PIERWSZY DZIEŃ TYGODNIA - DZIEŃ PAŃSKI CZY NIEDZIELA?

"Nie opuszczajmy naszych zebrań, jak to się stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem, i to tym bardziej, im wyraźniej widzicie, że zbliża się dzień "(Hbr 10,25).


Po co jest niedziela? Czy naprawdę będę się smażyć w piekle, jeśli nie pójdę do kościoła, czy Bóg jest takim aptekarzem, że wyliczy mi wszystkie niedzielne poranki, w które nie miałem ochoty wysłuchiwać kazań? Czy to czyni mnie lepszym, niż posiedzenie w domu czy pobawienie się z dziećmi, kiedy wreszcie mam dla nich czas? Czemu w niedziele chcą zamykać mi sklepy? Czy nic nie wolno mi robić, dlaczego ludzie patrzą na mnie dziwnie, kiedy w ten dzień trzepię dywan czy myję schody?
Takie pytania zadaje sobie dziś większość przeciętnych Polaków, w tej liczbie oczywiście także deklarujących się jako wierzący. Dodatkową przyczyną ich powstawania jest fakt, ze Kościół Katolicki, jako jedyne z wielkich wyznań chrześcijańskich obwarował szczególny charakter tego dnia dodatkową sankcją: nie uczestniczenie z własnej winy w Mszy niedzielnej jest dla katolika grzechem ciężkim, a zatem w myśl nauki tego Kościoła - oddziela człowieka od Boga. Ponadto wymaga się od chrześcijan (już nie tylko katolików) powstrzymania się w ten dzień od niekoniecznej pracy. Dlaczego aż tak? Czy istotnie ta godzina w kościele jest tak ważna? Czy wykonanie zaległych przez tydzień prac domowych kłóci się od razu z moją wiarą? Co tak naprawdę znaczy ta niedziela dla Boga i chrześcijanina, jak dalece powinienem się nią przejmować? Żeby to móc wyjaśnić, musimy prześledzić dzieje chrześcijańskiej niedzieli.


