![]() |
"Kariera i upadek Nadina de Beli" Obywatele Scholandii |
![]() |
||||
|
Redakcja |
Mrok już od
dwóch godzin ogarniał słabo oświetlane zaułki w pobliżu Placu Mendla.
Uliczkami przemykali się ostatni przechodnie. W tych rejonach i tak
nigdy nie było nadmiernego ruchu. To Stare Miasto Scholopolis, lecz
daleko od największych turystycznych atrakcji. Tylko nieliczni
interesanci ambasad wirtualnych państw zaglądają tu, ale przecież w
porach urzędowania. Teraz, po dziesiątej wieczorem mało kto miał tu
jakikolwiek interes. Wieczorna cisza pozwalała dyplomatom na oścież
otwierać okna, nic nie przeszkadzało im w odpoczynku i lekturze
raportów i instrukcji. Lecz jednak... Na tyłach ambasady Dreamlandu,
gdzie znajdują się wiecznie zamknięte stalowe drzwi w murze, coś
zgrzytnęło. Dozorca delikatnie otworzył drzwi i zamarł w czujnym
oczekiwaniu. Najwyraźniej czekał na kogoś, kto miał nadejść. Po
niedługiej chwili dał się słyszeć delikatny szum motoru cicho jadącej
limuzyny. To był nie najnowszy, lecz bardzo solidny model Schola, dumy
scholandzkiej motoryzacji. Jego znaki rejestracyjne nie były
oświetlone... Gdyby się przyjrzeć, chyba nawet czymś zamazane. Czyżby
ktoś zamożny, ale unikający rozgłosu umówił się na spotkanie z markizem
Wewiórą, ambasadorem Człowiek, który wysiadł przy furtce, najwyraźniej znaczył znacznie więcej, niż jego wóz na to wskazywał. Można to było rozpoznać choćby po uprzedzająco grzecznych ruchach szofera, który w sekundę po zatrzymaniu już otwierał mu drzwiczki samochodu, jak dobrze zaprogramowany robot. Gdy lekko szpakowaty mężczyzna średniego wzrostu, na oko może około czterdziestki, przekroczył furtkę w murze, dozorca skłonił mu się z szacunkiem i natychmiast zamknął ją na klucz. Z wnętrza ogrodu dało się słyszeć stłumione powitanie... Czy to był glos samego ambasadora? Samochód odjechał, tak jak się pojawił. Tymczasem w oknach salonu ambasady zapłonęło światło. Rozdział IIMarkgraf Nadin de Belli, Minister Finansów i szef Partii Ludzi Inteligentnych, z zadowoleniem zatarł ręce. Oto udało mu się domknąć kolejny budżet. Spory deficyt nigdy zresztą nie martwił znanego teoretyka deflacji, z lubością powtarzającego swoją mantrę o konieczności udrożnienia systemu monetarnego. Niemniej niechętne pomruki, dochodzące z Zamku przy każdym kolejnym wywiadzie rozmownego Ministra oraz ostra krytyka ze strony konserwatywnych kół zgrupowanych wokół tygodnika „Przekrój” kazała mu wciąż dbać o pozory. Tym razem jednak udało się nadspodziewanie dobrze, i to bez większych cudów na papierze. Belli ograbił właśnie kilkanaście martwych, a całkiem zamożnych dusz, które nie pozostawiły testamentu, teraz z prawdziwą przyjemnością wpisywał ich mienie po stronie dochodów państwa. Po wczorajszym sukcesie w postaci wprowadzenia systemu opłat do pierwszej gazety („Przeglądu”), a tym samym zapewnieniu państwu podatków także ze sprzedaży mediów, Belli był już pewien, że w Parlamencie nie będzie dużej opozycji. W razie czego pozostawało zawsze nie wypłacenie kolejnej pensji urzędnikom i zaoszczędzenie paru tysięcy albo opodatkowanie aptek, właśnie zaczynającej swoją karierę nowej dziedziny gospodarki. Ale w tym miesiącu nie będzie to potrzebne - także z Bazaru (giełdy towarowej) nadchodziły dobre wieści – boom budowlany spowodował nie widziane dotąd zakupy i szykował się pokaźny zastrzyk podatkowy do kasy państwowej. Nadin de Belli mógł już całkiem realnie żywić swoje osobiste ambicje. Z rozkoszą dobrze nakarmionego kota, lekko mrucząc, rysował na kolejnych kartkach swój herb: „Mieszek” w otoczeniu książęcej mitry. Pozostawało mu tylko jeszcze przekonać Zamek, że trwająca miesiącami stagnacja w rozmowach o ustaleniu kursów walut pomiędzy państwami to nie zaniedbanie ani porażka, lecz właśnie wielki sukces. „My som my, i piszem się my” – powtarzał sobie półgłosem Ojciec Scholandzkiego Izolacjonizmu, kończąc lewą fałdę książęcego płaszcza na papierowym herbie. Może jednak będzie musiał coś rzucić temu upartemu Szwabowi na zamku, pomyśli się o tym jutro. Jakiś niby koszyk walut, jakieś „wstępne porozumienie” o zamierzonym spotkaniu i może się odczepi. Teraz tylko przebrnąć przez Parlament z najlepszym budżetem w dziejach. OK., na dziś wystarczy. Belli wypił siódmy kieliszek Johnny Walkera, przygładził swoje rude loki i chwiejnym krokiem poszedł w stronę swojej sypialni. Nie miał się do czego spieszyć - i tak była pusta. Od czasu sarmacko-komunistycznych oszczerstw na temat moralności członków rządu Anike of Lebland, jego tajna Pocieszycielka, musiała zamieszkać na prowincji. Bynajmniej nie dlatego, że liberalny Belli bał się krytyki swojego prywatnego życia, o nie. Anike była Leblandką, nielegalnie przebywająca w Scholandii, a to już, wywleczone przez media, mogło zwichnąć karierę ministra. Zatem Prześwietny Markgraf odwiedzi swą ukochaną pod koniec tygodnia, gdy już zapcha pysk niezrównoważonemu Strudlowi i obłaskawi Króla. Teraz... Spać, do południa! Nikt w Ministerstwie Finansów nie ośmieli się zbudzić szefa wcześniej.... Następny dzień
był w Scholopolis zwykłym dniem roboczym. Naturalnie dla tych, którzy
tę robotę mieli. Stałą albo dorywczą - tych drugich było więcej. Jadąc
około drugiej po południu do siedziby swego Ministerstwa, Nadin de
Belli zobaczył dwóch wynajętych na godziny przez Marszałka
Strudzińskiego lumpów, którzy wytrwale trzymali skierowane przeciw
niemu hasło: „Rude
W krótkim czasie po całym Scholopolis rozdzwoniły się telefony rządowe, radio przerwało zwykły program, aby podać wiadomość o zamachu. Bo też była to wiadomość szokująca. Królewskie Miasto przeżyło już pucze, rewolucje i bunty, nigdy jeszcze jednak nie dopuszczono się próby zabójstwa polityka. Wydarzenie dnia było tak niezwykłe, że wywołało dziwne reakcje: znający się ludzie patrzyli na siebie z niedowierzaniem, i pytali, jak to możliwe? Czyżby znane w wirtualnym świecie opanowanie Scholandczyków było tylko kolejnym mitem propagandowym? będzie żył! …– Sergiej Kanikov już po raz kolejny powtarzał do lustra swoje przemówienie, które miał wygłosić do Narodu Scholandzkiego w kilka godzin po zamachu na Nadina de Belli. Ćwiczył je ponad dwie godziny i w zasadzie znał już tekst na pamięć, jednak ciągle bał się wystąpienia. No właśnie – Premier miał dziwną jak na polityka fobię, panicznie bał się wystąpień przed kamerami. Gdy tylko stanął przed jedną z nich, zaczynał się pocić i jąkać, pewnie dlatego w publicznych przemówieniach zastępował go właśnie Nadin de Belli. Dziś jednak trzeba było się przemóc. Prawa ręka Premiera – Minister Finansów de Belli znajdował się w szpitalu, wprawdzie obrażeń fizycznych nie miał żadnych, ale jak zwykle w takich przypadkach zaleca się kilkudniową obserwację. Tak również uczyniono w przypadku Markgrafa. Kiedyś o Ministrze de Belli krążyły różne plotki. Miedzy innymi w kuluarach Parlamentu, a nawet na samym Zamku mówiono o jego rzekomej chorobie alkoholowej. Czy jest to prawda – nie wiadomo, ale de Belli wielokrotnie widywany był w nocnych klubach, z których wychodził, lekko mówiąc, kołowatym i chwiejnym krokiem. W narodzie scholandzkim, gdzie prawie wszyscy lubowali się w zabawach przy kuflu piwa, a czasem i w czymś mocniejszym, nikt nie miał pretensji do Ministra, że ten lubi sobie wypić. Problem stanowił fakt, że de Belli pijał trunki sarmackiej produkcji. Nie wiadomo dlaczego, przecież jest powszechnie znane, że Minister Finansów czuje uprzedzenie do wszystkiego, co sarmackie. Ale ich Johnny Walker nie miał sobie równych. Paradoksalnie, to właśnie temu nawykowi Minister zawdzięczał teraz swoje życie. De Belli nigdy nie ruszał się nigdzie bez swojego ukochanego sarmackiego trunku. Tym razem również miał go w swojej ulubionej piersiówce, którą dostał podczas ostatniej kampanii wyborczej od Patryka Szmidta z dedykacją „A otruj się”. I to właśnie Sarmatom i Szmidtowi zawdzięczamy ocalenie Ministra. Nóż, którym zamachowiec się posłużył, najzwyczajniej utknął w piersiówce, przebijając metalową ściankę butelki. Stąd tez wziął się rudobrunatny płyn na koszuli ministra. Zamach został potraktowany bardzo poważnie, mimo że Markgrafowi nic się nie stało. Jednak trzeba było podjąć wszystkie niezbędne kroki i takie zostały podjęte. W mediach prześcigano się w komentarzach i spekulacjach na temat zamachu. Podawano tak absurdalne informacje, że niezbędne okazało się wystąpienie Premiera. Trzeba jednak przyznać, że Kanikov bronił się przed tym jak diabeł przed świeconą wodą, ale po telefonie z Zamku trzeba było się poświęcić… Za trzydzieści sekund wchodzimy na antenę! – Po studiu rozległ się donośny glos reżysera Wittle. Już? – krzyknął premier i pobiegł usiąść na fotel przed kamerą. Jeszcze tylko ostatni łyk wody. Trzy, dwa, jeden, start! – Reżyser dał znak do rozpoczęcia. Na ekranie dużego monitora pojawił się tekst orędzia i Premier zaczął wygłaszać przemówienie. Obywatele i obywatelki! Dziś dokonano zamachu na demokrację! Atak na Ministra Nadina de Belli jest aktem agresji skierowanym również na mnie… to znaczy, na was! Dlatego apeluję o głosowanie na Partię Ludzi Inteligentnych w najbliższych wybora... eee…. Przepraszam to nie ten tekst… a tak, już jest. Informuję was, że zamachowcem jest jeden z redaktorów scholandzkich gazet – nie będę podawał nazwiska, aby nie zaszkodzić śledztwu, bo być może zamach miał źródło gdzieś za granicą. Chciałbym was również zapewnić, że Nadin de Belli będzie żył! Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zamachowiec chybił i Ministrowi nic się nie stało. Dziękuję wszystkim za wsparcie oraz okazaną pomoc i życzliwość. – Premier wybełkotał te słowa w rekordowo krótkim czasie. Wiedział, że kłamie, ale przecież nie mógł powiedzieć, że zamachowiec trafił w butelkę z alkoholem. Co by powiedział Król, gdyby dowiedział się, że Minister ma na wyposażeniu sarmacki alkohol? Na pewno Królewski Majestat poczułby się urażony, w końcu każdego gościa na Zamku częstuje się najlepszym w Scholandii koniakiem, a tu wyszłoby na to, że Nadin de Belli gardzi królewskim trunkiem, zastępując jego spożycie napojem sarmackim. Jest to nie do pomyślenia i Kanikov o tym dobrze wiedział, dlatego należało zrobić wszystko, aby do uszu Króla nie doszła wiadomość o specyficznym i nie patriotycznym zamiłowaniu Ministra Finansów. Premier nie mógł teraz robić wymówek Markgrafowi, bo nie wypadało, kiedy ten leżał w klinice, ale zapamięta sobie tę wpadkę i jeszcze kiedyś się z nim policzy. Teraz jednak wypadałoby odwiedzić Nadina w szpitalu. Premiera łączyła z Ministrem nie tylko przynależność do jednej z partii, ale również wspólne interesy. Zaś na użytek brukowej prasy – nawet udawana przyjaźń. Tym bardziej więc należało odwiedzić Ministra, że pod budynkiem kliniki stały liczne grupki gapiów i niewiast rozmiłowanych w rudych lokach Markgrafa. Wszyscy oni stanowili potencjalny elektorat PLI, dlaczego więc nie skorzystać z okazji i nie pokazać się jako polityk z uczuciami – to na pewno zaowocuje wzrostem popularności. Wprawdzie po rozwiązaniu PPKP Premier nie musiał się obawiać utraty władzy, ale zawsze na wszelki wypadek trzeba było być ostrożnym – Strudolf jest nieprzewidywalny i nie wiadomo, co jeszcze wymyśli. Jadąc do kliniki bocznymi ulicami Scholopolis Premier zauważył, że w niemal wszystkich oknach jest umieszczone zdjęcie Nadina. Czyżby kult jednostki? Tak, to możliwe. W końcu królowi Arminowi też postawiono pomnik za życia – czy Nadina spotka to samo? Kanikov aż wzdrygnął się na samą myśl, w końcu to on sam bardziej zasługiwałby na uwiecznienie w marmurze, a tu taka cześć wobec Ministra Finansów. Trzeba będzie porozmawiać z Resortem Kultury i nakazać, aby wydał rozporządzenie o zakazie stawiania pomników żywym osobom – Premier doskonale wiedział, co ma zrobić, aby nie dopuścić do zrealizowania tego niecnego pomysłu. Choć... jeśli to jemu mieliby postawić pomnik, to czemu nie? Samochód wjeżdżał już na plac przed kliniką, Premier przygładził kruczoczarną czuprynę, w końcu mogli być tam i dziennikarze. Samochód zajechał przed wejście, jego drzwi otworzyły się i wysiadł z nich Premier. Rozentuzjazmowany tłum zaczął bić brawa. Kanikov pozdrowił wszystkich wystudiowanym, zdecydowanym ruchem dłoni i wszedł do budynku. Tak, trzeba przyznać, że Rząd nie skąpi na ochronę swojego zdrowia – te marmury, dywany, pozłacane klamki, jedwabne ręczniki w łazienkach i barek na piętrze sprawiały, że Ministrowie bardzo często chorowali i wcale nie spieszyło im się do powrotu do zdrowia. Sala, w której przebywał Markgraf de Belli, znajdowała się na drugim piętrze. Przed wejściem stało trzech ochroniarzy, którzy na ramieniu mieli wypisany skrót SSB - Scholandzka Służba Bezpieczeństwa. Premier minął ochroniarzy, którzy głębokim ukłonem głowy wyrazili swój szacunek dla Kanikova – teraz mogli być pewni rychłych awansów, w końcu Hrabia Tanis, tak jak wszyscy lubił, gdy trochę połechtano jego poczucie szacunku u obywateli. Jak wspominano, gdy po nominacji na stanowisko Premiera telefony milczały i nikt specjalnie nie spieszył z gratulacjami, Kanikov sam dzwonił do ważnych Scholandczyków i domagał się składania życzeń i gratulacji. Dobrze o tym wiedzieli ochroniarze, których informacje mogłyby posłużyć niejednemu dziennikarzowi do pisania sążnistych artykułów. Byli jednak lojalni i nie zdradzali sekretów usłyszanych za kuluarami. Premier Kanikov wszedł na salę i zamknął za sobą duże, szklane drzwi. Na korytarzu została cala świta Premiera, teraz można było się jedynie domyślać, co się działo za tym drzwiami…. Gdy tylko
Kanikov wszedł do pokoju, ujrzał wygodnie leżącego Ministra. Nie
wyglądał on już na niedoszłą ofiarę zamachu. Kanikov chciał mu wszystko
wygarnąć, wykrzyczeć, że nie miał prawa pić sarmackiego trunku.
Przecież picie sarmackich alkoholi w Scholandii było traktowane prawie
jak zdrada stanu. Stosunki między obydwoma krajami były
niesamowicie napięte. Kanikov jako Minister Spraw Zagranicznych nie
umiał temu podołać. Osobiście brakowało mu Bartkiewicza, ten dopiero
umiał Sarmatów przypilnować. A tak Bartkiewicza nie miał i został sam,
on, który nie studiował nawet stosunków dyplomatycznych na
uniwersytecie. Premier był bardzo zły na Nadina, ale jednocześnie tak
zdenerwowany porannym wystąpieniem, że nie powiedział tego wszystkiego,
o czym myślał. Wiedział, że to, co wie, może bez problemu wykorzystać
przeciwko Markgrafowi w razie ewentualnego odejścia ministra z PLI. A
wszystko wskazywało na to, że Nadin chce być zdecydowanie kimś więcej
niż jedynie Ministrem Finansów. Miał on instynkty przywódcze, a choć
przewodził PLI, to w wewnątrzpartyjnych kręgach tegoż ugrupowania
politycznego mówiło się, że de Belli musi odejść, bo hamuje rozwój
Partii. W drodze do szpitala Kanikov intensywnie o tym rozmyślał, ale
już wtedy postanowił, że pod żadnym pozorem nie objawi swoich opinii.
Tak więc, gdy wszedł do pokoju swojego - A co z napastnikiem? - Zwiał tym dupkom ! Ale szukamy, mamy już podejrzanych o zlecenie morderstwa. Zdziwiłbyś się, kim oni są. - Chętnie się dowiem. - Otóż podejrzewamy Strudolfa. Czekański także mógł to zrobić. - Strudziński? - Tak przynajmniej podejrzewamy. SSB wie już, że Strudziński nie ma alibi na wczorajszy wieczór. Może spotykał się z mordercą. Na razie o nic go nie oskarżamy, ale istnieją pewne poszlaki, które mogą wskazywać na niego. - Czy SSB zaczęło poszukiwania? - Natychmiast po zdarzeniu. Co do Czekańskiego, podejrzewamy, że wiedział o zamachu wcześniej, inaczej co miałby do roboty pod gmachem ministerstwa? - Coraz mniej mi się to podoba. - Słuchaj, musze lecieć, niedługo cię odwiedzę, ale na razie obowiązki czekają. Poza tym Król wezwał mnie na Zamek. Nie będzie to łatwa rozmowa. Jutro podeślę ci znów jakiś koniak. - Idź już. Dwaj politycy PLI pożegnali się i Premier wyszedł. Nadin został sam. De Belli miał dość rozmowy z Kanikovem. Dzięki Bogu nie wyrzucał mu aż nadto tego Johnny Walkera. Zmęczyło go jednak to wypytywanie o budżet na następny miesiąc. " Co go obchodzi budżet? Zostałem zaatakowany, czy go to nie wzrusza?"- myślał. Nadin, choć zmęczony cieszył się, cieszył się, że jego najtajniejsza intryga nie została odkryta. A na dodatek wszystko może spaść na Strudzińskiego lub nawet Czekańskiego. A może obu naraz? Trzeba tylko podsunąć łatwowiernemu Premierowi hipotezę, że Strudziński działał na zlecenie Czekańskiego i obydwu będzie miał z głowy. Położył się z powrotem na swoim wielkim szpitalnym łożu, w końcu lecznica nie żałowała swoim pacjentom należnego im komfortu. Zawołał jedną z pielęgniarek i poprosił o przyniesienie mu piwa St. Ulrich, za dużo ostatnio pił sarmackich trunków, przez co groziła mu teraz może nawet utrata stołka. Pielęgniarka po dłuższych namowach zgodziła się przynieść piwo z Królewskich Browarów. Po pięciu minutach ktoś zapukał do drzwi. De Belli zawołał: - Proszę. Drzwi otworzyły się, lecz nie wkroczyła przez nie wcale oczekiwana osoba, choć niosła jednak kufel najlepszego Scholandzkiego piwa. Był to przebrany za sanitariusza młody mężczyzna. - , Co tam u ciebie? Przyniosłem Ci coś do picia. - Jak tu wszedłeś? - Spytał de Belli, gdyż osobą, która przed chwila wkroczyła do jego pokoju był .. Ronald Regan, nieudany redaktor „Scholejusa”. - Wiesz, musisz wzmocnić ochronę. Prześliznąłem się dosyć łatwo, choć też jestem podejrzany. Ale tym idiotom zwiałem z dziecinną łatwością. To ty zakładałeś SSB? Skąd wziąłeś te łosie? De Belli nie był zaskoczony wizytą Regana, wręcz przeciwnie. Oczekiwał jej. Jedyne, co go zdziwiło, to fakt, że Redaktor Scholejusa wchodził sobie jak gdyby nigdy nic głównym wejściem. Wiadomo, do pilnowania Ministerstwa specjalnie wyznaczono dziś największych osłów w scholandzkiej policji, ale szpitala pilnowali przecież inni. - W zasadzie dwuznaczność wypowiedzi Premiera poszła mi na rękę. Teraz wielu spekuluje myślą, że to Strudolf chciał cię zabić. On miał w tym większy interes. W końcu popierałeś wprowadzenie papieru i opłat za gazety. - Wiem, że myślą, że to on. Dlatego wybrałem Ciebie. Jesteś osobą znaną, kontrowersyjną, a przy okazji nie miałeś wyraźnego interesu w mojej śmierci. Minister Finansów prowadził sobie rozmowę jak gdyby nigdy nic, ze... sprawcą zamachu na niego. Regan był bardzo z siebie zadowolony. Tego dnia na jego konto wpłynęło aż 1000 arminów. Taka suma nie trafia się co dzień przeciętnemu pismakowi. Teraz tylko przeleje pieniądze na konto w Sarmacji i może wyjeżdżać ze Scholandii. Zresztą i tak prowadzenie gazety w tym kraju nie okazało się żyłą złota. Te ciągłe krytyki pod jego adresem! Liczył