiedział, że będzie mu jej brakowało. No może poza tym, że
zabraniała mu palić. Nałóg był silniejszy od przyjaźni.
Szli równo tydzień. Siódmego dnia doszli w wyznaczone miejsce. Była to
dość duża polana położona w lesie. Trawa była równo skoszona, widać
było, że to prowizoryczne lotnisko było zadbane i dość często używane.
Nie prowadziła do niego jakaś specjalna ścieżka, dochodziło się tam
przedzierając się przez las i jego krzaki. Docierając do lotniska
Misio i Ola mogli zauważyć stojący i, tak przynajmniej im się
wydawało, czekający na nich samolot. Jednakże te tygodnie spędzone na
partyzantce w lesie czegoś Misia nauczyły - nigdy nie wychodź na leśną
polanę bez uprzedniego sprawdzenia terenu. Jego koleżanka była widać
niedoświadczona w leśnej walce, skoro zaczęła dziarsko maszerować w
stronę lądowiska.
- Stój - rzucił półszeptem Misio.
- Co znowu?! Przecież czekają na nas - odpowiedziała mu Ola wyraźnie
zniecierpliwionym tonem.
- Stój, powiedziałem - Misio znów użył swojego tonu nie znającego
sprzeciwu.
- Ale po co?
- Mówię stój. A najlepiej to padnij - powiedział Misio. Wyciągnął
swoją lornetkę i podczołgał się parę metrów. Popatrzył przez okular i
dokładnie zlustrował polankę.
- Oho ! Tak jak przypuszczałem. Znowu się nie zawiodłem na sobie.
Masz, popatrz, co widzisz?
Ola wzięła lornetkę.
- No samolot i żołnierzy wokół niego.
- A co to za żołnierze?
- No nasi, sarmaccy - naiwnie rzuciła dziewczyna.
- Ech, dziecko, jak Ty mało jeszcze wiesz o wojnie.
Misio się nie mylił. Na polanie może i stał samolot, może i był w
barwach sarmackiego lotnictwa, ale żołnierze wkoło już nie. Cieszył
się, że ta zasadzka była nieprofesjonalnie zrobiona, mimo iż żołnierze
scholandcy byli z elitarnego odziału - Fuhrer-Begleit-Batallion, czyli
,plus minus, gwardii przybocznej króla. Widocznie musiał się nieźle
narazić nowym władcom Sarmacji, skoro nasyłali na niego gwardię
królewską.
- To co teraz robimy - zapytała przestraszona Aleksandra.
- Uciekajmy. Ale powoli i po cichu, żeby nas nie zauważyli.
Powoli i czujnie oddalili się od miejsca spotkania. Poszli na zachód,
wg. Misia miała tam znajdować się jakaś wieś, gdzie mogliby
przenocować, coś zjeść i pójść dalej, do Czekan.
- Pewno ta twoja posrana "centrala" miała jakąś wtyczkę i nas
wydała...
- Możliwe. Ale to monarchofaszystowska centrala. Działam w niej tylko
dlatego, bo komunistycznej jeszcze nie ma.
- Oj weź skończ z tym politycznym pieprzeniem. Żygać się chce...
Idziemy, może nas nie widzieli.
Część VII "Maria, Milena i Koń"
Po wpadce z samolotem Misio postanowił działać od tej pory całkowicie
na własną rękę. Mógł w sumie w każdym miejscu w kraju zorganizować
oddział leśnych ludzi i walczyć z okupantem. Problem był jednak
znacznie głębszy. Otóż świeżo upieczona towarzyszka niedoli Misia -
Aleksandra koniecznie uparła się, żeby iść do Czekan. Misio
zastanawiał się, co skłoniło ją do takiej determinacji. Po części
nawet odpowiadało mu to, że idą w tamte okolice. Wszkaże były to jego
rodzinne strony...
Misio urodził się dokładnie 32 lata temu, w dosyć zamożnej,
szlacheckiej rodzinie. Ojciec jego miał dworek i kilkanaście hektarów
ziemi we wsi Musztardów koło Czekan. Matka jego pochodziła z Krezu, z
bogatej rodziny mieszczańskiej i była 3 córką w kolejności. Dlatego
wyszła za właściciela ziemskiego. Ojciec Misia był wspólnikiem
dziedzica Czekan, hr. C*****skiego, z którym żył w głębokiej
przyjaźni. Sam hrabia był częstym gościem w musztardowskim dworze.
Misio zapamiętał go doskonale. Podobno hrabia miał kilka córek i
synów, jednak w Musztardowie pojawiał się zawsze sam. Nigdy nie
zapraszał rodziny Misia do pałacu w Czekanach. Ojca zawsze to
zastanawiało, jednakże nie przejmował się tym zbytnio.
Idąc teraz w stronę swojego rodzinnego domu, Misio wspomniał listy od
matki, które ona to wysyłała do niego aż do kapitulacji armii. Potem
kontakt się urwał. Misio nie wiedział, czy żyje. Nie chciał jej
odwiedzać, zwłaszcza po tym, jak rozpoczął działalność partyzancką.
Bał się, że może spotkać ją niebezpieczeństwo. Ojciec jego zmarł na
kilka lat przed wojną.
W stosunkach między Misiem a Olą też wiele się zmieniło. Ona pozwoliła
mu w końcu palić - co prawda po "twardych negocjacjach", ale fakt jest
faktem. Jego zaś przestało irytować to jej polityczne gadanie. A ona
nawet jakby mniej mówiła o swoich rewolucyjnych planach. Misia jednak
nurtowało cały czas, czemu Ola koniecznie chce iść do Czekan.
- Powiedz mi słońce, co Ciebie tam tak ciągnie? - spytał pewnego razu
Misio. Siedzieli wtedy w lesie, przy ognisku i smażyli upolowane
kukuły inkaskie. Misio trenował strzelanie celując właśnie do kukułów.