1. PIERWSZY DZIEŃ TYGODNIA - NAJSTARSZE ŚWIĘTO CHRZEŚCIJAN:
A właściwie jedno z dwóch najstarszych, albo jeszcze inaczej: jeden ze sposobów Świętowania jedynego święta, którym była Pascha. Dla chrześcijan to stare żydowskie święto wyzwolenia (z Egiptu) i Przymierza (na Synaju) miało oczywiście już nowe znaczenie: świętowali w nim wyzwolenie przez Paschę Jezusa - Jego przejście przez śmierć do Nowego, wiecznego Życia i zawarcie Nowego Przymierza w Jego krwi, Przymierza, które każdego ochrzczonego czyniło dzieckiem Boga, mającym prawo spodziewać się tego obiecanego Życia. Paschę tę świętowali pierwsi chrześcijanie na dwa sposoby: jako doroczne wielkie święto, (dziś Wielkanoc) i jako mniejsze, tygodniowe (Niedziela). Zawsze jednak obchodzono je w pierwszy dzień tygodnia, w dzień, w którym zmartwychwstały Jezus ukazał się swoim uczniom, dzień, w którym, po siedmiu tygodniach, na pierwszą wspólnotę został zesłany Duch Święty, a napełnieni Nim uczniowie Jezusa wyszli na place Jerozolimy, aby Go głosić, rozpoczynając w ten sposób działanie i misję chrześcijańskiego Kościoła.
Świadectwa na obchodzenie Niedzieli jako dnia świętego już od początków chrześcijaństwa są liczne, a najstarsze z nich spotykamy już w samych pismach Nowego Testamentu:
- Około roku 40, w kilka więc zaledwie lat po odejściu Jezusa, w Troadzie, gdzie przebywa Paweł, wszyscy miejscowi chrześcijanie zbierają się w sobotę wieczorem (a więc według ówczesnej miary czasu już po zakończeniu żydowskiego szabatu, a na początku pierwszego dnia tygodnia!) aby słuchać słów Apostoła i "łamać chleb" (sprawować Eucharystię) (Dz 20, 7-12). Ta wspólna wieczerza i Liturgia trwa przez całą noc, aż do świtu.
- 1Kor 2 podaje dzień pierwszy jako termin odkładania (i zbierania) ofiary na potrzebujące zbory. Zatem związany był on zapewne u adresatów listu, chrześcijan w Koryncie, także z liturgicznym zgromadzeniem, na którym najłatwiej było taką zbiórkę przeprowadzić.
- Zapewne nieco późniejsza jest relacja Ewangelii Łukasza (Łk 24, 13-34), opisująca jednak wcześniejsze wydarzenia: oto dwóch zniechęconych uczniów zmierza po śmierci Pana z powrotem do Galilei. Po drodze z Jerozolimy do Emaus przyłącza się do nich sam Jezus, którego "nie rozpoznają" i wykłada im Pisma. Dopiero "przy łamaniu chleba otworzyły im się oczy", natychmiast też wracają do Apostołów, aby im powiedzieć, że Pan żyje. Ta scena, jakkolwiek wkomponowana przez redaktora Ewangelii dla realizacji jego przewodniej myśli wyraźnie jednak zaświadcza, że już podczas powstawania Ewangelii (najpóźniej rok 80) było rzeczą oczywistą, że zebranie chrześcijan na "łamanie chleba" odbywa się właśnie w ten dzień. Zostaje to przez Ewangelistę niejako potwierdzone sankcją samego Jezusa, który osobiście jeszcze raz, po Ostatniej Wieczerzy, tym razem w niedzielę właśnie, bierze chleb i łamie go w ten charakterystyczny dla siebie sposób. Symboliczne "poznanie Pana" przy tym geście jest rodzajem orędzia do chrześcijan: zawsze tam, gdzie czyni się to w Jego Imię, On, Żywy, jest obecny.