na to, że jego krytykancka gazeta będzie szalenie popularna, niestety się przeliczył. Najgorsi byli "koledzy" po fachu. Jeździli po nim niemiłosiernie, mówili nawet, że Scholejus to nie gazeta, tylko nędzny blog. "Ale dziś powinienem się cieszyć, odejdę ze Scholandii bogaty, jednocześnie oddając Strudzińskiemu wilczą przysługę. Ciekawe, co on teraz myśli, co napisze w Przekroju? A jak zareagują Res Publica i Przesłaniec?" Regan snuł swoje marzenia, patrząc na Markgrafa. A marzył o zniszczeniu reputacji Strudzińskiemu. To zresztą wyszło mu dobrze, wielu podejrzewało teraz Strudzińskiego o najgorsze. Redaktor Scholejusa zastanawiał się jednak, w jaki sposób zniszczyć jeszcze Smorędę. Ta idiotka nie była zbyt miła dla jego gazety. "Teraz pora na nią", mówił sobie w duszy Regan., "Jeszcze nie wiem, jak, ale to zrobię, ale pożałuje, że się w ogóle urodziła". - Ronaldzie! Posłuchaj. Może być ciężko, powinieneś szybko opuścić Scholandię, bo jak znam życie, te dwie baby zaczną wkrótce grzebać i dowiedzą się, że to nie Strudolf za tym stoi. Oczywiście postaram się coś z tym zrobić, w końcu jesteśmy w tej samej partii, ale one są nieobliczalne. Nie możesz jednak opuścić Scholandii teraz, bo się domyślą. Poczekaj jeszcze z dzień, dwa. - Nadin, nie truj. - Regan mógł sobie pozwolić na taką bezczelność wobec Markgrafa. W końcu miał go teraz w ręku. Nadin szybko odstawił piwo, które właśnie w dużym tempie spożywał. - Posłuchaj, wiem, że jako dziennikarzowi wydaje ci się, że wiesz wszystko, ale lepiej zrób, co mówię. Dla własnego dobra. Wyjedź z kraju jeszcze w tym tygodniu. - No, skoro nalegasz. Zresztą, co ty mnie obchodzisz, zrobiłem to dla pieniędzy, a ty jakiś dziwny jesteś. Może powinieneś odwiedzić Klinikę w Mariusburgu? - Daj spokój, to byłe miasto już mnie nie obchodzi. - Ale ty naprawdę potrzebujesz lekarza. Zlecać zamach na samego siebie! - Za dużo chcesz wiedzieć. Ja mam swoje powody, a tobie nic do nich. Nie wtykaj nosa tam gdzie... - Minister nagle przerwał. Usłyszał kroki na korytarzu. To musiała być pielęgniarka, którą wysłał po piwo. - Idź już, pielęgniarka wraca. Jak myślisz, co zrobi jak cię tu zobaczy? - Ale ty mądry jesteś. Tylko jak mam stąd wyjść? Przecież i tak mnie zobaczy, jak będę wychodzić. - Masz rację, nie pomyślałem Kroki były coraz głośniejsze. Nadin i Regan siedzieli w milczeniu. Ani jeden, ani drugi nie mięli pojęcia, co zrobić. Co zrobi pielęgniarka, jak ich zobaczy? W końcu, na niecierpliwy gest ministra, Regan zniknął pod jego szerokim łożem. " - Witam pana profesora - zaczął nieśmiało rozmowę ambasador Wiewióra. Widać było, że to nie sama profesura wzbudzała jego szacunek. Gość nazwany Profesorem musiał być kimś znacznie więcej. - Arturze, bez zbytnich uprzejmości. Jesteśmy tu w końcu w interesach - powiedział nieznajomy rozmówca, nerwowo kręcąc się po ciemnym pomieszczeniu. Ambasada Dreamlandu po zmroku wyglądała ponuro. Znajdowała się ona w dawno nie remontowanym budynku, pamiętającym jeszcze czasy "Wielkiego Desantu". - Bardzo się cieszę, że wreszcie mogliśmy się spotkać - zaczął spotkanie ambasador - Pragnę Ci więc przedstawić zapowiedzianego rozmówcę. Wasza Wysokość... Zapraszamy! Zza kotary wynurzyła się rosła postać duchownego, odzianego w purpurę. Był to we własnej osobie Filip von Schwaben, młodszy brat Miłościwie Panującego Króla Scholandii i ambasador Królestwa w Dreamlandzie. Jego Królewska Wysokość przybył tu prosto z pierwszej płatnej (i przez to bardzo uroczystej) Liturgii w swojej archikatedrze. - Teraz jesteśmy w komplecie - kontynuował ośmielony Wewióra - Na początku chciałbym poinformować Waszą Wysokość, że Rząd Dreamlandu bardzo niepokoją ciągłe zawirowania na scenie politycznej Scholandii. Pragniemy pomoc wam w unormowaniu tej sytuacji. Do pokoju wszedł kamerdyner, wnosząc tacę z kieliszkami wybornego elsynorskiego wina. Postawił ja na małym stoliku na środku stołu i wyszedł. Pokój, w którym ambasador zorganizował spotkanie urządzony był klasycznie. Po ścianami stały regały wypełnione literatura klasyczna i prawnicza. Na środku pokoju stały trzy fotele i ława. Okna były zasłonięte zielonymi zasłonami i jedynym źródłem światła była duża menora - 9-ramienny żydowski (a może masoński?) świecznik. Filip wypił duży łyk wina i opadł na fotel. Patrzył, słuchał i zastanawiał się, jaki interes przywiódł tu tego człowieka z dreamlandzkim akcentem, do którego z taką czołobitnością odnosił się Ambasador Dreamlandu. - Szczególnie niepokoją nas ciągłe wybryki Markgrafa de Belli i jego częste alkoholowe eskapady. Przez jego alkoholowe ciągi Ministerstwo Finansów do dziś nie było w stanie ustalić kursu przeliczania naszych walut, na czym cierpi wymiana gospodarcza. Ufamy, ze panowie, jako wysoko postawione osoby w Scholandii i jednocześnie przyjazne Dreamlandowi szybko rozwiążą ten problem. Jesteśmy gotowi oferować za to wysokie wynagrodzenie finansowe – „Profesor” był dość bezpośredni, z wielka pewnością siebie przemawiał do Silnego Człowieka Scholandii i jej niedawnego Regenta. Kto za nim stał? Chyba nie tylko Rząd Dreamlandu! - Więc co mam zrobić? Usunąć Belli? To dałoby się zrobić! Ale nie za darmo! Przysługa za przysługę. Pozbędziemy się de Belli, jeżeli wam na tym zależy, ale za to chcemy usunięcia ze stanowiska szefa Waszego Banku – Vilgefortza. Przeszkadza on nam dawno w naszych szemranych interesach, a i prywatne konto Markiza na tym traci. Zgadzacie się? - To prerogatywa Króla. Ale Król je mi z ręki - odparł Wewióra, po czym wyszedł na chwilę do swojego gabinetu. Stamtąd szybko wykonał kilka telefonów i podnieconym z radości głosem oświadczył: - JKM eMBe wyraża na to zgodę - nalał sobie kolejny kieliszek wina. - W takim razie wszystko ustalone - powiedział Profesor - do zobaczenia za tydzień. Patriarcha wziął komórkę, wezwał swój samochód i szybkim krokiem wyszedł z Ambasady przez główne wejście. Nie musiał obawiać się szpiegów. Wszyscy wiedzieli o jego zażyłych stosunkach z Ambasadorem. Jego Królewska Wysokość uchodził bowiem, obok Premiera, za głównego poplecznika Dreamlandu w Scholandii. - Dobra! Zatem dobiliśmy dobrego targu. Ekscelencja zechce go ze mną oblać? - Tajemniczy gość zwrócił się do Ambasadora, jakby już nie raz oblewali wspólne interesy. Wewióra skinął głową. Czasem warto poświęcać duszę abstynenta, w tej Scholandii wszyscy piją, poczynając od Zamku. Za chwilę obaj panowie opuszczali budynek ambasady Dreamlandu, Kiedy trzasnęła za nimi żelazna bramka na tyłach ambasady, zaczęła się nowa rozmowa: - Wojtku, ale to mógł być błąd, że się zgodziliśmy. - przerwał ciszę Wewióra – Przecież Vilgefortz to dreamlandzki patriota! - Nie denerwuj się - odpowiedział Wojtek – Loża chce jego upadku! Loża kazała mi Tobie przekazać, że Vilgefortz już nie jest jej potrzebny. - Jak to?? - Wiedzieliśmy już dawno, że i Filip ma swoje niejasne interesy w naszych nieruchomościach. Gdy więc zaczną się w tym grzebać w Dreamlandzie, dowiedzą się najwyżej, że eMBe usunął szefa Banku na jego żądanie. Najwyżej ktoś pokrzyczy o scholandzkich machlojach. My tymczasem zrealizujemy nasz Wielki Skok na Kasę! - Racja, osiągnęliśmy wielkie rezultaty... Teraz trzeba świętować - Markiz uśmiechnął się szeroko. W tym radosnym nastroju obaj zmierzali do wykwintnej restauracji „U Pasibrzucha”. Knajpa ta posiadała ukrytą sale dla elit, za potrójne ceny, ale gwarantującą anonimowość,. To tu obżerali się Jumper z Knoblem, tu upijał się do nieprzytomności Nadin de Belli, gdy akurat nie miał okazji skosztować specjałów zamkowych ani nie był u kochanki. Nikt z prostego ludu nie odwiedzał tej obskurnej i zapuszczonej, lecz piekielnie drogiej speluny, wiec można w niej było spokojnie porozmawiać. Przy drzwiach do sali dla VIP-ów, zwanej popularnie Center Clubem stal ochroniarz. Groźnym głosem, na dźwięk którego włos jeży się na głowie, zapytał obu gości: - Hasło? - Schwaben - Na kogo zamówiony stolik? - Na nazwisko: Wojciech Holenstein..." - odpowiedział Profesor. Strudolf, dowiedziawszy się o zamachu poczuł się niepewnie. Czyżby wynajęte przez niego lumpy okazały się zbyt pracowite? Możliwym było, że chcąc przypodobać się swojemu chlebodawcy i licząc na lepszą pensję dokonali tej zbrodni. Widocznie nie wiedzą, jakim ich przełożony jest dusigroszem, i że ewentualna podwyżka nie wchodzi w grę. Nawet za wysadzenie zamku! Teraz dla marszałka sprawą najważniejszą stało się oczyszczenie z zarzutów. Wszyscy wiedzą, że nie darzy on de Bellego sympatią i na pewno jest na liście podejrzanych o próbę zamachu. Rozważając wszelkie możliwości, uznał, że najlepiej wykonać jakiś spektakularny gest przyjaźni. Zdecydował, że odwiedzi „kolegę” w szpitalu. Traf chciał, że akurat znajdował się w pobliżu. W chwili podania wiadomości o zamachu blokował razem z kolegami farmerami za pomocą traktorów pobliską ulicę. Był to protest przeciw zaleganiu ich ofert na scholandzkim Bazarze. Przed wejściem do rządowego szpitala udał się do kwiaciarni. Wprawdzie kwiaty były w niej troszkę drogie, ale co tam, najwyżej potrąci troszkę lumpom. Niech drą się godzinę krócej następnym razem. Wszedł do sali
Nadina. Nadin krzyknął: -Ratunku on ma sztylet w bukiecie, ochrona! Chce mnie znów zabić. To on! Poznaję go po tym młodzieńczym wąsie!! - Ale.. Hm.... eeee.
