JAK POMAGAĆ MĄDRZE?

Że pomagać należy - nie ulega wątpliwości. Obowiązek przejęcia się losem bliźniego, zwłaszcza potrzebującego, jest w chrześcijaństwie "w samym środku" jego istoty: "Postępujesz w duchu wiary, gdy pomagasz braciom"(3J 5). Nie trzeba chyba nikomu stawiać przed oczy niezliczonych przykładów miłosierdzia i solidarności Jezusa i jego uczniów z ludźmi, będącymi w potrzebie, by go przekonać o tym, co wie od dzieciństwa, i co mu nieustannie powtarza jego własne sumienie. Jak w takim razie jednak tłumaczyć ostre słowa Apostoła "Kto nie chce pracować, niech też nie je?" (2 Tes 3,10). Czy jest tu sprzeczność? Przecież tym samym niektórzy są wyłączeni z ogólno chrześcijańskiej solidarności, określani jako niegodni pomocy, praktycznie skazywani na śmierć. Wydaje się, że właśnie pomiędzy tymi dwoma stwierdzeniami najlepiej widoczny jest ostry podział między pomocą mądrą, płynącą z wiary, poczucia wspólnoty ale i z rozsądku a pomocą ślepą, głupią i tym samym ... niechrześcijańską.


1. KRÓTKA HISTORIA CHRZEŚCIJAŃSKIEGO MIŁOSIERDZIA

Ten podział, i idący za nim zawsze dylemat: pomagać czy nie pomagać towarzyszy chrześcijaństwu od samego początku, w końcu św. Paweł napisał te słowa do konkretnej gminy, mającej taki właśnie problem i chcącej go "po Bożemu" rozwiązać.
Czy więc zawsze należy "dać proszącemu" (Mt 5,42)? Odpowiedzi na to pytanie padały różne. Jedni posuwali się aż do osobistego wyrzeczenia się wszystkich dóbr na rzecz potrzebujących, także zgodnie z zaleceniem Pańskim ("Idź, sprzedaj co posiadasz i rozdaj ubogim "(Mt 19,21)) i nawet kompletnego, radykalnego ubóstwa, co ich samych z kolei czyniło żebrakami (pamiętamy ze szkoły "Legendę o św. Aleksym" czy żywot św. Franciszka?). Wydaje się to być jednak działanie heroiczne, niekoniecznie zalecane jako powszechne: Sam Jezus poprzedza tę wskazówkę słowami: "Jeśli chcesz być doskonały".
Inni rozdawali określoną część swego majątku, nadal używając pozostałej, może nawet ją mnożąc. Już ewangeliczny Zacheusz daje połowę swego majątku ubogim (Łk 19,8) i Jezus go chwali, nawet w bardzo uroczysty sposób: "dziś zbawienie stało się udziałem tego domu", nowożytny zaś bogacz i gorliwy chrześcijanin, J. Rockefeller, wyznaczył 20% swoich zysków jako sumę przelewaną na rzecz fundacji pomocowych i stypendialnych, które założył.
Jeszcze inni uznali, że zamożność jest widocznym znakiem błogosławieństwa Bożego i ważne jest tylko, by jej uczciwie dochodzić i umieć używać, także na korzyść bliźnich - taki był od początku pogląd reformowanych ewangelików, i w ogóle synów reformacji, żyjących skromnie, ale gromadzących dobra i nie odmawiających pomocy czy wsparcia konkretnych dobroczynnych celów. To w środowisku takich ludzi właśnie powstały instytucje, które były pierwowzorem może największego stowarzyszenia charytatywnego: Armii Zbawienia.
Wielu chrześcijan dokonywało miłosiernych uczynków za pośrednictwem wyspecjalizowanych instytucji: zakonów dobroczynnych. Składali na ich rzecz imponujące nawet ofiary i czuli się tym samym zwolnieni z osobistego miłosierdzia. Prawie każde miasto posiadało takie "miejsce" miłosierdzia: klasztorną furtę, zakonny szpital czy przytułek. I dziś ich nie brakuje: Siostry M. Teresy z Kalkuty, bonifratrzy i inni. Dawało to i daje jeszcze jedną możliwość: ci z nas, którzy pragną, mogą jak i wówczas w heroiczny sposób poświęcić się całymi sobą dla potrzebujących, wstępując do takiego zakonu.
Zwykli, niezamożni ludzie jednak często nie zadawali sobie takich pytań, tylko po prostu dawali chleb stukającym do ich drzwi głodnym albo rzucali miedziaki siedzącym u wyjść z kościołów żebrakom. Ten rodzaj wspierania powszechny jest i dziś. Z pewnością wypływa on z elementarnego poczucia sprawiedliwości (mnie jest przecież tak dobrze...), ze spontanicznego odruchu sumienia, może czasem nawet z jakichś jego wyrzutów...
Także wielkie akcje humanitarne, wspomagające czasem regiony, nawiedzone przez katastrofy (zbiórki na powodzian), a czasem całe narody, rodzą się zapewne i z chrześcijańskiej refleksji, i po prostu z poczucia solidarności.