- Na początku Objawienia Jana (Ap 1,10) Niedziela jest nazwana dniem Pańskim (kyriake hemera). Oznacza to, że najpóźniej podczas powstawania tej księgi nazwa ta powszechnie funkcjonowała wśród chrześcijan, a zatem, że wyodrębnienie Niedzieli, jej świąteczny charakter i treściowy związek ze Zmartwychwstaniem Jezusa był dla nich faktem oczywistym. W ten to dzień Jan doznaje wizji, wydaje się, że szczególnie był właśnie wtedy na nią otwarty i jej oczekuje.
Fakt świątecznego charakteru tego dnia dla wierzących od samych początków potwierdzają świadectwa wczesnochrześcijańskie z okresu II i III wieku. Są wśród nich pisma poapostolskie, takie jak "Didache" (ok. 140 po Chr), opisujące wzorcową niedzielną Eucharystię, pisma św. Justyna (ok. 150), także dające opis niedzielnej Liturgii czy dzieła Tertuliana (przełom II/III wieku), mówiące już wyraźnie o konkretnych oznakach świętowania (De corona 3,4). Najstarszym jednak pozabiblijnym świadectwem jest list prześladowcy: Pliniusza Młodszego, namiestnika Bitynii do cesarza Trajana, w którym pisze on o chrześcijanach, że "zbierają się oni w wyznaczony dzień tygodnia już przed świtem i śpiewają pieśni Chrestosowi niby Bogu" po czym zbierają się jeszcze raz na "nieszkodliwej wieczerzy". Fragment ten, pochodzący z roku 112 jest jednocześnie jednym z najstarszych dokumentów pozabiblijnych potwierdzających w oczach historyków historyczność osoby samego Jezusa!
Jak bardzo dzień Pański był dla chrześcijan ważny, świadczą tzw. akta męczenników z Abitene, czyli protokoły sądowe rzymskiego procesu z roku 304. Był to czas jednego z ostatnich prześladowań, w okresie panowania Dioklecjana. Stanęło tam wówczas przed sądem 59 osób, mężczyzn i kobiet, oskarżonych o udział w zakazanym przez cesarza "zgromadzeniu niedzielnym", podczas którego sprawowali oni Eucharystię. Akta przekazują odpowiedzi przesłuchiwanych chrześcijan. Na pytanie, dlaczego uczynili rzecz zakazaną, mówią oni między innymi: "Ponieważ nie można zaprzestać sprawowania Pańskiej wieczerzy (dominicum). Inna odpowiedź, jeszcze bardziej dosadna, brzmi: "Non poteram, quoniam sine dominico non possumus"(Nie mogłem inaczej postąpić, ponieważ bez dominicum nie możemy żyć). To dominicum (to, co Pańskie, to, co należy się Panu) oznacza tu zarówno Eucharystię, wieczerzę Pańską, ale również świętowanie niedzieli, Dnia Pańskiego, zresztą świętowanie polegające przede wszystkim na wspólnym sprawowaniu Eucharystii. Wszyscy oni ponieśli śmierć zgodnie z prawem, śmierć za to, że zebrali się, by świętować Dzień Pański. Późniejsi (chrześcijańscy) komentatorzy tego wydarzenia, dopisując glosy do akt procesu wyrażali swoje zdziwienie nie postawą samych oskarżonych (ta była dla nich oczywista!), co ignorancją rzymskich urzędników, wypytujących, czy naprawdę potrzeba się zbierać co niedzielę: "Co za głupie i godne śmiechu pytanie sędziego!... Tak jakby chrześcijanin mógł istnieć bez dominicum, albo ono mogło się sprawować bez chrześcijanina! Czyż nie wiesz, Szatanie, że chrześcijanin ma swoją rację bytu w dominicum, a ono w chrześcijaninie! I że jedno bez drugiego nie może istnieć? Gdy usłyszysz nazwę "chrześcijanin" wiedz, że uczęszcza na dominicum, a gdy posłyszysz o dominicum powinieneś wiedzieć, ze jego uczestnicy nazywają się chrześcijanami!" (PG 8 708-715). Nie potrzeba tu chyba dalszych komentarzy, jak chrześcijanie starożytni rozumieli sens niedzieli...

