Wiktor wicehrabia Szpunar h. Wiewiórka

Od autora

    Rycerz jest opowiadaniem o tym, co nigdy nie przemija, o honorze, wolności i miłości. Jest zbiorem tego wszystkiego, o czym mający się za Sarmatów powinni pamiętać i co w życie wprowadzać winni. W tej krótkiej historii przedstawiłem rycerza, który dzięki odwadze i męstwu uratował Sarmację i pozostawił taką, jaką dzisiaj możemy obserwować, w jakiej dane jest nam żyć. Nie mam rozbujanego ego, dobrze wiem, że praca ta zawiera wiele uchybień, ale nie chodziło mi o piękno pisma właściwe Sienkiewiczowi, czy może Sapkowskiemu, a jedynie o przekazaniu historii, która gdzieś, dzięki bardom i z pokolenia na pokolenia przekazywana: przetrwała do dziś. Opowieść tę dedykuję dwóm wielkim osobom, Jego Książęcej Wysokości Piotrowi Mikołajowi, za to, że Sarmację powołał do życia na nowo w XXI wieku i wielokrotnie pokazywał, iż podobnym jest temu, którego poniżej opisać sobie pozwoliłem. A także Robertowi Czekańskiemu, który w czasach obecnych, w naszą wspaniałą Ojczyznę ducha tchnął, nawet jeśli przy tym uchybił razy kilka, więcej dla Sarmacji zrobił niż którykolwiek z oczerniających go mieszkańców, obywateli czy szlachciców.


    Ostra zima już nad Sarmacją zawitała, a końcówka roku wyjątkowo smutną wszystkim obywatelom Księstwa była. Rok ten sromotne klęski w bitwach i hańbę poprzez zdrajców i niegodziwców na Sarmację przyniósł. Dawniej wielkie księstwo, dziś pod pieczą Króla Scholandii - Marcusa Krahma się znajduje. Większość sarmackiej braci straciła już wszelkie nadzieję na odzyskanie ziem i podporządkowała się twardym rządom Scholandczyków, a straszne rządy to były. Za bunt jednostki śmiercią całe wsie karano, a jeśli odpowiedniej ilości żywności rolnik nie przakazał na scholandzką armię, stratą ziemi, a często również śmiercią płacił. Nie całym jeszcze państwem Scholandia jednak kierowała. Grodzisk, stolica sarmacka, dzielnie bronił się, a tak zajadle, że żadną siłą Scholandczycy się tam dostać nie mogli, a Książę Grzegorz, burmistrz stołeczny i sarmackiej Korony dziedzic, umiejętnie towary przewoził z wiosek pobliskich, których mieszkańcy - choć oficjalnie pod rządami scholandzkimi - całym sercem za Grzegorzem stali i wszelką możliwą pomoc zapewniali. Ale i na mądrego Księcia, i na pospólstwo, Scholandczycy sposób znaleźli. Zagłodzić stolicę postanowili, wiedząc, że zapasów nie ma już w stołecznych spichrzach, bo się domyślili, że ubywają wiejskich magazynów zapasy, a siłą przecież takiej twierdzy, jak ten gród nie zajmą. Król Scholandii Marcus straszny i niehonorowy był, ale inteligentny jeszcze bardziej i dobrze wiedział, że czego, jak czego, ale głodu to i sarmacka szlachta nie wytrzyma, i nie mylił się niestety. Gdy już Grodzisk cały okrążony został i wszelkie drogi dostarczania surowców zagrodzone były, poczęli wymykać się z twierdzy mieszczanie, a z czasem i rodziny szlacheckie. Ale Książę Grzegorz ani nie zatrzymywał, ani nie karał uciekinierów, bo sam już pewny nie był, co lada dzień uczyni, czy Grodziska, a zarazem Księstwa za kromkę chleba nie odda.