- Nie ważne. Niech Cię to nie interesuje - odburknęła mu Ola.
- No właśnie ważne ważne. Bo widzisz - to są moje strony rodzinne.
Ola zakrztusiła się kukułem.
- Słucham? - odpowiedziała, pokasłując trochę.
- No tak tak. Pochodzę ze wsi Musztardów.
- Wiem gdzie to jest, ale tam nigdy nie byłam.
- A co? Ty też stamtąd? - odpowiedź na to pytanie nie zdążyła paść.
- Hande hoch !
Misio nie zdążył nawet zareagować. Był na siebie bardzo zły, że dał
się podejść w tak dziecinny sposób. Broń jego leżała kilka metrów od
miejsca w którym siedział. Uspokoiło go to, że od kilku dni nie było
widać przeciwnika. Tak więc Misio i Ola zostali pojmani w sposób
łatwy.
Banszuce zapakowali ich do czarnej furgonetki. Misia cieszył fakt, że
nie wiedzieli z kim mają do czynienia. Dostali silną eskortę -
czterech żołniezy siedziało z nimi "na pace". Zza przedartej plandeki
Misio widział gdzie ich wiozą. Było to miasteczko Elżbietów,
przemianowane teraz na Fort Elsa (na drogowskazie oryginalna nazwa
została skreślona, a nową nieudolnie domalowano farbą). Jechali na
posterunek policji. Zatrzymanie się ciężarówki oznaczało dotarcie na
miejsce. Banszuce wyciągnęli dwie pojmane osoby i niezbyt prędko
zaprowadzili na posterunek, do pokoju przesłuchań.
A pokój przesłuchań był typowym, policyjnym... pokojem przesłuchań.
Pośrodku stał stół, a przed stołem dwa krzesła. Była też lampa z mocno
świecącą żarówką. Na ścianie widniał portret jakieś osoby - Misio nie
widział jej zbyt dobrze, gdyż była w cieniu. Banszuce posadzili ich na
krzesłach i kazali czekać. W pomieszczeniu zostało tylko dwóch
żołnierzy. Misio mógłby próbować ich załatwić, ale co potem? Nie był
przecież sam, musiał jeszcze uratować Olę. Czuł się za nią
odpowiedzialny, to przez niego trafili do aresztu.
- Tschień tobry sarmackie fyfloki. Mejne naswisko ist Hajnriś Pfert i
jestem ofiserem SS. Bende was pszesłuchifał !
Heinrich Pferd był Obersturmführerem - Misio rozpoznał po pagonach.
Nie był zachwycony tym, że będzie bity po mordzie przez SS. Martwił
się jednak o Olę. Bał się, żeby nie bili jej mocno.
- Dopsze ! Najpierf sprafcimy wasze nasfiska i miejsca zamieszkania !
Nie macie dokumentuf taksze sprawcimy to w kartotekach ! Jeśli muficie
nieprafde, to kiepsko s fami ! Ty lala ! Gadaj
pierfsza !
Oli pociekły łzy po policzkach. Nie zdziwiło to Misia, spodziewał się
tego.
- Nazywam się Aleksandra Czekańska. Miejsce zamieszkania - Czekany -
powiedziała pół szeptem Ola.
Misio omal nie wywrócił się z wrażenia. Gdyby nie to, że był
przywiązany do krzesła, z pewnością znalazł by się na podłodze.
- Co kurwa? Kto ty jesteś niby? - z niedowierzaniem zapytał Misio. Tą
krótką rozmowę przerwał ssmański but na jego twarzy.
Część VIII "Nie ku*wa, skup butelek!"
Ciężarówka jechała powoli. Czasami rzucało nią na jakiejś dziurze,
ponieważ podróżowali boczną drogą. Głównymi było strach jeździć,
czasami brakowało kawałka asfaltu, mostu lub były położone miny.
Często słyszało się o wylatujących w powietrze ciężarówkach z
żołnierzami. Dlatego starano się unikać głównych tras i jeżdżono
bocznymi. Tutaj z kolei byli partyzanci, ale Scholandczycy uważali to
za mniejsze zło.
Misio był pobity, bo nie chciał wyjawić jak miał na imię. Jechał teraz
w nieznane miejsce, być może była to jego ostatnia podróż w życiu. Nie
był zły, raczej przygnębiony. Strażnicy nie dawali mu papierosów,
rozłączono go z Olką i nie wiedział co się z nią dzieje, poza tym był
głodny i pobity. Dobry humor rzadko trafia się w takich
niesprzyjających okolicznościach. Zastanawiał się, co z nim będzie i
co się stało z Olą. Ostatni raz widział ją tuż zanim otrzymał kopniaka
w twarz.
Razem z nim na pace jechało 5 żołnierzy ubranych w mundury SS. Dwóch z
nich miało broń maszynową. Misio nie miałby szans na ucieczkę, nie
zdołałby nawet spróbować, bo odrazu zginąłby od serii z pistoletu.
Dlatego siedział spokojnie, starając się zdrzemnąć. Raz po raz
otwierał oko, żeby sprawdzić czy nie chcą go zastrzelić. Nie chciał
zginąć w nieświadomości, wolał widzieć jak będą do niego celować i
ciągnąć za spust. Był gotów na śmierć, pogodził się z tym faktem że
zginie. Chciał tylko jednej rzeczy zanim odejdzie z tego świata -
ostatniego papierosa.