2. JAK NIE POMAGAĆ?

Czy jednak pomagamy na trwałe? Czy taka pomoc wydobywa człowieka z jego położenia, czy może czasem nawet wręcz przeciwnie - jak w przypadku Aleksego, nie tylko go nie zmienia, ale i zuboża pomagającego?
Jakkolwiek by to nie brzmiało, trzeba stwierdzić: Musimy pomagać, musimy się dzielić, ale nie powinniśmy popełniać przy tym błędów, które naszą pomoc znacznie redukują albo nawet odwracają jej sens i czynią z niej prawdziwą niedźwiedzią przysługę...
Takie przypadki są od początku obecne w historii chrześcijaństwa i nie ustrzegli się od nich nawet bezpośredni uczniowie Jezusa. Oto czytamy w Dziejach Apostolskich jak to właściciele pól albo domów sprzedawali je i ...składali pieniądze u stóp Apostołów, aby je... rozdzielano każdemu według potrzeby (Dz.4, 34-37). Już w niewiele lat później cała gmina jerozolimska, dająca taki wspaniały przykład dzielenia się sama była... żebrakiem - Paweł Apostoł zbiera na nią pieniądze po wszystkich chrześcijańskich wspólnotach, czego echo znajdujemy w jego podziękowaniach (1Kor 16,3). Dosłowne i totalne zrozumienie przykazania dzielenia się doprowadziło wszystkich do ruiny. Jak do tego doszło? Możemy się domyślać: po prostu ludzie nie dorośli do dzielenia się, i to nie tyle ci, którzy dawali, co raczej ci "ubodzy", którzy brali. Otrzymanego darem człowiek często nie potrafi uszanować, "łatwo przyszło, łatwo poszło", niczego się z tego nie uczy, nic nie zmienia, tylko chętnie wyciąga rękę po następne. A któregoś razu już nie ma z czego mu dać...
Takich sytuacji nie brakło i później. Dosłownie rozumiane i tak też praktykowane miłosierdzie namnożyło w chrześcijańskich miastach średniowiecznej Europy ludzi, którzy z proszenia o pomoc zrobili swój zawód, czasem nawet dość intratny. Powstały nawet nieformalne związki zawodowe żebraków (często powiązane z organizacjami złodziei!), rozsądzające nawet spory terytorialne między nimi i pobierające od nich haracz. I tak np. 40 tysięczne miasto Paryż miało w XVII wieku przynajmniej 2 tysiące należących do takich związków "potrzebujących", czyli w większości po prostu pasożytów, żerujących na ludzkiej dobroci.
Niewiele się to w istocie różni od setek tysięcy (nie wszystkich oczywiście) dzisiejszych "wczesnych rencistów", ludzi, którzy na różnych drogach wyłudzili to świadczenie, a teraz całymi dziesięcioleciami żyją na koszt pracujących i płacących podatki czy składki ubezpieczeniowe współobywateli. W ten sposób pasożytują na wszystkich, zwłaszcza zaś na prawdziwych emerytach, którzy przez nich otrzymują potem znacznie niższe świadczenia, nie wystarczające na godny odpoczynek po pracowitym życiu. Jakoś mało kto ma odwagę nazwać ten proceder po imieniu, a jest to pospolita kradzież! Nasz kraj przoduje pod tym względem w Europie: liczba rencistów jest u nas trzykrotnie wyższa niż w krajach Unii Europejskiej (i tak mocno socjalnej!), a przecież nie może to być, że jesteśmy aż tak chorym społeczeństwem.
Także nasi liczni żebracy, kalecy siedzący pod kościołami na zdrowych nogach i zasłaniający zdrowe oczy, jako żywo przypominają XVII wieczny Paryż. Czy nic nie nauczyliśmy się od tego czasu?
A dalej: żebrzące dzieci i dorośli, przywiezieni z innych krajów do tego raju na ziemi, rozwożeni w niedziele mikrobusami po kościołach przez bossa, a potem zbierani pod wieczór i rozliczani z utargu? Nie przyjmują oni najczęściej chleba czy czekolady, życząc sobie pieniędzy, łatwo zamienialnych na dolary.
Bezdomni, którzy notorycznie odrzucają oferty zamieszkania w domach, gdzie panuje choćby najłagodniejszy regulamin (nie pić i nie rozrabiać, nie urządzać bijatyk), nie chcący zamieszkać w domu z dala od centrum miasta, w którym musieliby wykonywać choćby proste prace domowe?
Panowie w okolicy czterdziestki, cuchnący alkoholem, zbierający "na chleb" a potem wydający na tanie wino lub denaturat, aby doprowadzić się do jeszcze gorszego stanu, tymczasem mający dwie zdrowe ręce, raczej nie są godni nazwy potrzebujących. Podpadają oni raczej pod maksymę z listu do Tessaloniczan: "Kto nie chce pracować..."
A nasza pomoc dla nich? Nie zmienia ich sytuacji w żaden sposób, raczej utwierdza ich w mniemaniu, że dobrze wybrali. Ten rodzaj życia na koszt innych także widocznie ma swoje dobre strony. Powodzenie jednych przyciąga zaś następnych. I tak jesteśmy w naszym chrześcijańskim kraju świadkami pomnażania się grupy potrzebujących, którzy nie chcą sobie sami radzić, nawet nie chcą przyjmować pomocy, jeśli wymaga ona ich własnego wysiłku. Po co, jeśli wszystko otrzymują za darmo?