Do sali wbiegło dwóch drabów. Strudolf zobaczył po ich minach, że nie
uratuje go parlamentarny immunitet. To były typy spod ciemnej gwiazdy,
których Minister używał na co dzień do wykopywania zwłok na cmentarzu,
aby ograbiać martwe dusze z ostatnich zaskórniaków. Przerażony
Marszałek rzucił bukiet i drugimi drzwiami, przez dyżurkę pielęgniarek,
uciekł z budynku. Wsiadł na swój traktor, i ruszył z kopyta,
przez co zyskał trochę na czasie. SSB miała jednak samochody dyżurne
pod lecznicą, które na polecenie Nadina z komórki natychmiast ruszyły w
pościg. Szczęśliwie dla Marszałka pomogli mu jego koledzy z blokady.
Nadin de Belli był zadowolony z obrotu wypadków. Taka okazja! Strudolf we własnej osobie, pragnący dobić przeciwnika! To będzie tytuł dla mediów! Dowód spisku! Wprawdzie bezpośredniego dowodu brakuje... Może to jednak pudło! Ale zaraz! Ten bukiet.... Bukiecik się spreparuje! Jego draby nie takie rzeczy umiały. W końcu ściągnął paru z nich wprost z Sarmacji, gdzie na zlecenie komunistów zajmowali się fałszowaniem depesz, logów i maili, okradaniem kont bankowych i preparowaniem fałszywych oskarżeń. Tym razem trochę techniki... włożą małą bombkę między łodygi i w ten sposób unieszkodliwi się Strudolfa. Oczywiście w ramach odszkodowania minister otrzyma cały majątek Marszałka. Nadin radośnie się uśmiechnął i pociągnął z ukrytej pod poduszką piersiówki. Pokrzepiony i pełen nowych idei postanowił natychmiast wyjść ze szpitala. Komedia skończona! Nie warto już tracić czasu, i tak za chwila pojawią się nowe, wstrząsające komunikaty o Marszałku-zabójcy! Kto w takiej sytuacji będzie jeszcze pytał, jak bardzo ranny był Markgraf? Jego misterny plan powoli zaczynał się realizować. Minister lekkim gestem przykazał ochroniarzom, by śledzili go z daleka. W końcu nie muszą się gapić, jak będzie w znanej sobie melinie przy piątym kasztanowcu kupował sarmacką whisky z przemytu... Przeszedł spacerując alejami ulicy Parkowej. Idąc bawił się rozkoszną myślą o upadku Strudolfa i już przeliczał jego aktywa (miał je wszystkie w pamięci, jego ulubioną rozrywką było nieustanne kontrolowanie kont bankowych wszystkich liczących się obywateli). Ale i w takiej chwili nie dane mu było zaznać spokoju. Jakby wszystkich wydarzeń było na dziś mało, nagle z krzaka wychynęła gibka, młodzieńcza postać. Piotr Kalmus, aptekarz, skandalista od mokrych podkoszulków, i niedoszły mistrz Scholandii w skoku o tyczce, wreszcie poczuł, że ma swój dzień. Jego wielodniowe polowanie na Bellego, cierpliwe czaty pod ministerstwem, nieprzespane wieczory pod knajpą „Pasibrzuch” wreszcie zdawały się iść ku końcowi. Kalmus podszedł do zaskoczonego ministra ze strażacką siekierką w ręku: -Dzień dobry, widzę, że pana głowa boli. Zapraszam NIEZWŁOCZNIE do mojej apteki. Lekarstwa na pewno panu pomogą. Sprzedam Panu od razu dwie tony najnowszych pastylek wytrzeźwieniowych, za pięć tysięcy arminów, płatne czekiem! Ponadto, jeśli da mi pan na piśmie obietnicę poparcia w parlamencie wniosku o zniesieniu podatków dla sektora zdrowotnego, jestem skłonny dać panu 0,005% zniżki. Przy tych słowach niedwuznacznie pociągnął palcem po ostrzu siekierki. Belli poszarzał. Nerwowo rozejrzał się wokoło: „Gdzie moje draby?” – Błyskawicą przemknęło mu przez mózg, że po raz kolejny ochroniarze go opuścili. Wszystko przez tą „Pornolandię”. Ile razy trasa wypadała obok erotycznej wystawy na rogu Parkowej, jego zbóje nie mogli się powstrzymać i oglądali plakatowe lolitki. Już kilkakroć zgubili przez to swego pryncypała Ale czasu na myślenie nie było. Zdesperowany aptekarz coraz wyraźniej przymierzał swą siekierkę do jego szyi. Belli musiał powiedzieć cokolwiek: -Akurat nie wziąłem z sobą książeczki czekowej. Ale mogę przyjść do pana za godzinę. Kalmus roześmiał się w sposób, który nic dobrego nie wróżył. Ostrze siekierki musnęło brodę ministra. -Tak długo nie chce mi się czekać. Przecież pana zdrowie WYRAŹNIE jest zagrożone... Musi pan coś łyknąć natychmiast! Ba dowód bardzo wielkiego zagrożenie zdrowia ministra siekierka lekko stuknęła o jego rudo zdobioną czaszkę. Belli, znany z obojętnego stosunku do wszelkich świętości, zaczął się w duszy modlić.... Niezwyczajna ciemność panowała tego ranka w sali balowej Zamku Królewskiego w Scholopolis. JKM Armin Frederik był tego poranka niewyspany i wyraźnie zdradzał oznaki zmęczenia. Szybkim krokiem podszedł do małego stolika, który stał przy oknie. Codziennie rano pił kieliszek najlepszego ardeńskiego likieru z maracuji. Uwielbiał jego kolor i zapach... Mógłby jeszcze długo delektować się jego smakiem, gdyby nie nagłe wejście lokaja. Jego głos przeszył głuchą cisze panującą w sali. - Wasza Królewska Mość, przyszedł Premier hrabia Siergiej Kanikov - echo tych słów długo odbijało się od ścian pustej sali, zanim spotkało się z odpowiedzią. - Niech wejdzie - powiedział oschle, bez zainteresowania Król. Nie lubił jakichkolwiek wizyt o tak wczesnej porze, a szczególnie wizyt premiera, gdyż jego glos wywoływał u monarchy dotkliwe bóle głowy. Armin Frederik nie był fanem, PLI, ale musiał to skrzętnie ukrywać, przynajmniej publicznie. Natomiast członkowie partyjnej góry mieli niejednokrotnie przekonać się, po czyjej stronie NIE są sympatie Króla. Otworzyły się główne drzwi i wszedł nimi zapowiedziany Premier. Już u wejścia skłonił się ceremonialnie. Pomimo energicznego wejścia i dziarskiego kroku, na jego twarzy można było ujrzeć ślad niezdecydowania i niepokoju. Rzadko bywał na Zamku, ale ilekroć to robił zawsze miał przy tej okazji powodu nieprzyjemności. Ten budynek przerażał go już na wejściu, rozmowy tutaj były najcięższymi chwilami w jego pracy a twarz Króla śniła mu się potem po nocach. Nie warto owijać w bawełnę: Kanik Króla się bał. Po rozmowach z nim wychodził taki mały, jakby nie był premierem potężnego państwa, ale skarconym przez surowego nauczyciela uczniakiem podstawówki. - Wasz Królewski Majestat chciał się ze mną widzieć? – Premier nie wiedział, jak zacząć rozmowę. JKM stał tyłem do niego oglądając stara mapę królestwa. Nagle gwałtownie odwrócił się. Z jego oblicza biło dostojeństwo i równocześnie niezadowolenie. Premier na ten widok niechcąco zrobił gest, jakby chciał postawić krok w tył, jakby chciał uchronić się przed atakiem... - Ile razy mam Panu powtarzać, że Nadina trzeba uspokoić! Zaczęło się kolejne kazanie, pomyślał Kanikov - Ale... - ostatkiem swej odwagi próbował się tłumaczyć - Nie ma żadnego "ale"! Albo Nadin przestanie pić, albo koniec z jego kariera polityczną. Rozumiemy się, Hrabio? Scholandia nie może sobie pozwolić na takie skandale! – Tym razem Król wyrażał się krótko - Myślę, że uda się go przekonać - Przekonać? Wysłać go na odwyk do Mariusburga! - Postaramy się, Wasza Królewska Mość! - To dobrze. Jutro chciałbym zobaczyć na moim biurku raport wyjaśniający, jak doszło do napaści na Nadina. To tyle... Proszę zostawić mnie samego, chcę odpocząć. Szybkimi krokami Kanikov zaczął zbliżać się do drzwi, gdy nagle zatrzymało go ostatnie pytanie władcy. - Jak on się czuje? - Dobrze - Niech Pan mu przekaże moje pozdrowienia. I niech weźmie się w garść. To dla jego dobra.. Tak, tego się też można było spodziewać. Król nie cierpiał alkoholików, choć sam doceniał szlachetne trunki. Ale miał słabość do Nadina, jednego ze współtwórców potęgi Scholandii. Jakkolwiek by to nie brzmiało, jaka by nie była różnica pozycji i urodzenia, można było wielokrotnie zauważyć, że Król odczuwał w stosunku do niego coś w rodzaju przyjacielskiej lojalności. Kanikov mu tego zazdrościł. Nawet teraz, gdy Nadin jest w dołku, Król nie pozwoli mu upaść – to było widać. Teraz będzie aplikował mu wstrząsową terapię jego, Kanikova, rękami! Tylko ktoś, kto oglądał takie sceny na Zamku mógł mieć pojecie, jaka jest prawdziwa skala wpływów Korony na politykę Scholandii. Insiderzy wiedzieli, że