W pewnym momencie ciężarówka zatrzymała się. Do ciężarówki podszedł
jakiś frejter i poprosił 3 żołnierzy, w tym dwóch z peemami, aby
wyszli. Misio podsłuchiwał o czym mówili. Znał dobrze niemiecki,
nauczył się go w lokalach Szkolina (od tamtej pory nienawidzi
alkoholu). Nie przyznał się, że rozumie o czym jego wrogowie
rozmawiali. A gadali o tym, że na drodze stoi wóz z osłami i nie chce
zjechać z drogi. Podobno wieśniak też niespecjalnie starał się ustąpić
miejsca konwojowi. W tym momencie przez umysł Misia jak błyskawica
przeleciała myśl: "Chwila chwila, wydaje mi się to znajome..." Znał te
sposoby, na tzw. "wieśniaka". Czym prędzej padł na podłogę ciężarówki
i zasłonił głowę skutymi rękoma. Strażnicy wstali, żeby podnieść Misia.
Nie zdążyli, seria z kilku karabinów przecięła ciężarówkę jak maszyna
do szycia nową sukienkę córki. Słychać było strzały z broni
maszynowej, wybuchające granaty. Misio modlił się, żeby jeden z nich
nie wleciał do ciężarówki - wtedy nici z ratunku. Wiedział, że jest
szansa na uratowanie, nie chciał zginąć od wybuchu. Dlatego leżał
sztywno na podłodze, starając się leżeć jeszcze bliżej i kurczowo
zasłaniał głowę rękoma.
Po kilku minutach strzały ucichły. Misio sprawdził czy jeszcze żyje,
ale nadal się nie poruszał. Słuchał tylko intensywnie, czy wygrali
partyzanci, czy może Scholandczycy. Pierwsze głosy w rodzimym języku
uspokoiły go nieco. Nadal jednak pozostawał w bezruchu. Słyszał, jak
ktoś podchodzi do ciężarówki i unosi pokrycie paki. Widocznie ktoś
zajrzał na tył wozu i odszedł. Potem rozległo się:
- Panie komendancie, tutaj ktoś jest !
- Swój czy wróg? - głos komendanta brzmiał Misiowi znajomo, jednak nie
potrafił sobie przypomnieć skąd mógł go znać.
- Nie wiem. Chyba żyje. Jest zakuty !
- Pokaż no mi go - brzmiał rozkaz. Misio słyszał jak ta osoba
podchodziła do samochodu. Musiała mieć oficerskie buty, bo chód był
dość głośny. Plandeka uniosła się. Misio podniósł głowę. Nie widział
dobrze, oczy musiały mu się przywyczaić do światła dnia. Ale
powiedział odrazu:
- Panowie... Nie strzelajcie... I dajcie no może papierosa, co?
- Pan kapitan? - odezwał się znajomy głos.
- No w sumie raczej tak...
- Myślałem, że pana kapitana złapali... I, że... No wie sam pan
kapitan co...
- Tak wiem. A jak żeś ty się uchował?
- Kiedy nas napadli, tam wtedy na tej polance, to się nie broniliśmy.
To była szybka akcja, typu "szybka piłka - mokry kort". Ktoś chciał
biec po pana kapitana, ale nie wiedzieliśmy gdzie. Nie kazał nam pan
kapitan przecież chodzić za sobą. Ktoś próbował łapać za broń, ale to
odrazu kończył z ołowiem w głowie. Kilkunastu chłopaków zginęło na
miejscu, kilku było rannych, ale to ich dobili. Był z nimi też ten
wieśniak od ziemniaków, no jak mu tam... Pćim ! Tak, on też był.
- Wiem. Jak przyszedłem rano po fajki on już tam był i zbierał
zegarki. Powiedział, że musiał nas wydać bo by mu rodzinę zajebali.
- Gówno prawda ! Jak nas odprowadzali do stalagu, to miałem okazję
rozmawiać z tym ścierwem. Specjalnie nas wydał, za pieniądze. Podobno
mu nieźle zapłacili.
- Patrz. A ja szmacie zaufałem. Za dobre serce mam. Mogłem go
zastrzelić odrazu, a nie tylko kolano mu przestrzelić. No ale co z
resztą kompanii?
- No zaprowadzili nas do tego stalagu. Potem każdego "przesłuchiwano",
czyli bito. Mnie nawet niespecjalnie mocno, bo ja to płotką byłem. Ale
panów poruczników to całkiem konkretnie. Petlurę to zakatowali tam,
okładali go gazrurką i czymś tam jeszcze. No ale, po kilku dniach
wzieli nas, czyli tych co przeżyli, na taką łąkę. Całkiem ładna była.
Kazali nam się ustawić w czterech rzędach, w każdym po 10. Tych co się
nie mieścili, zastrzelili odrazu. Potem kazali nam klęknąć. Wytoczyli
wtedy dwie ciężarówki z cekaemami. Ja wiedziałem co się stanie,
czytałem w gazetach o takich numerach w Chinach. Zdawałem sobie
sprawę, że mam teraz jedyną szansę na przeżycie i ucieczkę. Wiem,
dziwne to trochę, ale tak było. Kiedy zaczęli strzelać do pierwszego
rzędu, w którym byłem i ja, walili tylko z jednego karabinu. Celowali
w głowy. Ja byłem w środku wtedy. Serce waliło mi jak oszalałe.
Wszystko to leciało w zabójczym tempie. Wiedziałem, że muszę to zrobić
szybko. I kiedy kasowali tych obok mnie, upadłem zanim trafili mnie,
że niby nie żyje. Nie sprawdzili, czy nie byłem ranny przypadkiem.
Przykryły mnie inne zwłoki i w sumie dzięki temu przeżyłem. Nie
widzieli, że jeszczem nie martwy. Szczęście, że zwłok nie sprzątali.
Przeleżałem tak pod tymi ciałami aż do nocy. Potem powoli wstałem i
zwiałem. Musieli mieć zdziwko, jak się rano zwłok nie doliczyli. Ale
nie szukali mnie.