2. NIEDZIELA - ŚWIĘTO PAŃSTWOWE

Ustanowienie niedzieli dniem odpoczynku, ustawowo wolnym od prac fizycznych zawdzięczamy cesarzowi Konstantynowi. Ów pierwszy na pewno chrześcijański cesarz rzymski ogłosił w roku 321, a więc w niewiele lat po ostatecznym zalegalizowaniu chrześcijaństwa na terenie Imperium (około 311-313), iż ze względu na obchodzenie w tym dniu chrześcijańskich misteriów ma on być dla wszystkich wolny i poświęcony odpoczynkowi. Tym samym niedziela staje się obowiązującym świętem ze wszystkimi tego konsekwencjami: w chrześcijańskiej Europie i zależnych od niej terytoriach (a więc w większej części świata) przez wieki, w zasadzie do dziś dzień ten będzie pod szczególną ochroną, także prawną. Wykonywanie np. prac polowych i wytwórczych, potem także przemysłowych będzie zakazane pod ciężkimi karami, uczestnictwo zaś w obrzędach niedzielnych nakazane zarówno przez prawo kościelne, jak też i świeckie - chrześcijaństwo było wszak religią panującą, oficjalną, powszechną, państwową.
Od tej pory i przez wieki władze kościelne i świeckie, ilekroć przypominają czy nakazują uczestnictwo w niedzielnej Eucharystii, jednym tchem także zakazują wykonywania zwykłych prac. W świadomości przeciętnego chrześcijanina - poddanego, a później obywatela niedziela łączy się więc ściśle z jednym i drugim: obowiązkowym pójściem do kościoła i jednocześnie obowiązkowym powstrzymaniem się od pracy.
Na pewno miało to swoje dobre strony: przecież nawet w posiadłościach najbardziej nieludzkich feudałów, a potem w manufakturach takich że fabrykantów poddani czy pracownicy mogli być pewni przynajmniej jednego: że co siedem dni będą jednak mogli odpocząć. Także ich zebranie w kościele było wykorzystywane przez władze państwowe i terytorialne: z ambony odczytywano oficjalne dekrety i uniwersały, ponieważ można było być pewnym, że w ten sposób dotrą do wszystkich - lepszych środków publicznego przekazu po prostu nie było.
Na pewno jednak uczynienie z Mszy niedzielnej obowiązku pod karą państwową i kościelną walnie przyczyniło się też do pojmowania niedzieli raczej jako obowiązku, a przez niektórych jako przymusu, niż jako wypływającego z samej istoty chrześcijaństwa świętowania Chrystusa i naszej wiary w Niego. We wszystkich katechizmach do lat 80-tych XX wieku zawarte jest tzw. przykazanie kościelne, lakoniczne, niczego nie tłumaczące, lecz uznające nie uczestniczenie w niedzielnej Eucharystii za grzech ciężki, potwierdzone przez prawo kanoniczne z 1917 roku w krótkiej formule: "W święta nakazane należy wysłuchać Mszy świętej i powstrzymać się od ciężkiej pracy" (Kan. 1248). Ciężkie kary, nawet wyłączenia z Kościoła za opuszczenie np. trzech mszy niedzielnych nie były wyjątkiem. Wykluczenie zaś z Kościoła równało się przez długie wieki właściwie usunięciu poza nawias społeczeństwa, pozbawieniu praw publicznych, oparcia w (wyłącznie kościelnych) instytucjach opiekuńczych, często wygnaniu z miejscowości lub nawet kraju. Z pewnością więc ludzie nawet niewierzący lub wierzący inaczej, chcąc uniknąć takiej kary, przymuszali się do uczestniczenia w obrzędach liturgicznych, których wewnętrznie nie akceptowali. Boga ich wymuszona obecność zresztą raczej nie radowała.... Natomiast pierwotne, wczesnochrześcijańskie rozumienie Dnia Pańskiego jako własnego święta, jako koniecznego pokarmu dla własnej wiary, spotkania z Panem i wspólnoty wierzących braci i sióstr, zaczyna stopniowo zanikać w świadomości społecznej. Najlepiej ten proces obrazuje sama nazwa niedzieli w różnych językach: w romańskich, językach narodów nawróconych najwcześniej na chrześcijaństwo niedziela nazywa się np. (dies) Dominica (łaciński) Domenica (włoski) czy Dimanche (francuski), ma więc związek z określeniem: Pański (czyli chrystusowy), podobnie jak greckie określenie pierwszych chrześcijan: kyriake hemera - dzień Pański). W językach germańskich nie ma ta nazwa już takiego chrześcijańskiego piętna: wyrazy Sonntag (niemiecki) czy Sunday (angielski), oznaczające dzień słońca, pochodzą z mitologii pogańskich tych narodów i ich utrzymanie się mimo chrystianizacji wskazuje, że w wiekach VI-VIII, kiedy narody te przyjęły chrzest, powszechna świadomość związku zmartwychwstania i obecności Jezusa i tego właśnie dnia znacznie już osłabła. Natomiast w językach słowiańskich (narodów, które przyjęły chrzest dopiero w wiekach IX-XII) odpowiednie nazwy Nedela (czeski) czy Niedziela (polski) akcentują już tylko odpoczynek, bierne nie-działanie, nie pracowanie w ten dzień. Można więc powiedzieć krótko: z biegiem czasu cała głębia przepadła, pozostało tylko to, co widać gołym okiem! Jedynym chlubnym wyjątkiem jest tu język rosyjski: raczej dlatego, że Rusini przyjęli chrześcijaństwo z greckiego Konstantynopola: w tym języku słowo woskresienije, oznaczające niedzielę różni się tylko małym znakiem fonetycznym od zapisu niemal identycznego słowa, które oznacza: ZMARTWYCHWSTANIE. Niemal więc cudem wydaje się fakt, że komunistom, walczącym z wszelką religią, nie udało się zmienić tego terminu na inny!