    A we wsi Mariampol - tymczasem - ożywienie wielkie po objęciu, przez Scholandię rządów trwało. Wielu, bowiem synów sarmackich, a celtyckich zarazem, również zdrajcami się okazało, stołki sarmackie, na okazalsze może, ale niegodziwsze z pewnością - scholandzkie zamieniło. Lecz we wsi tej mieszkanie ma też wybitny, jeden z ostatnich rycerzy, którzy liczne bitwy z Scholandią przeżyli. Rycerz Wojciech, dziś już stary, za stary na walkę prowadzi w Mariampolu zakład kujący: jeszcze do wczoraj Sarmatom, a już od dziś Scholandczykom miecze i topory. Wojciecha już to zbytnio nie obchodziło, bo bliższy śmierci był, niźli wojaczce, ale syna miał. Rocan młodzieniaszka wołali w okolicy. Jeszcze nie pasowany rycerz, pacholak właściwie dopiero, serce jednak podobne miał do ojca swego sprzed lat. A najodważniejszym był wśród wszystkim młodych sarmackich wojowników, za co też szacunek - nawet ten największy, książęcy - zdobył. Więc, gdy tylko o zagładzaniu Grodziska dobrał kilkudziesięciu sobie podobnych i ruszyć się zdecydował:
- Ojcze! Ruszam z oddziałem chłopskim, ale odważnym w stronę Grodziska, obronić stolicę naszą, a później całą wyspę odzyskać. - A tak pewnie i dostojnie prawił, w zbroję już przybrany, że i jego ojca serce śpiewać zaczęło, że na dobrego i mężnego rycerza, Rocana wychował, ale nie chciał syna stracić, bo wiedział, że prędzej w pierwszej potyczce zginie niż do Grodziska dojedzie, więc go zgromił, choć dusza inaczej podpowiadała.
- Ależ synu! Już nie ma nadziei dla Grodziska, a Ty, tylko głowę przez te głupoty stracisz.
- To niech stracę - odrzekł i wziąwszy od ojca, zbroję wspaniałą i jednego z koni jego, ruszył z oddziałem, bo już sam za siebie odpowiadać mógł, a nawet gdyby to od Wojciecha zależało, to i tak zgodziłby się on zapewne na to.

    Wojciech jednak, jak na rycerza sarmackiego przystało, mądry był i przemyślawszy jeszcze raz wszystko, rzucił życie swoje i wszystkich rodaków swoich na szalę, bo i co im było z życia w niewoli scholandzkiej, to już lepiej za Sarmację je stracić, a nie skończyć w najgorszy możliwy sposób, w okowach. I ruszyli, a zliczyć ich ciężko było, bo wszyscy szli, nie tylko wojacy, ale także i kobiety i dzieci, bo gdy się Scholandczycy o buncie dowiedzą niechybnie na wioskę najadą, a jak to w swoim zwyczaju mają, zabiją wszystkich mieszkańców, nie bacząc, ani na niewiasty, ani na dzieci nawet. A stary rycerz i swoich przyjaciół, dawnych rycerzy zachęcił do ostatniej próby, do jedynej szansy na odzyskanie Sarmacji.

    I choć w karawanie nie tylko żołnierze podążali, nie zważano na to, bo z jedną myślą szli - dogonić oddział Rocana. A dogonili prędzej niż im się to wcześniej wydawało, w wielkich opresjach był ten młody Sarmata rodem z celtyckiej wsi w Morvanie, bo z drugiej strony dwukrotnie większy oddział, w którym widocznych dwóch rycerzy scholandzkich było, ale niebawem rolę się odwróciły. Z jednej strony oddział Rocana, z drugiej rycerza Wojciech, a z trzeciej siły zbuntowanych wieśniaków okolicznej wsi rzuciły się w tym samym momencie na zdezorientowanych zaborców. Kolejni Scholandczycy padali, a Sarmaci, jakby pod Bożym kierownictwem bez żadnych strat dalej mknęli. Już w tej bitwie Rocan pokazał, że wielkie ma możliwości, w pojedynku z scholandzkim, wybitnym rycerzem Konradem zwyciężył, głowę wrogowi odcinając. A widzieli wszyscy, że wielki jest to wojownik, już nie tylko duchem jak wszyscy Sarmaci i Celtowie, ale i kunsztem, ciesząc mieszkańców całej okolicy. W ten sposób obrano Rocana na dowódcę tej armii, co niektórych starych rycerzy o złość przyprawiało i choć pozornie z nimi trzymał również rycerz Wojciech, to jednak miłość do syna i wiara w jego ideę kazała mu cieszyć się w głębi serca.