- Smutne, powiem Ci sierżancie. Szkoda tych ludzi, taka dobra
kompania.
- Wiem, wiem... Ale trzeba żyć i walczyć !
- Racja...
Sierżant, a teraz komendant Właśniak, był starym znajomym Misia. Razem
służyli w kompanii i razem walczyli, aż do obławy w lesie. Misio w
sumie dziękował Bogu, że trafił akurat na Właśniaka. Siedział teraz
razem z nim i z jego żołnierzami przy ognisku, niektórzy smażyli
jakieś mięso, chleb. On palił papierosy i myślał o Oli, o tym, że ją
stracił, o tym, że go boli żebro. Nagle poderwał się jak oparzony...
- Noż kurwa mać ! - wykrzyknął.
- Co się stało, panie kapitanie? - zapytał Właśniak.
- Jaaa pierdole !
- No co się stało !?
- Mój pistolet... MÓJ LUGER ! Zabrali mi go... Już nie żyjecie,
frajerzy - krzyczał Misio i szukał na pasku swojego... Lugera.
- Przecież to tylko pistolet... Znajdziemy nowy... - uspokajał go
sierżant.
- To była pamiątka rodzinna... A w sumie... A chuj z tym, znajdziemy
nowy - mówił siadając Misio. Wyciągnął papierosa z pomiętej paczki i
odpalił.
- Wiecie co mnie martwi Właśniak? - zapytał.
- Co?
- Była ze mną pewna dziewczyna. Nie jechała tam gdzieś w tym
transporcie?
- Hmm... Raczej nie...
- Jesteś pewien? Na 100 procent?
- Na 100 procent. Byłaby tu przecież teraz z nami. A trupa sam pan
przecież szukał.
- No fakt... Kurwa... Mam prośbę sierżancie, mogę wam potowarzyszyć
troszkę?
- W sumie to myśleliśmy, że mógłby pan kapitan przejąć dowództwo.
Chłopaki słyszeli o naszych wyczynach, a ja potem opowiadałem im o
panu.
- Ech... Ale ja chcę iść do Musztardowa... Gdzie my teraz jesteśmy?
- Kilkanaście kilometrów na północ od Czekan - powiedział z uśmiechem
Właśniak.
- To i tak niedobrze... Musztardów jest na południu, trzeba będzie iść
lasami...
- Nie ma problemu, pójdziemy za panem. Chłopaki się aż rwą do walki.
Aha, no i mamy tu prezent dla pana, panie kapitanie. Taka rekompensata
za tego straconego Lugera.
- Co to?
- To jest pistolet maszynowy Thompsona. Geniusze z Cracofii robili
zrzuty. Pewnej nocy nadleciał bombowiec i zrzucił kilka skrzynek.
Zleciał jeden peem i kilka skrzynek amunicji do niego. Bez sensu
kompletnie...
- To czemu żaden z was go nie chciał?
- No bo ja mam swoją strzelbę, a pozostali też swoje ulubione
karabiny. Poza tym poszła fama, że on niby pecha przynosi. No to nikt
go nie wziął.
- Pokaż no go - zakomenderował Misio. Dwóch wojaków przyniosło
skrzynkę i otworzyło wieko. Misio ceremonialnie odgarnął słomę. W
skrzynce leżało zawiniątko, obwinięte starannie papierem parafinowym.
Misio powoli wyciągnął je, zdarł bez skrupułów papier. Jego oczom
ukazał się pistolet maszynowy, popularny Tommygun. Wziął go do ręki i
zaczął celować.
- No no... Całkiem konkretny, nie mogę to powiedzieć. Się nada. Teraz
broń gangsterów będzie zaprowadzała prawo...
- Może zrobi pan kapitan przegląd oddziału? - zapytał z podejrzliwym
uśmiechem sierżant Właśniak.
- Może być... poruczniku. Niech będzie w sumie.
- ZBIÓÓÓRKAAA ! - komenda padła. Oddział szybko ustawił się w
dwuszereg. Misio ze swoją nową zabawką i papierosem w ustach powoli
przechadzał się przed żołnierzami.
- Panowie, mamy zadanie do wykonania ! Kilkanaście kilometrów na
południe od Czekan jest wieś Musztardów ! Pochodzę z niej i chętnie
sprawdzę czy stoi cała ! Poza tym, może to być pierwsza przystań do
większego celiu - zdobycia Czekan ! Tak tak panowie, nie
przesłyszeliście się ! Wróg wcale nie jest taki trudny do pokonania,
co udowodniliście dzisiaj i wcześniej. Nawet na czołgi znajdzie się
sposób ! Ale do tego potrzeba wiary w zwycięstwo ! Dlatego,
przygotujcie się dzisiaj, zróbcie zapasy bo jutro ruszamy ! Czeka nas
ciężka przeprawa przez las ! Możliwe, że napotkamy przeciwnika i że
będziemy z nim walczyć ! Ale zmieciemy go z powierzchni ziemi !
Słyszałem, że wiele wsi w pobliżu kolaboruje z okupantem. Pokażmy im,
że to jest Sarmacja i że to Sarmaci są tu panami i że to oni stanowią
prawo i porządek ! Winnych trzeba ukarać, a wsie które zaznały
scholandzkiego buta staną się wolne ! Dobra sukinsyny, rozejść się !
- Tak jest panie kapitanie !
Część IX "Twarzą do ściany"
Misio obudził się nagle. Rozejrzał się powoli po okolicy. Tak, to był
ten las w którym zasypiał. Złapał się za głowę. Nienawidził nagłego
wstawania rano. Pierwsza myśl - papieros ! Druga - Luger ! Ale jego
już nie było, teraz miał tommyguna. Ale przecież nie może walczyć bez
pistoletu. Wstał powoli, założył kurtkę i poszedł szukać porucznika
Właśniaka. Ten spał jeszcze smacznie, tak jak reszta oddziału, nie
wyłączając wartowników. Ci pozdrowili Misia i dalej obserwowali teren.