3. JAK POMAGAĆ?

Jeśli więc, wiedząc to wszystko, mamy mimo to "nie odwracać się od proszącego", to musimy przemyśleć naszą pomoc, aby mu pomóc faktycznie. Warto więc przemyśleć takie formy pomocy, które umożliwiałyby nam spełnianie ewangelicznego nakazu bycia miłosiernymi, a jednocześnie dawały jakąś gwarancję, że nasza pomoc faktycznie pomoże, zbuduje godne życie, wyciągnie z dołu, słowem: coś zmieni, i to zmieni na dobre i na stałe. Przecież hasłem chrześcijaństwa od samego Chrystusa jest właśnie przemiana człowieka i tego świata, przemienianie go na lepszy, a nie utrwalanie zła, nędzy ale także skłonności do pasożytnictwa. Każdy chrześcijanin, czując się zobowiązany do pomocy, jest jednak także zobowiązany do dobrego przemyślenia, w jaki sposób jego pomoc zmienia na lepsze. Więc może tak:

1. Pomagać tak, żeby potem nasz beneficjant mógł pomóc samemu sobie. Dać mu pracę, choćby chwilową, żeby godnie na siebie zarobił. Najlepiej taką, żeby się czegoś przy niej nauczył, co potem może zastosować na korzyść swoją i swojej rodziny.
2. Pomagać tak, by rozwinąć. Wesprzeć douczanie i przeszkalanie ludzi, fundować stypendia szkolne i naukowe dla młodych, pochodzących z ubogich rodzin. Niech się uczą, aby potrafili sprostać wymaganiom rynku. Inwestować we własne i cudze dzieci, aby nie były kiedyś potrzebującymi.
3. Pomagać, by usamodzielnić. Dostarczyć narzędzi pracy, może wesprzeć tanim kredytem działalność potrzebujących, kiedy już decydują się pomóc sobie sami. (Jezus popiera pożyczanie, nie tylko każe dawać! "Temu, kto chce pożyczyć od ciebie, nie odmawiaj "(Mt 5,42). Trzeba czynić to mądrze, rozliczać z wydanych środków, aby nasza pomoc nie została zmarnowana.
4. Pomagać, by uczyć pomagania. Zobowiązać beneficjanta, by przekazywał naszą pomoc dalej, np. Zamiast zwracać nasze środki lokował je w funduszach pomocowych dla innych. W ten sposób on sam poczuje się człowiekiem godnym i dalej przekaże naukę o mądrej pomocy, nie mówiąc już o skarbie, jaki zgromadzi sobie w Niebie...
5. Pomagając sprawdzać. Nie wpłacać pieniędzy na niekontrolowane fundacje i organizacje, które nie rozliczają się ze swoich działań. Zadać sobie trud przejrzenia choćby niektórych bilansów i rachunków. W ten sposób eliminuje się licznych oszustów, którzy pod płaszczykiem pomocy wykorzystują nasze środki na własny użytek i często robią majątki na ludzkiej naiwności.
