|
Po długiej przerwie wznawia swoją działalność jedyna gazeta całkowicie poświęcona kulturze w Scholandii. Na dzień dzisiejszy gazeta będzie wydawana nieregularnie w zależności od możliwości twórczych naszych obywateli. W tym numerze będzie można przeczytać jedną z dwóch części historii rodu von Lahnstein, esej pt. „Śmierć jest nierozerwalnie związana z życiem i warunkuje jego istnienie” oraz
wiersz „XX wiek” Konrada von Staufen. Zapraszam do lektury...
---------------------------------------------
Patrole
W ostatnim czasie odbyła się pierwsza edycja rozdania Patroli. Pan Patryk Szmidt, organizator oraz juror przyznawał statuetki w czterech kategoriach: Czarny, Srebrny, Złoty oraz Żelazny. Oto lista nagrodzonych wraz z uzasadnieniem jednoosobowego jury:
„Czarnego Patrola", za nieumiejętność sprawowania funkcji posła, wręczam
Panu Baronetowi Piotrowi Ligockiemu.
"Srebrnego Patrola" z miłą chęcią pragnę wręczyć osobie która stoi na straży Naszego państwa i jego kultury, jest stała w
swoich poglądach i czynnie bierze udział w scholijskim życiu,
Jego Królewskiej Mości Filipowi von Schwaben.
"Patrola" specjalnego, nazwanego przez Nas "Patrolem Żelaznym", pragnę wręczyć osobie która wywarła na Mnie
największy wpływ, osobie której bardzo wiele zawdzięcza Nasze państwo,
zawszcze otwartemu i szczeremu Margrabiemu Adrianowi Bartkiewiczowi.
Tu kieruje się do Pastwa z prośbą, czy ktoś mógłby odebrać tą nagrodę w jego imieniu i przekazać ją? Proszę o kontakt
sega@polbox.com .
"Złotego Patrola" serdecznie pragnę wręczyć politykowi i
biznesmenowi oraz dziennikarzowi w jednej osobie, osobistości, która mimo wiatru w oczy stale brnie przed siebie i jest mimo
swoich poglądów bez stronnym redaktorem,
Panu Hrabiemu Michałowi Strudzińskiemu.
Gratuluję wszystkim laureatom i życzę dalszej wytrwałości w swojej pracy.
--------------------------------------------
„Śmierć jest nierozerwalnie związana z życiem i warunkuje jego istnienie”
Każdy z nas jest w jego posiadaniu, każdy z nas je ceni, chociaż niejednokrotnie o nim zapomina. Życie – nierozerwalnie kojarzy nam się z człowiekiem. Życie jest takie lub inne. Każdy może wybrać sobie jak je przeżyje. Nie każdy jednak potrafi nim kierować. Każdy jednak uważa je za skarb, którego nie oddałby nigdy i za nic. Próbuje żyć tak jak tego pragnie. Jak nakazuje mu religia, jak nauczyli go rodzice, jak usłyszał w telewizji, jak sobie zamarzył. Rzadko uświadamiamy jednak sobie, że życie jest tylko etapem, którego koniec jest jakże łatwo przewidywalny... Jeśli ktoś sobie to uświadomi, postępuje w życiu rozważniej i rozsądkiem, ale czy zawsze???. Ludzie zaczynają wpadać w skrajne uwielbienie życia. Hedonizm, uprawiany z takim oddaniem w starożytnej Grecji, znajduję we współczesnym świecie wielu zwolenników. Są to ludzie, którzy uświadomili sobie, że dni na tym świecie są policzone i z szaleńczą chęcią chcą korzystać z życia. Jest to postawa dość płytka i banalna. Pozwalająca na życie bez stresu refleksji oraz możliwości dialogu o śmierci. Takie życie jest życiem pustym i bezdźwięcznym, które przeminie bez echa. Tylko poważna refleksja nad życiem i śmiercią pozwoli człowiekowi funkcjonować w swoim życiu jako prawdziwa, pełnowartościowa osobowość.