wszechmocny według konstytucji Premier Kanikov będzie się bał ruszyć palcem, jeśli to nie spodoba się na Zamku. Król cieszył się olbrzymim autorytetem, i choć nie dawał nigdy odczuć tego publicznie, potrafił się tym znakomicie posługiwać. I Kanikov dobrze o tym wiedział. Teraz jednak mógł już bezpiecznie opuścić pałac i udać się na upragnioną pośniadaniową sjestę. Ostatnio dużo chorował i chyba należały mu się te dodatkowe godziny snu ... Jednakże, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi Sali, usłyszał za sobą dobrze znany, trochę zachrypnięty głos. - Średnio się ostatnio sprawujesz, Siergieju - Profesor?? Myślałem ze wyjechałeś!! - powiedział zaskoczony Kanikov. Jak on się tu dostał? Jakie wpływy musiał mieć ten człowiek i jego organizacja, skoro o takiej porze mógł się znaleźć w przedpokoju Króla? Skąd wiedział o niezapowiedzianym i niejawnym spotkaniu? - Loża musi uporządkować jeszcze kilka spraw w Scholandii. Po pierwsze de Belli musi zniknąć. Nie obchodzi nas, jak to zrobisz. Masz czas do wtorku wieczorem. Filip ci pomoże, ma w tym swój interes – Holenstein mówił to spokojnym głosem przyglądając się badawczo zmieszanemu Premierowi, jakby chciał ocenić jego dalszą przydatność do swoich intryg.. - Ale Nadin już leży w szpitalu – Kanikov mimo wszystko potrzebował Markgrafa i chciał wykręcić się od tego zadania. - Pamiętaj ile dla ciebie zrobiliśmy! Kto dał pieniądze na kampanie wyborczą, kto poprawiał wyniki? A kto poprawi następne? - Rozumiem... - W głosie Premiera słychać było rezygnację. - Po drugie oczekujemy, że jak najprędzej odwołasz ministra gospodarki Lamperskiego i zastąpisz go naszym człowiekiem, Wittle. Pamiętasz, co nam obiecywałeś? - Wystarczy, pamiętam - Bądź jutro na spotkaniu loży o 20.00. Miejsce jak zawsze. Przedstawimy ci twojego nowego ministra... „Nie ma innego wyjścia - pomyślał Kanikov - Nadin musi zniknąć.... Ale co na to Król? Jeśli odkryje mój udział w tym, jestem skończony” Premier poczuł się jak zwierzę w matni. A wybory już za miesiąc. Wszechmocny Gaua, czyli jaśnie oświecony Książę Darei, stał przy oknie swojego tajnego mieszkania przy Parkowej. To tutaj zabawiał się w przerwach między zakładaniem lipnych „eksperymentalnych firm” i wysysaniem pieniędzy z systemu gospodarczego. W związku z męczącym trybem pracy Gaua nieco zdziczał – siedzenie przed ekranem giełdowego komputera i przy kolumnach cyfr zabiło w nim potrzebę bywania na świeżym powietrzu. Spacery go nie bawiły, urlop uważał za stratę czasu, nie dawał się wyciągać na żadne pikniki. Wyjątkiem były libacje scholandzkich finansistów i systemowców, na których Gaua bywał regularnie. Ale te odbywały się w ciemnych i niedostępnych salkach „Pasibrzucha”, na hasło dla wtajemniczonych. Można więc powiedzieć, że Gaua „przestał się przewietrzać” i dostał czegoś, co w fachowym języku nazywało się aerofobią. Lekarze zaczęli alarmować. Książę zakupił więc już przed rokiem to miłe mieszkanko z oknami na park miejski i w godzinach sjesty oddawał się „przewietrzaniu płuc”. Polegało ono na staniu przy uchylonym oknie i obserwacji przeciwległej alejki parkowej przez lunetę. Od czasu do czasu, żeby sprawić sobie sztubacką radość (komputer zabrał mu przecież dzieciństwo) Jaśnie oświecony strzelał do wiewiórek za pomocą swojej elektronicznie wspomaganej dmuchawy, wyrzucającej lotki z substancją usypiającą. Doszedł już do takiej wprawy, że trafiał dziewięć na dziesięć biednych rudych stworzeń za pierwszym razem. Szczególnie zabawnie wyglądały spadające z drzew wiewiórki, gdy leciały prosto przed pysk przebiegającego obok psa albo pod nogi jakiejś wystraszonej staruszki. Od przynajmniej trzech miesięcy mówiło się w Scholopolis o dziwnym nieznajomym Wiewiórka-Killerze, w międzyczasie i policja, i elity stolicy dobrze już nawet wiedziały, z którego to okna wylatują usypiające lotki, ale w interesie dobra Scholandii i stabilności jej waluty wszyscy odpowiedzialni za porządek nabrali wody w usta. Nawet opozycyjny Strudolf udawał, ze nie ma tematu i jego Przekrój nawet się o tym nie zająknął. Po pierwsze bowiem: Gaua był niezastąpiony, po drugie: miał olbrzymie poparcie na Zamku i był nie do ruszenia, po trzecie zaś Scholandia nie dochowała się żadnego Ruchu Obrony Wiewiórek czy innych zielonych ekstremistów, którzy mogliby się dobrać Gale do skóry. Zatem Prezes Banku stał przy oknie i czatował na kolejną lekkomyślną wiewiórkę. Już miał z nudów strzelać do byle wrony, (co też mu się czasem zdarzało), gdy nagle jego bystre oczy, wzmocnione okularem lunety, wypatrzyły w prześwicie gałęzi rude futerko. JEST! Gaua szybkim, zdecydowanym ruchem sięgnął po dmuchawę leblandzkiej produkcji (jedna z niewielu rzeczy, jakie udało się wyprodukować w Leblandii to egzotyczna broń do wszelkich makabrycznych zabaw).Z doświadczenia wiedział, że zawsze trzeba mierzyć lekko poniżej ciała, jego dmuchawa troszkę przenosiła w górę. Książę wymierzył i nacisnął spust... Lotka z delikatnym furkotem opuściła lufę i pomknęła ku swemu celowi.
Trzęsący się ze strachu Markgraf de Belli nawet nie poczuł delikatnego
uderzenia w łopatkę. Być może wypite od rana pół piersiówki Johnny
Walkera także osłabiło jego reakcje na bodźce zewnętrzne. De Belli obudził się z bólem głowy i zdrętwiałymi plecami, które odczuwały jeszcze skutki kontaktu ze skuteczną bronią Gauy. Zdziwiło go tylko miejsce, w którym się obudził. Było to niezwykle jasne pomieszczenie, w którym tylko wejście wydawało się być nieco ciemniejsze. Belli domyślał się, że przespał całą część wstępną z białym światełkiem i obudził się już do fakcie. Inaczej wyobrażał sobie scholandzkie niebo. Przed wszystkim - dlaczego tak go rypią te plecy. Przecież już umarł... Nagle, z nieprzeniknionej bieli wyłonił się postawny, nieco podstarzały osobnik. Belli był już pewien, że teraz odbędzie się sąd nad nim. Zaczął więc żałować, że nie przyznawał się do swoich błędów, że ograbiał martwe dusze, że pił ponad wszelką miarę, nawet że kłócił się z Czekańskim o to, kto i kiedy ma odpowiadać na pytania obywateli. Żałował jednak skrycie i tego, że nie skosztuje już więcej sarmackiej whisky, ani scholandzkiego koniaku. Jedyna rzecz, która dodawała mu nadziei, to plotka zasłyszana na jednej z mszy w scholandzkim Kościele, że nektar, tak hołubiony w Niebiosach jest lepszy od wszystkich ziemskich trunków. To dodawało mu odwagi. Może nie będzie tak źle.. - Jak się pan czuje, panie Urbańczyk ? To pytanie zadał mu osobnik ubrany na biało. Skrzydeł gość nie miał. A i głos nie był głosem anioła, który po pracy leci do chóru, by umilić życie Wszechmogącego. Przypominał raczej głos zmęczonego życiem stróża nocnego, który w czasie swojej zmiany lubi sobie popić. De Belli dobrze znał takie głosy. Nie raz musiał poradzić sobie z męczącą chrypką przed zebraniem Parlamentu. - „Ale o co chodzi??? Co się dzieję, do cholery"- pomyślał De Belli. Dopiero teraz zauważył, że dosyć duże trudności sprawia mu wstanie z pozycji równoległej do podłogi białego pomieszczenia. Jego spokój jednak bardziej zakłócała myśl o jego nowym nazwisku. Skąd oni wytrzasnęli to nazwisko??? Przecież prawie każdy w Scholandii zna jego twarz. Nieco zaczerwienioną, z potarganymi rudymi włosami. O co tu chodzi??? - Panie Urbańczyk... Znowu Pan uciekł... Nieładnie... Tym razem potrzymamy Pana dłużej w izolatce. Niech się Pan cieszy, że kaftaniku nie założymy. Jak tak można?.. My dla Pana tyle dobrego robimy, a Pan tak się nam odwdzięcza. A teraz nawet upił się Pan jakimś gównem.... Niedobrze... Dłużej Pan u nas posiedzi "Więc to jednak nie Niebo" – błyskotliwie, jak na obecny stan umysłu spostrzegł De Belli. "A miało być już tak pięknie"." Co się stało" Pytania kłębiły się w głowie Markgrafa, ale promile, które krążyły w jego krwi skutecznie nie pozwalały mu znaleźć żadnego logicznego wytłumaczenia...