6. Nie dać się naciągać na bezpośrednią pomoc. W ten sposób zmniejszymy gromady pasożytujących na społeczeństwie "potrzebujących". Ich istnienie odstręcza wielu ludzi od pomocy, gdyż widzą, że jest ona nieskuteczna a nawet niesprawiedliwa.
7. Organizować pomoc, ale bez gigantycznego "dachu". To oczywiste, ze więcej i lepiej można pomóc wspólnie, że większe sumy stwarzają większe możliwości. Czemuż by więc wspólnota chrześcijańska (parafia, zbór, czy nawet grupa rodzin albo firm, będących własnością chrześcijan) nie miała tworzyć funduszów pomocowych lub organizacji, gdzie ktoś planowałby i koordynował udzielaną przez nich pomoc. Jeszcze lepiej, by robiła to jako zarząd fundacji nieodpłatnie jakaś grupa dobrych specjalistów (bankierzy, socjologowie, managerowie, lekarze, nauczyciele) albo w ramach swojego wkładu w dobre dzieło, albo wolnego czasu (emeryci?). Wielki plus: małe fundacje i stowarzyszenia są łatwiejsze do kontrolowania i są bardziej nasze, będąc ich członkami identyfikujemy się z nimi i więcej dla nich potrafimy zrobić. Nawet, jeśli udzielenie pomocy w jakimś przypadku wykracza poza możliwości naszej małej fundacji, możemy przecież dla tej jednej sprawy związać się z innymi. Wielkie organizacje pomocy prędzej czy później biurokratyzują się, wiele środków idzie tam na ich własne wydatki, a nie na pomoc. Trudniej też je kontrolować, a to zawsze niesie ryzyko nieuczciwości.
8. I oczywiście: bezwzględnie i bezwarunkowo pomagać w sytuacjach oczywistej potrzeby, ale tylko w takich. Tam, gdzie ktoś stracił dach nad głową, tam, gdzie zginęli rodzice, tam, gdzie ktoś nie może już pracować, a znikąd nie dostaje pomocy. Chlebem zawsze należy się dzielić. To jest miejsce na spontaniczną solidarność, którą oczywiście można także po sąsiedzku zorganizować w większej grupie. To na pewno najbardziej bezpośrednia pomoc, na pewno sprawia ona także największą (bo natychmiastową) satysfakcję. Ale i wtedy trzeba myśleć: niech ta pomoc będzie długofalowa, niech uwzględnia przyszłość i rozwój.
Z pewnością to nie wszystko, temat zasługuje na pogłębienie i dyskusję. Zapraszamy do niej. Niech ten tekst będzie tylko zachętą do własnej refleksji i ... do pomocy. Wtedy spełni swoje zadanie.
Chcesz wyrazić swoje zdanie?