Ludzie tak myślący żyli dużo wcześniej niż my. Już w starożytnym Egipcie i Mezopotamii rozwinął się kult zmarłych. Według wierzeń egipskich, dusza zmarłego po opuszczeniu ciała płynęła łodzią przez labirynt korytarzy aż do sali, w której stawała przed sądem Ozyrysa. Jeżeli wynik przesłuchania i sądu był pozytywny, to dusza przechodziła do kraju wiecznej szczęśliwości, gdzie żyła bez lęku, bólu, głodu i tęsknoty. Jeśli wynik był negatywny, dusza była pożerana. Kult śmierci był bardzo dobrym sposobem na „uspokojenie” swoich obywateli. Wierzyli oni, że ich porządne (czytać usłużne) życie na ziemi pozwoli im dostąpić zbawienia lub innego typu szczęścia (w zależności od religii).
W naszych czasach dalej potrzebujemy motywacji do właściwego życia. Taką motywację otrzymujemy pod postacią religii. Za godne życie dostąpimy życia wiecznego w Niebie. W wielkim skrócie cel wiary można ująć tak: nasze życie na ziemi jest tylko przystankiem przygotowawczym do pełnego życia w innym świecie. Celowo nie napisałem tutaj „Niebie”, ponieważ nie każdy wierzy w religie przyjętą jako powszechną w naszym kraju. Wniosek jest tylko jeden. Uświadomienie, przyswojenie sobie oraz zrozumienie pojęcia śmierci podanej nam przez religie motywuje nas do konkretnego życia na ziemi. Religia podaje nam na tacy jaki powinniśmy żyć, żeby umrzeć i odrodzić się na nowo. Śmierć przez ortodoksyjnych katolików, protestantów i innych wyznawców różnych religii jest momentem przełomowych, który motywuje ich do odpowiedniego życia na świecie.
Co jednak z ludźmi, którzy nie wierzą??? Ateiści, deiści i inni muszą wytłumaczyć sobie życie i śmierć inaczej, bez Boga i wiary. Oni jednak także mogą znaleźć wyjście z sytuacji (bo przecież tylko ludzie puści nie myślą o życiu i śmierci, a takiej opcji nie rozpatrujemy). Mogą dojść do wniosku, że uświadomienie i myślenie o śmierci może doprowadzić do zrozumienia życia, z czego może wyniknąć lepsze jego przeżycie. Przecież jeśli zrozumiemy koniec to będziemy potrafili lepiej poukładać kawałki w środku. Ile razy przed przeczytaniem książki, zaglądamy do ostatniego rozdziału, by dowiedzieć się jak to się skończy. Tak samo jest ze śmiercią. Człowiek ma w podświadomości zakodowane dążenie do zrozumienia śmierci. I tylko od niego zależy, czy zacznie o tym myśleć, dyskutować, pisać lub mówić. Nie zawsze jednak sami potrafimy do tego dojść. Często pomaga nam w tym inna osoba, lub przypadkowa sytuacja, która przynosi traumatyczne przeżycia. Wiele jest przypadków, że po osobistych dramatach, ludzie zmieniali całkowicie podejście do życia.
Reasumując, w naszym świecie życie „bez” śmierci jest niemożliwe. Na każdym kroku jesteśmy „obrzucani” myślami na tematy związane z ludzka egzystencją. Mimo natłoku informacji, telewizji i innych „znieczulaczy” zawsze przychodzi ten moment, że uświadamiamy sobie poczucie marności i przemijalności. Tylko od nas zależy, czy to „odkrycie” zmotywuje nas do lepszego życia, czy pomoże nam popełnić samobójstwo...
Umieć kochać życie jest niezwykle trudno. Trzeba do tego dojrzeć. Umieć rozróżnić dobro od zła, myśleć analitycznie, szukać szczęścia rozsądnie, umieć żyć z innymi ludźmi. Wiedzieć co to jest śmierć i potrafić żyć ze świadomością, że nie ma po co z nią walczyć. Przyjdzie i tak. Trzeba umieć cieszyć się z czasu, który został nam dany.
Paweł Czepan
--------------------------------------------------
XX wiek
Czym był ten wiek?
Wiekiem zagłady,
grającego pudełka,
czy strumieniem czerwonym
płynącym po ludzkich wzgórzach.
Co przyniósł? Co zniszczył?
Szacunek ? - rozpadający,
staroświecki system!
Odwagę?
Cóż ona nam da?
Gdzie odwagą jest grzech.
Na szaniec stolicy wybiega
żołnierz, krzyczy "Wolna"
na cóż jego poświęcenie,
Dziś nie ma Polski
jest ofiara.
Ofiara Europy.
