|
|
|
|
Róże i poeta ![]() Sztuka teatralna Autor: Jerzy Gołowanow (Elf) Wstęp: Obecna sztuka elficka odbiega znacznie swoja tematyką od innych. Nie jest to właściwie sztuka dramatyczna w ścisłym znaczeniu tego słowa, tylko kilka połączonych ze sobą jednością tematu i sytuacji monologów. Bohaterami sztuki są kwiaty – róże i poeta. Nie wiem jak wy, drodzy widzowie, ale ja osobiście jestem przekonany, że kwiaty uczą nas wielkiej mądrości nie wypowiadając ani słowa. Trzeba jednak tę niewidzialną mądrość dostrzec, a niesłyszalne słowa – usłyszeć... Postacie: Vingilote (quen. „Kwiat Piany”) – Róża biała Runya (quen. „Czerwony Płomień”) – Róża czerwona Laurelin (quen. „Złota Pieśń”) – Róża złocista Tintalle (quen. „Rozniecająca Światła”) – Róża różowa Poeta Chór: Na łące pośród lasów gęstych Gdzie słońce jasnym blaskiem świeci Wśród traw zielonych, kwiatów leśnych Bajecznie barwny motyl leci I ciepły wietrzyk trawę pieści Wygładza płatki kwiatów pięknych Panuje pokój na tym świecie I słońce łąkę tę rozświetla Lecz teraz lato przeminęło Jesieni chłód wypełnia ziemię I deszcze smutkiem ogarnęły Źródlany strumyk, wiecznie zmienny Pośrodku łąki krzaki róży Przekwitły wobec zimnych czasów Lecz cztery pąki - już za późno W swym sercu kryją piękno kwiatów Tu lada chwila zima mroźna Uderzy nieodpartą siłą I śniegu biała moc bezgłośnie Uczyni tak, że kwiaty zginą Lecz o poranku gdy słoneczne Strumienie łąkę oświetliły Zadrżały fundamenty wieczne I łąka pięknem róż zalśniła ![]() Vingilote: Witajcie, miłe towarzyszki Ja jestem biała Vingilote Dokoła widzę żółte liście Podmuchy wiatru, zimne błoto W przedziwnym świecie się zbudziłam Czy to jest moje przeznaczenie, Abym o szczęściu wiecznie śniła I napotkała tu zniszczenie? Tak chciałam pięknem się nacieszyć I poczuć ciepło w płatkach moich Czy warto było tak się śpieszyć, Bo jestem pełna niepokoju... ![]() Laurelin: Ja jestem Laurelin złota W tym szarym świcie płatki moje Wypełnia smutek i zgryzota Już urodziłam się z tym bólem Dlaczego słońce mi nie świeci I chmury ciemne zasnuwają Horyzont smętny, zimne deszcze Gwałtownie płatki me smagają Dokoła pustka, mgła jesienna Wypełnia łąkę swoim smutkiem I chmur dalekich kształty zmienne Przypominają wnętrze studni Czy warto było się narodzić Aby zobaczyć świata pustkę Cóż może smutek mój osłodzić I co złagodzi zimna skutki? Tak bardzo marznę, moje płatki Niszczeją w deszczu lodowatym Jesienne chmury – szare statki W niebiosach płyną grupą zwartą Tak marzę o tym, żeby słońce Na łąkę promyk swój wysłało Lecz szarość trwa i trwa bez końca Od ciepła nic nie pozostało ![]() Runya: Jam jest Runya, gdzie ja jestem? Ten dziwny świat – zupełnie ciemny Dlaczego w takim strasznym miejscu Jesteście wy, postacie zwiewne? Być może czas nasz jest już krótki I każda z nas niedługo umrze Lecz nasze bóle, cierpień smutki Niech pięknem wzniosą się ku górze I tam roztopią się w błękicie Powyżej chmur, od deszczu ciężkich I spadną na tych traw poszycie W postaci małych drobin śnieżnych I doczekają się tam wiosny Aby napoić miękką glebę Aż nowa róża tu wyrośnie I pieśń radosną będzie śpiewać ![]() Tintalle: Witajcie, piękne, jak wspaniale Być teraz w waszym towarzystwie Być może nasze głosy słabe Przebudzą czyjeś dobre myśli Być może piękno krótkotrwałe Jak błysk słoneczny - stworzy życie Będziemy rosły więc wytrwale Aż śmierć zabierze nas o świcie I nasze życie gdzieś w niebiosach Błękitem stanie się i bielą I nasze łzy jak czysta rosa Brzydotę w piękno wraz przemieni Wytrwałe bądźmy, niech w szarości Kolory nasze świat ozdobią W dobroci, pięknie i miłości Lód smutku w sercach niech roztopią! Chór: Jak tylko kwiatów monologi Skończyły się i śniegu warstwa Pokryła wszystko, zamieć sroga Tę łąkę uczyniła martwą Umarły róże na polanie Przepada piękno coraz bardziej Lecz to ich szybkie przemijanie Ma w sobie słodycz miłych marzeń Ulotne, zwiewne, chwilą szczęścia Dla patrzącego na nie były Malarza pędzel, słowa mędrca Te róże sensem wypełniły Albowiem śmierć nadchodzi szybko Lecz strachu w sercu ci nie mają Co żyją tak, jak róże, znikną Lecz swoje piękno pozostawią... ![]() Poeta: Gdy śmierć nadejdzie, cztery róże Na moim grobie niech zakwitną Albowiem temu światu służę Poezji pięknem i jej siłą Być może moje słowa marne Przepadną zanim się narodzą Jak liście martwe cicho spadną Jak światło, wyniszczone w nocy Jak ptaki białe gdzieś w oddali Skrzydłami swymi powiewając Już dawno gdzieś tam odleciały W pamięci krótko pozostając Czy życie skończy się za chwilę? Czy może lata będzie trwało? A przecież wszystko będzie pyłem Za dużo będzie czy za mało? Lecz nieraz jednej chwili starczy Aby napełnić życie sensem Gdy los ciężarem swym obarczy To wszystko poczujemy sercem Albowiem życie trwa przez chwilę Dla niebios niezauważalne Jedynie piękno swoją siłą Jest władne dokonać przemianę Rozkwitła róża i przepadła Zniszczona zimnem i mrozami Lecz piękno róży pozostało, Przebywać wiecznie będzie z nami Jak duch, co przyszedł w odwiedziny To piękno, odtąd niewidzialne Jest trwałe, nigdy nie przeminie Jest również nieprzekazywalne Te moje wiersze są jak róże Co kwitną jedynie przez chwilę Wyfruną z klatki - tam, ku górze I słowem złym trafione zginą I rozsypując pióra – płatki Na ziemi leżąc wnet przepadną Tak zgniecie czyjaś dłoń me kartki I tryśnie krew z bolesnej rany Już nie dbam o to, koniec bliski Poezji i radości życia Gdy czas nadejdzie – w ogień cisnę Me wiersze wszystkie – suche liście... I ogień je obejmie mocno I razem przepadną w niebiosach Potężne, wolne i radosne Porankiem będą kroplą rosy W południe promieniami słońca Wieczorem – ciepłym, miłym wiatrem Przemianom tym nie będzie końca Bo każda pierwsza jest ostatnią... |
|