Piotr Kalmus był z siebie dumny. Co prawda nie udało mu się skutecznie obrabować Ministra Finansów, tak jak to wcześniej zaplanował, ale i tak pogrążył go w jeszcze większym bagnie. Ten portfelik, który w ostatniej chwili zdążył mu włożyć do kieszeni! To był genialny pomysł! Teraz wreszcie się przydał. A już się wydawało, że to była największa porażka w jego życiu biznesmena. Otóż jakiś miesiąc temu do Pseudo-apteki Kalmusa przyszedł nieco szurnięty klient. Sweter miał nałożony tył naprzód, spodnie na lewą stronę, skarpetki różnych kolorów, jakiś nienaturalny uśmiech i portfel wypchany pieniędzmi. I jakby kogoś mu przypominał, tylko kogo, do diabla, kogo? Ale wszystko jedno... Kalmus, znany ze swej pazerności, nie przejmował się zbytnio podejrzanym wyglądem i zachowaniem jegomościa. Ważny dla niego był zysk, a teraz zysk był blisko. Jego bystre oczka wypatrzyły już strusie i żyrafy na kolorowych zwitkach banknotów. Gość był nadziany... Piotr Kalmus już widział te pieniążki w swojej kieszeni... Pożądał ich, zwłaszcza, że ostatnio mało kto przychodził do jego „aptekarek” i „aptekarzy”, a na samych pigułkach od bólu głowy trudno utrzymywać taką inwestycję. Dziwny klient poprosił o kilkanaście listków leków psychotropowych, które wymagają recepty odpowiedniego specjalisty. Kalmus dobrze o tym wiedział. Widział jednak też dużą sumę pieniędzy w portfelu klienta. Żeby zabezpieczyć swój interes, , zaproponował mu małą wymianę. Otóż on, Kalmus, sprzeda na lewo leki potrzebne klientowi, a kupujący odda mu swój cały portfel. O dziwo, nie było nawet żadnych negocjacji. Przybysz, cały czas uśmiechając się głupkowato, oddał cały portfel, rzucił się na pastylki, łyknął od razu połowę z nich, nie prosząc nawet o wodę do popicia i szybko oddalił się z miejsca zakupu. „Apollo” Kalmus niezwłocznie rozpoczął eksploracje swojej zdobyczy. Jakież było jego zdziwienie, gdy to, co on rozpoznał jako pieniądze okazało się w rzeczywistości papierkami po brugijskiej gumie do żucia, dostępnej w pobliskim kiosku. Były na nich strusie, wiewiórki, zajączki, słonie i nawet wilki. Młodziutkie Księstwo Brugii nie posiadało jeszcze historii, nie miało narodowych bohaterów, więc promowało swą rodzimą faunę, a ta do złudzenia przypominała scholandzkie banknoty wysokich nominałów. Oprócz papierków aptekarz znalazł jeszcze kilka kapsli po piwie St. Ulrich, cztery przedziurawione prezerwatywy, zdjęcie muru i dowód osobisty. Zdjęcie na dowodzie niemal identyczne z ... bardzo znajomą twarzą. No, może nos był nieco mniej czerwony i oczy trochę jakby spokojniejsze. Facet z dowodu, jego klient sprzed chwili, mocno przypominał... Markgrafa de Belli.. Ten sam leciutko głupawy uśmiech i troszeczkę powykręcana twarz. Pod spodem widniało nazwisko. PAWEŁ URBAŃCZYK... Koło nazwiska adnotacja: "Pacjent Szpitala Psychiatrycznego w Mariusburgu". "Po cholerę mi to wszystko", pomyślał. Nie wiedział wtedy, że za miesiąc, po wezwaniu karetki pogotowia do ministra, wymieni portfel De Bellego na portfel świra ze szpitala w Mariusburgu.... Zniknięcie Markgrafa wywołało naturalnie jeszcze większe zamieszanie, niż zamach na jego życie. W końcu próbę zabójstwa Belli przeżył, a nawet poinformowano, że jest w dobrym stanie. Teraz zaś po prostu zapadł się pod ziemię. Na dokładkę plotkowano w Scholopolis, że ten i ów widział Markgrafa, jak o własnych siłach wychodzi ze szpitala. Czyżby Belli CHCIAŁ zniknąć? Ale jaki miał w tym interes albo czego się bał? Te spekulacje wywołały przy okazji potężny wzrost zakupów na Bazarze Scholandzkim. Myślano bowiem: jeśli Minister Finansów ucieka w siną dal, to gospodarce z pewnością grozi katastrofa niewyobrażalnych rozmiarów. Całe szczęście, że Giełda Scholandzka dopiero miała ruszyć - gdyby już była otwarta, z pewnością byłby to jej czarny dzień. Kto będzie inwestował w ekonomię kraju, którego minister finansów się ukrywa?
Kanikov był bliski obłędu. Ze śmiercią w oczach biegał po swoim
gabinecie, wydzwaniał do przeróżnych tajnych służb, zdobył nawet
telefon kochanki Markgrafa. Ta pełnym zdziwienia głosem zapytała, czy
nie ma go w ministerstwie, przecież jest już po drugiej... biedaczka,
nie wiedziała widocznie o niczym, nie umiała nawet czytać scholandzkich
gazet! To jednak nie interesowało Premiera zupełnie. W każdej chwili
spodziewał się telefonu z Zamku, na który nie potrafiłby zupełnie
odpowiedzieć. Pod Hrabią Tanis uginały się nogi, powoli sam zaczynał
rozmyślać o ucieczce... Może do cichutkiej lecz luksusowej posiadłości,
którą zdążył nabyć podczas swego ambasadorowania w Dreamlandzie? Tam
Król go nie odnajdzie, i nie będzie musiał tłumaczyć się za swoich
ministrów. Ale tam znajdzie go Loża, w sojuszniczym Królestwie jej
macki sięgały do najmniejszej nawet wioski. Tak, zaszycie się w
Kakutach nie wchodziło w rachubę, to byłaby ucieczka z deszczu pod
rynnę. Zatem trzeba będzie stawić czoło pytaniom, zarzutom, a może
nawet rządowemu kryzysowi... Nawet miał już jakiś pomysł, ale nie był
go do końca pewien. Cóż - tonący chwyta się nawet brzytwy - Kanikov
wpadł na pomysł, że jedyną szansą jest to wszystko zwalić na moce
nadprzyrodzone. W końcu Scholandczycy to dość wierzący naród. Jeśli uda
się im wmówić, że kraj stał się sceną prorokowanej Apokalipsy, nawet
ten racjonalny Szwab z Zamku będzie musiał się zamknąć. Z przesądami
lepiej nie walczyć, zawsze jest się przegranym. Z bólem brzucha i
nerwowym drżeniem rąk Premier zaczął pisać drugie już w ciągu dwóch dni
przemówienie do narodu. Po chwili przebiegł oczyma swoją dotychczasową
produkcję: "...Obywatele! W podłe porwanie Markgrafa zamieszane są z
pewnością nieczyste siły... Nikomu przecież w naszej umiłowanej
ojczyźnie nie mogło zależeć na usunięciu takiego patrioty, filaru
Królestwa. Oto wirtualne Dobro i postęp zostały zaatakowane przez
Wirtualne Zło! Perfidia ciemnych Mocy posunęła się tym razem za daleko!
Jako Premier Królewskiego Rządu ogłaszam Świętą Wojnę z Szatanem i Jego
Demonami. Wzywam wszystkie Kościoły Scholandii do nieustannych modłów i
egzorcyzmów! Apeluję do wszystkich Scholandczyków o zakup świętych
tekstów, amuletów i dewocjonaliów! Wzywam różdżkarzy, magów,
jasnowidzów, wróżki, guru, teleewangelistów, kustoszy sanktuariów i
wszelkich innych przez Boga natchnionych, by włączyli się w
poszukiwanie Najdroższego nam Nadina de Belli, Niewinnej Ofiary
Ciemnych Mocy. Gdy Go znajdziemy, Scholandia odetchnie, Zły poniesie
klęskę a Jego Zastępy przeniosą się gdzie indziej, najpewniej do
Sar..." - no nie, to lepiej skreślić, i tak każdy wie, gdzie Zły ma
swoją główną bazę! Tak, to było dobre. Trochę się jeszcze poszlifuje,
doda jakiś akt strzelisty... Pozostaje jeszcze wypaść w telewizji jak
najlepiej - Premier Podszedł spojrzał na stojące na biurku lusterko i
zaczął ćwiczyć nabożne miny. Trochę się musiał namęczyć, gdyż od lat
nie odwiedzał Kościoła. Po kilku próbach włączył monitor komputera i
wywołał stronę Galerii Scholandczyków. Obejrzał dokładnie portret
Strudolfa, potem rabina, potem Księcia Filipa, w końcu znów Strudolfa.
Nie był może profesjonalistą w
tej branży, ale potrzeba czyni mistrza - i Kanikov zaczął stroić do lusterka miny, które wydawały mu się podobne do wyrazu twarzy religijnych autorytetów Scholandii. Faktycznie, obłęd już go dosięgnął...
Król Armin Frederik z niedowierzaniem po raz trzeci czytał raport
najtajniejszej komórki scholandzkiego kontrwywiadu. Hollenstein,
Wewióra, Kanikov, Smoręda a nawet lojalistyczny Ligocki. Wszyscy
członkami tajnej Loży. Najbardziej jednak Króla zdziwiło nazwisko...
Cocacolatla, Sarmaty i mieszkańca niemal wszystkich krajów wirtualnych,
dotychczas mu znanego jako niegroźny, błędny tropiciel systemowych
plagiatów. Cocacolatl otóż miał być przywódcą owej Loży,
uskuteczniającej swoje ciemne interesy w Królestwie. Wytrawnemu
dyplomacie, Arminowi von Rohrscheidt, nie mieściło się w głowie takie
złożenie: Wewióra, uosobienie taktu i lojalności oraz Cocacolatl,
człowiek nie uznający żadnych autorytetów i nie związany z nikim i
niczym oprócz swoich intelektualnych praw własności do wszystkiego, co
zawiera podręcznik php. To było zaiste dziwne złożenie. Ale nie takie
już rzeczy widział wirtualny świat... Król westchnął i podniósł
słuchawkę telefonu,
Na Giełdzie w Dreamopolis, pod filarem wielkiej tablicy kursów Regan,
uciekinier ze Scholandii umówił się na odbiór zasłużonej wypłaty od
Cocacolatla. 1000 Arminów od ministra de Belli za świetne zaaranżowanie
zamachu było bowiem tylko częścią jego finansowych żniw. Czego Markgraf
nie wiedział, Regan działał na dwa fronty: Od Cocacolatla wziął 4000
libertów za usunięcie głównej przeszkody na drodze zalewania Scholandii
sarmackimi produktami z księżyca: Ministra Finansów. Suma była znaczna
i Regan podejrzewał, że Cocacolatl nie był jedynym sponsorem. Słaby
dziennikarz, ale
bystry aferzysta domyślał się, ze nitki wiodą do Grodziska, do Kanclerza Czekańskiego, który montował właśnie nie tylko ekipę rządową na przyjazd do Scholopolis i rozmowy gospodarcze, ale i druga ekipę: sarmackich "działaczy gospodarczych", w celu zalania scholandzkiego rynku towarami powstałymi w sposób meta-wirtualny, czyli utworzonymi bez udziału... surowców. Nie takie cuda widziała Sarmacja, a teraz miała zobaczyć Scholandia. Belli, choć alkoholik, na finansach i gospodarce się znał, zatem robił wszystko, by do tego nie dopuścić. Teraz droga była wolna: - Dosłownie i w przenośni - odpowiedział Regan - jest pod wielkim kamieniem w Jeziorze Tiefglas, nie znajdą go i za sto lat. - Dobrze, zatarcie śladów to też ważna sprawa. Nikt nigdy nie będzie nam tego wypominał - mruknął zadowolony Cocacolatl. - Zatem cztery tysiące! Może mały bonus za dyskretne usuwanie śladów? - zapytał z nadzieją Regan. Cocacolatl nie wiedział przecież, że Regan nie miał zielonego pojęcia, co się dzieje z ministrem de Belli i po prostu wykorzystał okazję, jaką było rzeczywiste zniknięcie Markgrafa, do zgarnięcia z niego kasy. -
Czego ty jeszcze chcesz? Umowa jest umową. Facet jest zimny, ty masz
cztery kawałki - na więcej Regan nie mógł liczyć u tego sarmackiego
masona i kutwy. Zresztą, i to wystarczy. Pokaźne domostwo w Leblandii
już czekało, na koncie zaś złoży się pieniądze na 30 następnych
lat wirtualnego życia. Do domu zaś właśnie w tych godzinach
sprowadzała się Anike of Lebland z osobistymi kosztownościami
Markgrafa. Sprytna kobieta, ongiś szefowa propagandy w Leblandii,
dobrze wiedziała, skąd wieje wiatr i kiedy zbierać owoce... Wielki przedsiębiorca Cocacolatl zaraz
po wylądowaniu na lotnisku w Grodzisku czym prędzej pobieżał do
czekającej na niego limuzyny z herbami Kanclerza. Miał umówione
spotkanie ze swoim tajnym wspólnikiem i nie mógł się spóźnić. Markiz
Czekański, który właśnie powrócił ze swego urlopu w Scholopolis, musiał
nadrobić letnie miesiące. Knuł więc teraz tak wiele intryg naraz, że
nie miał zbyt wiele czasu nawet dla swojego najwierniejszego
sojusznika, faceta od mokrej roboty i trojańskiego konia w jednej
osobie. Niemniej z takimi wiadomościami przyjmował go chętnie. Już
wiedział o wielkim sukcesie w Dreamlandzie, opanowaniu Banku i Giełdy
przez Lożę. Teraz musiał jeszcze naradzić się z Cocacolatlem, jak
wykorzystać zniknięcie
-
Witaj,
Coca - Kanclerz wyszedł zza biurka i z dubeltówki uściskał
swojego najlepszego agenta wpływu.