Misio, szturchając Właśniaka za kurtkę, obudził go niezbyt delikatnie.
Ten przywitał go po przyjacielsku.
- Pojeba... O dzień dobry panie kapitanie.
- Właśniak... Mam problem, potrzebuje pistoletu.
- Ech... O 5 rano? Niedobrze z panem kapitanem coś ostatnio...
- Nie pierdol tylko daj mi klamkę.
- Tam gdzieś przy skrzyniach leży colt... Dobranoc...
Oddział był gotowy do drogi już o 6 rano. Spakowani, najedzeni i
ogoleni ruszyli powoli przez las w stronę Musztardowa. Misio podzielił
swoją kompanię na 3 kolumny, każda szła równolegle do siebie, w
rozstępach 400 metrowych. Las nie był gęsty także szli sprawnie. Na
przód pochodu Misio wysłał czujki, które miały sprawdzać, czy nie ma
tam gdzieś wroga. Szli może tak ze 6 godzin, kiedy straż przednia
poinformowała dowódcę, że dotarli do wsi. Misio nie wiedział, czy jest
to wieś proscholandzka, czy prosarmacka. Wymyślił więc oryginalny
podstęp...
Misio jechał powoli na rowerze z papierosem w ustach. Nie miał przy
sobie broni, bo i po co? Nie chciał aby go zdemaskowano. Dodatkowo nie
miał swojego munduru, więc wyglądał jak prosty wieśniak. Jechał powoli
drogą do wsi, nucąc sobie coś tam pod nosem i paląc faję. Zbliżając
sie, mijał jakieś wozy z sianem, z gnojem i z ziemniakami. Czuł wieś,
wszkaże urodził się niedaleko. Nie obawiał się rozpoznania, przecież
nikt spoza oddziału nie znał jego twarzy, a Ci co znali prawdopodobnie
zgineli albo nie wiedzieli, że to on jest Misiem. Tym Misiem. Tak więc
jechał nie uzbrojony, na rowerze, przebrany za wieśniaka do obcej wsi.
Numer z rowerem był raczej jednorazowy, zwłaszcza w przypadku jeśli
okazałoby się, że jest na wrogim terenie. Atak na wieś proscholandzką
był nieunikniony - taka była taktyka Misia. Ale nie chciał zabijać
wieśniaków - byli to w końcu jego rodacy. Ludzie zapamiętaliby, że
przed atakiem we wsi pojawił się nieznany, samotny rowerzysta.
Śmiertelność wśród nieznanych, samotnych rowerzystów wzrosłaby nagle,
zwłaszcza na tym terenie. A dużo z tych nieznanych, samotnych
rowerzystów było przecież ważnymi kurierami...
Misio powoli wtoczył się do wsi. Zatrzymał się gdzieś na środku, zsiadł z
roweru i zapalił kolejnego papierosa. Rozejrzał się dookoła spokojnie
i bacznie oglądał całe zamieszanie. Jego wzrok zatrzymał się na pewnym
grubasie. Widać było, że to sołtys. Dlatego Misio, z niezbyt ukrywaną
ciekawością przyglądał się owemu grubasowi. Chciał zwrócić jego uwagę,
żeby podszedł do niego. Wybadałby wtedy czy wieś jest prosarmacka, czy
nie.
- Ej ty tam, na rowerze ! Cho no tu ! - zakrzyknął sołtys.
- Kto? Ja?
- Tak ty, podjedź no tu do mnie. Nie jesteś stąd, rozpoznałbym Cię
odrazu.
- No fakt, bystre oko - zażartował Misio. Jednak szybko skończył się
śmiać, bo był to śmiech jednostronny - Jestem tu przejazdem. Jadę
właśnie z Krezu do pewnej wsi koło Czekan.
- Aha. To zmykajcie stąd prędko, bo my tu nie lubimy obcych. Zapytam
tak po przyjacielsku...
- Taaak?
- Jesteś za królem scholandzkim, czy za tym sarmackim satrapą?
- Jaa? A od czego to zależy?
- Bo widzisz, my tutaj jesteśmy za Scholandią i nie chciałbym żeby
przytrafiła Ci się krzywda.
- Aha, rozumiem.
- Tak więc zmykaj stąd raczej, dobra?
- Ma się rozumieć. Niech będzie pochwalony !
- Niech będzie, niech będzie...
Poszło mu łatwo, zbyt łatwo. Ale, przecież oddział jego nie działał
jeszcze w tej okolicy, także tutaj sił scholandzkich nie było. Z
resztą, wojsko siedziało w Czekanach, do jakichś incydentów w okolicy
po prostu wyjeżdżało. Także dla Misia była to akcja typu "wchodzimy,
palimy, spadamy". Odjechał pareset metrów od wsi, po czym upewnił się,
że nikt go nie obserwuje i skręcił do lasu. Tam, po godzinie, odnalazł
swój oddział. Wyjaśnił na czym polega sytuacja, że zaatakują w nocy,
że podpalą wieś i pójdą dalej na południe. Mówił, żeby nie zabijali
wieśniaków bez powodu, bo to przecież ich rodacy. Obawiał się, żeby
mieszkańcy nie zoorganizowali się w jakąś milicję samoobrony, nie
chciał ofiar wśród ludności cywilnej. Wiedział jednak, że miejscowości
kolaborujące z okupantem miały lepiej, najczęściej kosztem tych wsi
które pozostały lojalne. Dlatego trzymał się tego, to było jego jedyne
moralne usprawiedliwienie dla tego ataku i dla potencjalnych ofiar.