3. KRYZYS NIEDZIELI CZY NOWY POCZĄTEK?

Czy coś w powszechnym pojmowaniu niedzieli może się zmienić? Może w jej rozumieniu przez ludzi wierzących, jeśli kler zacznie się przejmować wskazówkami własnych zwierzchników: nowsze katolickie dokumenty kościelne (pochodzące z Soboru Watykańskiego II (KL106) i nowego prawa kanonicznego) akcentują już raczej wewnętrzny związek pomiędzy istotą chrześcijaństwa a potrzebą świętowania niedzieli, niemniej przypominają o jej obowiązkowym charakterze (por. np. Nowy Kodeks prawa kanonicznego z roku 1983, kan. 1246-1248). Niełatwo jednak będzie zmienić w świadomości powszechnej to, co zagnieździło się w niej od stuleci, zwłaszcza jeśli większość duchownych nadal ma zwyczaj "rozliczania" wiernych, przede wszystkim zaś młodzieży, z obecności na Eucharystii, nie próbując nawet przekonać ich o jej prawdziwej wartości dla duchowego życia, o jej ewangelicznych podstawach, wykazać potrzeby słuchania autentycznego słowa Bożego oraz własnym przykładem, sposobem prowadzenia celebracji pokazać głęboką radość płynącą z przeżywanej wiary.
Jedyną drogą, aby dzisiejszego chrześcijanina, czującego się (i słusznie!) wolnym w społeczeństwie i wolnym wobec Boga nakłonić do uczestnictwa w świętowaniu Dnia Pańskiego i zachowaniu jego wyjątkowego charakteru jest ukazanie mu jego najstarszych, Jezusowych i apostolskich korzeni oraz przekonanie go, jak wielką wartość dla niego samego, jako wierzącego człowieka ma prawdziwy dialog z Bogiem, mówiącym do niego w głoszonej Ewangelii i darującym się mu w eucharystycznej komunii. To właśnie stanowi istotę niedzielnego zgromadzenia, bez tego chrześcijanie pierwszych czasów, ludzie gorącej wiary, nie potrafili żyć.
Zakaz i nakaz tracą swoją moc w demokratycznym społeczeństwie. Nie osiągną też one zamierzonego skutku, może to i dobrze. Nikt nie zechce już dziś, ze strachu przed domniemanym ciężkim grzechem zmuszać się do uczestnictwa w obrzędach, których nie rozumie i nie akceptuje. Mało tego: nawet jeśli jako dziecko ulegnie presji rodziców i katechetów, a nie zostanie wewnętrznie przekonany, to osobisty, wewnętrzny bunt, który prędzej czy później nadejdzie, ostatecznie wypędzi go z kościoła czy zboru. Pozostawi on za sobą tzw. praktyki religijne jak inne przymusowe działania i rytuały z okresu dzieciństwa, będzie wspominał z niechęcią i z pewnością nie zachęci do nich własnych dzieci. Należy więc zrezygnować z praktyki nakazowej.
Jak jednak przekonywać? Katechizmy nie są już jedyną normą życia. Pouczenia płyną też z innych źródeł, gdzie są nawet często lepiej uzasadniane (jak szkoła, literatura, dostarczająca np. etycznych argumentów), czy też, niezależnie od swej wartości lepiej, bardziej profesjonalnie "opakowane" (jak młodzieżowe programy telewizyjne czy radiowe, reklama). Klasyczny katechizm czy religijna pogadanka mało kogo przekonają, w tej konkurencji skazane są z góry na przegraną.
Jedyne, co pozostaje to: cierpliwy dialog osobisty z młodymi ludźmi, własny przykład wytrwałej praktyki religijnej, w widoczny sposób przynoszącej prawdziwe owoce (chrześcijańską dojrzałość) oraz stałe zwracanie uwagi na to, by nasza Liturgia, w swych istotnych znakach wciąż ta sama, jezusowa naprawdę miała wobec nich moc przyciągania - ona musi emanować głęboką wiarą przewodniczących jej i uczestników, musi być współczesna w swych słowach, gestach i znakach, w swych pieśniach (nie znaczy to, że awangardowa) i nie może nigdy skostnieć w zastałych przepisanych formach. Zwłaszcza zaś nie może nigdy budzić wrażenia, że celebrujemy w niej ludzi, a nie Boga - dzisiejsza młodzież jest bardzo uczulona na autentyczność. Dlatego przewodniczący Liturgii muszą nauczyć się być "przeźroczystymi" - aby widać było nie ich samych, ich mądrość, ich godność czy wysokie stanowisko, lecz aby za nimi, nad nimi i przez nich można było zobaczyć Jego - Jedynego Liturga.
Czy to przyniesie efekty? Na pewno. Pełne zbory wielu wolnych chrześcijańskich kościołów a także wykłady czy spotkania buddystów, krisznaitów z jednej strony, z drugiej zaś tysiące młodych, szukających ludzi idących za różnymi szarlatanami, oferującymi im rzekome prawdy świadczą o tym, że istnieje w tych ludziach głęboka potrzeba głębi, pewne fundamentalne otwarcie na Boga. To tylko my, którzy chcemy i powinniśmy Go głosić, musimy to robić tak, by oni Go dostrzegli i przyjęli. Nasze kościoły wtedy będą pełne, i to ludzi, którzy przychodzą z potrzeby serca.