    Odwrotu już nie było, trzeba było wszystkich Sarmatów zbierać po Ziemi Ojców i armię ustawiać w jak najlepszym szyku. A jeńców wielu było, więc debatowali, co zrobić z nimi. Wieśniacy mówili - powiesić, rycerze - przeprowadzić sąd polowy i głowę zciąć, ale do Rocana jeńcy należeli, bo raz, że marszałkiem został przedwcześnie mianowanym przez wiejski lud, a dwa, że to on największą ilość rycerzy królewskich z koni pościągał, więc się go zapytano, co można uczynić.
- Weźmy ich do naszej armii, każdy jeden się tu przyda! - rzekł.
- Oni uciekną, jeśli nas wcześniej podstępnie nie pozabijają! - wołało rycerstwo, wraz z Wojciechem nawet.
Wtedy im jednak Rocan dokładnie plany wytłumaczył, a cieszyli się Sarmaci, że tak mądrego, szlachetnego wodza mieli.

    Poranek nastał, więc wszyscy - od małego dziecięcia, aż po starców - na polanę przy wiosce Kreszyn bieżeli, gdzie wielką zbiórkę Rocan zapowiedział i szeregi począł od pierwszego, aż do ostatniego ustawiać. Byli tam również dwaj doskonali azteccy łucznicy, którzy się do Sarmatów w tej wojnie przyłączyli, a polecenie mieli, żeby czuwać. Gdy, więc zobaczyli Scholandczyków uciekających, już wiedzieli, o co chodzi i szybko za nimi ruszyli. Ośmiu było uciekinierów, ale nie takie oddziały zatrzymywali już w Aztec i na znakomitych koniach jadąc mierzyli kolejne strzały, a tak idealnie, że z ósemki ni jeden nie pozostał. Sarmaci, którzy się tam na polu zgromadzili widzieli i fetowali, po pierwsze wspaniałą celność łuczników: Hoetzatla i Micolocatla, a po drugie niezwykły zamysł młodego rycerza, który szansę dał Scholandczykom, by się honorem wykazali, a jak postąpili? Każdy w okolicy widział.

    Niesiony na fali kolejnych zwycięstw, ogromny oddział mknął przez krainy kolejne i osady, co następne zdobywać zaczęli, a tysiące, bądź miliony za nimi podążały również. A jeńców scholandzkich, którzy się ostali po bitwie, zawsze próbowano, lecz z tej całej zgrai błaznów tylko dwóch honor okazało, Artur von Kraben i Wilt Hynermann, bo choć scholandzkie to były chłopaki, to jednak, tak jak ich Pan obecny - Rocan, osiemnastoletni ledwie i walki rządni w słusznej sprawie. Przejrzeli, że to Sarmaci rację w tej wojnie mają i od tego dnia, jak Sarmata z Sarmata żyli z pozostałymi członkami armii.

    A im bliżej do Grodziska, tym i opór mniejszy się stawał, co pozostali rycerze scholandzki, bali się Rycerza Wojciecha, nieustraszonego Rocana i wielu innych, którzy się w niezliczonych bitwach wykazali. Więc już nawet o wioskach, miasteczka i miastach nie myśląc przenosili się pod Grodzisk, gdzie niemal cała armia Królestwa Scholandii stacjonowała. A co z tubylcami? O wiele lepiej się czuli pod władzą Księstwa Sarmacji, niż w scholandzkich państwie. A armia sarmacka nigdy wcześniej, ani nigdy po tym wydarzeniu już takiej liczebności nie osiągnęła! Kilka milionów szło, ale obawiali się Sarmaci także, bo z tych milionów, ledwie dwadzieścia tysięcy z bronią obeznanych, a rycerzy pięćdziesięciu może, reszta pospólstwo okoliczne. Ale się nikt Scholandii nie bał. Wierzyli Sarmaci w Boga i w swojego przywódcę, Rocana.
- Teraz już tylko na Grodzisk! - radowali się wszyscy.
A najbardziej Rocana to cieszyło, któremu spieszno do spotkania z Księciem było, bo wiedział, że rycerzem go uczyni, a tak do tego przecież dążył, ale bardziej zależało mu na Sarmacji niż na własnym życiu i chwalę, co udowadniał wiele razy, a czego dowodem setki głów scholandzkich rycerzy po całej Sarmacji rozsianych były, a Rocan przez te kilka bitew zmężniał bardzo, a mieczem władał jak żaden inny rycerz tamtych lat.