-
Dobrze już,
obu nam spieszno, co robimy z tym scholopolskim vacatem? – odpowiedział
chłodny, jak zawsze Cocacolatl
-
Myślałem nad
tym, możliwości mamy kilka: Albo uruchomimy jednego z naszych uśpionych
agentów, który nagle złoży wspaniałe referencje zgłosi swoją
kandydaturę do ministerstwa, albo puścimy sprawy ich naturalnemu
biegowi i wykorzystamy brak doświadczenia jego następcy, kimkolwiek on
będzie, podczas rozmów o wymianie walut, albo...
-
...po prostu
uruchomimy plan „I”- uśmiechnął się złowieszczo Cocacolatl.
-
Skąd wiesz,
że na to stawiam? – zapytał Kanclerz, świdrując swojego agenta
wzrokiem. Ten Cocacolatl był trochę za sprytny, jak na jego gust.
Kanclerz, znany z tego, że w obawie o swoją pozycję w Sarmacji zawsze
wycinał wszystko, co się wyróżnia, nieco powyżej korzeni, zapamiętał
sobie, że trzeba będzie bliżej przyjrzeć się kontaktom pana C. To
przenikliwy człowiek i mógłby się spodobać Księciu – przemknęło mu
przez myśl.
-
To logiczne.
Teraz, gdy Belli nie będzie nam patrzył na ręce, gdy nie ma nikogo, kto
potrafiłby wyliczyć wszystkie przepływy pieniężne i wykryć machinacje w
tle, czas na Wielką Infiltrację scholandzkiej gospodarki. Teraz możemy
tam śmiało wchodzić i rozpocząć naszą wielką akcję niszczenia rywala. -
Masz rację –
Kanclerz nie przestawał taksować wzrokiem Cocacolatla, tak składnie
wyjaśniającego mu jego własne plany. Mamy już 5 oficjalnych swoich
ludzi i drugie tyle uśpionych agentów. Dotąd dostarczali tylko
scholandzką walutę, teraz można ich użyć jako podstawionych figurantów
do zakładania firm, potem...
-
...a potem
obniżyć ceny do poziomu dumpingu, poczekać, aż ich prywaciarze
wykrwawią się w nierównej konkurencji, opanować kolejne segmenty ich
rynku i w którymś momencie pozamykać interesy i spowodować krach
gospodarczy, z którego się nie podniosą.
-
Tak, już
chyba pora na realizację planu I – stwierdził krótko Kanclerz. Podszedł
do ściany, gdzie od miesięcy już wisiał wielki plan strukturalny
scholandzkiej gospodarki z zaznaczonymi czerwonymi kółkami. Kółka te
wyznaczały miejsca, w których miały zagnieździć się sarmackie firmy.
Najwięcej ich było w sektorze handlu żywnością, najbardziej
strategicznej dziedzinie każdej wirtualnej ekonomiki.
-
Właśnie
rejestruję moją żydowską restaurację w Scholandii – Kanclerz zwrócił
się do Cocacolatla, a jaką działkę ty sobie wybierasz?
-
Postanowiłem
uaktywnić dawno już istniejącą filię mojego „Kaszana for ever”.
Oczywiście po zakończeniu akcji liczę na zwrot wszelkich kosztów – Coca
pytająco popatrzył na Kanclerza.
-
Nie ma obaw.
Na tajnym koncie są już dwa tryliony libertów – uśmiechnął się Kanclerz
– gwizdnąłem je Księciu spod nosa, gdy zlecał dodruk kolejnych 30
trylionów w Banku Sarmackim – tryumfująco spojrzał na pana C. Książę
Sarmacji oczywiście o niczym nie wiedział, ale to było już publiczną
tajemnicą w Urzędzie Kanclerskim, że mówiło mu się i pisało jedynie o
bzdurach, prawdziwe plany zachowując dla siebie. Czekański od miesięcy
zasypywał swego suwerena mailami, logami z nic nie znaczących rozmów,
lipnymi raportami. Prawdziwe centrum władzy od dawna już znajdowało się
tu na tym biurku, pod wielkim portretem Bismarcka.
-
O nie, drogi
Markizie – kwaśno uśmiechnął się Cocacolatl – Liberty niech już będą
dla chciwych i naiwnych figurantów w Scholandii. - Obaj wiemy, jaką
wartość ma nasza waluta, sam kupowałem w Leblandii nową maszynę do
druku banknotów. Ja chcę realnego zadośćuczynienia! -
Dobrze już,
myślałem, że tak będzie – odparł Kanclerz. Mam tu dla ciebie
indywidualny plan rekompensaty – wyciągnął z szuflady kartkę z serią
zapisków w punktach. Cocacolatl przebiegł wzrokiem podany mu papier:
Pałac Mirtha w Grodzisku, wszystkie firmy Bazińskiego (który będzie
wygnany, bo już się Kanclerzowi wydaje podejrzany), sześć parcel w
Gelonii i dziedziczny tytuł hrabiego i utrzymanie na pensji państwowej
w okresie emerytalnym. Był tam nawet pogrzeb na koszt państwa i
marmurowy grobowiec. Czekański był pedantyczny.
- Może być? – spytał zadowolony z siebie Kanclerz - Ok, ale ten twój tytuł możesz sobie schować, albo daj jakiejś swojej kreaturze – zadrwił Cocacolatl. Jego interesowały tylko pieniądze.- grzebcie sobie państwowych żebraków, mnie dołóż ze dwie parcele koło lotniska i możecie moje ciało po śmierci wrzucić nawet do stawu. Albo wykupię piękną ceremonię W Kościele Scholandzkim, to będzie ostatni zarobek Jego Szwabskiej Wysokości – Cocacolatl odłożył kanclerskie obietnice na biurko. - Zatem wszystko jasne, kupiłem ci bilet do Scholopolis. Jutro na placu Gutenberga czeka tam na ciebie nasz emisariusz z wyłudzonym i wyzbieranym tysiącem arminów. Znaki rozpoznawcze i hasło jak zwykle. I bierz się szybko do dzieła. – Kanclerz wyciągnął rękę, by pożegnać swego gościa. Po wyjściu Cocacolatla Robert Janusz Otto Czekański podszedł do swojego ściennego planu. Zatarł ręce i zakreślił jeden z sarmackich lokali na liście. Jego pracowite wakacje w Scholopolis zaczynają oto przynosić plony. Jeszcze za pięćset lat w podręcznikach historii wirtualnego świata klasycy będą analizować genialny plan, za pomocą którego Żelazny Kanclerz Dwa doprowadzi oto do dominacji Sarmacji i ruiny jej rywali. Godziny w Klinice bardzo dluzyly
sie Markgrafowi. Od momentu drugiego, trzezwego przebudzenia i
awantury, jaka urzadzil swoim pielegniarzom, wolal juz nie krzyczec.
Kaftan bezpieczenstwa nie byl wygodny, sciany byly obite dzwiekochlonna
materia a glos coraz slabszy... Przekonywanie zas personelu, ze oto
zaszla pomylka i maja przed soba Ministra Finansów mialo taki sam sens,
jak wmawianie im, ze jest sie Panem Bogiem albo Cesarzem Leblandii.
Byli tu do tego przyzwyczajeni, to nalezalo przeciez do najczestszych
objawów. Bylo wiec zle. Dodatkowo Markgraf byl znów na glodzie
alkoholowym. Od 24 godzin nie pil juz whisky i zaczynaly go dreczyc
jego zwykle przywidzenia: ukazywaly mu sie twarze Martwych Dusz, cale
oklejone banknotami, postaci lezacych na Cmentarzu Scholandzkim dawnych
obywateli, przysypane nie do konca iwonkami, które on, Markgraf, jak
mityczny Syzyf usilowal z nich bez skutku zgarnac lopata. Kiedy juz
mial je na taczce, ta wysypywala sie do dolu i praca zaczynala sie od
poczatku. Belli mial takie zwidy juz od dawna, sarmacka whisky pomagala
mu ich unikac lub przynajmniej lagodzic ich oddzialywanie: otepiala ona
umysl do tego stopnia, ze twarze Martwych Dusz rozmazywaly mu sie przed
oczami i od biedy mogly uchodzic nawet za dalekich krewnych. Teraz
jednak Minister nie mial swego eliksiru na tyle dawno, ze zdazyl juz
zaliczyc swój najgorszy koszmar: postaci scholandzkich Sarmatów,
przesypujacych pliki arminów z walizki do walizki. Znal juz ten
sen-nie-sen, przezywajac go pocil sie ze strachu i natychmiast budzil.
Wiedzial tez, ze nastepnym odcinkiem (jesli nie wypije), bedzie surowa,
nieprzystepna twarz Króla, podpisujacego podawana mu przez Kanikova
jego, Markgrafa, dymisje. Choc Markgraf czul, ze ma na Zamku poparcie
mimo swoich ekscesów, ta scena przesladowala go od dawna. Unikal jej
pojawiania sie, pijac, niemniej czul w niej rodzaj ponurego proroctwa.