Konrad von Staufen
--------------------------------------------------
Jerzy Gołowanow, hr. von Lahnstein
Dzieje rodu hrabiów von Lahnstein
Wstęp
Pewnego razu szperając w zakurzonej bibliotece rodowego zamku Lahnstein w prowincji Scholia, znalazłem zwój pergaminowy, niemal rozlatujący się ze starości. Ten dokument okazał się niezwykle interesującym dokumentem, opisującym przeszłość naszego rodu. Zatem podjąłem się zadania tłumaczenia tego zwoju na język scholandzki, albowiem ku mojemu zaskoczeniu zarówno litery jak i językowe walory zwoju wskazywały na jego elfickie pochodzenie. Ponieważ w naszym rodzie od zawsze uczono dzieci języka elfickiego, odczytałem pierwsze wierszowane linijki pradawnego dokumentu, które brzmiały następująco:
Orzeł czarny z północy przybędzie, w złotą szatę i w czerwień przybrany;
Na południe wyruszy Pięćdziesiąt, barbarzyńskie ścierając watahy.
Wbije szpony w pagórek wśród puszczy, gród warowny zbuduje na szczycie;
Moc i prawość przekaże ludowi, aby mógł przed wrogami się bronić.
Będzie wielki i wielkość zachowa, mianem Elfa na wieki nazwany;
Orzeł czarny, co leci z północy, mądrość Elfów Ermanom przyniesie.
Nie udało mi się nawet w połowie przekazać czytelnikom piękna wierszy elfickich, ale treść w przekładzie nie uległa zmianie. Na dole widniał napis: „proroctwo mędrca Rhindolla”. Mędrzec wyraźnie nawiązał do naszego herbu: czarnego orła na złoto-czerwonym tle, lecz reszta wiadomości, o których dowiedziałem się z powyższego wiersza, była dla mnie tajemnicą. Na szczęście zwój zachował się niezwykle dobrze i dlatego też w krótkim czasie dokonałem przekładu naszej rodowej kroniki, która rzuca jasne światło na historię Scholandii. Kronika jest pisana w pierwszej osobie, a na końcu zwoju autor też się podpisał: „Elf Lermial, pierwszy graf von Lahnstein”. Był to zatem mój przodek, od którego bierze początek cały nasz ród. Wiedzieliśmy o naszym elfickim pochodzeniu chociażby ze względu na rodowy przydomek „Elf”, ale szczegóły naszego pochodzenia były nieznane. Przedstawiam więc kronikę rodu von Lahnstein, jednego z najstarszych w Scholandii. Początek pergaminu i niektóre inne jego części nie zachowały się z powodu pożaru, który strawił przede wszystkim część wstępną tego swoistego „testamentu” mojego przodka. Tekst nie był podzielony na rozdziały i ma nieraz formę dziennika, chociaż nie jest to regułą, albowiem suche nieraz opowiadanie przerywa się często barwnymi opisami spotkań lub też wydarzeń, które zwróciły na siebie szczególną uwagę mojego szlachetnego Przodka. Z konieczności, zgodnie z regułami literatury współczesnej najpierw publikuję narracje, później natomiast również dodatki (w formie krótkich opowiadań). Po przeróbce dodałem tytuły, które zapewne pomogą czytelnikom w lepszej orientacji.
Cześć I
O upadku elfickiego miasta Saleniralla
Dawno temu Elfowie mieszkali na wszystkich wyspach świata, ale szczególnie umiłowali lesiste wzgórza Elfidy. Przybyli oni z Prawdziwego Zachodu, krainy tajemniczej, do której odeszli już na zawsze. Wśród gęstych lasów Scholandii istniało wiele miast elfickich. Żadne z nich nie mogło jednak równać się ze stolicą, której nazwa wciąż jeszcze istnieje w legendach wdzięcznych Eltów. Chodzi tu o Salenirall – piękny gród, zbudowany wśród gałęzi pradawnych drzew, które pamiętały jeszcze początek świata. Wciąż pamiętam delikatne rzeźbione konstrukcje, zwiewne jak pajęczyna i mocne jak stalowa zbroja. Pamiętam śpiew Elfów i blask rosy o poranku w promieniach słońca. To wszystko już nie istnieje i serce drży z boleści, albowiem jestem już ostatnim Elfem nie tylko w Scholandii, lecz także na wszystkich Wyspach. Niedługo usłyszę również ja zew Duchów Lasu i podążę na północ, odejdę jak odeszła „Pięćdziesiątka”, drużyna moich towarzyszy. Jestem już ostatni, wiem jednak, że mądrość Elfów nie zginie, wiem, że potomkowie moi obdarzą Scholandię wiedzą Elfów, której przekazać nie zdążyłem.