Podeszli w nocy, po cichu. Misio rozdzielił oddział na 3 plutony.
Jeden miał w małych grupkach przeskoczyć przez drogę i zaatakować, na
wyznaczony znak, od drugiej strony. Pozostałe dwa plutony miały
uderzyć od północy. Wieś otoczona była lasem, pola znajdowały się poza
nim. Zanim Misio rozkazał 3 plutonowi przeskoczyć drogę, lornetką
zlustrował wieś. Niestety, ku jego niezadowoleniu, wieś miała milicję.
Widać było ludzi z latarkami którzy, prawdopodobnie z bronią,
patrolowali między domami. Najbliżej nich znajdował się facet w
berecie, ze strzelbą myśliwską. Misio po cichu wydawał rozkazy.
- Muniek, chodź no tu - szeptem przywołał kompanijnego snajpera.
- Tak panie kapitanie?
- Widzisz tam tego o, tego w tym berecie?
- Tak, widzę panie kapitanie.
- Słuchaj, przejdź no ze 100 metrów w prawo, będziesz go widział.
Zastrzel go, ale zrób to głośno, żeby te wieśniaki myślały, że stamtąd
zaatakujemy. Po oddaniu strzału wróc do nas prędko, ale staraj się
robić niezbyt wiele hałasu. Dla kurażu możesz tam granat rzucić, ale
wracaj w miarę po cichu. I załatw go jednym strzałem, zrozumiano?
- Tak jest, panie kapitanie - odszepnął Muniek i poszedł w wyznaczone
miejsce.
- Na stanowiska ! Niech 3 pluton forsuje drogę ! Uwaga ! - wydawał
rozkazy Misio. Padł strzał, wieśniak w berecie również. Po kilku
sekundach wybuchł granat. Po kilkunastu Muniek wrócił. Misio wziął
swoją lornetkę i obejrzał sytuację na dole. Jego podstęp zadziałał, bo
milicja biegła do lasu. Nie cała co prawda, ale spora część.
- Dobra panowie, do ataku. Uważajcie na prawe skrzydło, bo tam są
przecież te wieśniaki. Róbcie to po cichu, ambaras możecie zaprowadzić
dopiero we wsi. Nu, pajechali !
Zbiegali po cichu. 3 pluton był już na drugiej stronie, o czym
poinformowała Misia czerwona raca. Pluton ten miał atakować na sygnał
zielonej racy. Misio, dzierżąc swojego tommyguna, przewodził atakowi
drugiego plutonu. Wybral ten, żeby zobaczyć co zrobią ci milicjanci
wyprowadzeni do lasu. Zbiegli już do wsi. Misio dostał się między dwa
domki, gdzie zobaczył faceta ze strzelbą. On z resztą Misia też. Nie
było czasu na reakcję, padły pierwsze strzały. Misio szybką serią, w
biegu powalił wieśniaka, przygotował sobie też granat. Nie wiedząc co
jest na centralnym placu, wybiegł na niego, ziejąc ogniem ze swojego
pistoletu maszynowego. Nie było cywili, sami milicjanci. Jakby to była
obława wieśniaków na Misia. Ha, amatorzy... Sami autochtoni strzelali
często, ale niezbyt celnie. Misio przeładował swój pistolet, rzucił
granat i biegł dalej. Wtedy poleciała zielona raca i z lewej strony
wybiegli kolejni żołnierze Misia. Chciał odciąć tych wieśniaków w
lesie, dlatego zależało mu na prędkości. Po kilku minutach wieś była
oczyszczona i 2 pluton zajął pozycję u wylotu lasu. Pierwsi milicjanci
pojawili się w minutę później. Nie mieli wiele do powiedzenia,
ponieważ padali martwi, szybko i gęsto. Cała akcja nie trwała dłużej
niż 10 minut.
Kiedy ucichły strzały, ci mieszkańcy co nie walczyli,
wyszli na plac. Ale Misia już nie było. Na środku leżał tylko pluszowy
miś - nowy znak firmowy oddziału. Cała banda "Misiosbanditen" była już
w lesie. Misio chciał tylko jeszcze ściągnąć tego grubasa, sołtysa.
Słusznie podejrzewał, że on nie uczestniczył w walce. Wziął od Muńka
jego karabin snajperski. Odszukał na placu sołtysa. Był, stał otoczony
starcami, kobietami i dziećmi. Jeden strzał w głowę zakończył jego
karierę. Poleciały też koktajle mołotowa. Wieś stanęła w płomieniach -
ku przestrodze dla innych wsi kolaborujących z okupantem. Tak to
przynajmniej tłumaczył sobie Misio.
Ruszyli dalej na południe, w stronę Musztardowa...
Część X "Dziewczyna z długimi oczyma"
Misio usiłował ustalić, jak długo walczy już z okupantem. W czasie
kiedy obozowali kilkanaście kilometrów od Musztardowa, Misio odszedł
od oddziału. Chciał być sam, żeby nikt mu nie przeszkadzał. Znalazł
jakiś konar, usiadł na nim, wyciągnął papierosa i zaczął rozmyślać.
Był teraz początek marca 1944 roku...