Wiekszosc jego prywatnych czynnosci wynikala ze strachu przed
spelnieniem sie tej przepowiedni: lokaty, zakupy, ciche inwestowanie w
nieruchomosci w dobrej polowie wirtualnego swiata. Markgraf zadbal o
wszystko, a Anike of Lebland dyskretnie zarzadzala anonimowym jego
majatkiem. Wlasnie: Anike! Gdyby tylko mógl dac jej znac, ze tu jest!
Niezawodna towarzyszka zycia wyciagnelaby go stad, nawet, gdyby miala
przekupic caly personel, nawet, gdyby miala zorganizowac napad na
Klinike. Ta kobieta miala charakter, byla bardziej chlopem niz polowa
scholandzkiego rzadu! Jak ja powiadomic? Biedny Markgraf nie wiedzial
jeszcze jednego: Ze Anike miala tez polityczny instynkt. -
Panie Urbańczyk! Proszę się obudzić! Czas na leki!
Proszę Pana!!!
-Panie Urbańczyk....!!!!!
Proszę to połknąć, bo zawołam ochronę, i dostanie Pan to w inny
sposób...!!! - ostatnie słowa złowieszczo odbiły się po ścianach
szpitalnej sali. Pielęgniarka uśmiechnęła się z zadowoleniem. Lubiła
budzić strach, jej sadystyczna natura najlepiej wyżywała się wśród
pacjentów z białymi myszkami w głowie i gwiazdkami w oczach. Tacy mogli
nawet wziąć ją za Anioła Śmierci albo nawet Pana Boga. Tej przyjemności
nie mogła jej zastąpić żadna inna praca.
Pacjent spojrzał na nią
przytomniej, zamrugał oczami. Tak, teraz do niego dotarło to co
powiedziała.... z trudem podniósł głowę, Otworzył usta, i pozwolił wlać
w siebie płyny, i proszki.... "Urbańczyk... gdzieś już to słyszałem....
ach tak..... ta biała sala, te światła... cholera! w co ja się znowu
wpakowałem" - Margraf powrócił do swoich rozmyślań, biała postać znikła
w dali, lecz ciągle skądś dobiegały głosy. Minister z trudem się
podniósł i usiadł opierając się o poduszkę. Jego oczom
ukazał się bądź co bądź niecodzienny widok. Całe pomieszczenie spowijała zielona poświata... wszystko... po drugiej stronie stały lóżka... było ich dużo, w każdym razie Margraf nie umiał się doliczyć. Plątały mu się cyfry... ale nie przejął się tym... Jego uwagę przykuło cos innego... ściany! Coś z nimi było nie tak.... podłoga też wydawał się jakaś dziwna.... "Czy ja już jestem wariatem? To wszystko wydaje mi się takie.... gumowe i miękkie... " - Im więcej widział i słyszał tym bardziej nie mógł znaleźć się w świecie w którym się znalazł. Obrócił się i dotknął ściany za jego plecami.... "A więc jednak...! Ona jest miękka!" W tym samym momencie spostrzegł wpatrzone w niego oczy..... - Hej!!! Słyszysz mnie....? Nie pamiętasz mnie....?! To ja, Bronek Ziutek! - Tajemniczy sąsiad cały czas mówił, a de Belli nadal rozmyślał: -"Tak to jego głos cały czas słyszałem... wypadałoby coś powiedzieć.... ale co? Może on mi wytłumaczy o co w tym wszystkim chodzi...?"- Markgraf odchrząknął, tak jak przed każdym ważnym przemówieniem, i wykrztusił z siebie...: -Ehmm.... tak.... to znaczy nie... to znaczy tak... nie... Powiedz mi, gdzie ja jestem? -Co oni z Tobą zrobili??!!! Hej Urbi! Jesteś w domu! I po co stąd uciekałeś? Mówiłem, zostań.... to nie, musiałeś zrobić swoje. Jak zwykle. Teraz nawet mnie nie poznajesz.... ale nie
martw się, przypomnisz sobie w końcu. Na razie jesteś trochę
zamroczony... wiesz, nie dziwię się. Słyszałem, ze trochę Cię u
góry męczyli... nie znam
szczegółów... no ale sam wiesz.... kabelki... druciki i te sprawy....
Hej! No nie patrz na mnie takim pustym wzrokiem... dzień dwa i będzie
dobrze.... najgorszy tydzień masz już za sobą.- Ziutek przerwał wywód i
wstał z łóżka. Podłoga się ugięła - była miękka, a on zaczął
sobie po niej skakać, odbijał się jak szalony.... skakał, wariował....
a de Beli tylko patrzył, patrzył i myślał.... "No nieźle... albo
oszalałem, albo reinkarnacja... no bo co ja do cholery tu robię? Nie
mam pojęcia... ale dowiem się.... tylko muszę stąd uciec... podobno już
raz to zrobiłem.... ale chwila, chwila.... przecież on mówił, że ja
jestem tu już tydzień.... czyli minął tydzień od mego przypadkowego
spotkania z Kalmusem..." - rozmyślania znowu przerwał mu głos
współlokatora:
- Wiesz co.... jak odpoczniesz
zrobimy sobie znów konkurs, kto najwyżej skoczy. Może znowu uda mi się
walnąć łbem o sufit? Nie masz pojęcia, jak fajnie czują się te gwiazdki
przed oczami, jak im dać taki bodziec (Ziutek najwyraźniej włączył
slang lekarzy do swego słownictwa). Ostatnio robiliśmy bez Ciebie, i
wiesz, że wygrałem...?!!! Nieźle, co? Teraz mam szanse na dobrą
konkurencję bo wróciłeś.... choć kto wie... ale dużo ćwiczyłem.
Patrz!- wykonał podskok i nieomal rąbnął głową o sufit, po czym
wrócił do swojego monologu - I jak myślisz? Mam szanse na
powtórkę rekordu? Tak poza tym.... to wiesz co....? hihi... śmiać mi
się chce z Ciebie.... teraz jeszcze bardziej przypominasz tego
rudzielca z telewizji.... hihi... masz teraz nawet tak samo czerwony
nos... hihi... nieźle by było, jakbyście się zamienili miejscami, nie?
Pamiętasz jak próbowaliśmy się dowiedzieć jak się nazywa, hihi.... ale
był ubaw, hihi Ej... no właśnie.... jak on miał....? "Na...".... Bali..
. Babi... Nabi... , cholera.... nie pamiętam... hm.... no dalej pomóż
mi..... czemu się nie odzywasz....? Już wiem! To
był de Belli! I miał taką fajną limuzynę..... ach....
przejechałbym się kiedyś taką....
-Co Ty
mówisz...? de Belli? - Margraf obudził się jakby z letargu.
W tym samym czasie rozespany stróż przy bramie szpitala przeżywał najgorsza chwile swojego zawodowego życia. Właśnie przed pół godziną lekko przysnął z nogami na stole stróżówki, leniwie zezując na najnowszy reportaż telewizyjny: „Modły Premiera za Naród”. Klęczący w towarzystwie elfickich znachorów, udający pobożnego i stawiający oczy w słup liberał Kanikov rozśmieszył nawet prostego stróża, ale ileż można przysłuchiwać się dewociemu bełkotowi! Zmorzyło go to tak bardzo, że zamiast iść z psem wokół ogrodzenia, oddał się drzemce. I nagle obudził go potężny klakson, podobniejszy z dźwięku raczej do okrętowej syreny. Zerwał się i wyjrzał – przed bramą stał ogromne Schol, krążownik scholandzkich szos z 200 końmi mechanicznymi pod pokrywą silnika. Za kierowcą siedział pasażer, którego twarz wydawała mu się dziwnie znajoma. Stróż nie zdążył jeszcze dopiąć uniformu i wyjść do bramy, gdy pasażer Schola wyskoczył z samochodu i skierował swoje kroki wprost do stróżówki. Robert Opertowski, strażnik nocny szpitala, zdrętwiał z przerażenia. Tę twarz rozpoznał teraz bez najmniejszej wątpliwości, portret tego pana wisiał w gabinecie dyrektora Szpitala i w dziale Rachunków, a kiedyś w jego interneckiej podstawówce, którą ledwo ukończył: To był Król Armin Frederik Scholandzki we własnej osobie. I bynajmniej nie robił wrażania łaskawego i spokojnego. Spieszyło mu się do środka, a ten kretyn już od paru minut trzymał go pod bramą. Król spojrzał niecierpliwym wzrokiem na stróża i wycedził: - Dobry wieczór panu, nie przeszkadzamy? Czy możemy poprosić o wpuszczenie nas do środka i obudzenie dyżurnego lekarza? Stróż nic nie odpowiedział, głos uwiązł mu w gardle. Drżącymi rękami wyciągnął klucz i pobiegł ku bramie. Król nie czekał na jego usługi, wyciągniętym, charakterystycznym krokiem poszedł prosto do głównego wyjścia. Opertowski zdążył jeszcze tylko nacisnąć przycisk połączenia z dyżurką i wyjąkać do wewnętrznego telefonu:- Panie d-d-doktorze... Król! Po tym dzwonku w budynku szpitala rozszalała się panika. Pielęgniarze i salowe biegali jak w ukropie, dyżurni lekarze zbiegali po schodach ku wejściu, dopinając guziki kitli, kucharki z dołu wyglądały przestraszone, czy nie następuje ewakuacja szpitala. Król Armin Frederik nie zwracał uwagi na wyjąkiwane powitania personelu. Szczerze mówiąc, chyba ich nawet nie słyszał. Cała ta sytuacja zdenerwowała go do tego stopnia, że chciał już tylko wyjaśnić sytuację swojego przyjaciela, ministra. Powstrzymywał się jednak, przygryzając wargi. Ledwo lekarz skończył swój powitalny bełkot, Król powiedział krótko: - Dziękuję! Gdzie jest Markgraf de Belli? Na lekarza dyżurnego padł blady strach. Minister Finansów, tutaj? Spojrzał na Króla takim wzrokiem, jakby chciał ocenić, czy nie będzie musiał leczyć także i jego. Co Markgraf de Belli miałby robić w środku nocy w jego szpitalu? Ale Jego Królewski Majestat, choć zdenerwowany, nie sprawiał wrażenia chorego. Król zrozumiał, że tą droga niczego się nie dowie. Zadysponował: - Panie doktorze, proszę pootwierać sale. Przejdziemy się przez szpital. Ilu macie aktualnie pacjentów? Nie słuchając odpowiedzi ruszył przed siebie. Lekarz pobiegł za nim...
|
|||||
| Filip von Shwaben | ||||||
| Autorzy: | ||||||
| Paweł Czepan | ||||||
| Piotr Kalmus | ||||||
| Agnieszka Smoręda | ||||||
| Konrad von Staufen | ||||||
| Michał Strudziński | ||||||
| Rysunki: | ||||||
| Sergios Butterberg | ||||||
| Opracowanie graficzne: | ||||||
| Piotr Kalmus | ||||||