    Przygotowania do największej, ostatecznej bitwy trwały. Rycerze swoje zapasowe bronie i zbroje najlepszym z wieśniaków przekazują, a wszyscy ćwiczą już taktyczne ustawienia. Posłaniec Książęcy, któremu udało się wyrwać z Grodziska przekazał informację, że jedzenia wcale nie ma już od wielu, długich dni i ludzie z głodu pomierać zaczynają, a większość rycerzy zdrajcami się okazało i zamiast życie z godnością oddać w ostatniej bitwie woleli przejść na stronę wroga. Więc ruszyła ta wielka armia na Grodzisk, po zwycięstwu, albo i po śmierć.

    Kiedy już sarmacka armia dojechała na miejsce, scholandzka gwardia już na pozycjach stała. Przestraszyli się Sarmaci bardzo, bo w zwartym szyku widać było dostojności, takie jak: Książę Rafael i jego liczne rodzeństwo, w Świecie wychwalany Armin XII, czy rycerze Hans z Liburga i Thomas z Tropikhany (która w czasach tamtejszych również się pod władzą Scholandii znajdowała). Szybko jednak strach Sarmatów w tym większą mobilizację się przemienił, bo wierzyli oni w słowa Rocana o wielkim zwycięstwie pod Grodziskiem. W końcu i Sarmaci ustawili się w szyku bojowym, a kobiety, dzieci i kilkuset stróżów, którzy w razie klęski głównego oddziału, zdolnych młodzieniaszków wezmą i nawet, jeśli skazani na porażkę ruszą w stronę silnego rycerstwa scholandzkiego, gdzieś z dala od miejsca bitwy się ustaliło. Na razie niektórzy wierzyli nawet, że się negocjacje powiodą, bo Wojciech wraz z synem ruszyli w stronę dowódców scholandzkich - Księcia Rafaela i Adolfa z Scholiopolis. A byli to wojowie straszni, na koniach najdorodniejszych, jakie kiedykolwiek Rocan widział, a ze zbrojami, tak twardymi, że chyba tylko diamentowy miecz (mistyczny miecz, który według podań, gdzieś w Sarmacji zaginął, a jedynie najprawszy wśród Sarmatów posiąść go może) mógłby je rozbić.
- Żądamy oddania ziem sarmackich ich prawowitym właścicielom i odstąpienia stąd, a żadnemu z Scholandczyków krzywda się nie stanie - powiedział - pewnie, mimo wszystko, Rocan, a rycerz Wojciech tylko głową przytaknął na jego słowa.
- Sarmaci?! Więc Wy macie zamiar grozić Scholandii, Wy, których najwięksi wodzowie nawet rycerzami nie są, a oddziały wieśniacy, niewiasty i dzieci stanowią? - rzekł Adolf i obaj z Księciem Rafaelem śmiać się w głos poczęli.
- Dobrze prawisz: My, czyli wieśniacy, którzy w tydzień 50 oddziałów scholandzkich rozbili.
A mina zrzedła Scholandczykom, ale tego po sobie poznać nie dali i odjechali na koniach, a trąby wojenne znane przy wszystkich ważniejszych bitwach Scholandii zagrały i do bitwy dwie największe armie tamtejszego świata ruszyły.