4. CZYM JEST NAPRAWDĘ NIEDZIELA?

"Oto dzień, który Pan uczynił, radujmy się w nim i weselmy"

Niedziela to Dzień Pański, to dzień świętowania wiary w Jezusa. Ten akurat dzień, bo to On sam Go wybrał, powstając tego dnia z grobu i tym samym ukazując światu swoje zwycięstwo. W ten dzień wierzący na każdym miejscu uświadamiają sobie, że należą do Niego, że to On jest paschalnym Panem ludzkiego życia. On jest ich Mistrzem - w ten dzień publicznie przemawia w lekturze Pisma w kościołach i zborach - więc Go słuchają, jako Jego uczniowie. On jest ich Drogą i Prawdą, więc tego dnia odnawiają swoje wyznanie wiary w Niego, mówiąc uroczyście: "wierzę w jednego Boga... i w Jezusa Chrystusa...". On jest Jedynym Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi, więc Go proszą w potrzebach swoich innych ludzi i całego świata. On jest ich Zbawicielem, więc w Eucharystii wspominają Jego zbawcze dzieło, Jego Śmierć i Zmartwychwstanie i jego dodającą sił i nadziei Obecność wśród siebie. On jest wreszcie Celem ich drogi - jednoczą się więc z Nim w komunii, aby nie ustać w wędrówce.
Niedziela jest przede wszystkim Dniem Spotkania z żyjącym Panem. Nie jest to dzień, który ludzie sobie wykrawają z tygodnia, aby Bogu coś od siebie dać, jakby Mu cokolwiek było potrzebne. To spotkanie potrzebne jest im samym. On jest Tym, który ich obdarowuje: wskazuje im drogę, dodaje sił, obdarza radością i nadzieją, podnosi na duchu w niepomyślnych czasach czy chwilach.
Jest też ten pierwszy dzień tygodnia dniem wspólnoty, dniem miejscowego Kościoła. To wtedy właśnie on się widzialnie ukazuje: wokół ołtarza jesteśmy wszyscy razem, pośród nas staje On sam. Z Nim dopiero jesteśmy całością, "On jest Głową Ciała - Kościoła" (Kol 1 18), spotykając się wokół Niego widzimy siebie jako członki tego jednego Ciała (1Kor 27: "Wy zaś jesteście Ciałem Chrystusa, a z osobna członkami"). Zbierając się na Liturgię, słuchając głosu Boga i sprawując Wieczerzę Jezusa jednoczymy się ze wszystkimi Jego uczniami na całym świecie, jesteśmy jedno, niezależnie od Kościoła czy zboru, do którego należymy - bo łączy nas On, jeden , wokół którego się zbieramy. Ta wspólnota jest jeszcze szersza, przekracza granice tego życia: oto wraz z Nim i w Nim obecni są wśród nas także ci, którzy już od nas odeszli, a byli z Nim w jedności, zmarli już chrześcijanie, nasi przodkowie, krewni, przyjaciele. W Nim oni, żyją, jak wierzymy, gdy wspominamy ich podczas Eucharystii w modlitwie, stają wśród nas, bo Bóg Jezusa jest Bogiem żywych, a nie Bogiem umarłych ("Kto wierzy we Mnie, choćby i umarł, żyć będzie" J 11.25). Nie tylko więc pocieszamy się po ich utracie, ale też umacniamy w sobie wiarę, że i my sami spotkamy się z nimi tam, gdzie śmierci już nie będzie.
Wreszcie zbieramy się wokół Jezusa, aby "oczekiwać Jego przyjścia w chwale" (słowa te pochodzą z najstarszych modlitw Eucharystycznych). Eucharystia jest wspólnym wołaniem do Pana o ostateczne odmienienie tego świata: Maranatha - "Panie, przybądź!" (albo: "Pan przychodzi") - tak nazywali ją często pierwsi chrześcijanie. Wspólne Łamanie Chleba jest więc obrazem i zaczątkiem, modlitwą o to ostateczne, szczęśliwe dopełnienie i zakończenie dziejów świata i zgromadzenie wszystkich wybranych w domu Ojca.
Przeżywając to wszystko, nie sposób się nie radować, nie dziękować Bogu za to, co uczynił w Jezusie dla nas, co już teraz jest Jego Darem pośród nas i co jeszcze będzie nam dane. Liturgia więc jest świętem radości i wdzięczności i tak powinna być obchodzona.
Źle jest jednak, gdy ta radość jest stłumiona przez niezrozumiałe już dawno ryty, gdy jest przegadana nieprzemyślanymi, a bardzo licznymi słowami, wreszcie zabijana rutyną czy to prowadzących liturgię, czy to organistów czy innych. Takie "odprawianie" może być obrazą Dnia Pańskiego i na pewno nie pozwala ludziom przeżyć i doświadczyć żywego Boga pośród nich tak, jak On sam tego chce.