Wojna rozpoczęła się w kwietniu 1940 roku. Walki były zacięte, ale
niestety Sarmaci wycofywali się na całej lini. 11 maja 1940 roku był
jak cios w serce dla Misia. Dowódca jego dywizji chciał walczyć dalej. I
dowódca korpusu również - nie poddali się. Walkę toczyli do połowy
czerwca 1940 roku, dosłownie do ostatniego naboju. Potem oddział
rozwiązano, dowódcy korpusu, dywizji, brygad, pułków i batalionów
poszli do obozów jenieckich. Resztę zwolniono. Misio, bez pracy i bez
domu nie wiedział co ze sobą zrobić. Pojechał do Krezu i pracował tam
jako barman. W byłej stolicy Gellonii mieszkał prawie dwa lata, jednak
w maju 1942 roku, został wysiedlony ze swojego mieszkania w kamienicy,
która to miałabyć wyburzona, a w jej miejscu postawiono basen dla
nowych władców tych ziem. W Misiu coś pękło, miał dosyć ciągłego
poniżania, deptania i tłamszenia. W lipcu 1942 roku rozpoczął
formowanie oddziału partyzanckiego z żołnierzy byłej kompanii. Na
początku 1943 roku wszystko było gotowe... Walczyli w tym składzie
prawie cały rok...
Teraz było inaczej. Wróg był w odwrocie. Misio chciał najpierw zająć
Musztardów, a potem jeżeli warunki będą sprzyjać, zdobyć Czekany. Ale
nie chodziło mu tu o walny szturm na miejscowość, a mozolne
uszczuplanie potencjału wroga, a potem nagłym uderzeniem zając wieś.
Słowo wieś było w tym przypadku trochę na wyrost, bo Czekany były
wielkości miasteczka. Ale cel pierwszy - Musztardów - musiał być
zdobyty za wszelką cenę. Misio obawiał się, że wróg może przeprowadzić
stamtąd kontruderzenie. Nie liczył się z możliwością pomocy wojska z
Czekan. Dlaczego? Musztardów nie był w gruncie rzeczy miejscowością
strategiczną, Czekany zaś tak.
Tymczasem w sztabie Sarmackiej Armii Ludowej, dużego, komunistycznego
ugrupowania partyzanckiego, opracowywano plan zajęcia Czekan. Czerwoni
żołnierze musieli jednak najpierw rozpoznać teren, czy nie ma tam
konkurencyjnych oddziałów "leśnych ludzi".
- Towarzysze, nasz cel to Czekany. Podobno w okolicy działa jakaś
dobrze zorganizowana grupa partyzancka, która dała przykłady swojej
siły kilka razy. Z przechwyconych scholandzkich raportów wiemy, że
dowodzi nimi osoba o dużym doświadczeniu wojskowym. Jego pseudonim to
"Misio". Nikt nie zna jego prawdziwego nazwiska, jego twarzy ani też
tego jakie są jego przekonania polityczne. Dlatego pierwszym celem
naszej operacji będzie zbadanie, czy ten "Misio" jest groźny i czy nie
dałoby się go wykorzystać przy szturmie Czekan. Czy nasza siatka
wywiadowcza ma może o nim jakieś informacje?
- Nie wiemy obywatelu podpułkowniku, ale zaraz to sprawdzimy.
Zawołajcie no towarzyszkę "Katarzynę"!
Po pewnym czasie do namiotu weszła podporucznik "Katarzyna". Była ona SAL-owską
oficer wywiadu, jeżeli można było mówić o jakimkolwiek wywiadzie.
Podobno miała jakieś doświadczenie, była stosunkowo nowym nabytkiem
SAL. Jej poprzedniczka udławiła się niedogotowanym ziemniakiem z
obozowej kuchni.
- Słucham obywatelu podpułkowniku?! - zapytała wyprostowana na
baczność pani podporucznik.
- Spocznijcie towarzyszko... - odpowiedział spokojnie tow. Wanda -
Mamy zadanie dla wywiadu. Macie dowiedzieć się kim jest niejaki
"Misio".
- "Misio"?! - na twarzy "Katarzyny" pojawiło się wyraźne zakłopotanie
- Ten "Misio" z okolic Athos?
- Aaa... Coś o nim słyszałem chyba... A wiecie może coś o nim więcej?
Jakie ma przekonania polityczne? Bo widzicie, jego oddział grasuje tu
gdzieś w okolicach i nie chcemy mieć z nim nieprzyjemności.
- "Misio"... Nie nie, on jest politycznie neutralny, czyli
niegroźny... Przynajmniej kiedyś był...
- Dobra, już coś wiemy i tego się trzymajmy. Musimy go dostarczyć na
rozmowę ! - zakomenderował tow. Wanda...
Misio był zaskoczony propozycją rozmów. Nie znał żadnego SAL-u, ani
towarzyszy Wandy, Żenady czy Krystyny. W sumie zwisali mu nisko,
ale... Ale mieli jeden atut... Mógł kosztem ich żołnierzy osiągnąć cel
jakim były Czekany. Dlatego, po chwili namysłu i konsultacji z
porucznikiem Właśniakiem, zdecydował się na przyjęcie oferty złożonej
mu przez dowódctwo SAL, a przyniesionej przez łącznika przebranego za
krzaka ze srającym przy nim lisem. Misio pojechał rowerem, wraz z
porucznikiem Właśniakiem i jednym z sierżantów do głównego namiotu
SAL. Tam miał poraz pierwszy (i nie ostatni) spotkać z dowództwem
Sarmackiej Armii Ludowej.
Weszli spokojnie, we trzech, z gracją i dostojnością sarmackich
żołnierzy, mimo iż nie wyglądali na takich. Mundury kiedyś były
sarmackie, ale teraz trochę wypłowiały i otrzymały swoją własną,
niepowtarzalną barwę. Mieli też hełmy, pasy z wyposażeniem, oraz buty
które również pochodziły z sarmackiej armii. Tylko broń była
zdobyczna, poza Misia. On miał przecież swojego tommyguna. I to
właśnie ów pistolet maszynowy zrobił największe wrażenie na
komendantach SAL. Generalnie, Ci trzej faceci z lasu wyglądali inaczej
niż sobie to towarzysze wyobrażali. Pierwszy do nich wystąpił tow.