Minęło już sześćdziesiąt pięć lat, odkąd jestem panem zamku Lahnstein, natomiast jeszcze pięć lat wcześniej wyruszyłem w daleką podróż, zgodnie z przeznaczeniem.
... był piękny dzień, gdy wróciłem z ciężkiej wyprawy przeciwko barbarzyńcom, którzy wylądowali na Wschodzie. Panika wśród Eltów była ogromna, ale wszystko skończyło się pomyślnie. Hordy wyjących barbarzyńców, wymachujących toporami nie mogły wytrzymać szarży elfickich zastępów. Resztki ratowały się ucieczką na swoich prymitywnych łodziach. Poleciłem Eltom zabrać i opatrzyć rannych, a sam wraz z moimi towarzyszami wróciłem do Salenirallu. Myślałem wtedy, że niedługo już będziemy mogli bronić naszych przyjaciół przez wściekłością barbarzyńców. Salenirall pustoszeje, coraz więcej Elfów otrzymuje Wezwanie, które powoduje ich Odejście na Górę Elfów. Tam czekają na nich Białe Statki, które przybywają w nocy w mlecznej poświacie i odpływają o wschodzie słońca na Prawdziwy Zachód. Doszło do tego, że również ja, uczeń wielkiego Rhindolla, zamiast pogłębiać moją wiedzę w Gaju Mocy, musiałem chwycić do ręki miecz i walczyć w obronie biednych Eltów. Nie zawsze tak było. Jakichś trzysta lat temu nie było potrzeby nieustannej walki, rzadko kiedy tym ziemiom zagrażało niebezpieczeństwo. Mogłem wtedy spokojnie czytać i pisać pod okiem mądrego kochanego Rhindolla w gronie jego uczniów. Teraz nie ma już Kolegium, druidzi Eltów muszą radzić sobie sami, a Rhindoll lada dzień otrzyma Wezwanie.
Gdy wróciłem, znalazłem wszystkie domy opustoszałe, a cały Piękny Lud zgromadził się na Polanie Odejścia. Rhindoll zwrócił się do mnie z długim przemówieniem, z którego zrozumiałem, że ja i moja drużyna musimy wyruszyć na Południe, aby spełnić przeznaczenie. Oczywiście, znałem przepowiednię i wiedziałem, że odnosi się ona do Księcia Elfów, ale czy byłem jedyny? Nie byłem przecież wojownikiem! Rhindoll był pełen pokoju i uroczystej radości, jak każdy, kto niedługo Odchodzi. Elfowie nie znają śmierci na podobieństwo ludzi, ale mija kilkaset lat życia Elfa na wyspach i otrzymuje on nieubłagane Wezwanie, aby wrócić do swojej prawdziwej Ojczyzny, na Prawdziwy Zachód.
Odeszli... Pozostałem sam, bez doradcy, bez domu i bez mojego ludu. Przede mną były lata walki. Nie obawiałem się broni i waleczności barbarzyńców, nie mogli oni równać się z mocą Urodzonych-Jako-Pierwsi. Obawiałem się mojej misji. Walczyć z nimi potrafiłem, ale uczyć?! Przerastało to poje pojmowanie, ale przeznaczenia nie da się oszukać, zresztą nie urodził się jeszcze Elf, któryby mógł czynić nieprawość, jesteśmy bowiem wszyscy dziećmi Światłości.
Tak oto nastąpił kres Pięknego Ludu w Scholandii. Salenirall jednak przetrwał, chociaż gęsty las nie pozwala nikomu wejść do domów i pałaców Stolicy Elfów. Okoliczni mieszkańcy nazywają ten las „zaczarowanym”, albowiem klątwa ciążyła na tych, którzy próbowali wedrzeć się w gęstwinę. Jedynie Elfowie mogą dotknąć tajemnic swojej historii, nigdy to jednak nie nastąpi. Zgodnie z moim testamentem Elfida jest miejscem zakazanym dla moich potomków. Wybraliśmy inną drogę, bolesną, ale pełną szlachetnej prawości.
|