DODATEK: STAROCHRZEŚĆIJAŃSKA SYMBOLIKA NIEDZIELI

"Pierwszy dzień tygodnia". Nazwa ta, faktycznie oznaczająca niedzielę, ma bogate symboliczne znaczenie: Nawiązuje do pierwszego dnia Stworzenia (Rdz 1), którego Bóg uczynił Niebo i ziemię, a także światłość. Tym samym chrześcijańska niedziela jest też obchodzona jako dziękczynne wspomnienie dzieła stwórczego i dziękczynienie Bogu za cały świat, pamiątkę "rozbłyśnięcia nad chaosem świata nowego światła - Jezusa (symbolika światła: Ewangelia Jana na wielu miejscach).

"Ósmy dzień tygodnia". Tydzień ma siedem dni, kończą się one szabatem (sobotą). Początek nowego tygodnia, po siedmiu dniach ("7" - symbol pełni!) jest więc jakby dniem ósmym, rozpoczynającym jednocześnie coś nowego. Ta pozorna niekonsekwencja jest głębokim symbolem: Dzień ósmy - to nowy początek, początek nowego wymiaru, Nowego świata, Nowego Życia, które daje Chrystus. Symbolika poświadczona w apokryficznym Liście Barnaby 15, 8-9, II wiek.

"Dzień Zmartwychwstania". Tak określali niedzielę chrześcijanie głównie na Wschodzie, akcentując głównie ten zwycięski, triumfalny aspekt Paschy. To właśnie z tej tradycji narodziło się staroruskie wosskriesienije.

"Dzień Pański". (gr. kyriake hemera, łac. dies dominica). Najpowszechniejsza nazwa niedzieli pośród chrześcijan. Na Wschodzie, znającym grekę (język Biblii NT), kojarzono ten termin z innym, bardzo podobnym, użytym w Nowym Testamencie: ta hemera tou kyriou (także Dzień Pana!), oznaczającym Dzień Ostatni, dzień oczekiwanego Powtórnego przyjścia Chrystusa. Tym samym niedziela uzyskiwała w świadomości chrześcijan znaczenie dnia oczekiwania, nadziei na ostateczne spełnienie obietnic Bożych. Wierzono nawet, że ów Dzień Ostatni nadejdzie kiedyś właśnie w niedzielę albo nawet w noc Paschy.
Z kolei łacińskie dies dominica kojarzyło się chrześcijanom łacińskojęzycznym z owym wspomnianym dominicum, Sprawowaniem Pamiątki Pańskiej. Tak więc niedzielę rozumiano tam przede wszystkim jako: DZIEŃ EUCHARYSTII.