    Prędko ruszył do walki sarmacki oddział, bo się wielkiej bitwy na miecze i piki spodziewano, a tymczasem ze wzgórz łucznicy scholandzcy zeszli i obstrzelali Sarmatów tak, że jedna czwarta wiejskich wojów zabita. Ale szli dalej Sarmaci, a po kilkudziesięciu metrach, gdy już do scholandzkich rycerzy doszli znowu zasadzka, z gór tłumy żołnierzy scholandzkich spadły, a przecięli sarmackie wojsko na dwie części, większą wieśniaków, którzy w walce samotnie nie mogli niczego osiągnąć, także zważywszy na ciągle ostrzeliwujących łuczników; oraz mniejszą - rycerzy i co lepszych wojowników, którzy jednak z licznymi i wspaniale opancerzonymi Scholandczykami również szans zbyt wielkich nie mieli. I na nic się trudy Rocana i Wojciecha zdawały, którzy po dziesięciu już, co najmniej rycerzy pozabijali, bo inni nie wytrzymywali naporu rycerzy z Scholandii, ale nagle, po raz kolejny, jak znak od Boga - pomoc nadeszła. Od strony Grodziska ostatnie oddziały Księcia Grzegorza, ostatni rycerze, ostatni młodzieńcy: czternasto, piętnasto i szesnastolatkowie na pomoc Rocanowi ruszyli wyswobadzając się z otoczonego strażą miasta. Ale to nie wszystko. Od morza już ładnych parę dni kroczyła armia Natanii, małego kraju, ale ludzi o wielkich sercach, którzy kochali szczerze Księcia Sarmacji Grzegorza i tak, z trzech stron scholandzkie oddziały atakowane były. Na pomoc wiejskim wojom z Sarmacji ruszyli Natańczycy, do Rocana dołączył książęcy oddział, a łuczników ten pozostawiony wcześniej - do ochrony kobiet i dzieci - oddział szybko wykończył, choć nie bez strat niestety. Walka trwała, ale szczęście po sarmackiej stronie było. Książę Grzegorz potykał się z Rafaelem z Scholandii, a pokonał go w taki sposób, że każdy pewien mógł być, że już sam władca Sarmacji walczy, a jest to bitwa o wszystko, ale i Rocan z tyłu nie pozostawał, walcząc w pierwszym szeregu, obok Wojciecha i Jarosława z Krezu pobił już zarówno Thomasa z Tropikhany, jak i wielu innych rycerzy królewskich. I tak Scholandczycy coraz dotkliwej przegrywać zaczęli, więc Adolf z Scholiopolis do ucieczki scholandzką armię zwołał, ale trąby grać nawet nie zaczęły, bo w mgnieniu oka Rocan się tam pojawił, jednym cięciem Adolfa głowy pozbawił, a trębacze tak się go zlękli, że na kolanach o życie prosili, więc kazał ich Rocan związać przez wieśniaków, a Ci cieszyli się bardzo, że nadal sobie rozsądnie ich marszałek poczyna i nic mu się w bitwie nie stało.

    Więc wojna wygrana! Wszyscy schodzili się do Grodziska (pogratulować sarmackiemu rycerzowi), gdzie Rocan stacjonował wraz z ojcem i najwierniejszymi wojownikami z wiernej armii, a reszta się po Sarmacji rozjechała z patrolem książęcym, aby w razie kłopotów niedobitków scholandzkich zniszczyć, a tymczasem w zamku grodziskim wielkie poruszenie. Książę Grzegorz zostaje mianowany głównym władcą Sarmacji, a sam na rycerzy pasuje wielu wojów, ale zwłaszcza najzacniejszego - Rocana, którego rycerzem mianował i postawił nad wojskami całego Księstwa, a imię mu nadał Rocannon, co się ze staromorvańskiego, jako Wybawca przekłada. A że rycerz Rocannon młody był, więc Książę przemyślnie bal urządził na jego cześć, na który wszystkie piękne mieszkanki Grodziska zaprosił i rycerzowi jedną wybrać kazał. Wiele tam dam zacnych było, które gdy tylko Rocannon się obok pojawił już o taniec prosiły  i przytulać go chciały, ale on sobie dwórkę Katarzynę upatrzył i już tak zostało na długie lata, przeprowadzili się oni do Gniewu, gdzie Katarzyna syna urodziła, którego Andrzejem nazwali, a on wtedy już w stolicy Scholandii był, która na dobre odbudowała morale Sarmatów.

    Za wykupienie rycerzy Królestwo Scholandii oddać musiało Tropikhanę, której nazwę na Tropicana przemieniono z czasem, a obawiali się od tego czasu bardzo Scholandczycy i wszystkie inne narody, które z Sarmacją na pieńku miały, bo się bardzo bali wszyscy rycerza Rocannona i rodaków jego, a że ten był mądry i roztropny, to do starych lat dożył w chwalę, za każdym razem słuszne decyzje podejmując, a synów i córek mu się dwanaścioro narodziło, i choć każde w swoją stronę się po sarmackiej krainie rozjechało, to ani jedno z nich nie zhańbiło rodzinnej chwały, a Sarmaci - choć to może naiwnie zabrzmi - żyli od tego czasu w szczęściu i dobrobycie.

    A Księstwo, od czasu wydarzeń tych w siłę rosło i do dzisiaj największym wirtualnym państwem pozostało. Nikt jednak po dziś dzień nie wie, czy Rocannon zdobył diamentowy miecz, czy też nie? Może jeszcze kiedyś się tego dowiemy...