Krystyna.
- Witajcie towarzysze, jestem major "Krystyna" - przywitał ich
wyciągając dłoń na dzień dobry do Misia. Ten odsalutował mu.
- Kapitan "Misio", prawdziwego imienia nie podaje z oczywistych
względów. To jest poruczniki Właśniak, moja prawa ręka, a to sierżant
Mnożnik.
- Witajcie towarzysze... - odpowiedział ppłk Wanda - Rozumiem, że
wiecie już jakie plany mamy?
- Tak tak, mniej więcej. Chcielibyśmy jednak zerknąć na nie bardziej
dokładnie, jeśli można oczywiście - Misio nie chciał krwawych jatek,
jakie znał z Chin, czy z walk w ZSRR. Czytał dużo o Wojnie Domowej w
Rosji i o kampanii japońskiej w Chinach.
- Oczywiście. O to nasz plan. Zakłada on atak frontalny na Musztardów
i potem szybki, oskrzydlający atak od południa, prawym brzegiem Narwi na Czekany.
- Tak spytam panowie, czy któryś z was miał praktykę w armii? - spytał
towarzyszy Misio.
- Nie. Jesteśmy taktycznymi samoukami.
- No widzicie panowie, bo ja miałem. Moje wątpliwości co do planu są
takie, że Musztardów jest może i niezbyt licznie broniony, ale jeżeli
obrońcy się dobrze okopią i wykażą odrobinę determinacji to czeka nas
tam krwawa łaźnia. Co do samego ataku na Czekany - sugerowałbym
przeprawić się przez rzekę i zaatakować z dwóch stron jednocześnie, a
tak aby odciąć Czekany całkowicie, a nie tylko w 75%. To takie moje
propozycję. I ja osobiście proponowałbym atak w nocy.
- Hmm... Widać towarzysz nie docenia naszych sił.
- Nie, tego nie powiedziałem. Ale uważam ten plan za cokolwiek
amatorski. Zwłaszcza samą fazę szturmu na Musztardów. Nie poślę na
niego moich chłopaków bo to pewna śmierć. Dlatego, odmawiam użycia
moich sił do wykonania tego planu. Sam chętnie pójdę zobaczyć jak
walczycie, ale w ramach obserwatora.
- No nie wiem, towarzyszu, nie wiem... - tow. Żenada miał wątpliwości.
- To może tak zróbmy ! - zaproponował tow. Krystyna - My zaatakujemy
wg. naszego planu, a jak się nie uda zdobyć Musztardowa, to zrobicie
to wg. własnego, ale sami. Co towarzysz na takie rozwiązanie?
- Dobra, umowa stoi. Tak więc do roboty.
Następnego ranka, w dniu szturmu na Musztardów, Misio wstał wcześniej.
Przeprowadził swój rytuał który robił przed każdą ważną bitwą. Otóż
ogolił się, zjadł treściwe śniadanie i nie zapalił papierosa. Czemu
odmówił sobie fajki? Uważał, że po wygranymi starciu smakuje wtedy
lepiej. Powiedział swoim żołnierzom, żeby szykowali się na nocną
walkę, przekazał na wszelki wypadek porucznikowi Właśniakowi plan
ataku na wieś. On miał dowodzić natarciem gdyby Misiowi coś się stało.
Wypił jeszcze drugą kawę i poszedł do obozu SAL. Tam został
przydzielony do jednego z plutonów szturmowych. Miał on iść w drugiej
fazie ataku. Bitwę rozpoczął ostrzał z kilku dział i moździerzy. Misio był
nimi zafascynowany i ubolewał, że jego oddział nie ma takiego wsparcia
na wyłączność. Ale takie były niedogodności walki partyzanckiej,
zwłaszcza jeśli używało się tylko małej kompanii i nie miało do
dyspozycji tylu ludzi co SAL. Po kilku minutach plutony ruszyły na
wyznaczone pozycje do ataku. I ruszyli ! Misio wystawił swoją głowę
zza okopu i widział jak pierwsi żołnierze Sarmackiej Armii Ludowej
giną od celnego i dobrze mierzonego ognia maszynowego przeciwnika.
Powietrze było kurzu i dymu prochowego. Nadszedł teraz czas na Misia.
Miał on poważne wątpliwości co do tego, czy przeżyje ten szturm. Zaraz
po wyjściu z okopu zginął dowódca jego plutonu, a że jego następca,
młody chłopak z pod Morwieńca nie czuł się zbyt pewnie, Misio przejął
dowodzenie plutonem. Postanowił zejść z drogi i przejść kawałek
rosnącym obok lasem, żeby mieć choć trochę osłony. Szybko przeskoczyli do sosnowego
zagajnika i ruszyli powoli do przodu, niezbyt często ostrzeliwani.
Widocznie cała furia scholandzkich obrońców skupiła si
Informacje o artykule
Artykuł oceniło 3 czytelników. Średnia nota: 5 Artykuł czytano 374 razy.
Komentarze
2006-11-07 20:06 - autor: Michał bnt Czarnecki
JEZUŚ ! WYGRALIŚMY :D:D
2006-11-07 21:34 - autor: pplk Michas diuk Winnicki
Dziękuję Akademii, stryjowi Harlanowi, Melowi Gibsonowi-
pyszne ciasto, Mel- całemu zespołowi Sarmamax Pictures i
wszystkim czytelnikom, którzy przyczynili się do naszego
sukcesu.
2006-11-07 21:50 - autor: Michał bnt Czarnecki
Jestem zaskoczony. Tabliczka okolicznościowa wykonana z
kości niewolników baridajskich zawiśnie na honorowym miejscu
nad kominkiem.
2006-11-08 17:05 - autor: Mariusz "Man" Przepiórski
taaa... CZUWAJ :)
